Monthly Archives: Luty 2010

Pale Male i Lola, czyli myszołowy na Manhattanie

Nie wiadomo dokładnie od ilu lat myszołowy żyją na Manhattanie. Obecność drapieżnych ptaków tej wielkości w tym miejscu, nie była jednak dla ornitologów zaskoczeniem. Szczury i gołębie stanowią główne pożywienie myszołowów a w Nowym Jorku jednych i drugich jest pod dostatkiem. Myszołowy gnieżdżą się zwykle na wysokich drzewach lub w miejscach zupełnie niedostępnych dla ich potencjalnych wrogów, toteż wystające gzymsy wieżowców na Manhattanie, szczególnie przypadły im do gustu.

Para myszołowów gnieżdżąca się przy 5 Av. nr.927, przez długi czas była publiczną tajemnicą nowojorskich miłośników ptaków. Gniazdo do którego ta sama para myszołowów wracała co rok, można było obserwować przez lunetę z Central Parku. Do końca 2004 roku, szczęśliwie wychowało się w nim 7 piskląt. Myszołowy te – zwane myszołowami rdzawosternymi lub włochatymi (Buteo jamaicensis) – dostały od ludzi swoje własne imiona. Samca nazwano Pale Male – ze względu na bardzo jasną karnację upierzenia a samicę po prostu Lola. Jednak nie wszystkim widok tej ptasiej pary sprawiał przyjemność. Budynki przy 5 Av. należą do najdroższych miejsc na świecie i prezydent związku lokatorów – Richard Cohen – wytoczył ptakom świętą wojnę, utrzymując że gniazdo szpeci budynek a ich odchody brudzą elewację. Ponieważ nie ma ścisłych regulacji prawnych dotyczących gniazdowania myszołowów na Manhattanie, w 2005 Cohenowi udało się uzyskać pozwolenie na zlikwidowanie gniazda. Nie przewidział on jednak, jak potężnych wrogów ten czyn obróci przeciwko niemu i szybko pożałował tego co zrobił. Już dwa tygodnie później, w miejscu z którego zrzucono poprzednie gniazdo, zainstalowano specjalną konstrukcję, na której ptaki mogły je odbudować.

Pale Male i Lola ochoczo zabrali się do pracy, ale ze złożnych jajek nie wykluło się w 2005 r. żadne z pisklaków. Gniazdo było zbyt cienkie i samica nie mogła utrzymać właściwej temperatury potrzebnej do wylęgu piskląt. Mimo że od tego czasu myszołowy w sposób znaczący rozbudowały swe gniazdo, rok poźniej znów z jajek nic się nie wylęgło co ogromnie roczarowało nowojorskich miłośników ptaków. Ptaki jednak nie rezygnowały próbując naprawić to co zepsuł człowiek. O ile wykazują one olbrzymi hart ducha i mimo przeszkód i niemalże utraty gniazda wciąż są razem i cierpliwie oczekują piskląt o tyle los człowieka, który wytoczył im wojnę jest zgoła odwrotny. Richard Cohen, który prywatnie był mężem znanej dziennikarki CNN Pauli Zahn po burzliwej sprawie rozwodowej sam stracił swoje rodzinne gniazdo przy 5 Av.
Myszołowy na Manhattanie są oczkiem w głowie miłośnikow ptaków tego miasta i ich życie jest dokładnie fotografowane każdego dnia. Wydawane są albumy i kalendarze ze scenami z życia Pale Male i Loli, która jest drugą towarzyszką życia tego myszołowa. Pierwsza – zwana Pierwszą Miłością – zdechła po zjedzeniu zatrutego trucizną na szczury gołębia. Pale Male miał z tego związku troje pisklaków, z czego jedno z nich nazwano – ze względu na podobieństwo do ojca – Pale Male Junior. Junior w czasie swego pierwszego lotu, porwany podmuchem wiatru uderzył w drzewo. Oczywiście natychmiast zajęli się nim ludzie obserwujący gniazdo i młody myszołów poleciał w swój pierwszy, szczęśliwy lot, już tydzień później. Podtrzymując tradycję rodzinną Pale Male Junior – również osiedlił się na Manhattanie na budynku Trump Parc przy Central Park South. Gniazdo Pale Male i Loli można obserwować z Central Parku, z brzegów stawu na którym urządzane są regaty modeli jachtów.  Powyższe zdjęcie myszołowa rdzawosternego, zrobiłem na Sandy Hook, z którego widać Manhattan – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Odwiedziny

