Już w 1883 roku w Krakowie niejaki Józef Rostafiński opublikował niewielką broszurkę pt. „Jechać czy nie jechać w Tatry”. Pytanie aktualne do dziś. Przed 120 laty, autor broszury, który nie przepadał za góralami, starał się zrobić wszystko, aby skutecznie odstraszyć potencjalnych turystów.

I zaiste, trudno się z tym nie zgodzić – pytanie bowiem jest nadal aktualne, a może nawet bardziej niż kiedyś… Po ponad 400-letniej historii, miasto wciąż pozostaje jakby niezrealizowane, a bezradność kolejnych ekip rządzących jest wręcz legendarna. Tymczasem Zakopane „tonie” w powodzi nadmiernej deweloperskiej zabudowy, braku sensownych rozwiązań komunikacyjnych oraz kuriozalnego zanieczyszczenia!
Pisał niegdyś w swych listach wielki prześmiewca Makuszyński, a zarazem doskonały obserwator: Zakopane posiada jeden teatr, nigdy nieczynny, lecz stojący na wysokim poziomie, słynny kinematograf i cztery dancingi, elektrownię, tak dowcipnie urządzoną, że światło gaśnie co pół godziny, poza tym pomnik Jagiełły i rzecz w Zakopanem najpotrzebniejszą – cmentarz. Urok pobytu w Zakopanem na tym polega, że chodzi się tam zawsze pod górę i gdyby na olimpiadzie dopuszczono sztukę przejścia w zimie przez ulicę w Zakopanem bez wybicia sobie siedmiu przednich zębów, uzyskalibyśmy rekord świata.
Słynnemu kurortowi oprócz braku (w dalszym ciągu) bezstresowego dojazdu z Krakowa (samochód, kolej) brakuje też wewnątrz, podstawowej miejskiej infrastruktury: dworców z prawdziwego zdarzenia, dobrych rozwiązań komunikacyjnych, jakiegoś uniwersalnego obiektu sportowo-widowiskowego, a przede wszystkim nowoczesnej koncepcji rozwoju. A przecież gmina Zakopane to nie uboga krewna, którą można pomiatać. To przecież jedna z bogatszych gmin w Polsce! Poza tym są także różne dotacje unijne itp. Tymczasem miasto dalej właściwie prawie nic nie ma do zaoferowania, pomijając tradycyjne dziury w jezdniach pojawiające się jak krokusy po każdej zimie i wieszczące wiosnę. Niemniej tak naprawdę, to trudno w Zakopanem o prawdziwą wiosnę… Z wielkim bólem i trudem „urodził się” w końcu zakopiański Aquapark i wielka chwała za to wszystkim, którzy się do tego niebywałego sukcesu przyczynili, ale już słynny skądinąd doroczny festiwal „Ziem górskich” wciąż jak wiadomo odbywa się w starym, zetlałym namiocie – no widać może to taki już folklor być musi. A przecież odwiedzający miasto goście, chętnie (zwłaszcza kiedy pogoda często nie sprzyja) wybraliby się na jakiś koncert, sztukę, czy inną kulturalną imprezę.
Źle jest też porą zimową. Oprócz wielkiego zanieczyszczenia (bo ludzie wciąż wolą palić śmieciami i węglem, choć jest w Zakopanem i gaz i geotermia) okazuje się, że właściwie nie ma też za bardzo gdzie pojeździć… Słowacja i Austria kusi wspaniałymi ofertami zimowymi. Sąsiednie gminy także postawiły na sezon zimowy i prężnie się rozwijają. Jedynie w tzw „Zimowej stolicy Polski” ze stokami nadal krucho.
