Monthly Archives: Marzec 2010

Żal po stracie

Ktoś anonimowo napisał, że żal po starcie jest związany z sytuacją, w której coś tracimy i jest to proces nieodwracalny. I, że każdy z nas od narodzin, aż do śmierci przeżywa różne straty. Tracimy dzieciństwo, młodość, bliskich, przyjaciół, złudzenia, zaufanie lub po prostu przedmioty, dobra materialne, pracę, samochód, mieszkanie. Niektóre ze strat są małe i powszechne i większość z nas potrafi sobie z nimi poradzić. Ale są też wielkie, bolesne i tragiczne powodujące pogorszenie jakości życia. Tego typu straty wywołują w nas silne emocje, pozostaje coś w rodzaju naturalnej żałoby. Żal po stracie wiąże się z doznaniem krzywdy. Jest procesem pozbawiającym ludzi energii i radości życia.

W sytuacji śmierci bliskiej osoby, żal z upływem czasu sięga mocniej i głębiej, i obezwładnia człowieka. Im dłużej trwa, tym mniej widzimy powiązań z przeżytym kiedyś żalem. W sytuacji, kiedy dwoje ludzi żyje z sobą, mieszka, złości się i kocha, powstaje niewidzialna sieć połączeń niczym pajęczyna, która ich zespoliła. Za takim zespoleniem idzie niezwykle duża energia. Kiedy śmierć przecina nagle te powiązania, pozostawia w osobie osamotnionej wielką siłę, która nie ma ujścia. Siłę, która pozostała po niedokończonym związku.

Żal po stracie nie dotyczy jak już pisałam powyżej, jedynie śmierci. Żal po stracie mogą i przeżywają również osoby po rozwodzie, zmianie miejsca zamieszkania, zmianie pracy, zdradzie, w chorobach, kalectwie lub alkoholizmie swoim lub bliskich. Wielu ludzi próbuje poradzić sobie z przeżywanym żalem, brakuje im jednak wsparcia i dobrych wzorów postępowania. Nie jesteśmy bowiem przygotowani do przeżywania żałoby. Najczęściej słyszymy: weź się w garść, zajmij się czymś, czas goi rany, Bóg tak chciał, wszystko przemija, przyzwyczaisz się. Mogą pojawić się dziwne, niewytłumaczalne reakcje: nadużywanie leków, alkoholu, nadmierna pracowitość lub właśnie odrętwienie, apatia.

U osób przeżywających ból po stracie, można wyróżnić kolejne fazy oddziaływania żałoby:
* szok i izolacja – od tej bolesnej informacji – to nie jest prawda!
* gniew, bunt, agresja – jak to możliwe, dlaczego akurat mnie to spotkało, kto zawinił?
* targowanie się z rzeczywistością – to wszystko mi się śni, to nie może być prawda!
* depresja – trwanie w pustce i bezsensie życia… aż do momentu:
* akceptacja – zaakceptowanie faktu, że nigdy więcej nie będzie już tak jak było, a my musimy żyć dalej w tej nowej rzeczywistości.

Każdą obecność czujemy częścią siebie, by nie rzec całym sobą. Bo z czasem to jakby już część nas. Przejmując część obecności, przesiąkając nią, po jej odejściu, jej utracie, tracimy jakby rękę, nogę, serce, głowę… odczuwamy ból fantomowy. Celowo nie piszę „osoby”, by dać przykład na to, że można stracić złudzenia, zaufanie, dobra materialne, zdrowie lub wolność (nałogi) – nie tylko bliskich.

„List w butelce” i podobne jak w nim życie tylko przeszłością, duszenie się nią, zamykanie w niej jak w słoju bez dostępu świeżego tlenu, idealizowanie, zapominanie złych momentów a pielęgnowanie tylko tych dobrych, które mijaną rzeczywistość stawiają w niekorzystnym świetle, jest zwyczajnie niezdrowe. Nie ma tak jak było, bo być nie może, dwa razy rzeka nie jest tą samą rzeką. Świat nie tramwaj, a życie nie poczeka tylko jedzie dalej, nawet bez nas, czyli? Trzeba zapomnieć nie zapominając o tym co było i wskoczyć choćby spóźnionym, w biegu, by nie przegapić ostatniego kursu – ew

Opole jakiego nie znacie

Nie potrafię opowiedzieć o Opolu, by oddać to co czuję. Wspaniałe miasto, gdzie historia „nasza i wasza”, poprzetykana jest wstęgami błyszczącej wody. Myślę, że jest to naprawdę niedoceniane miasto, a przecież czyste, zadbane, klimatyczne, mające swój czar i urok, oraz… przebogatą historię.