Była wiosna roku chyba 1939 gdy odwiedził nas p. Wolfram, wytworny starszy mężczyzna z elegancką walizeczką, w której miał próbki towarów galanteryjnych i inne rzeczy. Moja matka prowadziła  bowiem sklep galanteryjny, wtedy zwany składem, w Załężu, dzielnicy Katowic. Nie były to zresztą jego pierwsze odwiedziny. Co najmniej raz do roku można się go było spodziewać. Mama zapraszała go do pokoju, gdzie rozkładał on swoje skarby i zachwalał ich zalety. W tym czasie miałem zwyczaj wślizgiwania się niepostrzeżenie do pokoju, ukrywania się gdzieś pod stołem i podsłuchiwania rozmowy starszych. Gdy jednak zostawałem wykryty przechodzili na język niemiecki, tak bym nie mógł ich zrozumieć. Wprawdzie z niemieckim językiem spotykałem się na co dzień, gdyż niektórzy klienci naszego sklepu mówili po niemiecku, np.” ham zi di strumpfe?”, albo „gejben zi mir di fuszekle?” Ale tego co mówiła mama z p. Wolframem nie rozumiałem, zwłaszcza, że sposób  wymowy tego ostatniego był dość śmieszny mówił np. iś, diś, miś. To ostatnie słowo kojarzyło mi się z niedźwiadkami. Na zakończenie wizyty zawsze zostawiał jakiś prezent, przeważnie butelkę likieru lub wina.

Katowice ul. Zamkowa 100 lat temu
W styczniu 1940 złożyliśmy mu rewizytę w Krakowie, gdzie mieszkał razem ze swoja rodziną. Wracając z Tarnopola, dokąd rzuciły nas losy wojenne, poprzez Przemyśl, w którym spędziliśmy kilka miesięcy w oczekiwaniu na przepustkę do strefy okupacyjnej niemieckiej, dotarliśmy do Krakowa. Nie mając innych znajomych zostaliśmy przyjęci przez państwo Wolframów, którzy dysponowali obszernym mieszkaniem i tam rozgościliśmy się na okres dwóch miesięcy. Był to najtrudniejszy okres naszej tułaczki wojennej. Nie będąc zameldowanymi w Krakowie nie mieliśmy kartek żywnościowych. Na pomoc naszych gospodarzy nie mogliśmy liczyć, bo jako Żydzi mieli sami mniejsze racje żywnościowe niż Polacy. Wtedy dopiero pojęliśmy co to jest głód. Sytuacja poprawiła się, gdy znaleźliśmy własne mieszkanie i otrzymaliśmy kartki RGO na zupę i kromkę chleba.

W roku 1942 mieszkaliśmy przy ulicy Skawińskiej, która prowadzi od ulicy Krakowskiej do Wisły i kończyła się wówczas czworobokiem z dziedzińcem, zwanym Krajewskim i wsławionym przed wojną tym, że  mieszkał tam znany bandyta Maruszeczko, który ujęty został w moim rodzinnym Załężu , dzielnicy Katowic. W tymże roku wprowadziła się do naszego mieszkania rodzina pewnego zegarmistrza z żoną i dzieckiem, oseskiem jeszcze. Sprawa nie byłaby warta wspomnienia gdyby nie to, że pewnego dnia  żona zegarmistrza zwróciła się do mnie z prośbą, bym poszedł do getta i zaniósł jej bratu obiad. Nie powiem żebym był bohaterem, ale odmówić też nie mogłem. Czułem do niej pewną nic sympatii. czasem, gdy byłem w pobliżu wyciągała swoją pierś i zaczynała karmić synka czarnego jak król Dawid, lecz nie obrzezanego, bo ona przyjęła katolicyzm. I jak tu katoliczce nie pomóc i to jeszcze z taką obnażona piersią.. Oczywiście zgodziłem się. Do getta trzeba było przejść przez most Piłsudskiego i na rynek podgórski, gdzie  była brama, mój cel.

Gdy wszedłem na wartownię policjant żydowski w mundurze i z żółtym otokiem na czapce zapytał: czego? Powiedziałem, ze przyszedłem do Mońka. Na to policjant krzyknął: „Moniek chodź tu”! Za chwilę Moniek przybiegłszy zdyszany, zapytał tylko co tam masz i zaczął pochłaniać w przerażającym tempie najpierw zupę, potem drugie danie. Widać było, że dawno jadł; znałem to uczucie i rozumiałem go. Przychodziłem jeszcze kilka razy do niego, a gdy byłem ostatni raz, nie wiedziałem zresztą, że to jest ostatni podarował mi krawat czerwony w białe ciapki, krawatkę jak się wyraził. Miałem go długo, aż do lat sześćdziesiątych,  do przeprowadzki podczas której moja żona wyrzuciła go, co czyniła zawsze z wielką lubością, włączając w to książki, ubrania i buty. Po kilku miesiącach getto zostało zlikwidowane, a rodzina zegarmistrza przeniosła się na wieś. Zaczął się nowy etap w naszym życiu.