Kasprowy (pomimo licznych trudności w inwestycjach) i Szymoszkowa co prawda jako tako ratują tę sytuacje. Ale tak naprawdę Zakopanemu brakuje tzw „stoków rodzinnych”. Nosal jest zbyt stromy, a pod Nosalem to te poletka, to dobre ale wyłącznie do nauki. Gubałówka natomiast wciąż jak wiadomo jest zamknięta i raczej nic się nie zanosi na zmianę tego kilkuletniego Już pata. Kiedyś był jeszcze stok „Butorowski Wierch”. Niestety i po nim pozostał wyłącznie wyciąg. Można by co prawda było, przy odrobinie dobrej woli ze strony TPN oraz ekologów, lepiej zagospodarować pod kątem sportowym rejon Kasprowego Wierchu i korzystając ze wspaniałych warunków klimatyczno-panoramicznych stworzyć tam stację narciarską z prawdziwego zdarzenia… (więcej o tym tutaj) Niestety i to wydaje się być problemem nie do przeskoczenia.
Tymczasem gościom nadal (mimo biletów do kolejki z automatu) jedną z licznych atrakcji, wciąż pozostaje nadanie listu: Poczta znajduje się w środku miasta i jest miłym klubem, gdzie się wesoło spędza czas; nadanie listu poleconego trwa godzin dwanaście. Dlatego w Zakopanem szybko upływa życie.

Zatem co? Tak jak przed wojną, jedyną atrakcją nadal pozostają Krupówki, które jako tako zaspokoją potrzeby gawiedzi. No i w związku z tym, Makuszyński jest wciąż jak najbardziej aktualny: Czasem senne omroczenie otwiera oczy, w których błyska radosna iskierka nadziei, że Zakopane wreszcie się spali, bo gdzieś tam wybuchł pożar. Nic z tego. Władze miejskie zamiast kupić sto beczek benzyny i polać nią avenue de Krupówki, sprawiły znakomitą straż pożarną. Stąd zapewne pochodzi odwieczna do tych władz niechęć.
Swego czasu napisałem o Krupówkach tekst zatytułowany „Kolorowe jarmarki”, który ukazał się w Dzienniku Polskim oraz Tygodniku Podhalańskim – do ściągnięcia stąd. Upłynęło jednak już tyle lat i przykro, że i w tym temacie nic, nawet na jotę nie uległo zmianie! Co znamienne, władzy jakby obnośni handlarze „byle czym” nie przeszkadzają. Natomiast (o zgrozo) od kilku lat, dla odmiany, z wielką skrupulatnością reglamentują stoiska z regionalnymi wyrobami m.in. serkami tzw „oscypkami” – dlaczego? Któż na to pytanie odpowie? Niemniej tak czy inaczej, dzięki byłemu panu burmistrzowi, popularnie nazwanemu ABC1 Zakopane zawdzięcza przynajmniej jako tako wyglądającą główną ulicę miasta. Oczywiście – narzekając – można było po zerwaniu tradycyjnego asfaltu, pozostawić (gdzieniegdzie jedynie poprawiając) oryginalną kostkę granitową, która jak wiadomo jest trwalsza i piękniejsza niż bruk z kolorowej betonowej kostki. No ale cóż… było przepadło, a oryginalna kostka zapewne dziś komu innemu na zdrowie służy. Tak czy inaczej Krupówki przynajmniej dzięki temu liftingowi mniej więcej jakoś wyglądają. Szkoda tylko, że zamiast zająć się potrzebniejszymi sprawami miasto lekką ręką wywala 9 milionów złotych z ogonkiem.