Bo Opole jest jednym z najstarszych miast w kraju, bo już od średniowiecza było stolicą Górnego Sląska, bo tam zabytkowe Stare Miasto, Wieża Piastowska, Neogotycka wieża ciśnień, Młynówka będąca, jak nasza cieszyńska, swoistą Wenecją, Bazylika z grobami Piastów Sląskich, kościół św. Trójcy z XIII wieku, Synagoga, kościół M.B.B. i św. Wojciecha z X wieku, albo dziękczynny kościół św. Sebastiana postawiony po wygaśnięciu epidemii dżumy, Ratusz będący odzwierciedleniem florenckiego pałacu…

Według wskazówek Pana Wiesława, oglądamy dworzec – skórę zdartą z gdańskiego, niemniej mający dla nas w sposób nieznany, tory z obu stron dworcowego budynku. Tuż obok mijamy Pocztę Polską i obelisk poświęcony poległym pocztowcom z czasów I wojny światowej. Idziemy dalej ulicą Krakowską, na której kupuję bukowe pisanki z Grojca, przechodzimy obok robiącej wrażenie siedziby Gazety Wyborczej, ale i nieznanej nam zupełnie filharmonii…

Obok niej stoi za to, dobrze nam znany, pomnik ku czci bojowników o polskość/wolność  Śląska Opolskiego,  za  którym, zaraz za zakrętem, raj dla oczu i duszy -  Mostem Groszowym zwanym dziś Zielonym, przechodzimy Młynówkę:

Czym różni się ona od gdańskiej Motławy? Z Opola wyjechałyśmy sądząc, że nie odnalazłyśmy opolskiej Wenecji, oto  ona!

A na niej wspaniałe  budowle wodne i śluzy:

Ale i w tle, cudowny zarys koronki miasta – Starówka:

Starówka, na której wspomniane monumentalne kościoły, katedra, bazylika, ratusz. Kościoły, na których zegar słoneczny, wokół których mury obronne i urokliwe place:


A obok byłego kościoła parafialnego Pana Wiesława, stoi studnia św Wojciecha, postawiona na pamiątkę domniemanego pobytu biskupa praskiego, który tu na wzgórzu miał w 984 roku chrzcić pogan:

Na tym samym wzgórzu, na którym Cztery Pory Roku stoją zamknięte w kamieniu, gdzie tuż obok m.in. grób  Peregryna z Opola, doradcy papieża Jana XXII, ale i groby książąt piastowskich, np biskupa Jana Kropidło, przyjaciela króla Władysława Jagiełły:

A z góry widok na Muzeum Śląska Opolskiego, ale i koronkowe, barwne kamienice, niczym w bajecznym Kazimierzu nad Wisłą, między którymi Aleja Gwiazd – na część  muzyki festiwalowej,  światowa wystawa   sztuki nowoczesnej – rzeźby w białym marmurze:

Tu wszędzie grupki rządnych wrażeń turystów, dla których na Franciszkańskiej przepyszne pierogi w przepięknej, klimatycznej restauracji, z cenami o dziwo, zwyczajnymi!


Przepięknej urody Odra, kanały, oraz stare i nowe mosty zwyczajnie urzekają. Na Odrze liczni  kajakarze z pobliskiej przystani kajakowej. Na wale takim jak w Tresnej – rolkowcy. Wzdłuż brzegu piesi z psami – żyć nie umierać, tylko nabijać kilometry nogami:

I nabiłyśmy – odwiedziłyśmy ZOO z unikatowym przychówkiem Lemurów Katta, ale i luźno łażącymi pawiami:

Nie potrafię opowiedzieć o Opolu tak jakbym chciała. Wieża Piastowska i Karol Musioł -  Nasz  Papa, inicjator Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej:


Na ścianach odrestaurowanych kamienic liczne pamiątkowe tablice „tu mieszkał”, „tu żył i tworzył”, „siedziba ZAIKS”, „Związek Literatów Polskich”, „Związek Artystów Polskich”, „Związek Polskich Artystów Plastyków” i etc. Na Rynku Głównym drogowskazy do partnerskich, światowych miast:

W parku  ze ścieżką dydaktyczną, na murze graffiti: Kocham Polskę, a Ty?. Ja też.

fot. ewolny Opole

Hymny* dwa

*) Hymn jest to uroczysta pieśń pochwalna lub świąteczna, pierwotnie sławiąca bóstwo, później także bohaterów i ich czyny oraz wielkie idee…


