Monthly Archives: Luty 2010

Dzieci i ryby…

Jakby z wiekiem przychodzi nie tylko mądrość życiowa, ale i zaostrzanie wzroku, węchu i słuchu na dostrzeganie pewnych przykrych spraw, skręcanie jelit, zawiązywanie ich w supełek, zabijająca niemoc… Dzieci.

Gdy Onej dzieje się krzywda, przecież zawsze może odejść od Onego, nie musi przez niego pić, staczać się, cierpieć. Gdy Onemu Ona nie odpowiada, nie musi jej bić, przez Oną pić, wystarczy Oną wymienić na inną. Każdy ma wybór, każdy ma alternatywę, nikt nie jest z nas – dorosłych – ubezwłasnowolniony. Nikt z dorosłych.

Znamienne – żeby móc prowadzić żelazną, bezduszną maszynę czyli samochód, tak aby nie zrobić sobie, ani nikomu z zewnątrz krzywdy, przechodzimy przez poważny kurs prawa jazdy. Wielogodzinne wykłady, ćwiczenia, kilkukrotne sprawdzanie zdobytych umiejętności w postaci testów i egzaminu praktycznego – nadaje się delikwent czy nie? W użytkowaniu, za złamanie przepisów, nagminne naruszanie ich – natychmiast odbieramy przyzwalający kartonik. Zadziwiające, że świat pędzi do przodu a my co rusz słyszymy o noworodku na śmietniku, o kablu z żelazka, pękniętej podstawie czaszki – dzieci przedmioty, dzieci wystrój wnętrz, dzieci worki treningowe, dzieci nie mające takiej siły, mocy by móc wstać, uderzyć pięścią w stół, powiedzieć DOŚĆ i wyjść. Co z nich wyrośnie? Kolejni pacjenci poradni psychiatrycznych, odwykowych, zakładów karnych lub kolejni tacy ojcowie i takie matki. Efekt domina.

Dlaczego nadal, ten najważniejszy z aktów ludzkich jest pozostawiony sam sobie, puszczony na ŻYWIOŁ. Nie sprawdza się kandydatów na ojców i matki czy mają predyspozycje, czy dadzą radę, czy umiejętności, które posiadają są wystarczające by podołać temu prowadzeniu na drodze życia, nie bezdusznej przecież maszyny. Wychowawca spędzający kilka godzin z naszym dzieckiem, musi mieć odpowiednie wykształcenie pedagogiczne, a rodzic spędzający z dzieckiem pół życia już nie. Jakby są szkoły rodzenia, świadomego macierzyństwa, ale szkoły dla rodziców? Obowiązkowy program chodzenia z lalką non stop, by nie móc jej odłożyć, zapomnieć, jeśli inne zajęcie – konieczne znalezienia zastępstwa. To uświadamia co się stanie w przypadku zbyt wczesnej ciąży – koniec swobody! Tamajajo zaczyna płakać, wołać „jeść” wtedy kiedy se chce, a nie kiedy my, mamy czas i ochotę się nim pobawić. W środku nocy donośny brzęczyk jak bezlitosny budzik. Guziczkiem ładowanie, karmienie, siusiu, kupka takie sprawy statystycznego rodzica… Tamajajo można na półkę odłożyć.

Dlaczego o tym piszę?  W jeden dzień pijana matka awanturuje się nocą, nie zważając na spokojny sen swych dzieci, a w drugi na odlew robi to ojciec, jej na złość. A dzieci? A dzieci i ryby głosu nie mają, to przecież nasze sprawy, dorosłych – ewolny
fot. Ela Wolny Bielsko-Biała

Jamajka: Bobby, ganja i reggae

Robert Nesta Marley, zwany Bob Marley (urodzony 06 lutego 1945 r. w Nine Miles na Jamajce, zmarł 11 maja 1981 na Miami  USA) – za swojego życia doznał światowej kariery i pozostaje do dzisiaj muzykiem nie pobitym, jeśli chodzi o ilość sprzedanych płyt – 200 milionów!. To największy sprzedawca muzyki reggae na świecie. To ambasador swojego kraju – par excellence – najwybitniejszy.

Pożegnałem się z tym uroczym krajem na nutę MOVADO (być może dlatego, że jest to również moja ulubiona marka zegarków szwajcarskich).

Lotnisko w Montego Bay, zaczyna się jakieś dwie mile w morzu od stałego lądu:

Jakieś śliwki lub gruszki na wierzbie… później dowiedziałem się, że niejadalne:

Ta z kolei śliwka lub kiwi, ma duży orzech w środku, z pewnością nie do zgryzienia:

James Bond z pewnością jest gdzieś bardzo blisko:

Jedno z wcieleń Boba, daję mu notę 6,5 na 10:

Bob Marley, najbardziej autentyczny, daję mu 10 na 10 plus jednego grubego skręta:

Flora, daję 10 na 10:

Ulica w Montego Bay:

Spotkanie czarnych braci; Marius z Kongo, z tubylcem George, naszym przewodnikiem, którego korzenie są w Kongo właśnie:

Jamaican Man, smiley:

Wszędzie piszą, że marycha zakazana, ze zdjęcia wynika, że dozwolona…biez butyłki rumu nie razbieriosz:

Marius, ze swoim wielkim bratem odnalezionym w dżungli na Jamajce – radość obopólna:

Ashley, stary rastaman i jego pogarda… wymowna, od trzydziestu lat  nie ścinał włosów, przeciwnik picia alkoholu, dla tych, którzy nie piją śpiewa piosenki:

Spływ na tratwie w dół rzeki; Martha Brae river, rastamani mówili, że krokodyle śpią, nie pozostaje mi nic innego jak im wierzyć, drzewo chlebowe widziałem, nie jadłem, niedojrzałe było. Ponoć jak jest dużych rozmiarów i miękkie, to kroi się ten owoc na plastry i przypieka na grillu, smakuje jak chleb nasz powszedni. Cudowne, bajeczne…

Słońce na Jamajce jest chyba jedynym elementem bardzo zdyscyplinowanym, zapowiedziano, że będzie zachodzić o godz.18 :02 i tak się stało, dwie po szóstej znikło za horyzontem i stała się ciemność jakby zgaszono światło, pozostała tylko muzyka, Bob Marley i marihuana:

Jamajka:
najlepsza kawa na świecie; Blue Mountain Coffee,
najlepsza marycha
najlepsi biegacze na świecie
najlepsze reggae na świecie

fot. MonsieurLaPadite Jamajka

Ewolucja przymyka oko na cwaniaków

Jakiś czas temu badaniami dowiedziono, że panie łatwo dają się skusić głośniejszemu panu.  Ale przecież to nie zawsze oznacza, że wybrały dobrze. Przecież on może bardzo skutecznie swym wrzaskiem zagłuszać  innych, lepszych konkurentów oraz  „subtelnie” odwracać  uwagę od swych… niedoskonałości. Naukowcy długo uważali, że skłonność do oszukiwania jest wyłącznie domeną ludzką. Musieli jednak porzucić ten pogląd, gdy zaczęło przybywać dowodów, że również wśród zwierząt oszustów nie brakuje.

Niektóre gatunki zwierząt, by ratować swą skórę udają padlinę. Wiedza na ten temat jest skromna, niemniej jest już opisany ssak udający martwego – opos. Czyżby tylko dlatego, że sam jest królikiem doświadczalnym? Udawanie trupa jest w przyrodzie dość rzadkie, ale ma swój sens – drapieżnik zwykle traci zainteresowanie martwą ofiarą. Przestraszony wąż Heterodon platirhinos po zwinięciu w spiralę wiotczeje i zastyga leżąc na „grzbiecie” – czasami z otwartego pyska sączy mu się kilka kropel krwi. Udaje trupa ale tylko do momentu gdy drapieżnik się zniechęci, wtedy szybko wraca do życia. W sztuce tej biegłe są nawet dwutygodniowe oseski – twierdzi badacz tego dziwnego zachowania Gordon Burghardt z University of Tennessee. Zachowuje się tak również o dziwo rekin. Nawet tak krwiożercza bestia jak żarłacz tygrysi traci rezon leżąc brzuchem do góry. W taki oto właśnie sposób unieruchamia się tego drapieżnika, by założyć np. nadajnik do śledzenia jego wędrówek po oceanie.

Do innych celów stosują tę samą sztuczkę słodkowodne pielęgnice. Żadna zdechła ryba nie poleży na dnie długo nie zauważona. Pielęgnica cierpliwie czeka tam na pierwszych amatorów świeżej padliny, po czym… sama ich zjada. Najczęściej próbuje się oszukiwać osobników z innego gatunku w celu chronienia własnej skóry. Zdarza się niemniej, że oszukiwani są pobratymcy. Prym wśród nich wiodą płazy. Im mniejszy samiec żaby tym głębsze, niższe jego kumkanie. Gdy zbliża się konkurent, wątłej postury samiec dwoi się i troi, by kumkać basem jak prawdziwy żabi siłacz. Zupełnie jak nadrabiające głośnym szczekaniem maleńkie ratlerki. Dobre w udawaniu są również żyjące na plażach kraby, równie chętnie szukające okazji do flirtu jak do bijatyki. Przy wygrzebanej w piachu norce oczekują samiczki wabiąc ją zapraszającym wymachiwaniem swymi długimi szczypcami. Ruch ten ma na celu również odstraszyć ewentualnych konkurentów. Oczywiście samiczka wybiera tego, który ma największy oręż i potrafi z niego zrobić użytek (sic!)