Zdaje się, że cały błękitny świat gwiżdże i wrzeszczy. W Zakopanem bowiem dzieją się w tej godzinie ogromne historie. Postanowiono je wywrócić do góry nogami, wyrównać i podnieść z padołu. Europę robią z kocmołucha – pisał Makuszyński i trafił w samo sedno. Czy przejście było zatem potrzebne? Zdecydowanie nie! Można przecież było, póki co, po prostu, dla rozładowania ruchu postawić tam najzwyklejszą pod słońcem sygnalizacje świetlną. Natomiast docelowo, całkiem zamknąć dla ruchu historyczną ulicę Kościeliską i uczynić z niej deptak, a ruch kołowy puścić tyłem estakadą, która to tak czy inaczej wymaga gruntownego remont. To przecież kuriozalne aby pierwsza ulica Zakopanego, przy której znajdują się liczne zabytki: stary kościółek, pierwszy cmentarz oraz najstarsze góralskie chaty w dalszym ciągu służyła jako główny ciąg komunikacyjny w kierunku Chochołowa. Ale czy kogokolwiek w mieście zajmują takie mało istotne sprawy? Otóż poprzednia ekipa, zafundowała miastu projekt, a obecna zaś nie bez specyficznych problemów, a następnie fanfar i szampana, ukończyła budowę pierwszego podziemnego przejścia z dwoma windami na końcu słynnej promenady. Czy było to przejście potrzebne? – może zapytać ktoś ciekawie. A może bliżej prawdy byłoby zadać pytanie: kto na tym interesie cokolwiek zyskał? Budowa przejścia tradycyjnie przeciągała się utrudniając i tak niezbyt płynny ruch w mieście. Po odbiorze natomiast wyszły dodatkowo przeróżne prawne oraz techniczne nieprawidłowości. Przy czym po srogiej zimie okazało się, że kilka szyb osłaniających wejście nie wytrzymało górskiego klimatu.
„Nareszcie sami” – Okrzyk ten powtarzają ze szczęśliwym westchnieniem zakochani, częściej jednakże dobrzy ludzie, kiedy wreszcie goście szczęśliwie wyjechali. Można spokojnie pogadać i na niedawnych gościach powiesić kilka zdechłych psów, w przekonaniu słusznym i sprawiedliwym, że goście zrobią dokładnie to samo z niedawnymi gospodarzami. Jest to ceremoniał odwieczny i dotkliwa luka powstałaby w życiu towarzyskim, gdyby go zaniechano. Powtarza się on dwukrotnie w ciągu roku w Zakopanem, po obydwóch tak zwanych: sezonach. Przewali się przez nie kilkanaście tysięcy ludzi, wytęsknionych, wyczekiwanych, wymodlonych – i upragnionych. Ci, którzy żyją z tego najazdu, pragnęliby, aby ten ciąg nie ustawał przez cały rok. Rwetes jednakże, który czynią goście, napełnia goryczą mrukliwe dusze owych zakopiańców, co by pragnęli być sami w swoim górskim królestwie.
Zakopiańczyków, którzy bezpośrednio z turystyki nie żyją, męczy ten tłum. Goście, dzięki którym cały region się jako tako utrzymuje, liczyliby jednak na większą atencję ze strony gospodarzy terenu, a nie tylko „zdzierania haraczu” w postaci obowiązkowej opłaty miejscowej… Niemniej – nie narzekajmy – powoli jednak coś się zmienia na lepsze. Zakopane doczekało się po wielu, wielu latach w końcu gazyfikacji. Jest też (mająca być swego czasu panaceum na wszystko) geotermia. No ale co z tego, jak większość ludzi wybiera alternatywne źródła energii cieplnej: palenie śmieciami bądź węglem. Niestety geotermia (w trochę w większym zakresie gaz) znajduje się wyłącznie w obrębie ścisłego centrum i wcale nie jest taka tania jak niegdyś obiecywano. Dlaczego geotermia jest w cenie gazu i dlaczego zarządzająca nią spółka wciąż przynosi straty… – trudno doprawdy dociec. Od czasu do czasu pojawiają się też śmiałe koncepcje i bardzo pomysłowe wizje. Przed wojną takie odważne rozwiązania były z powodzeniem realizowane, dziś w tym względzie jest raczej gorzej niż źle. Proszę spojrzeć, tylko dzięki wspaniałemu wizjonerstwu pana Bobkowskiego i jego determinacji, przedwojenne Zakopane (a i z nim cała Polska) zawdzięcza postawienie w niecały rok, w trudnych warunkach zimowych kolejki z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Materiały o kolejce oraz przedwojennej turystyce są do ściągnięcia stąd, oraz stąd.