Hymn o jasności

Ja znam wszystkie tajemnice, kręte i ciemne szlaki
Wszystkie Madonny i Świątki na rozdrożach
Chylące się zboża, przekwitające maki
Jesienne wichry zbłąkane na morzach

Ja jestem różą białą i czarną skałą
Jestem Madonną i świątkiem wystruganym
Jestem jaskółką, czarną, taką małą
Jestem aniołem, dobrym, lecz nieznanym

Ty jesteś deszczem w dżdżysty dzień
Ty jesteś słońcem w nocy i…
Mojej dłoni najwyraźniejszy cień
Nie wymknę się już z twojej mocy

Jesteśmy liśćmi brzozy lub klonu
Jesteśmy echem tamtych nocy i dni
Jesteśmy sercem Zygmuntowego dzwonu
I czekamy tej jasności marszcząc brwi

Jesteśmy ogniem i mieczem
Pamięcią, gorejącą i żywą
Jasnością olśniewającą i zniczem
Miłością – jesteśmy prawdziwą.

Hymn o miłości
(to jest psalm, mój najlepszy, uczciwy, prosty i mądry, pokorny na wskroś)

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
To jest magiczne; wystarczy zamienić słowo miłość, na słowo przyjaźń i wszystko jest jasne…

Poemat, ten górny przy pomocy Weny i uczciwym, włoskim rolnikom, mieszającym winne grona w proporcjach tolerowanych przez poetów jest owocem intelektu, refleksji, przemijania i nas samych, takich małych chrząszczy, którzy łykając ten boski płyn w egzaltację popadając zgubną, lecz duchy nasze są czyste i chwalebne!
NON NOBIS DOMINE NON NOBIS SED NOMINI TUO DA GLORIAM – LaPadite

Wiewiórka – szary brylant

Wiewiórka szara Sciurus carolinensis, występuje w Kanadzie w dwóch wersjach kolorystycznych: szara i czarna. Ta druga wersja jest bardziej rozpowszechniona w północnym Quebec i Ontario. Łacińskie słowo sciurus określające wiewiórkę pochodzi od dwóch greckich słów: skia -  cień, oraz oura – ogon. W wolnym tłumaczeniu można powiedzieć o wiewiórce siedzącej w swoim cieniu.

Ogon wiewiórki służy do kilku celów, bo jako ster w czasie lotu, przykrycie w czasie zimy, lub odstraszanie innych drapieżników. Szara wiewiórka spędza większość swojego czasu na drzewach, po których przemieszcza się z wielką zręcznością. Gdy schodzi na ziemię w poszukiwaniu, lub w celu schowania pożywienia, może poruszać się z szybkością nawet 25 km/godz.

Ja moją Ściurkę Karolińską przetestowałem w bardzo łatwy sposób, bo kupiłem worek orzeszków ziemnych, aby sprawdzić na ile one są towarzyskie w wielkim mieście, ponieważ w Montrealu wiewiórki są tak wszechobecne, że prawie niezauważalne. Moje obserwacje poczynione na wiewiórce ogrodowej, zmuszają mnie, aby stwierdzić lub potwierdzić moją wcześniejszą hipotezę o głodzie, który może być silniejszy od strachu. I tutaj przypomnę moje spotkanie z tym zwierzątkiem wczesną wiosną w parku, kiedy to taka mała wygłodzona wiewióreczka  podeszła pod mój obiektyw na wyciągnięcie ręki w nadziei, że otrzyma coś do jedzenia. Nazwałem ją wtedy wiewiórką Brunką od nazwy parku Saint Bruno. Od tamtego czasu w moim worku z aparatem fotograficznym znajduje się solidna garść orzeszków ziemnych na nieprzewidziane okazje.

