Monthly Archives: Marzec 2010

Éire, Ireland, Irlandia

Byłam, widziałam i… wiem, że tam wrócę. Szmaragdowa wyspa piękna nawet zimą – zielona, majestatyczna w swej kamiennej szarości…




Każdy zakątek ziemi wart jest poznania, a jak poznawać to najlepiej wsiąść w samochód i jechać przed siebie omijając miejsca z przewodników. W Irlandii komunikacja miejska odpada – tam idzie się na przystanek autobusowy z dobrą książką, kanapką i peleryną przeciwdeszczową i… i czekaj człowieku, może coś przyjedzie.  Rodacy moi mili – przestańmy narzekać na komunikację miejską w naszym pięknym kraju – przynajmniej obowiązują jakieś reguły. Tam rozkład jazdy autobusów wydano przez pomyłkę.
Rower, tak ukochany przeze mnie, a jak mi wiadomo również przez wielu odwiedzających ecodzien – również odpada – szerokość dostosowana do dwóch obracających się koło siebie krów dotrwała do XXI wieku i nie przewidziała jadącego rowerzysty krętą ścieżyną, zafascynowanego krajobrazami i mijającego go BMW jadącego 100km/h. To dozwolona prędkość na krętych drogach, gdzie zasady ruchu są określone jednym znakiem drogowym: „jedź ostrożnie”. Pozostaje pełny bak w aucie, celtycka melodia z dudami w tle, aparat fotograficzny i jedziemy w stronę słońca.
Omijam więc wszystkie większe miasta, gdzie na kasie w sklepie siedzi Pan Piotr z Sopotu, w pubie piwo sprzedaje mi Magda z Poznania, a na półkach znajduję kapustę kiszoną i ogórki korniszone – to nie moja Irlandia.

Moja Irlandia jest nieskalana destrukcyjną mocą człowieka i postępu.

Ogromne przestrzenie, zakłócane jedynie siecią kamiennych murków, urwiste brzegi wyspy, cudowne lasy gdzie wszystko powleczone jest mchem i bluszczem. Moja Irlandia to nisko zawieszone chmury, przemykające z taką prędkością, że czynią każde zdjęcie inne przez grę światła. Moja Irlandia to pełne wzgórza owiec puszczonych samopas, frytki z octem balsamicznym! Sielanka. Kiedy tam jesteś, zatrzymujesz samochód co paręset metrów natchniony chwilą, widokiem, odmiennością, bierzesz aparat do ręki i nie musisz czekać, aż przewinie się tłum turystów, tubylców czy inne istoty  – jest cisza, pustka słyszysz tylko wiatr…  wszechobecny, przeszywający, bezlitosny WIATR!
fot. Monia Irlandia

Uroda celtycka, muzyka celtycka… „Whiskey in the Jar”

Irlandia fot. Monia


„Whisky w szklanicy”

Wędrowałem raz przez wzgórza wokół Cork i Kerry
I napotkałem kapitana Farrella, który właśnie liczył pieniądze
Załadowałem pistolet i rapier
I krzyknąłem „dawaj forsę, bo poślę cię do diabła!”

Wziąłem wszystko, co miał, a było trochę grosza
I zaniosłem to do domu, gdzie czekała na mnie Molly
Przysięgła, że zawsze będzie mnie kochać i nigdy mnie nie opuści
Ale niech będzie przeklęta za to, jak mnie zbałamuciła

Pif-paf, bum-bum
Kulka w łeb, kulka w łeb
Szklanica pełna whisky

Pijany i zmęczony udałem się do pokoju Molly
Zabrałem ze sobą pieniądze, ale nie wiedziałem co mnie czeka
Około szóstej czy siódmej wszedł kapitan Farrell
Zerwałem się i nie czekając wypaliłem do niego z obu pistoletów

Pif-paf, bum-bum
Kulka w łeb, kulka w łeb
Whisky w szklanicy

Jedni faceci lubią łowić ryby, drudzy wolą polować na ptaki
Jeszcze inni lubią odgłosy wojny
A ja najbardziej lubię sypiać z moją Molly
Niestety siedzę teraz w więzieniu, skuty łańcuchem

Pif-paf, bum-bum
Kulka w łeb, kulka w łeb
Szklanica pełna whisky
Thin Lizzy
Kliknij by odsłuchać -> TUTAJ

Góralu, czy ci nie żal?

Tegoroczna długa zima zaskakuje nie tylko drogowców i najstarszych górali. Nawet ci młodsi już niecierpliwie pytają „kiedy to się wreszcie skończy?!”.  Gdy pada i nie widzę przez okna gór, zwykle mówię, że je  ktoś ukradł. Lecz dziś, gdy na kilka godzin wyszło upragnione słońce, były i jak zwykle wołały…

fot. ewolny B-B

Grota solna inhalacyjno-jodowa, czyli dziekuję, że mnie tu zabrałaś

Zainspirowana treścią Niezwykła rola tarczycy, i mając na uwadze nie tylko poprawę swojego samopoczucia, ale i astmatycznej Niuńki, przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak grota solno-jodowa. Otóż wiedząc, że dzięki soli morski klimat ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie, ktoś kiedyś pokusił się o przeprowadzenie stosownych badań, a te wykazać musiały, że w sztucznie stworzonej grocie parująca sól ma o wiele większe stężenie mikroelementów niż powietrze morskie. I to właśnie sprawia, że 45-minutowy seans jest porównywalny z trzema dniami nad morzem, w dodatku przy sztormowej pogodzie! Ponieważ w grocie, w której byłam, seans trwał 55 minut, przeniosłam się nad morze na  troszkę dłużej niż trzy dni, za…  raptem kilkanaście złotych (sic!).