Przy czym warto podkreślić, że ww. pan Bobkowski niezadowolony ówczesnym tempem podróży pociągiem do Zakopanego z Krakowa wynoszącym 2,5 godziny (nomen omen absolutnie nie osiągalnym dzisiaj), miał w planach skrócić go do 1,5 godziny. I zapewne gdyby nie wojna, ten postulat już dawno byłby zrealizowany! Dziś do Zakopanego samochodem jedziemy częściowo całkiem znośnie (przynajmniej do Lubonia), ale do końca pozostało jednak dużo przeszkód, (w tym protesty niektórych grup) z którymi obecne władze dość kiepsko sobie radzą. Natomiast o szybkiej kolei z Krakowa, nadal można tylko słodko w wolnej chwili pomarzyć. Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce…
W samym Zakopanem także jest sporo do zrobienia jeśli chodzi o komunikacje. Cały czas jest otwarty problem parkingów oraz komunikacji miejskiej. Niemniej, co warto podkreślić, interesujących pomysłów na szczęście nie brak. Ale cóż z tego, kiedy nie są one nawet w 10% realizowane. Swego czasu, był kiedyś odważny, futurystyczny i warty realizacji, pomysł na zastąpienie obecnej komunikacji podwieszaną kolejką gondolową, która rozwoziłaby pasażerów w różne zakątki miasta, a jednoczenie byłaby dla gości wielką atrakcją turystyczną. Niestety, nie został on chyba przez „miłościwie nam panujących” na serio potraktowany, a wielka szkoda… A tak btw, na fantastyczny pomysł aby „rozruszać” gospodarkę wpadło rumuńskie miasto Piatra Neamt – więcej o tym tutaj.
Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce… Zakopane ze względu na nieporównane swoje zalety, szczególnie zaś z powodu swoich cudów architektonicznych, jest tłumnie odwiedzane; przybysze oglądają ze zdumieniem wysokie domy wesoło przybudowane do kozich stajen i wspaniałe parkany, zygzakiem się wijące; objawia się w tym niezwykła artystyczna fantazja ludu i chęć utrzymania sielskiego charakteru Zakopanego. Nic dodać, nic ująć.
Wojciech Śliwiński
Zakopane dnia, 20 maja 2009
www.sliwinski.ws
fot1. Kinga Zakopane widok z Gubałówki
fot2. Psi Ząb Gubałówka










Wojtkowi dziękuję za szybką reakcję – fajnie jest móc poczytać spostrzeżenia mieszkańca i skonfrontować je ze swoimi, które przecież powstają, po raptem kilku dniach pobytu.
Dziękuję również Psiemu Zębowi za odzew i slideshow dawnego Zakopanego:
http://s795.photobucket.com/albums/yy234/kazir5/Giewont/?albumview=slideshow
Nie pamiętam, w którym roku to się działo, a zdarzyło się to podczas wycieczki do Doliny Strążyskiej. Przy wejściu do doliny stał góralik w kapeuszu góralskim,portkach z parzenicamii w brucliku. W garści trzymał bukiet szarotek i sprzedawał je po 50 gr, tylko nie wiem czy za sztukę, czy za bukiet. Dla porównania dodam, że bułka kosztowała 5 gr a jajko 3 gr. Oczywiście grule gotowało się bez soli z braku dudków.
Ta nadmierna zabudowa, dom na domu rzeczywiście wydaje się poza czyjąkolwiek kontrolą. Fajnie jest podziwiać zabytkowe domy spacerując szlakiem architektury drewnianej byle nie natrafiać na paskudy socjotechniki bądź pseudo nowoczesności jak te bloki z Ustronia.
Poza tym taka specyfika odcięcia od świata, Zakopiańska Strefa mroku, działają też na korzyść miasta. Durna nowoczesność widoczna na ulicach wielkich miast nie pałęta się tam nadmiernie. Czuje się specyficzną atmosferę tego miejsca. Najwspanialsza tam jest mimo wszystko bliskość Parku Narodowego, szlaków i gór..