Reasumując moja wiewiórka miejska, ogrodowa, jest bardzo nieufna co widać na załączonych zdjęciach. Być może dlatego, że wiosna jest bliżej i o pożywienie łatwiej a może też dlatego, że okres lęgu i instynkt samozachowawczy jest przeogromny. Jeśli nie jest to zbytnią abstrakcją lub ekscentryzmem, do poniższych obrazów, proponuję muzykę… Jaskółka uwięziona. Pozdrawiam i przesyłam dwa orzeszki ziemne – LaPadite

fot. MonsieurLaPadite Kanada

Indyjskie Kovalam Beach, czyli z kłódką na plażę

Zwiedzanie Triwandrum – miasta bogów (obecnie Tiruvanathapuram),  zostawmy sobie na później a teraz pojedźmy do Kovalam Beach pooddychać morskim powietrzem. Zaraz na wstępie spotkała mnie tam niemiła przygoda. Gdy wszedłem do oceanu, mając na szyi pętlę z kluczykiem do pokoju hotelowego, zostałem skotłowany przez wysoką falę, a gdy się wynurzyłem, stwierdziłem brak kluczyka. Recepcjonista się nie zdziwił, tylko wyjął potężne nożyce i przeciął kłódkę, a ja musiałem iść kupić sobie nową. W Indiach trzeba zawsze mieć własną kłódkę do zamykania pokoju.

Na obiady chodziłem przeważnie do hinduskiej restauracji, gdzie ryż podawano na liściu banana. Gdy przyszedłem pierwszy raz, próbowałem wybierać potrawy, ale szef powiedział, że mam sobie usiąść i czekać, aż mi podadzą. Okazało się potem, że mieli zawsze tylko jedno danie: ryż, jarzyna podobna do szpinaku, kartofel i sos curry o dwóch smakach, ostry albo słodki.

Za chwilę podano mi obiad, a chłopiec kilkuletni, bo tacy są kelnerzy, obserwował, czy mam wszystko na liściu. Gdyby mi czegoś brakło, np. jarzyny, zaraz biegł i dodawał bez proszenia. Na drugi dzień, gdy przyszedłem, ten chłopiec pełniący funkcje kelnera, zwrócił mi uwagę, że wczoraj nie wrzuciłem liścia do kosza lecz zostawiłem go na stole. Przy okazji zostawiłem też widelec, tak że dzisiaj musiałem jeść za pomocą łyżki. Przy sąsiednim stoliku siedział pewien Amerykanin z  hinduską żoną, chyba żoną, z dzieckiem i dziewczyną około 15 lat, całkowicie czarną i piękną. Młodość jest zawsze piękna.  Byliśmy już przyjaciółmi, bo jedliśmy razem drugi raz.
Na następny dzień wyjeżdżałem do Bombaju, skąd miałem samolot, więc jeszcze postanowiłem zrobić zakupy. Po pierwsze musiałem kupić sobie tenisówki, ponieważ wymieciono mi je w pociągu do Madrasu. Chciałem kupić kilka składników curry, a więc przede wszystkim kurkumę, zwaną w Indiach haldi, kardamon i koriander, czyli kolendrę. W sklepie, gdy kupiłem te trzy podstawowe składniki curry, sprzedawca powiedział, musisz jeszcze kupić pieprz, a gdy go kupiłem, dodał mi jeszcze czili a potem dalczini i tak dalej. Ostatecznie kupiłem 16 składników przyprawy curry i zapłaciłem 81 rupii, czyli około 7 dolarów. Takiego naiwnego klienta już dawno nie mieli.

Kovalam Beach:


Meczet:

Latarnia morska:

Ocean, wyprawa czeka:

fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Siun-mao czyli misiokot

Mają biało- żółte futerko z czarnym wykończeniem. Spojrzenie, tak rozbrajające, że nie sposób, nie zakochać się w tym zwierzaku od pierwszego wejrzenia. Jest drapieżnikiem, ale patrząc na jego niezdarność ma się ochotę przytulić do niego jak do wielkiego pluszaka. Panda wielka – ailuropoda melanoleuca – inaczej niedźwiedź bambusowy, a po chińsku po prostu siun-mao czyli misiokot. Pomimo przystosowania żołądka bardziej do trawienia mięsa niż roślin, jest wegetarianinem z konieczności. W środowisku naturalnym bardzo trudno jest jej cokolwiek upolować, stąd też od lat ze smakiem zajada pędy bambusa. Dziennie pożera do 40 kg tego przysmaku, na poszukiwanie którego przeznacza aż 16 godzin.  Jest bardzo wybredna – bowiem nie każdy gatunek jej smakuje. Niestety, kurczenie się lasów bambusowych spowodowane wymieraniem bądź wycinką pod pola uprawne coraz bardziej zawęża siedliska pandy a tym samym jego populacje – panda jest bowiem ssakiem terytorialnym potrzebującym do przeżycia i rozrodu rewir o powierzchni ok. 5 km².