Pewnego dnia do domu nie wrócił jeden z lokatorów naszego mieszkania. Sprawa była podejrzana. Mogło wchodzić pod uwagę aresztowanie, zresztą każdy był wtedy podejrzany. I faktycznie na drugi dzień odwiedziło nas dwóch policjantów niemieckich, po cywilu z policji celnej. po krótkim przesłuchaniu przeprowadzili rewizje, podczas której znaleźli w szafie pół torebki tytoniu, w sam raz  tyle, aby pójść na rok do obozu koncentracyjnego. Wizyta zakończyła się wymianą zdań między policjantami, z której zapamiętałem:
- Was machen wir jetzt? – powiedział ten niższy rangą.
- Sie hat drei kindern. Lassen wir das – Odpowiedział ten drugi.
I tak skończyła się ta groźna wizyta.
Ale nie dla naszego lokatora, który jak na razie miał zapewnione mieszkanie w areszcie śledczym przy ul. Wielickiej, a przede mną otwarła nowa perspektywa odwiedzin i noszenia obiadów tamże. Tym razem wchodząc do budynku więziennego wyciągałem na powitanie rękę, w której miałem ukryte pięćdziesiąt złotych, a strażnik skwapliwie ją podejmował i wrzeszczał: „złodziej taki a taki” ma zejść na dół. Wtedy pojawiał się nasz lokator i spożywał przyniesiony obiad. Jednakże po procesie, na którym nasz lokator otrzymał najniższy możliwy wyrok, mianowicie jeden rok obozu koncentracyjnego, zmieniło się miejsce noszenia obiadów a strażnikami byli tam esesmani z potwornym psami.

Pierwsze moje spotkanie z nimi mogło się skończyć dla mnie tragikomicznie. Podchodząc do obozu, widziałem z daleka druty kolczaste i postać rosłego esesmana z psem. Skierowałem się więc w jego stronę, przygotowując sobie pięćdziesiąt złotych w ręce. Gdy podszedłem bliżej na odległość wyciągniętej ręki, zastosowałem wyuczony manewr i z ufnością podałem rękę. Wtedy nastąpiła rzecz nieprzewidziana, ten esesmański pies skoczył w kierunku mojej ręki i tylko mój szybki refleks i przytrzymanie psa przez strażnika uratowało mi palce u rąk. Jak się później okazało strażnikiem był Słoweniec z Lublany, który rozumiał i mówił trochę po polsku. Później przynosił też wiadomości z obozu i zanosił paczki, oczywiście za odpowiednią opłatą; tak wyglądała moja pierwsza wizyta w obozie koncentracyjnym.

Na zakończenie chciałbym dodać, że mieliśmy jeszcze jedną wizytę, może najgroźniejszą. Jakieś dwa tygodnie po tzw. wyzwoleniu przez armię sowiecką, ktoś zapukał pod wieczór do naszych drzwi. Krzyknąłem: „proszę” ale nikt otwierał, więc podszedłem i otworzyłem sam i zamarłem z wrażenia. Przede mną stał nieznajomy  człowiek z omotaną szalem  twarzą i zapytał mnie czy jest mama. Zawołałem mamę, która dalej sama z nim rozmawiała.

Okazało się, że był to ten Słoweniec, który chciał uzyskać jakąś pomoc od nas. Na szczęście mama umiała mu sugestywnie wytłumaczyć, iż o żadnej pomocy nie ma mowy, gdyż sami nie mamy żywności, a przy okazji wskazała mu na niebezpieczeństwo, jakie mu grozi, gdyby chciał tu pozostać. Nam zresztą też groziło, gdyż na pewno był uzbrojony i bez skrupułów. Ile razy przypomnę sobie te odwiedziny, przechodzi mnie dreszcz.
www.kazir.blog.onet.pl

Wirtualna rzeczywistość


fot. Monia Alpy

Jamajka: Bobby, ganja i reggae

Robert Nesta Marley, zwany Bob Marley (urodzony 06 lutego 1945 r. w Nine Miles na Jamajce, zmarł 11 maja 1981 na Miami  USA) – za swojego życia doznał światowej kariery i pozostaje do dzisiaj muzykiem nie pobitym, jeśli chodzi o ilość sprzedanych płyt – 200 milionów!. To największy sprzedawca muzyki reggae na świecie. To ambasador swojego kraju – par excellence – najwybitniejszy.

Pożegnałem się z tym uroczym krajem na nutę MOVADO (być może dlatego, że jest to również moja ulubiona marka zegarków szwajcarskich).

Lotnisko w Montego Bay, zaczyna się jakieś dwie mile w morzu od stałego lądu:

Jakieś śliwki lub gruszki na wierzbie… później dowiedziałem się, że niejadalne:

Ta z kolei śliwka lub kiwi, ma duży orzech w środku, z pewnością nie do zgryzienia:

James Bond z pewnością jest gdzieś bardzo blisko:

Jedno z wcieleń Boba, daję mu notę 6,5 na 10:

Bob Marley, najbardziej autentyczny, daję mu 10 na 10 plus jednego grubego skręta:

Flora, daję 10 na 10:

Ulica w Montego Bay:

Spotkanie czarnych braci; Marius z Kongo, z tubylcem George, naszym przewodnikiem, którego korzenie są w Kongo właśnie:

Jamaican Man, smiley:

Wszędzie piszą, że marycha zakazana, ze zdjęcia wynika, że dozwolona…biez butyłki rumu nie razbieriosz:

Marius, ze swoim wielkim bratem odnalezionym w dżungli na Jamajce – radość obopólna:

Ashley, stary rastaman i jego pogarda… wymowna, od trzydziestu lat  nie ścinał włosów, przeciwnik picia alkoholu, dla tych, którzy nie piją śpiewa piosenki:

Spływ na tratwie w dół rzeki; Martha Brae river, rastamani mówili, że krokodyle śpią, nie pozostaje mi nic innego jak im wierzyć, drzewo chlebowe widziałem, nie jadłem, niedojrzałe było. Ponoć jak jest dużych rozmiarów i miękkie, to kroi się ten owoc na plastry i przypieka na grillu, smakuje jak chleb nasz powszedni. Cudowne, bajeczne…

Słońce na Jamajce jest chyba jedynym elementem bardzo zdyscyplinowanym, zapowiedziano, że będzie zachodzić o godz.18 :02 i tak się stało, dwie po szóstej znikło za horyzontem i stała się ciemność jakby zgaszono światło, pozostała tylko muzyka, Bob Marley i marihuana:

Jamajka:
najlepsza kawa na świecie; Blue Mountain Coffee,
najlepsza marycha
najlepsi biegacze na świecie
najlepsze reggae na świecie

fot. MonsieurLaPadite Jamajka

Ewolucja przymyka oko na cwaniaków

Jakiś czas temu badaniami dowiedziono, że panie łatwo dają się skusić głośniejszemu panu.  Ale przecież to nie zawsze oznacza, że wybrały dobrze. Przecież on może bardzo skutecznie swym wrzaskiem zagłuszać  innych, lepszych konkurentów oraz  „subtelnie” odwracać  uwagę od swych… niedoskonałości. Naukowcy długo uważali, że skłonność do oszukiwania jest wyłącznie domeną ludzką. Musieli jednak porzucić ten pogląd, gdy zaczęło przybywać dowodów, że również wśród zwierząt oszustów nie brakuje.

Niektóre gatunki zwierząt, by ratować swą skórę udają padlinę. Wiedza na ten temat jest skromna, niemniej jest już opisany ssak udający martwego – opos. Czyżby tylko dlatego, że sam jest królikiem doświadczalnym? Udawanie trupa jest w przyrodzie dość rzadkie, ale ma swój sens – drapieżnik zwykle traci zainteresowanie martwą ofiarą. Przestraszony wąż Heterodon platirhinos po zwinięciu w spiralę wiotczeje i zastyga leżąc na „grzbiecie” – czasami z otwartego pyska sączy mu się kilka kropel krwi. Udaje trupa ale tylko do momentu gdy drapieżnik się zniechęci, wtedy szybko wraca do życia. W sztuce tej biegłe są nawet dwutygodniowe oseski – twierdzi badacz tego dziwnego zachowania Gordon Burghardt z University of Tennessee. Zachowuje się tak również o dziwo rekin. Nawet tak krwiożercza bestia jak żarłacz tygrysi traci rezon leżąc brzuchem do góry. W taki oto właśnie sposób unieruchamia się tego drapieżnika, by założyć np. nadajnik do śledzenia jego wędrówek po oceanie.

Do innych celów stosują tę samą sztuczkę słodkowodne pielęgnice. Żadna zdechła ryba nie poleży na dnie długo nie zauważona. Pielęgnica cierpliwie czeka tam na pierwszych amatorów świeżej padliny, po czym… sama ich zjada. Najczęściej próbuje się oszukiwać osobników z innego gatunku w celu chronienia własnej skóry. Zdarza się niemniej, że oszukiwani są pobratymcy. Prym wśród nich wiodą płazy. Im mniejszy samiec żaby tym głębsze, niższe jego kumkanie. Gdy zbliża się konkurent, wątłej postury samiec dwoi się i troi, by kumkać basem jak prawdziwy żabi siłacz. Zupełnie jak nadrabiające głośnym szczekaniem maleńkie ratlerki. Dobre w udawaniu są również żyjące na plażach kraby, równie chętnie szukające okazji do flirtu jak do bijatyki. Przy wygrzebanej w piachu norce oczekują samiczki wabiąc ją zapraszającym wymachiwaniem swymi długimi szczypcami. Ruch ten ma na celu również odstraszyć ewentualnych konkurentów. Oczywiście samiczka wybiera tego, który ma największy oręż i potrafi z niego zrobić użytek (sic!)

Niestety i w świecie zwierząt stosunki damsko-męskie nie są wolne od oszustów matrymonialnych. :) U niektórych owadów samice są obdarowywane “fantami” podczas zalotów. Prezentem może być zwrócony pokarm, spermatofor (bryłka pożywnego białka pod postacią pakietu plemników!) lub upolowany owad. Przekupiona samica zezwala na seks, podczas którego zjada (sic!) podarunek. Jednakże niektóre samce próbują zwabić samice nędznym, nie nadającym się do jedzenia prezentem. Okazuje się, że samice dają się na to nabrać i zezwalają na kopulację a to oznacza, że oszuści mogą wypierać z populacji samce dające wartościowsze „prezenty”. Ewolucja mimo, że silnie wspiera grę fair play, także w tym przypadku przymyka oko na cwaniaków – przecież nie tylko muchę, udaje się poderwać na obietnicę tandetnego świecidełka – ewolny
Źródło: E. Nieckula „Wprost”
fot. Chris Miekina USA

Motocyklista też człowiek

Rider_Lukas – narażę się  Szefowej, ale trochę stanę po twojej stronie w omawianej sprawie w Ptasim budziku… , mimo, że nie lubię motocykli. Prawko mam od lat 35, samochodami ciężarowymi zrobiłem ponad 1 000 000 kilometrów, a do dziś nie mam kategorii „A”. Notabene to jakaś paranoja urzędnicza – mogę prowadzić po drodze 100 tonowy dźwig samojezdny, a nie wolno mi jechać ważącym 100 kilogramów skuterkiem „80-tką”. Czegoś takiego nawet Kawka nie wymyślił!