Niestety i w świecie zwierząt stosunki damsko-męskie nie są wolne od oszustów matrymonialnych. :) U niektórych owadów samice są obdarowywane “fantami” podczas zalotów. Prezentem może być zwrócony pokarm, spermatofor (bryłka pożywnego białka pod postacią pakietu plemników!) lub upolowany owad. Przekupiona samica zezwala na seks, podczas którego zjada (sic!) podarunek. Jednakże niektóre samce próbują zwabić samice nędznym, nie nadającym się do jedzenia prezentem. Okazuje się, że samice dają się na to nabrać i zezwalają na kopulację a to oznacza, że oszuści mogą wypierać z populacji samce dające wartościowsze „prezenty”. Ewolucja mimo, że silnie wspiera grę fair play, także w tym przypadku przymyka oko na cwaniaków – przecież nie tylko muchę, udaje się poderwać na obietnicę tandetnego świecidełka – ewolny
Źródło: E. Nieckula „Wprost”
fot. Chris Miekina USA

Motocyklista też człowiek

Rider_Lukas – narażę się  Szefowej, ale trochę stanę po twojej stronie w omawianej sprawie w Ptasim budziku… , mimo, że nie lubię motocykli. Prawko mam od lat 35, samochodami ciężarowymi zrobiłem ponad 1 000 000 kilometrów, a do dziś nie mam kategorii „A”. Notabene to jakaś paranoja urzędnicza – mogę prowadzić po drodze 100 tonowy dźwig samojezdny, a nie wolno mi jechać ważącym 100 kilogramów skuterkiem „80-tką”. Czegoś takiego nawet Kawka nie wymyślił!


Lubię za to crossowe (ale nie wyczynowe) jazdy samochodem. Ale mimo to bardzo mnie drażnią uogólnienia i „wsypywanie do jednego worka”. Niestety masz rację Raider, wielu ludzi myśli właśnie tak „motocyklista to wariat i samo zło”. Tymczasem tu też, jak w każdej grupie społecznej, są ludzie i „ludziska”. Procentowy udział kretynów i chamideł wśród kierowców jest zapewne taki sam, jak wśród motocyklistów. Podejrzewam nawet, że motocykliści statystycznie jeżdżą bezpieczniej. Powód jest prozaiczny – w razie kolizji motocyklista ma znacznie mniejsze szanse na przeżycie niż rozparty w „bemce”, pozbawiony wyobraźni i doświadczenia młodzian. Ten pierwszy wie, że musi liczyć na siebie, ten drugi żyje w przekonaniu, że bezpieczeństwo zapewniają mu ABS, ASR, A-coś-tam-jeszcze, siedem poduszek dookoła i co by tam jeszcze nie wymyślili spece od marketingu, a on bezkrytycznie w to uwierzył. W dodatku z powodów, które powyżej, obrażenia motocyklistów w ewentualnych wypadkach są zazwyczaj bardziej spektakularne i dlatego nagłaśniane. Ale to nie znaczy, że każdy właściciel motocykla to potencjalny bandyta bez mrugnięcia okiem przejeżdżający z prędkością 200 k/h obok szkolnego boiska pełnego grających w piłkę dzieci. Motocyklistów jest po prostu mniej, dlatego są „na cenzurowanym”. Jeszcze raz powtarzam – procent straceńców nieliczących się z nikim i niczym jest taki sam w każdej grupie społecznej.

EW – czy byłaś ostatnio w Tatrach? Widziałaś jak wygląda droga z Łysej Polany do Morskiego Oka? To niekończąca się rzeka ludzi, którzy hałasują, jedzą, piją, śmiecą, sikają albo robią jeszcze, co gorszego. Przynajmniej tak wyglądało przed kilku laty, gdy byłem tam ostatnio, a jakoś straciłem ochotę na ponowną wizytę. Skąd się tam wzięli ci ludzie? Podobno z „troski” o Przyrodę! Pod hasłami jej ochrony TPN zabronił tam wjazdu wszelkim pojazdom samochodowym. Te kilka kilometrów stromego asfaltu to zapewne dla Ciebie EW drobnostka, ale dla wielu mieszczuchów to już poważna wyprawa. Chcąc zobaczyć najpiękniejsze polskie, górskie jezioro zirytowani turyści i wczasowicze uprawiają wbrew własnej woli wielogodzinne marsze po rozpalonym i zakurzonym asfalcie. Na postojach, nieuniknionych z racji długości trasy, snują się po lesie zmęczeni i co raz bardziej wściekli, a później ruszają dalej wdeptując raz po raz w końskie pozostałości, bo nie wszyscy wozacy znają swoje obowiązki. Oczywiście wszystko, co żyje odsunęło się na kilkaset metrów od tej parodii drogi, a drzewa rosnące w pobliżu powoli usychają od nadmiaru mocznika zawartego w ludzkich wydalinach i śmieciach. Przy okazji droga stała się niemal nieprzekraczalną granicą dla wielu drobnych i płochliwych gatunków ssaków, gadów i płazów. Sytuacja cieszy chyba tylko misie, lisy, borsuki i inne większe drapieżniki, które już dawno odkryły, że zamiast męczyć się polowaniem, łatwiej pomyszkować trochę przy drodze i z pewnością ludzie dostarczą czegoś dobrego na ząb.