Do zmniejszenia populacji niedźwiadka przyczynia się także, a może przede wszystkim kłusownictwo! Niemniej, dzięki wielu programom reprodukcyjnym i ochronnym, póki co, udało się powstrzymać tendencję ujemną i powoli populacja tego sympatycznego niedźwiadka – znajdującego się jednak wciąż w czerwonej księdze gatunków zagrożonych – wzrasta. W stanie naturalnym pandę, która niegdyś zamieszkiwała dość znaczne obszary górskie w Azji, można spotkać jeszcze w niektórych lasach bambusowych rosnących na wysokości 1600 do 3500 m. n.p.m. – jedynie zimą schodzi niżej, na wysokość 800 m. n.p.m. Obecnie rejon jej występowania został ograniczony wyłącznie do trzech chińskich prowincji Shaanxi, Gansu i Syczuanu. Właśnie w tym ostatnim powstało w ostatnich latach wiele rezerwatów i ośrodków reprodukcyjnych.

Mimo, że jak wiadomo w wielu kwestiach Państwo Środka jest na bakier ze światowymi tendencjami takimi jak poszanowanie godności i praw człowieka, wolności słowa, a także ekologią (vide wielka tama na rzece Jangcy), to widać ochronę pandy wzięło sobie głęboko do serca. Ten przesympatyczny ssak nie tyle był maskotką ostatnich Letnich Igrzysk Olimpijskich, ale stał się przede wszystkim Symbolem Narodowym. Biorąc to wszystko pod uwagę nie może dziwić, że rezerwaty czy ośrodki reprodukcyjne pandy w Chinach są wręcz wzorcowe! W stolicy prowincji Syczuan, Chengdu, na obrzeżach miasta znajduję się na rozległym terenie Instytut Hodowli Pandy,  gdzie w stanie zbliżonym  do naturalnego można bezpośrednio podziwiać te rozkoszne misie.

Wielka dbałość o szczegóły, może wręcz turystę wprawić w osłupienie: multimedialne muzeum, ścieżki dydaktyczne, ambulatorium, kuchnia, a nade wszystko ekskluzywna toaleta dla zwiedzających – muszą robić wrażenie. No, ale rzecz jasna Instytut to nie tylko muzeum czy eleganckie toalety, których może pozazdrościć nawet najwykwintniejsza restauracja – to przede wszystkim wygodne wybiegi dla misiów oraz w niczym nieskrępowana możliwość ich obserwacji. Według sugestii zamieszczonej na portalu www.travelchinaguide.com – zalecany czas pobytu w Instytucie to 2 godziny… ale… misie są tak słodkie i czarujące, że wprost nie można od nich oderwać oczu… Zwłaszcza, że oprócz pandy wielkiej – tej do której przywykliśmy – Instytut „na stanie” ma również kilka pand czerwonych, które absolutnie jednak pandy nie przypominają. Są znacznie od nich mniejsze (ich waga to przeciętnie 5 kilo) a wyglądem – jak widać – są raczej bardziej podobne do szopa czy lisa. Zresztą, swego czasu jej chińska nazwa została omyłkowo przetłumaczona na angielski jako firefox i nomen omen, to właśnie od niej  pochodzi nazwa popularnej przeglądarki internetowej.

Z małą czerwoną pandą można sobie na miejscu, już za równowartość 40 zł zrobić zdjęcie własnym aparatem. Mimo dość zaporowej ceny, chętnych na foto nie brakuje… Natomiast z pandą klasyczną (o ile nie ma się możliwości wyjazdu do kraju pochodzenia), można się spotkać oko w oko w Europie w dwóch ogrodach zoologicznych: w Wiedniu i w Berlinie. Wydaje się, że nie ma zwierzaka, który dorównałby pandzie w popularności, sympatii i wykorzystaniu swojego wizerunku. Panda znalazła się w logotypie założonej w 1961 roku organizacji ekologicznej „World Wildlife Fund” (WWF). Wykorzystują ją także przeróżne firmy, nawet takie, które na co dzień raczej – prócz marketingu – niewiele z misiem mają wspólnego (patrz zdjęcie autokaru). Nie tak dawno panda wystąpiła również w przesympatycznej reklamówce znanego przewoźnika Finnair.