Lubię za to crossowe (ale nie wyczynowe) jazdy samochodem. Ale mimo to bardzo mnie drażnią uogólnienia i „wsypywanie do jednego worka”. Niestety masz rację Raider, wielu ludzi myśli właśnie tak „motocyklista to wariat i samo zło”. Tymczasem tu też, jak w każdej grupie społecznej, są ludzie i „ludziska”. Procentowy udział kretynów i chamideł wśród kierowców jest zapewne taki sam, jak wśród motocyklistów. Podejrzewam nawet, że motocykliści statystycznie jeżdżą bezpieczniej. Powód jest prozaiczny – w razie kolizji motocyklista ma znacznie mniejsze szanse na przeżycie niż rozparty w „bemce”, pozbawiony wyobraźni i doświadczenia młodzian. Ten pierwszy wie, że musi liczyć na siebie, ten drugi żyje w przekonaniu, że bezpieczeństwo zapewniają mu ABS, ASR, A-coś-tam-jeszcze, siedem poduszek dookoła i co by tam jeszcze nie wymyślili spece od marketingu, a on bezkrytycznie w to uwierzył. W dodatku z powodów, które powyżej, obrażenia motocyklistów w ewentualnych wypadkach są zazwyczaj bardziej spektakularne i dlatego nagłaśniane. Ale to nie znaczy, że każdy właściciel motocykla to potencjalny bandyta bez mrugnięcia okiem przejeżdżający z prędkością 200 k/h obok szkolnego boiska pełnego grających w piłkę dzieci. Motocyklistów jest po prostu mniej, dlatego są „na cenzurowanym”. Jeszcze raz powtarzam – procent straceńców nieliczących się z nikim i niczym jest taki sam w każdej grupie społecznej.

EW – czy byłaś ostatnio w Tatrach? Widziałaś jak wygląda droga z Łysej Polany do Morskiego Oka? To niekończąca się rzeka ludzi, którzy hałasują, jedzą, piją, śmiecą, sikają albo robią jeszcze, co gorszego. Przynajmniej tak wyglądało przed kilku laty, gdy byłem tam ostatnio, a jakoś straciłem ochotę na ponowną wizytę. Skąd się tam wzięli ci ludzie? Podobno z „troski” o Przyrodę! Pod hasłami jej ochrony TPN zabronił tam wjazdu wszelkim pojazdom samochodowym. Te kilka kilometrów stromego asfaltu to zapewne dla Ciebie EW drobnostka, ale dla wielu mieszczuchów to już poważna wyprawa. Chcąc zobaczyć najpiękniejsze polskie, górskie jezioro zirytowani turyści i wczasowicze uprawiają wbrew własnej woli wielogodzinne marsze po rozpalonym i zakurzonym asfalcie. Na postojach, nieuniknionych z racji długości trasy, snują się po lesie zmęczeni i co raz bardziej wściekli, a później ruszają dalej wdeptując raz po raz w końskie pozostałości, bo nie wszyscy wozacy znają swoje obowiązki. Oczywiście wszystko, co żyje odsunęło się na kilkaset metrów od tej parodii drogi, a drzewa rosnące w pobliżu powoli usychają od nadmiaru mocznika zawartego w ludzkich wydalinach i śmieciach. Przy okazji droga stała się niemal nieprzekraczalną granicą dla wielu drobnych i płochliwych gatunków ssaków, gadów i płazów. Sytuacja cieszy chyba tylko misie, lisy, borsuki i inne większe drapieżniki, które już dawno odkryły, że zamiast męczyć się polowaniem, łatwiej pomyszkować trochę przy drodze i z pewnością ludzie dostarczą czegoś dobrego na ząb.

EW – czy Twoim zdaniem tak powinna wyglądać skuteczna ochrona Przyrody?! Po mojemu to tylko chęć napędzenia klienteli wozakom oferującym na Łysej Polanie transport do Morskiego Oka za horrendalnie wysokie stawki. Drugim powodem decyzji TPN może być złudna nadzieja, że jeżeli dotrzeć do Morskiego Oka będzie trudno, to większość publiki da sobie spokój. Wtedy problem ochrony doliny Rybiego Potoku sam by się rozwiązał. Jednak, jeżeli to prawda, to rachuby dały skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Tatry są w ogóle bardzo dobrym przykładem, że w ochronie przyrody nic nie jest takie proste, jak byśmy chcieli. Nie wolno po nich jeździć motocyklami, to oczywiste i podpisze się pod tym każdy myślący człowiek, nawet Rider_Lukas. Ale, czy fakt akceptowania tam wyłącznie ruchu pieszego, oznacza, że je dostatecznie chronimy? Z pewnością nie. Dociekliwych ponownie odsyłam do tekstu Tanio i prosto, czyli zakopiańskie zwyczaje na Równinie Augustowskiej.