EW – czy Twoim zdaniem tak powinna wyglądać skuteczna ochrona Przyrody?! Po mojemu to tylko chęć napędzenia klienteli wozakom oferującym na Łysej Polanie transport do Morskiego Oka za horrendalnie wysokie stawki. Drugim powodem decyzji TPN może być złudna nadzieja, że jeżeli dotrzeć do Morskiego Oka będzie trudno, to większość publiki da sobie spokój. Wtedy problem ochrony doliny Rybiego Potoku sam by się rozwiązał. Jednak, jeżeli to prawda, to rachuby dały skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Tatry są w ogóle bardzo dobrym przykładem, że w ochronie przyrody nic nie jest takie proste, jak byśmy chcieli. Nie wolno po nich jeździć motocyklami, to oczywiste i podpisze się pod tym każdy myślący człowiek, nawet Rider_Lukas. Ale, czy fakt akceptowania tam wyłącznie ruchu pieszego, oznacza, że je dostatecznie chronimy? Z pewnością nie. Dociekliwych ponownie odsyłam do tekstu Tanio i prosto, czyli zakopiańskie zwyczaje na Równinie Augustowskiej.

Ja twierdzę, i będę się tego trzymał, że gdyby wszystkich chętnych do zobaczenia cudnych krajobrazów Morskiego Oka wsadzić do nowoczesnych, oszczędnych, sprawnych i punktualnych autobusów kursujących na trasie Łysa Polana– Morskie Oko (lub lepiej bezpośrednio z Zakopanego) to z pewnością szkody dla przyrody byłyby znacznie mniejsze niż te powodowane przez ruch pieszy. W dodatku niezmęczeni wczasowicze mieli by u celu podróży mniejsze potrzeby żywieniowe i fizjologiczne, co zapewne dodatnio wpłynęłoby na stan środowiska w otoczeniu schroniska nad Morskim Okiem. Dlatego proszę nie uogólniać, że wszystko, co ma silnik jest dla przyrody z pewnością bardziej szkodliwe od pieszych.

W dodatku drodzy dyskutanci nie macie racji twierdząc, jakoby władze zawsze wychodziły z założenia, że to (czyli sporty crossowe) nie może istnieć…. W gminie Czerwonak, w której pracuję, udowodniono, że można coś osiągnąć nawet w tak kontrowersyjnej sprawie. Znaczną część tej gminy pokrywa Puszcza Zielonka, jeden z największych kompleksów leśnych w okolicach Poznania. Jednocześnie tak się złożyło, że jest w tej gminie wielu „cross-reiderów”, zarówno tych dwu, jak i czterokołowych. Dawniej rzeczywiście uprawianie tego, nietaniego przecież hobby na terenie Puszczy zdarzało się często i z pewnością jej nie służyło. Po awanturach i spięciach społeczność lokalna poszła po rozum do głowy i udało się sprawę załatwić. Urząd gminy wyznaczyły teren, na którym można do woli uprawiać różne formy crossu (dotyczy także rowerów i quadów). Żeby nie było nieporozumień – nie chodzi tu o sztuczny, zamknięty tor, a o naturalny, dziki teren. Mianowicie można legalnie jeździć terenowo na kilkukilometrowym odcinku prawego brzegu Warty. Nie są to, co prawda góry, ale teren ma bogatą rzeźbę pionową, wiele interesujących cieków wodnych i podmokłych obniżeń oraz różnorodną szatę roślinną. Odżałowano go crossowcom, bowiem jest to teren zalewany przy wysokich stanach Warty, a jednocześnie bezpośrednio przyległy do terenów przemysłowych. Dlatego nie ma znaczenia rolniczego, a wszelka cenna zwierzyna i tak się z niego wyniosła. W dodatku sąsiedztwo hałaśliwych zakładów przemysłowych powoduje, że warkot silników nikomu nie przeszkadza.

Miarka się przebrała - wieslawcz
Beskidzkie lasy umierają -  ew
Ptasi zegar po polsku - film ew
Wandalizm w lasach – grzybowisko

Co z tego wynika? Ano to, że  jak się chce, to można. Może nie zawsze i nie wszędzie da się załatwić sprawę do końca, bowiem rzeczywiście na przykład gór u nas mało i warto je szczególnie chronić, ale jednak, co nieco zawsze można zdziałać. Nie masz, zatem racji EW, gdy piszesz do Raidera: „Wiele w Tobie goryczy, a wiesz dlaczego? Dobrze wiesz, że na legalizację nie macie szans.” Motoccrosowcy mają prawo chcieć uprawiać swoją ulubioną rozrywkę podobnie jak Ty masz prawo chcieć realizować swoje imponujące górskie „wyrypy”, ja morskie rejsy, a Mike latanie na bojerach. Więcej powiem: wszyscy mamy prawo do upominania się o swoje prawa, do szukania możliwości legalnego realizowania swoich pasji. Doświadczenie uczy – w większości sytuacji można ustalić takie zasady, które dadzą się zaakceptować przez wszystkich, tylko potrzebna jest dobra wola z wielu stron.

Hasło na dziś? Proponuję  „Motocyklista też człowiek”.