Dorosły osobnik waży od 75 do 115 kilogramów, ma do 1,5 metra długości, w kłębie do 80 cm i może dożyć 30 lat. Szacuje się, że na chwilę obecną populacja pandy wynosi około jednego tysiąca osobników, z czego 60% przebywa w rezerwatach i liczba ta rośnie.  Czy możemy w jakikolwiek sposób przyczynić się aby zachować tę optymistyczną tendencję? Otóż bardzo prosto! Choć na wymienione  na początku przyczyny naturalne nie mamy zanadto wpływu, to warto wiedzieć, że do zagrożenia tego przesympatycznego gatunku przyczynia się jak wiadomo jego przepiękne futro misia (które już w starożytności uchodziło za niezwykle cenne) oraz nadal kwitnące zabobony w postaci wiary w nadzwyczajne walory prozdrowotne czy afrodyzjakowe quasi-farmaceutyków stworzonych na bazie tkanek pandy czy tygrysa – np. preparat TCM. Pomimo wielkiej uwagi jaką Chiny objęły ginący gatunek oraz kary śmierci – jaka w tym kraju grozi za zabicie pandy – kłusownictwo nadal tam kwitnie w najlepsze, gdyż… …wiadomo nie od dziś to POPYT KSZTAŁTUJE PODAŻ!

I nie chodzi w tym miejscu wyłącznie o pandę czy tygrysa, ale kształtując ten popyt miejmy także na uwadze i inne, mniej zagrożone gatunki, a także zwierzęta, które dla naszych kaprysów czy zabobonów są hodowane na przemysłową skalę. Nie ulegajmy takim przesądom i nie nabijajmy kabzy przeróżnym hochsztaplerom, wmawiającym nam, że po spożyciu cudownego specyfiku zawierającego chrząstkę rekina czy tran wielorybi odmłodniejemy a nasze kości będą bardziej niż nowe, i że włosy w cudowny sposób nam odrosną! Czytajmy uważnie skład preparatów i bojkotujmy te, które bazują na odzwierzęcych składnikach. Zdrowsi i piękniejsi raczej od nich nie będziemy – bo przed starzeniem się organizmu uciec się nie da. Natomiast na pewno dzięki naszej postawie uratujemy niejeden ginący gatunek… a i w kieszeni pozostanie wówczas trochę złotówek na przyjemności, ot choćby na bilet do wiedeńskiego czy berlińskiego zooparku – zwłaszcza, że nawet w zoo spojrzenie pandy jest po prostu bezcenne…

WOJCIECH ŚLIWIŃSKI
ZAKOPANE dn. 22 marca 2010 r.
fot. W. Śliwiński Chiny
www.wsliwinski.ws

„Na probostwie w Wyszkowie” – list otwarty

Na budynku starej plebanii kościoła p.w. św. Idziego Opata, wmurowana jest  tablica czcząca pamięć ks. kanonika Mieczkowskiego i wyszkowian uczestniczących w wojnie polsko – bolszewickiej 1920 r. Tablica została zainstalowana w sierpniu 2005 r. w trakcie uroczystych obchodów 85 rocznicy sławnej bitwy warszawskiej. Treść tablicy czci pamięć ważnej dla parafii postaci ks. kanonika i wielu uczestników tej wojny. Szkopuł w tym, że słowa wyryte na tej tablicy mogłyby się znaleźć, po odpowiedniej zmianie nazwiska księdza, prawie w każdej parafii w Polsce. Tymczasem to miejsce jest jedyne. Jakże ważne dla całej Europy!

Jaki byłby efekt gdyby na plebanii zawisła tablica o treści np. takiej?

Z tej plebanii, 16 sierpnia 1920 r. „Na odgłos strzałów, rozlegających się za Bugiem, dr Julian Marchlewski, jego kolega Feliks Dzierżyński, pomazany od stóp do głów krwią ludzką, i szanowny weteran socjalizmu Feliks Kohn – dali drapaka z Wyszkowa.” *  Tak skończyły się marzenia komunistów o panowaniu nad światem. Chwała żołnierzom Wojska Polskiego, bohaterskim obrońcom Warszawy w Wojnie polsko ? bolszewickiej 1920 r. Mieszkańcy Wyszkowa. 2010 r.

*) Stefan Żeromski „Na probostwie w Wyszkowie”

Z jednej z wielu plebanii na Mazowszu, ta jedna w świadomości wyszkowian i tych co tę tablicę zobaczą w naturze, obejrzą w telewizorze, przeczytają o niej w gazetach i usłyszą w radiu, stanie się miejscem jedynym w Polsce. W tym miejscu będzie można powiedzieć Europie i światu: tu skończyły się marzenia komunistów o panowaniu nad Europą. Dokonała tego Polska, biedna, wyniszczona rozbiorami i wojną światową. A miejscem  które było ostatnim w marszu na Zachód był Wyszków. Bo to żołnierze rosyjscy pod czerwonym sztandarem dotarli do Ossowa i tam zostali pokonani, ale to stąd – politycy gotowi obwieścić światu zwycięstwo komuny – musieli uciekać. To była  klęska ich idei! Tu był prawdziwy ich koniec w tej wojnie!