Ja twierdzę, i będę się tego trzymał, że gdyby wszystkich chętnych do zobaczenia cudnych krajobrazów Morskiego Oka wsadzić do nowoczesnych, oszczędnych, sprawnych i punktualnych autobusów kursujących na trasie Łysa Polana– Morskie Oko (lub lepiej bezpośrednio z Zakopanego) to z pewnością szkody dla przyrody byłyby znacznie mniejsze niż te powodowane przez ruch pieszy. W dodatku niezmęczeni wczasowicze mieli by u celu podróży mniejsze potrzeby żywieniowe i fizjologiczne, co zapewne dodatnio wpłynęłoby na stan środowiska w otoczeniu schroniska nad Morskim Okiem. Dlatego proszę nie uogólniać, że wszystko, co ma silnik jest dla przyrody z pewnością bardziej szkodliwe od pieszych.

W dodatku drodzy dyskutanci nie macie racji twierdząc, jakoby władze zawsze wychodziły z założenia, że to (czyli sporty crossowe) nie może istnieć…. W gminie Czerwonak, w której pracuję, udowodniono, że można coś osiągnąć nawet w tak kontrowersyjnej sprawie. Znaczną część tej gminy pokrywa Puszcza Zielonka, jeden z największych kompleksów leśnych w okolicach Poznania. Jednocześnie tak się złożyło, że jest w tej gminie wielu „cross-reiderów”, zarówno tych dwu, jak i czterokołowych. Dawniej rzeczywiście uprawianie tego, nietaniego przecież hobby na terenie Puszczy zdarzało się często i z pewnością jej nie służyło. Po awanturach i spięciach społeczność lokalna poszła po rozum do głowy i udało się sprawę załatwić. Urząd gminy wyznaczyły teren, na którym można do woli uprawiać różne formy crossu (dotyczy także rowerów i quadów). Żeby nie było nieporozumień – nie chodzi tu o sztuczny, zamknięty tor, a o naturalny, dziki teren. Mianowicie można legalnie jeździć terenowo na kilkukilometrowym odcinku prawego brzegu Warty. Nie są to, co prawda góry, ale teren ma bogatą rzeźbę pionową, wiele interesujących cieków wodnych i podmokłych obniżeń oraz różnorodną szatę roślinną. Odżałowano go crossowcom, bowiem jest to teren zalewany przy wysokich stanach Warty, a jednocześnie bezpośrednio przyległy do terenów przemysłowych. Dlatego nie ma znaczenia rolniczego, a wszelka cenna zwierzyna i tak się z niego wyniosła. W dodatku sąsiedztwo hałaśliwych zakładów przemysłowych powoduje, że warkot silników nikomu nie przeszkadza.

Miarka się przebrała - wieslawcz
Beskidzkie lasy umierają -  ew
Ptasi zegar po polsku - film ew
Wandalizm w lasach – grzybowisko

Co z tego wynika? Ano to, że  jak się chce, to można. Może nie zawsze i nie wszędzie da się załatwić sprawę do końca, bowiem rzeczywiście na przykład gór u nas mało i warto je szczególnie chronić, ale jednak, co nieco zawsze można zdziałać. Nie masz, zatem racji EW, gdy piszesz do Raidera: „Wiele w Tobie goryczy, a wiesz dlaczego? Dobrze wiesz, że na legalizację nie macie szans.” Motoccrosowcy mają prawo chcieć uprawiać swoją ulubioną rozrywkę podobnie jak Ty masz prawo chcieć realizować swoje imponujące górskie „wyrypy”, ja morskie rejsy, a Mike latanie na bojerach. Więcej powiem: wszyscy mamy prawo do upominania się o swoje prawa, do szukania możliwości legalnego realizowania swoich pasji. Doświadczenie uczy – w większości sytuacji można ustalić takie zasady, które dadzą się zaakceptować przez wszystkich, tylko potrzebna jest dobra wola z wielu stron.

Hasło na dziś? Proponuję  „Motocyklista też człowiek”.