Dzień lepszy wszystkim.
Tips_Senior
fot. ewolny czerwony szlak, Beskidy

Spacerkiem po Filadelfii

Jak Filadelfia to i moje ulubione muzeum, Philadelphia Museum of Art. Byłem już w nim kilkaset razy i wciąż mnie ono ekscytuje. A może po prostu czuję się tam dobrze? Nie… nie jak snob. To miejsce jest jak schronisko, gdzie można odetchnąć od codziennego zgiełku:

Muzeum zbudowano na wzór Partenonu i od razu filadelfijczycy nazwali go greckim garażem, ale z czasem przywykli do jego skorupy i chyba nawet polubili:


Zawsze wychodzę z Muzeum drugim wyjściem, które prowadzi wprost do parku Fairmont. Tu wcale nie czuję, że jestem w centrum wielkiego miasta…

… bo już tuż obok muzeum, postawiono wieżowiec, który przypomina kształtem eksponat z wystawy sztuki współczesnej:

A centrum Filadelfii, które wzorem innych wielkich miast amerykańskich usiane jest wieżowcami, ogromnie różni się od tego w Nowym Jorku. O ile ten ostatni aż kipi od drapaczy chmur, które pączkują tam jak drożdże, o tyle centrum Filadelfii jest o wiele bardziej przestrzenne i eleganckie. Filadelfia to metal i szkło, w którym pięknie odbija się błękitne niebo. Niektóre z wieżowców, architekturą przypominają baśniowe zamki, gdzieś na szklanej górze:


Całość raczej interesująco organizuje przestrzeń i daleko jest jej od klaustrofobicznych uczuć. Tak w ogóle przestrzeni w Filadelfii jest znacznie więcej niż w NYC, mniejszy też pośpiech na ulicach, pełno miejsc gdzie bez kłopotów można zostawić, samochód i mnóstwo innych, które warto zobaczyć:

Bo Filadelfia ma znacznie bogatszą historię niż wiele innych miast na kontynencie i posiada budynki, które nawet w Europie uchodziłyby za zabytki. Urząd miejski pamięta jeszcze czasy Franklina, ale do dziś pełni tą samą funkcję. Wraz z upływem czasu, wyrosły dookoła niego drapacze chmur, choć wydaje się, że mimo olbrzymich pokoleniowych różnic, budynki żyją ze sobą w pełnej symbiozie. I nawet Tadek Kościuszko wydaje się być zadowolony z takiego wieżowcowego otoczenia:

Jak o pomnikach, to jeszcze fontanna, usytuowana w połowie drogi pomiędzy Philadelphia Museum of Art a Urzędem Miejskim. Zwana Swann Memorial Fountain jest jednocześnie pomnikiem upamiętniającym dr. Wilsona Cary Swanna, założyciela… Filadelfijskiego Towarzystwa Fontannowego. Czyż można znaleźć lepszy pomysł, by uczcić pamięć założyciela tak szacownej organizacji? Fontannę tworzą trzy figury, symbolizujące rzeki przepływające przez Filadelfię, a więc: Delaware, Schuylkill i Wissahickon. Rzekę Delaware symbolizuje postać męska,  ta poniżej to Wissahickon:

Ale mnie najbardziej podoba się Schuylkill:

Całość wyrzeźbił lokalny artysta Stirling Calder, którego ojciec Milne Calder, wyrzeźbił figurę założyciela Pennsylvanii – Williama Penna – na szczycie wieży Urzędu Miejskiego. Z kolei syn Stirlinga – Alexander – również był artystą i jego ruchoma rzeźba „Ghost”, wisi pod sufitem Philadelphia Museum of Art. Taka sympatyczna rodzinna tradycja.
fot. Chris Miekina Philadelphia, USA
www.nowaatlantyda.com

Atlas

Kiedy w naszym mieście odbywały się targi międzynarodowe, wybraliśmy się, by je zwiedzić. Mnie zainteresowały dwie rzeczy, atlas geograficzny Eugeniusza Romera i duży, bajecznie kolorowy globus. Na pytanie, którą z tych rzeczy wołałbym, odpowiedziałem, że globus. I wszystko już wskazywało na to, że nie ominie mnie szczęście stania się jego posiadaczem.

Wtedy któreś z moich rodziców rzuciło pytanie: „A jeżeli on zrobi to samo co zrobił z koniem na biegunach” Zamarłem z wrażenia i czułem, że ziemia osuwa się z pod moich stóp. Stanęło mi przed oczami zdarzenie, co ja uczyniłem kiedyś z koniem na biegunach. Po prostu wziąłem pogrzebacz i podziurawiłem koniowi plecy. Właściwie to nawet mnie nie zbili, jak zwykle, tylko chcieli wiedzieć, dlaczego to zrobiłem, ale ja nie wiedziałem, czemu wziąłem pogrzebacz i czemu go podziurawiłem. Nie wiem po co im była potrzebna taka wiedza, dlaczego popełniłem ten czyn.

Wczoraj w telewizji pokazano film pod tytułem egzorcysta. Tam też dziewczynka schodziła do tyłu po schodach w pozycji mostka. I też jej rodzice chcieli wiedzieć dlaczego. Jakiś misjonarz w roli egzorcysty wyjaśnił im, że to na pewno przyczyną był demon.

