MonsieurLaPadite
Jeżeli ogląda się w telewizji program na temat sposobu życia nielicznych plemion, którzy gardzą cywilizacją, jest to tak jakby oglądało się coś, co być może jeszcze istnieje, ale jest to gdzieś bardzo daleko, tak bardzo daleko, że prawie jest to fikcją. Dla mnie osobiście jednodniowy pobyt w tej wiosce, pośród tych ludzi, bardzo gościnnych, był jakby nierealny, nierzeczywisty, niedorzeczny, absurdalny. Tymczasem ta wioska istnieje naprawdę, i to w odległości ok 45 min. samochodem od bardzo nowoczesnej Panama City.



Ważniejsze plemiona Panamy to: Kuna, Embera, Choco, Bribri oraz Bugle. Plemię Embera zamieszkuje lasy tropikalne Darien, na wschód i północ od Panama City. Embera są bardzo gościnni i otwarci dla turystów, ponieważ zapewnia im to dochód ze sprzedaży rękodzielnictwa, oraz przewodnicy po lasach tropikalnych są przecież opłacani. Rząd Panamy odebrał im prawo do polowania na zwierzynę, więc pozostało im tylko rybołówstwo oraz uprawa. Podejrzewam, że oni zajmują się nadal polowaniem, tylko, że teraz nazywa się to kłusownictwo.



Gdy dopłynęliśmy do tej wioski po półgodzinnej przejażdżce po rzece Chagres w pirodze – lecz już napędzanej motorem spalinowym – wyszły do nas na powitanie kobiety i dzieci, podając nam ręce i zapraszając nas do wielkiej sali, gdzie na powitanie wygłosił nam mowę powitalną jeden z mężczyzn Embera.



Później podano nam posiłek – pieczony kawałek kury i chrupkie plantany na liściu palmy. Było to całkiem smaczne, w każdym bądź razie spożyłem ten posiłek, będąc prawdopodobnie pod wpływem szoku.


Następnie Emberowie zademonstrowali nam ich tańce, po czym zaprosili nas, aby się przespacerować po ich wiosce. Dopiero na koniec naszej wizyty wódz plemienia zaszczycił nas swoją obecnością. Podziękował nam za nasze odwiedziny i zaprosił na ponowne. Nawet zdjęcia pamiątkowe pozwolił sobie popstrykać kompletnie oszołomionym i zwariowanym turystom.

Wydaje mi się, że oni są do tych widoków przyzwyczajeni, ponieważ patrzą z wielkim pobłażaniem na tych rozhisteryzowanych gości z aparatami fotograficznymi.


Całe to przeżycie jest tak niewiarygodne i bajeczne, że aż naprawdę trudno jest w to uwierzyć, pewna para z Toronto w rozmowie ze mną powiedziała, że to jest pic na wodę, że to jest tylko tak zorganizowane pod turystów, więc ja poszedłem do naszego przewodnika pogadać sobie na ten temat. Nasz przewodnik potwierdził mi, że oni tak naprawdę mieszkają tylko, że na co dzień, nie chodzą w świątecznych strojach. Wracam więc do moich niedowiarków i mówię to co usłyszałem od przewodnika, na co padła odpowiedź tej pani:
- A co on ma powiedzieć innego nam, turystom?

Ta kobieta naprawdę powróciła z tej wycieczki z przekonaniem, że była w jakimś skansenie, gdzie pracują ludzie przebrani za plemieńców, po czym po skończonym dniu pracy wsiadają na ukryty w krzakach odrzutowy skuter wodny i wracają do swoich luksusowych apartamentów w panamskich drapaczach chmur.
fot. MonsieurLaPadite Panama
Tag: MonsieurLaPadite










Można się spierać czy jest to jeszcze życie w prawdziwej, dzikiej, prymitywnej wiosce, czy jest to raczej już coś na modłę waszego kanadyjskiego rezerwatu. Jedno jest pewne, człowiek to istota myśląca, która potrafi się przystosować, wyciągając z nowej sytuacji nie tylko wnioski, ale i brzęczące profity.
Tak wygląda posiłek na liściu palmy, teraz jestem w stanie sobie wyobrazić ten indyjski, podany na liściu banana. I czy nie przypomina Wam ten gość… Cejrowskiego?
Piękna wycieczka, zieleń, zdjęcia, wspomnienia, barwni ludzie, aż żal d..ę ściska.
Pozdrawiam.
wydaje mi się, że oni tak naprawdę żyją, ale że to jednak skansen: teraz muszą żyć w skansenie bo nie ma innego „naprawdę”…
też zwróciłam uwagę, że jedzą na liściach a właściwie w liściach i nie mogę się doczekać urośnięcia łopianów, talerze wydają mi się bessęsu:)
Kanadyjscy indianie jeżdżą szybkimi samochodami,mają ipody, ipady,inteligentne telefony,laptopy i inne gadżety,tymczasem Embera żyją całkowicie prymitywnie,mnie żal ściska tę samą część ciała co ew,że nie mogłem tam dłużej zostać,ale z całkowitą pewnością tam powrócę.
A ja się zastanawiam, dlaczego potomkowie nie tylko Piasta Kołodzieja, przemierzają hektary, by obejrzeć niebiednych dzikusów. Dlaczego świat nie jest urządzony tak, że np. jego odlegli mieszkańcy, masowo się wybierają oglądać nasze polskie strzechy i życie w nich naszych, przebiednych przecież, potomków tegoż Piasta…
Monsieur, przed Twoim wylotem do Panamy, żartowaliśmy na temat orchidei, pamiętasz? Mam pytanie w związku z tym. Licz zdjęcie siódme – dziewczyna w wianku z czerwonych kwiatów, zdjęcie ósme, też jakaś dziewczyna w takimże wianku, ale i po lewej stronie foty… jakby 3 czerwone łebki kwiatów. Jesteś w stanie powiedzieć, czy widziałeś w ogóle tam te oczekiwane orchidee?
No i ten topless, o który pytał Psi Ząb. Na zbiorowym zdjęciu wszystkie panie odziane są w stosowne staniczki, w chacie już nie – negliż po sam pas. Dlaczego? To „strój” roboczy, a na zewnątrz odświętny?
Te czerwone kwiatki na głowach to hibiskusy i mają wyrażać ,radość z odwiedzin gości.
Niestety ,w okolicach,które zwiedzałem było bardzo mało tych orchidei,następnym razem wybiorę się tylko na orchidee.Negliż posampas ,to tam chyba jest jak jest pusty od turystów las.Myślę,że osłaniają się zwłaszcza młodsze dziewczyny i kobiety mając na uwadze szacunek wobec turystów,w mojej grupie była np. muzułmańska rodzina z nastolatkami- dla nich to musiała dopiero być obraza majestatu!!!!.Te staniczki jak je nazywasz,nie spełniają takiej samej roli jak dla ciebie,tam w dzungli są po prostu ozdobą ,zakładaną na uroczystości.