Dzień lepszy wszystkim.
Tips_Senior
fot. ewolny czerwony szlak, Beskidy

Spacerkiem po Filadelfii

Jak Filadelfia to i moje ulubione muzeum, Philadelphia Museum of Art. Byłem już w nim kilkaset razy i wciąż mnie ono ekscytuje. A może po prostu czuję się tam dobrze? Nie… nie jak snob. To miejsce jest jak schronisko, gdzie można odetchnąć od codziennego zgiełku:

Muzeum zbudowano na wzór Partenonu i od razu filadelfijczycy nazwali go greckim garażem, ale z czasem przywykli do jego skorupy i chyba nawet polubili:


Zawsze wychodzę z Muzeum drugim wyjściem, które prowadzi wprost do parku Fairmont. Tu wcale nie czuję, że jestem w centrum wielkiego miasta…

… bo już tuż obok muzeum, postawiono wieżowiec, który przypomina kształtem eksponat z wystawy sztuki współczesnej:

A centrum Filadelfii, które wzorem innych wielkich miast amerykańskich usiane jest wieżowcami, ogromnie różni się od tego w Nowym Jorku. O ile ten ostatni aż kipi od drapaczy chmur, które pączkują tam jak drożdże, o tyle centrum Filadelfii jest o wiele bardziej przestrzenne i eleganckie. Filadelfia to metal i szkło, w którym pięknie odbija się błękitne niebo. Niektóre z wieżowców, architekturą przypominają baśniowe zamki, gdzieś na szklanej górze:


Całość raczej interesująco organizuje przestrzeń i daleko jest jej od klaustrofobicznych uczuć. Tak w ogóle przestrzeni w Filadelfii jest znacznie więcej niż w NYC, mniejszy też pośpiech na ulicach, pełno miejsc gdzie bez kłopotów można zostawić, samochód i mnóstwo innych, które warto zobaczyć:

Bo Filadelfia ma znacznie bogatszą historię niż wiele innych miast na kontynencie i posiada budynki, które nawet w Europie uchodziłyby za zabytki. Urząd miejski pamięta jeszcze czasy Franklina, ale do dziś pełni tą samą funkcję. Wraz z upływem czasu, wyrosły dookoła niego drapacze chmur, choć wydaje się, że mimo olbrzymich pokoleniowych różnic, budynki żyją ze sobą w pełnej symbiozie. I nawet Tadek Kościuszko wydaje się być zadowolony z takiego wieżowcowego otoczenia:

Jak o pomnikach, to jeszcze fontanna, usytuowana w połowie drogi pomiędzy Philadelphia Museum of Art a Urzędem Miejskim. Zwana Swann Memorial Fountain jest jednocześnie pomnikiem upamiętniającym dr. Wilsona Cary Swanna, założyciela… Filadelfijskiego Towarzystwa Fontannowego. Czyż można znaleźć lepszy pomysł, by uczcić pamięć założyciela tak szacownej organizacji? Fontannę tworzą trzy figury, symbolizujące rzeki przepływające przez Filadelfię, a więc: Delaware, Schuylkill i Wissahickon. Rzekę Delaware symbolizuje postać męska,  ta poniżej to Wissahickon:

Ale mnie najbardziej podoba się Schuylkill:

Całość wyrzeźbił lokalny artysta Stirling Calder, którego ojciec Milne Calder, wyrzeźbił figurę założyciela Pennsylvanii – Williama Penna – na szczycie wieży Urzędu Miejskiego. Z kolei syn Stirlinga – Alexander – również był artystą i jego ruchoma rzeźba „Ghost”, wisi pod sufitem Philadelphia Museum of Art. Taka sympatyczna rodzinna tradycja.
fot. Chris Miekina Philadelphia, USA
www.nowaatlantyda.com

Atlas

Kiedy w naszym mieście odbywały się targi międzynarodowe, wybraliśmy się, by je zwiedzić. Mnie zainteresowały dwie rzeczy, atlas geograficzny Eugeniusza Romera i duży, bajecznie kolorowy globus. Na pytanie, którą z tych rzeczy wołałbym, odpowiedziałem, że globus. I wszystko już wskazywało na to, że nie ominie mnie szczęście stania się jego posiadaczem.

Wtedy któreś z moich rodziców rzuciło pytanie: „A jeżeli on zrobi to samo co zrobił z koniem na biegunach” Zamarłem z wrażenia i czułem, że ziemia osuwa się z pod moich stóp. Stanęło mi przed oczami zdarzenie, co ja uczyniłem kiedyś z koniem na biegunach. Po prostu wziąłem pogrzebacz i podziurawiłem koniowi plecy. Właściwie to nawet mnie nie zbili, jak zwykle, tylko chcieli wiedzieć, dlaczego to zrobiłem, ale ja nie wiedziałem, czemu wziąłem pogrzebacz i czemu go podziurawiłem. Nie wiem po co im była potrzebna taka wiedza, dlaczego popełniłem ten czyn.

Wczoraj w telewizji pokazano film pod tytułem egzorcysta. Tam też dziewczynka schodziła do tyłu po schodach w pozycji mostka. I też jej rodzice chcieli wiedzieć dlaczego. Jakiś misjonarz w roli egzorcysty wyjaśnił im, że to na pewno przyczyną był demon.

Tak oto stałem się władcą atlasu i niezwłocznie przystąpiłem do malowania okrętów na mapach mórz i oceanów a na Saharze rysowałem obozy legii cudzoziemskiej z karabinami maszynowymi na rogach.