A co powiesz na wieżowce nad morzem? Mieszkałam w takich, w Dziwnówku. Albo Gołąb w Wiśle
Zauważcie jedną rzecz, najpierw były te góry, a potem osiadł tam człowiek. To co jest tak pięknego w Zakopanem to właśnie ta bliska odległość do wysokich gór – przepiękny parawan z nich, widoczny prawie z każdego miejsca. Resztę, wypełnił sobą człowiek. I tak, mamy tu w zabudowie te pseudo style, ale i mamy stareńkie wille, chylące się niestety ku upadkowi. Sama pamiętam jedną, na trasie Pardałówka-Krupówki, ale ulicą w stronę poczty (która nawiasem właśnie tam dała ciała – obiecana Evicie pocztówka, nigdy do niej nie doszła).
Tygiel artystyczno – góralsko – sportowy, niekoniecznie daje kojące urozmaicenie. Tak jak powiedziałam, resztę wypełnia sobą człowiek. Wszystko zależy od ludzi, o których gustach się nie dyskutuje. Niepowtarzalny klimat miejsc, tworzą nie tylko włodarze, to raczej przede wszystkim zasługa samych mieszkańców – od nich bowiem zależy najwięcej. Jaki projekt wybierzesz? Jak urządzisz swój ogród, jakie masz obejście, czy popołudnia będziesz spędzał z puszką na skwerku, czy w miejskiej bibliotece vide Pana Wiesława Wyszków.
To od gości zależy ubicie misia, a od gospodarzy zajechanie konia, a od nich razem, sprzedaż drogich bukiecików z szarotek – jest popyt jest podaż, czyż nie?
PS.
Co to jest „grul”?
Grule z bryndzą
Ziemniaki obieramy, kroimy na plasterki ( ok 5 mm grubości) i gotujemy w osolonej wodzie prawie do miękkości.
Cebulę kroimy w kostkę i smażymy aż się zrumieni.
Ugotowane plastry delikatnie mieszamy z usmażoną cebulką i posiekaną natką pietruszki i wsypujemy do wysmarowanego tłuszczem i obsypanego bułką tartą naczynia w którym potrawę będziemy zapiekać..
Bryndzę mieszamy z mąką i jajkami ( można oddzielić białka, ubić na pianę i dodać do masy), dodajemy rozgnieciony czosnek solimy, pieprzymy do smaku i zalewamy przygotowane plastry ziemniaków lekko ugniatając i potrząsając naczyniem (aby masa dotarła wszędzie!).
Zapiekamy ok 20 minut w temp. ok 180 °C .
Jest to porcja na 4 do 6 osób, a jeśli mamy jeszcze na dodatek ogórki małosolne to na pewno będą to szczęśliwe osoby!!
Z Zakopca pamiętam fajnego psa leżącego spokojnie na kocu a obok kartka.Zbieram na kielbasę.
I to chyba byłoby żałosną puentą do:
- „Po ponad 400-letniej historii, miasto wciąż pozostaje jakby niezrealizowane, a bezradność kolejnych ekip rządzących jest wręcz legendarna”
Co można zapamiętać po wizycie w Zakopanem? Psa na kocu, z karteczką „zbieram na kiełbasę”.
Tego samego chyba psa widziałem latem 2007 ,myślę ,że od tamtego czasu uzbierał i na kiełbasę i na jakąś sporej wielkości budę z wygodami.To prawda że w Zakopanem ,np architektura jest tak mało wyeksponowana,generalnie ma się wrażenie,że jest to region gdzie eksploatuje się turystów i wyciska się ich jak sok z cytryny.Ja zapragnąłem w tamtym czasie przespać się w Poroninie i miałem wrażenie,że po prostu górale biją się o takich ludzi,aby skorzystali z ich usług,na poboczach drogi stali ludzie oferując nocleg,my skorzystaliśmy (6osób) z usług Staska,który jak nas upatrzył,to normalnie zaczął galopowaś ze zbocza na złamanie karku i jak przeskakiwał taki duży rów to już pomyślałem:no i po chłopie ale nie ,on się wykaraskał i zachwalał nam swój hotelik.Zaakceptowaliśmy po utargowaniu ceny i nie żałowaliśmy bo było przesympatycznie.