Tak oto stałem się władcą atlasu i niezwłocznie przystąpiłem do malowania okrętów na mapach mórz i oceanów a na Saharze rysowałem obozy legii cudzoziemskiej z karabinami maszynowymi na rogach.

Gdy mieszkałem na ulicy Skawińskiej sąsiadem naszym był dozorca Klimczak, który objawiał się w swej głównej roli dopiero po zmierzchu, gdy zamykano bramy kamienic. Wtedy zakładał gacie i płaszcz i w takim ubiorze otwierał bramy spóźnionym lokatorom. Był to zresztą tradycyjny wieczorowy strój dozorców krakowskich, którzy stanowili hermetyczną kastę stołecznego miasta. W sąsiedniej kamienicy dozorcą był niejaki Turek, który bardzo nie lubił, kiedy chłopaki wołały za nim: „Turek Turka w tyłek szturcha”. Miał on syna imieniem Zbyszek,  zwanego powszechnie Gorylem. Kiedyś tenże zaproponował mi kupno 8 par łyżew za 2 złote. Trochę zastanawiałem, ale w końcu skusiła mnie niska cena. Z tych ośmiu par udało mi wybrać jedną dobrą i rozpocząłem naukę jazdy na lodowisku. Tam za Starowiślną na Grzegórzkach.

W domu zaś pod numerem czwartym mieszkał dozorca, o którym opowiadał mi jego syn, że gdy ojca nie był w domu od godziny, wtedy matka wszczynała alarm i wspólnie udawali się na jego poszukiwanie, gdyż  podejrzewała, że, jak się w zaufaniu wyraził: „ojciec poszedł na kurwy”. Zaczynali od przeszukiwania bulwarów, w których znajdowały się zakamarki, mogące służyć do uprawiania nierządu.

Innym razem Goryl przyniósł mi dwa tomiki atlasu Sawickiego i jeden atlas historyczny autorstwa niejakiego Eligiusza Niewiadomskiego. Nic mi to nazwisko na razie nie mówiło, ale po wielu latach dowiedziałem się, że był to morderca pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza.

Jeszcze innym razem przyniósł mi dwa nakolanniki bramkarskie, służące do ochrony kolan. Kupiłem je za drobną kwotę i tak stałem się potencjalnym bramkarzem piłkarskim. W sąsiedniej kamienicy mieszkał  Stefan Sz. wybitny znawca piłki nożnej i świetny wirtuoz  żonglerki piłką oraz uczeń słynnego piłkarza i trenera Józefa Kałuży. Popisywał się przed nami swym talentem wykonując tzw. nożyce, czyli udając, że chce kopnąć prawą nogą, a w rzeczywistości czynił to drugą. Próbowałem go nieraz naśladować, ale zawsze myliły mi się nogi i zanim wykonałem manewr, piłka była już na ziemi. Ubrany w nakolanniki wkroczyłem na plac, służący między innymi do gry w piłkę. Nawiasem mówiąc, pasły się tam jeszcze konie, przeznaczone na wyrób wędlin.  Istniały dwa rywalizujące drużyny, które aktualnie .przygotowywały się do decydującego meczu. Natychmiast zostałem zauważony, a właściwie moje nakolanniki i zaproponowano mi grę na bramce. Mecz rozpoczął się dość niefortunnie dla mnie, od puszczenia piłki i stracenia punktu. Dalszy ciąg też nie był lepszy i ostatecznie po  przepuszczeniu 12 goli zostałem zwolniony z obowiązku bronienia bramki. Tak zakończyła się moja kariera piłkarska.

Wracając do artysty footballu, Stefana, ukończył on studia na architekturze a następnie przystał do komediantów i został reżyserem. Widziałem w telewizji film jego reżyserii „Tylko Beatrycze” wg Teodora Parnickiego, w znacznym stopniu nasycony treściami intelektualnymi, z których, przyznam się, nie wszystko zrozumiałem. Podczas bezsennych nocy udało mi się także wysłuchać audycji radiowej pt. „Zapiski ze współczesności”, w których Stefan wspominał o tańczeniu z Mrożkiem tanga przez całą noc. Tak oto zmarnował się najczystszej wody talent piłkarski.
www.kazir.blog.onet.pl

***

Matka z motylem

Pochyloną nad żółtym motylem
W syczącej zielenią pszenicy
Pamiętam -
Aż do kropli zimnego potu
Wielkookiej dziecinnej trwogi

Jakbym wszystkie łany śniegi musiała odgarnąć
Po tamto lato
Przekopuję rozbiegłe pola
Torfowiska wiosen

W śnie głęboko – w zwęglałym cieniu
Rozkłada skrzydeł ciepłe złoto

Chcę widzieć bliżej -
Gorącym kłosem
Umyka moim rękom
Wysoko

Łzami rosnę za nią

Podmuch światła
W czarne ziarna ją roztrąca
Tak mi się rozwiewa
W jałowej pamięci

Jeszcze raz wołam
Na całą świata otwartą niepamięć

Z oddechu mgły przedsennej
Biały sad wschodzi
Wózek w liści światłach
Maleństwo śpi
Płatek jabłoni na policzek spada
Dziecko się budzi