Gdy mieszkałem na ulicy Skawińskiej sąsiadem naszym był dozorca Klimczak, który objawiał się w swej głównej roli dopiero po zmierzchu, gdy zamykano bramy kamienic. Wtedy zakładał gacie i płaszcz i w takim ubiorze otwierał bramy spóźnionym lokatorom. Był to zresztą tradycyjny wieczorowy strój dozorców krakowskich, którzy stanowili hermetyczną kastę stołecznego miasta. W sąsiedniej kamienicy dozorcą był niejaki Turek, który bardzo nie lubił, kiedy chłopaki wołały za nim: „Turek Turka w tyłek szturcha”. Miał on syna imieniem Zbyszek,  zwanego powszechnie Gorylem. Kiedyś tenże zaproponował mi kupno 8 par łyżew za 2 złote. Trochę zastanawiałem, ale w końcu skusiła mnie niska cena. Z tych ośmiu par udało mi wybrać jedną dobrą i rozpocząłem naukę jazdy na lodowisku. Tam za Starowiślną na Grzegórzkach.

W domu zaś pod numerem czwartym mieszkał dozorca, o którym opowiadał mi jego syn, że gdy ojca nie był w domu od godziny, wtedy matka wszczynała alarm i wspólnie udawali się na jego poszukiwanie, gdyż  podejrzewała, że, jak się w zaufaniu wyraził: „ojciec poszedł na kurwy”. Zaczynali od przeszukiwania bulwarów, w których znajdowały się zakamarki, mogące służyć do uprawiania nierządu.

Innym razem Goryl przyniósł mi dwa tomiki atlasu Sawickiego i jeden atlas historyczny autorstwa niejakiego Eligiusza Niewiadomskiego. Nic mi to nazwisko na razie nie mówiło, ale po wielu latach dowiedziałem się, że był to morderca pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza.

Jeszcze innym razem przyniósł mi dwa nakolanniki bramkarskie, służące do ochrony kolan. Kupiłem je za drobną kwotę i tak stałem się potencjalnym bramkarzem piłkarskim. W sąsiedniej kamienicy mieszkał  Stefan Sz. wybitny znawca piłki nożnej i świetny wirtuoz  żonglerki piłką oraz uczeń słynnego piłkarza i trenera Józefa Kałuży. Popisywał się przed nami swym talentem wykonując tzw. nożyce, czyli udając, że chce kopnąć prawą nogą, a w rzeczywistości czynił to drugą. Próbowałem go nieraz naśladować, ale zawsze myliły mi się nogi i zanim wykonałem manewr, piłka była już na ziemi. Ubrany w nakolanniki wkroczyłem na plac, służący między innymi do gry w piłkę. Nawiasem mówiąc, pasły się tam jeszcze konie, przeznaczone na wyrób wędlin.  Istniały dwa rywalizujące drużyny, które aktualnie .przygotowywały się do decydującego meczu. Natychmiast zostałem zauważony, a właściwie moje nakolanniki i zaproponowano mi grę na bramce. Mecz rozpoczął się dość niefortunnie dla mnie, od puszczenia piłki i stracenia punktu. Dalszy ciąg też nie był lepszy i ostatecznie po  przepuszczeniu 12 goli zostałem zwolniony z obowiązku bronienia bramki. Tak zakończyła się moja kariera piłkarska.

Wracając do artysty footballu, Stefana, ukończył on studia na architekturze a następnie przystał do komediantów i został reżyserem. Widziałem w telewizji film jego reżyserii „Tylko Beatrycze” wg Teodora Parnickiego, w znacznym stopniu nasycony treściami intelektualnymi, z których, przyznam się, nie wszystko zrozumiałem. Podczas bezsennych nocy udało mi się także wysłuchać audycji radiowej pt. „Zapiski ze współczesności”, w których Stefan wspominał o tańczeniu z Mrożkiem tanga przez całą noc. Tak oto zmarnował się najczystszej wody talent piłkarski.
www.kazir.blog.onet.pl

***

Matka z motylem

Pochyloną nad żółtym motylem
W syczącej zielenią pszenicy
Pamiętam -
Aż do kropli zimnego potu
Wielkookiej dziecinnej trwogi

Jakbym wszystkie łany śniegi musiała odgarnąć
Po tamto lato
Przekopuję rozbiegłe pola
Torfowiska wiosen

W śnie głęboko – w zwęglałym cieniu
Rozkłada skrzydeł ciepłe złoto

Chcę widzieć bliżej -
Gorącym kłosem
Umyka moim rękom
Wysoko

Łzami rosnę za nią

Podmuch światła
W czarne ziarna ją roztrąca
Tak mi się rozwiewa
W jałowej pamięci

Jeszcze raz wołam
Na całą świata otwartą niepamięć

Z oddechu mgły przedsennej
Biały sad wschodzi
Wózek w liści światłach
Maleństwo śpi
Płatek jabłoni na policzek spada
Dziecko się budzi

Biegnę

Tak odnajduję ją w sobie
W umilkłym płaczu mojego dziecka
Kiedy mi dzisiaj
W pustej łzie zaświecił

Odchodzi
Skazując mnie
Jak kiedyś ją skazałam
Na odwrócenie głowy

Mieczysława Buczkówna
1924