Łoj maluśki,maluśki,maluśki taki maluśki jako rękawicka,cułem się wedle Morskiego Łocka.A pójdem tam jesce łoscypki kostować i Staska-przyjaciela mego-na dwa barytony ( było-nie było)..zawibrować:zaintonować-Góralu,czy ci nie żal,Góralu -wracaj do hal…Skąd jest ta śpiewka i ta góralska melancholia ? Bywojcie !!!
Pracując tam w nowoczesnym pensjonacie sypiałem w starym domu na Cyrli. Właściciel pensjonatu wynajmował tam pokoje na czarno. Wchodząc czekał człowieka przeskok w czasie bo wystrój to były lata 60te. PRL tańczy i śpiewa. Czułem się tam znakomicie. Cała ta nowoczesność po jakimś czasie wychodzi bokiem. A w takich „komunistycznych” domach turystycznych panuje specyficzna atmosfera i nawet ten zapach stęchłych mebli połączony z wonią starego drewna wywoływał spełnienie nostalgii za wczasami z dzieciństwa.
Spacer wiejskimi dróżkami w dół z Cyrli do centrum Zakopanego trwał około 2h i po drodze wyławiać można było perełki architektury drewnianej. Coś pociągało w tej nieporadności zabudowy miasta. Jeśli miasto można poczuć, kojarzyć jego zapach to tylko Kraków i Zakopane mają taki pozytywnie kojarzący się aromat.
Po spacerze wybierałem najtańsze restauracje w stylu barów mlecznych. Obok dworca PKS zajadałem się barszczem z jajkiem za 3zl i na drugie danie tłuczonymi kartoflami + karminadle + sałatką jaką poszczycić mogły się tylko dworcowe bufety.
W parku niedaleko dworca miałem randkę w ciemno. Umówiłem się z dziewczyną którą zobaczyłem pierwszy raz w życiu. Okazała się nieprawdopodobnie przy kości, ubrana w strój jaki raczej pasowałby na plażę a rozmawiał i śmiała się krzycząc, czym zwracała na siebie i nas uwagę przechodniów. Skończyło się jak się skończyło mimo, że pozytywnie wpływała na człowieka. Ufff… (Dobrze, że czasy siedzenia na beczce prochu odeszły).
Ja chcę na koniec mapy!
Tomku! Żeby zjeść karminadle to nie trzeba jechać do Zakopanego.
„Ja chcę na koniec mapy, tam gdzie kończy się papier”
Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem Tomka, że „jeśli miasto można poczuć, kojarzyć jego zapach, to tylko Kraków i Zakopane mają taki pozytywnie kojarzący się aromat”. A Kazimierz, o którym pisałam tak?
- „Kazimierz to zapach, idąc uliczkami czujesz się jak we wnętrzu starego kościoła, strychu, czujesz zapach starego drewna. Przewodniczka, rodowita mieszkanka Kazimierza, mówi mi “eee mnie się to kojarzy z obozami zagłady, tak pachną obozy koncentracyjne, jak nasze płoty i obejścia”. Mnie nie, ja UWIELBIAM ten zapach!”
http://ecodzien.pl/2009/05/14/kazimierz-nad-wisla-czyli-powrot-do-edenu/
Za to zgadzam się z nim, bo i ja nocując poza domem nie szukam nigdy wygód, wręcz stronię od nich. I to nie tylko ze względów finansowych, bo przecież zamiast raz porządnie, można w ten sposób kilka razy taniej… No i karminadle też lubię, najbardziej z młodą kapustą.