Biegnę

Tak odnajduję ją w sobie
W umilkłym płaczu mojego dziecka
Kiedy mi dzisiaj
W pustej łzie zaświecił

Odchodzi
Skazując mnie
Jak kiedyś ją skazałam
Na odwrócenie głowy

Mieczysława Buczkówna
1924

Tomar i Memento Finis, czyli pamiętaj o końcu

Templariusze - Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona z 1118 roku, w którego ręce być może wpadła jedna z tajemnic Salomona, którego świątynią władali. I być może to właśnie sprawiło, że zakon ten rozrósł się w siłę i ostatecznie mógł wykupić nie tylko Watykan, ale i całą Europę. Dlaczego zatem Wielki Mistrz musiał spłonąć na stosie?  „W roku 1307 król Francji, Filip Piękny zarzucił zakonowi konszachty z diabłem, oddawanie czci Muhammadowi, parodiowanie mszy, sodomie z nowicjuszami i akty homoseksualne podczas świętych obrzędów”. Ale posiadając takie wpływy i taki majątek, za solidną „ofiarę co Bóg zapłać”, nie rozgrzeszono by i największego grzesznika?  Po upadku zakonu nadszedł czas masonerii. Ale czy Wielki Mistrz spłonął naprawdę, czy może zakon, razem ze swoją nieobliczalną fortuną, sam sprowokował pozorny koniec, by rozpocząć całkiem nowe? Tylko gdzie i jakie? Inne życie?  Z inną, nową, jaką tożsamością?
Masa pytań, masa niewiadomych. Na zdjęciach zabytkowy Tomar – jedna z europejskich posiadłości Templariuszy – ewolny


fot. Realka Portugalia

Dorastanie w cieniu Winnetou, czyli mała dygresja

Faktycznie, teraz sięgając pamięcią do Karola May’a,  przypominam sobie tamto zatracenie schematycznej granicy dobra i zła. To filmy w większości wyzwalały stereotypowe myślenie.


Po wpisie Canada z bardzo bliska, czyli Irokezi Pow Wow, odżyły dawne pasje. Może to i były zwykłe, często dalekie od prawdy westerny, ale obraz Indianina zawsze pobudzał wyobraźnię. Z wiekiem podział na złego Indianina a dobrego białego człowieka, transformował w odwrotną stronę. Winnetou – pamiętam jak jeden tom przeczytałem w jeden dzień, podczas choroby w szkole podstawowej. Wtedy to był trójwymiar absolutny, bo to co teraz widać w kinach 3D, wtedy widziałem w wyobraźni, niemal namacalnie, zapachy, kolory, ludzie, ich wybory i emocje. Wychowany na Niziurskim i właśnie May’u pozostałem wierny zasadzie, że jeśli jakieś dzieło jest tak skonstruowane, że i opowiadana historia i przesłanie są równie poważnie potraktowane, to jest najwspanialsze dzieło posiadające duszę.

Tak więc Karol May, Max Brand, Fenimore Cooper… otwierali drogę, ale dopiero „Tańczący z wilkami” otrząsnął mnie z dziecięcego tkwienia w stereotypowym myśleniu. Wreszcie Indianin zmienił wizerunek na w 100% ludzki. W miarę poznawania historii Ameryki wiedziałem, że gospodarze są niby gospodarzami a ci prawdziwi zostali wygnani, zmarginalizowani. Aż chciałoby się przeczytać powieść fantastyczną autora „Czerwonego Marsa” (Kim Stanley Robinson), o alternatywnej historii, w której Europa wymiera podczas wielkiej dżumy, a inne narody rozkwitają w wielkie cywilizacje wśród których jest właśnie ta – Indian.

Ostatnie furtki otwierał Sergio Leone swoimi filmami. W tym świecie pasjonuje mnie uwidocznienie kto jest kim. Że wrogowie nie ukrywają się za uśmiechami i udawanymi gestami, ale jasno dają do zrozumienia “jestem twoim wrogiem i musisz walczyć, albo mnie omijać”. No i wolność wyborów, otwarte drogi, możliwość zamieszkania gdzie się chce. Nie mam nic, to nie muszę kupić sobie czegoś (no bo za co?), ale wystarczy wbić łopatę w ziemię, by coś mieć. Czysta zasada. Wystarczy uczciwie popracować, by można było przeżyć a czy teraz ta uczciwość wystarczy?

To i wiele innych czynników wpływa na fascynację Dzikim Zachodem, albo postapokaliptyczną fantazją. Nie chciałbym żyć w tych czasach, ale pociąga bardzo ta czytelność i ta naturalność postaw ludzi tam widoczna. Coś jakby uspokojenie wzburzonej wody. Na koniec już, jeszcze nie widziałem postapokaliptycznego westernu „Księga ocalenia”. Mimo kiepskich recenzji chce jednak iść. A oczekuję na film „The Road”. Uważam, że właśnie ten film jest bardzo wart zobaczenia – Tomek
Graffiti: bosman

Średniowieczne Cloisters, czyli wróble z krużganków

Czy zgadnie ktoś skąd pochodzi zdjęcie poniżej? Nie… to nie są Włochy ani Francja. To The Cloisters w Nowym Jorku – część Metropolitan Museum of Art, poświęcona zbiorom sztuki średniowiecznej.