Sądzę, że administrację samorządową Wyszkowa czeka wielkie zadanie. Tablica o proponowanej, lub podobnej treści powinna zostać wmurowana bardzo szybko. Jeżeli mamy ambicję promować miasto to jest to niepowtarzalna okazja. Zgłoszona przed kilku laty przez zespół kierowany przez Marka Głowackiego, obecnie przewodniczącego Rady Miasta, inicjatywa utworzenia Muzeum Wojny 1920 r. powinna się zrealizować. Stara plebania to jedynie możliwe miejsce na jego siedzibę.

Budynek ten powinien znaleźć się w rejestrze zabytków (nie figuruje w Rejestrze zabytków nieruchomych Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków) a jego remont  sfinansowany z unijnych środków na renowację takich zabytkowych obiektów tj. Programu Operacyjnego „Dziedzictwo Kulturowe”  Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego na lata 2007 – 2013 oraz z Programu Operacyjnego INFRASTRUKTURA I ŚRODOWISKO – Narodowe Strategiczne Ramy Odniesienia na lata 2007 – 2013 (Oś priorytetowa XII: Kultura i dziedzictwo kulturowe).

Jest oczywistym, że bez dobrej woli obecnego właściciela tego obiektu – Diecezji Łomżyńskiej – nie powstanie tu takie muzeum. Nie obejdzie się bez merytorycznej pomocy Ministerstwa Kultury, wojewody i burmistrza.

Wmurowanie tablicy o proponowanej treści może być okazją do zorganizowania uroczystości 90-tej rocznicy Bitwy Warszawskiej i powinny to być uroczystości nie tylko o randze uroczystości centralnych w Polsce ale i o zasięgu europejskim. Niech wiedzą mieszkańcy Europy co im groziło i kto ich od tego ustrzegł. Przy okazji będzie można przypomnieć, że Mur Berliński nie przewrócił się sam, tylko ludzie w Polsce ” tupnęli ” a w Berlinie „walnęło” – Wiesław Czapski
fot. Wiesław Czapski kościół św. Idziego Opata, Wyszków
www.owyszkowie.blox.pl

Tresna

Już wiemy, że Beskidy to nie tylko góry, ale i akweny wodne.  Odkąd sprawdziłam w Międzybrodziu, że rzeczywiście jeśli na żagle to tylko w Beskidy, coś mnie ciągnie nad te jeziora… Porąbka i Międzybrodzie - trasę tą przeszłyśmy na nogach.  Ale od drugiej strony, są Pietrzykowice Żywieckie ze swoją „Tresną”. Jak dla mnie bardziej znane, bo na trasie kolejowej Katowice-Bielsko-Biała-Zwardoń. Broniąc się przed spierdołowaceniem wyruszam.

Wycieczkę swą zaczynam od zdziwienia. Na prośbę o bilet powrotny do Pietrzykowic, dostaję odpowiedź „taniej panią wyniesie do Żywca”. Na peronie drugie zdziwienie, po którym podpisuję protest przeciwko handlu na Allegro (sic!) nazistowską treścią.  Po krótkiej jeździe wysiadam nad zbiornikiem zaporowym „Tresna”. Szybko pomykam między ciężkim sprzętem budowlanym i zwałami błota, scenerią godną placu solidnej budowy – to tylko żwirownia. Wreszcie przeprawa przez Żylicę, z której  widok na zostawione w tyle Skrzyczne, i jezioro, cel wycieczki:

A pod nogami? Zdziwienie trzecie – bobry! Prawie na środku fabryki, placu budowy bobry. Niebywałe jak dzika zwierzyna aklimatyzuje się, nie zważając na sąsiedztwo ludzi:

Krótki spacer i wreszcie wstępuję na wały, miejsce znane mi od czasów szkolnych.  Idę na ich koniec, w stronę „międzybrodzką”, po drodze dostępując zdziwienia czwartego – ławeczki! Zatem i Beskidy mają swoją prawdziwą promenadę. Niestety – jezioro nadal skute cieniutkim lodem i gry światła nie będzie:


W dali Żywiec i góry, które uwielbiam:

Mimo ewidentnej wiosny i postępującego ocieplenia, poziom wody jest naprawdę niski. Cykam foty porami swej skóry, oczami i telefonem – walczę z wiatrem, z czasem i nadciągającym deszczem:



Prawdziwy wygwizdów, poza tym doszłam na koniec wału, zatem po szybkim popasie złożonym z bezpestkowej pomarańczy, robię odwrót.  Wracając przemykam wzrokiem po ośnieżonych masywach, wspominam plany wejścia na Babią Górę, patrzę jak wynurza się strona „bielska” i  tak znajome  Skrzyczne:

Jeszcze tylko przejdę obok rowerzystów, biegaczy, zakochanych, matek z dziećmi i ojców z puszką. Jeszcze tylko wyminę emerytów z sobą nawzajem, jeszcze znów tylko przejdę tą samą Żylicę, na której masa wędkarzy, ale i światło. Jakby chcące zaakcentować, że rzecz dzieje się na rozstań moście:

fot. ewolny Pietrzykowice Żywieckie

Wiosna w Beskidach

Autobus nr 8, który w kilka minut zawozi pod stok Szyndzielni. A tam do wyboru wjazd na szczyt kolejką gondolową, lub wejście szlakiem pieszo. Dolna stacja kolejki i gondola:


Tuż obok „Olszówka”, czyli studnia Sahara. Prawie Sandomierz?


Zawracam, by wejść na Dębowiec, na którym jest znacznie mniej zalegającego śniegu. Po drodze…


Schronisko na Dębowcu:

Spojrzenie z góry na miasto:

I na górkę, pod którą mieszkam:

To tu latem odbywają się nabożeństwa:

„Ostatnie podrygi zdychającej ostrygi”, bo to  chyba naprawdę już koniec zimy.  A po niej? Na szlaki. Na zdjęciu, moje ulubione ich znakowanie – patyczak:

fot. ewolny Bielsko-Biała

Bajka o okrutnym rozbójniku Henryku i roztropnym bracie jezuicie

Okrutny rozbójnik, pirat, korsarz, bukanier, ladaco, piroman, złodziej, oszust, bandyta, szlachcic  – Henry Morgan

(ur. ok. 1635, zm. 25 sierpnia 1688) – sir, walijski bukanier w służbie Karola II, zwany Królem Bukanierów. Początkowo służył w angielskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej. Po wykupieniu się, przybył do Port Royal i pnąc się po stopniach kariery, został przywódcą bractwa. Zdobywał i łupił poszczególne miasta kubańskie, a w 1671 przewodził największej wyprawie bukanierów w dziejach, gdy dowodząc eskadrą 28 okrętów i ponad 1800 ludźmi, zdobył Panamę. Wkrótce jednak z większością łupów porzucił bukanierów i czekał na wezwanie króla Karola II do przybycia do Londynu. Początkowo, by załagodzić spór z Hiszpanią, został przez Anglików wtrącony do lochu, wkrótce jednak otrzymał tytuł szlachecki i jako wicegubernator, powrócił na Jamajkę. Od tej pory zaciekle zwalczał bukanierów, aż do swojej naturalnej śmierci w 1688. Pochowany w Port Royal, niestety w 1692 w czasie trzęsienia ziemi i zatopienia miasta jego grób pochłonęło morze.

Pamiątka z tamtych czasów, popiersie króla hiszpańskiego Karola V:

Pozostałość po splądrowanej przez Henryka-rozbójnika Panamie, szczątki katedry, przy której nowożeńcy panamscy fotografują się w romantycznych pozach:

Kawałek murów obronnych jako pomnik przeszłości:

Spotkanie dwóch drapaczy chmur z różnych epok:

A to jest ten właśnie ołtarz uratowany przez bardzo roztropnego księdza przed bardzo okrutnym i cynicznym piratem. Na wieść, że Henry Morgan zbliża się do Panamy, księżulek pomyślał sobie, że pomaluje ten złocony ołtarz czarną farbą i obije kilkoma bardzo wulgarnymi deskami, aby odwrócić uwagę i zniechęcić kleptomana. Udało się…

Ołtarz potężnych rozmiarów, bo ok. 8 metrów u podstawy i 10 metrów wysokości, stoi do dzisiaj na swoim miejscu, pomimo, że Morgana dawno szlag trafił, a jezuita poszedł do pana po zasłużoną nagrodę. Panamczycy mówią, że potomkowie Morgana są nadal aktywni  w Panama City, jako firma adwokacka oraz inwestycyjna, ja jednak w to wątpię, ponieważ czytałem, że Henry Morgan umarł bezdzietny.

fot. MonsieurLaPadite Panama