Absolutnie perfekcyjna kopia  włoskiego klasztoru została ufundowana  przez Rockefellera i wybudowana na wzgórzach tuż przy brzegach rzeki Hudson. O ile budynek Cloisters jest w miarę nowy (ponad 80 lat) to same kolumny krużganków są autentyczne. W XVIII i XIX w. zwłaszcza we Francji pozbywano się niszczejących i mniej wartościowych, niszczejących średniowiecznych budynków. Wiele z nich miało być obrócone w gruzy. Zanim jednak tak się stało, wujek Sam, tknięty przeczuciem, za psie pieniądze skupował te ruiny, by pieczołowicie odbudować je po drugiej stronie Atlantyku. To co czyni Cloisters miejscem wyjątkowym, to nie tylko średniowieczny kształt budynku, jakże adekwatny do pokazywanych wewnątrz ekspozycji, ale także sposób eksponowania kolekcji. Cloisters oznacza po prostu krużganki i takimi krużgankami oddzielono w muzeum od siebie kolejne sale:



Jest więc miejsce, w którym można posiedzieć, odpocząć, przemyśleć to co się zobaczyło, można wypić kawę i popatrzeć na setki gatunków roślin, którymi obsadzono krużganki i wsłuchać się w szmer fontann. Można nawet poczęstować się pigwą prosto z drzewa. I tylko most Waszyngtona, przerzucony przez Hudson, przypomina, że tuż za murami jest wciąż XXI wiek:

Cloisters nigdy nie pretendowały do tego by być klasztorem, mimo, że udaje średniowieczny klasztor to i tak pozostaje świątynią… sztuki. Jest zbudowane na wzór włoskiego klasztoru, ale od początku przeznaczeniem budynku było MUZEUM. Zamiast betonowego klocka, wybudowano pełną wdzięku konstrukcją, która nie tylko daje schronienie eksponatom, ale jednocześnie odtwarza ducha epoki nigdy nie znanej Ameryce. Gdyby w Warszawie wybudowano muzeum sztuki staroegipskiej w kształcie powiedzmy piramidy – czyż sam jej kształt nie byłby sam w sobie komplementem dla zbiorów, a unikalna architektura, czyż nie stałaby się atrakcją miasta? Tak jak na przykład szklana piramida na dziedzińcu Luwru, która jest jedną z głównych atrakcji miejsca.


Taki cel przyświecał twórcom Cloisters i myślę, że osiągnęli oni właściwy efekt. To nie jest jakiś Disneyland, to znakomite muzeum, gdzie przestrzeń została zorganizowana niezwykle twórczo. Jeszcze raz się powtórzę, bo pisałem już o tym powyżej. Same krużganki oddzielają od siebie kolejne sale ekspozycyjne. Sale te toną w mroku nie dlatego, że średniowiecze było mroczną epoką, ale dlatego, aby ochronić przed światłem cenne rękopisy, rzeźby, obrazy i tkaniny na ścianach. Gdyby chcieć spędzić w mrokach te kilka godzin przeznaczonych na zwiedzanie, wcześniej czy później mroczność zaraziłaby sobą nasz nastrój:

Dlatego jasne, tętniące życiem krużganki, które oddzielają od siebie sale, są fantastycznym urozmaiceniem. Muzeum zaopatrzyło je nawet w książki, z których można dowiedzieć się więcej o samej kolekcji. W Cloisters nie tylko poznaje się historię, ale i odpoczywa. Rockefeller kupując teren pod Cloisters, kupił także tereny po drugiej stronie rzeki Hudson, już w New Jersey, po to, aby żadne wille na tamtej stronie nie zaśmiecały krajobrazu oglądanego z muzeum. Myślę, że pomysł na miejsce takie jak Cloisters jest w 100% przemyślany i nie ma tu miejsca na tandetę. Oprócz przepięknych zbiorów, mają tu także dach nad głową… wróble!

Te niepozorne i powszechnie znane ptaszki, swoją obecnością nieoczekiwanie dodają autentyczności Cloisters. Tak jak ukryte w budynku zabytki, wróble również pochodzą z Europy i pojawiły się w Stanach dopiero w XIX w. Najbardziej intrygują je fontanny. Ma się wrażenie, że Cloisters dla tych wróbli to coś w rodzaju luksusowego kurortu na Karaibach, z prywatnymi basenami i tropikalną roślinnością:

Co prawda wewnątrz budynku można spotkać bardziej majestatyczne ptaki, tak jak ten cesarski orzeł z XIII w., na którego skrzydłach otwierano księgi liturgiczne, by czytać z nich wiernym. Ale każdy szanujący się wróbel wie, że lepszy wróbel na dachu niz orzeł, który siedzi w garści muzealników:

fot. Chris Miekina NYC, USA
www.nowaatlantyda.com