Nie było to trudne, bowiem jaskinie solne można już spotkać nie tylko w Bochni i Wieliczce – okazuje się, że są one dziś w każdym większym mieście. Również w moim, lecz czy mają one nawet w górach, aż tylu chętnych, że interes ten jest opłacalny? Najczęściej groty te, wykładane są bowiem olbrzymią ilością kosztownej soli pochodzącej z Morza Martwego, Czarnego, ale i solami przywożonymi z kopalń w Kaszmirze lub naszej Kłodawie. Ta ostatnia niewątpliwie budzi respekt. Okazuje się bowiem, że bardziej znana sól z Wieliczki, bo odkryta wcześniej (już w średniowieczu), liczy sobie zaledwie kilkanaście milionów lat, czyli jest znacznie młodsza od soli z Kłodawy, która ma ich… ponad ćwierć miliarda! Ćwierć miliarda lat zamkniętych w soli. Niewątpliwy respekt! I to te naturalne właściwości soli plus urządzenia inhalacyjne stwarzają ten unikalny mikroklimat charakterystyczny dla wybrzeża morskiego. Sól tak bogata w mikroelementy, jest doskonałym medykamentem na osłabienie, stresy, napady astmy, alergię, choroby dróg oddechowych – zatoki, zapalenie oskrzeli i płuc. Sól użyta do budowy groty, jest naturalnym ujemnym jonizatorem – poprawia jakość powietrza, produkując korzystne jony ujemne. Lista chorób, na których leczenie nie trzeba wyjeżdżać do wód,  a które wspomaga terapia solą jest bardzo długa. Ja byłam nad Morzem Czarnym – inhalowałam się kilkunastoma tonami soli, przywiezionymi znad Morza Czarnego.

Warto było, bowiem już za marne 18 złotych (wydane na dwie osoby), można było skorzystać z bardzo silnego stężenia tych wspomnianych mikroelementów, unoszących się we wdychanym powietrzu (nawiasem mówiąc, występowanie mikroelementów w grocie, którą odwiedziłam, potwierdził Główny Instytut Górnictwa w Katowicach).  I to one sprawiają, że seanse te – nie waham się tu użyć określenia „lecznicze” – są nad wyraz skuteczne. Z naprawdę długiej ich listy, wystarczy wymienić choć kilka:

- Właściwości konserwujące i selen opóźniają proces starzenia skóry
- Wapń wzmacnia odporność organizmu i układ kostny
- Potas reguluje usuwanie toksyn i razem z bromem obniża ciśnienie
- Chlorki wzmacniają ukrwienie skóry a miedź działa przeciwgrzybicznie
- Żelazo jest pomocne w leczeniu anemii, ale i zaburzeniach koncentracji
- Na koniec jod, który pomaga nie tylko w funkcjonowaniu tak ważnej tarczycy, ale i zwiększa metabolizm przyspieszając przemianę materii

Dodatkowo wchodząc do takiej groty, przenosimy się w bajkowy klimat, w którym ściany pokryte są  bryłkami minerału a podłoga wysypana jego kryształkami. Z sufitu zwisają solne sople, w kątach szumią źródełka solanki, a nastrój budują stonowane lampy do koloroterapii,  umieszczone za bryłkami soli – czas umila relaksująca muzyka, w której odgłosy przyrody, szum morza, pisk mew, pospołu  miesza się i przenika z szelestem sączącej się leniwie solankowej wody. I to wszystko w czasie, gdy na zewnątrz zawierucha, śnieg lub siny deszcz 700 km od morza. Sprawdziłam, że to wpływa  nader kojąco na nerwy i wycisza w sposób doskonały, ułatwiając tym samym walkę ze stresem lub kto woli depresją. Dlatego naprawdę nie dziwi, że pokuszono się o stworzenie takiego całorocznego substytutu krótkiej, letniej, nadmorskiej kanikuły, bo zapewne z jaskiń tych, korzystają nie tylko chcący wyleczyć swe dolegliwości, ale i ludzie zdrowi, pragnący (szczególnie na przednówku) poprawić sobie kondycję organizmu tęskniącego już do urlopu, lata, wakacji i morza. Nie tylko ja, ale i Niuniek, potrafiący jeszcze prawdziwie i szczerze uzewnętrzniać swój entuzjazm, jesteśmy pobytem w grocie zachwycone – ew
fot. ewolny B-B

Sępik

Nazywa się sępnik różowogłowy i należy do rodziny kondorowatych. W Stanach mówią na niego sęp indyczy, bo przez łysą głowę przypomina (chciałoby się powiedzieć Bruce’a Willisa) nieco dzikiego indyka. Poza nazwą oba ptaki jednak łączy niewiele.

Trzy gatunki takiego sępnika żyją w Ameryce Północnej i są ptakami wędrującymi. Tak jak polskie bociany sępniki również odlatują do ciepłych krajów na zimę i także przed odlotem tworzą kongregację. Wówczas wielka ilość tych ptaków krąży w potężnym słupie ciepłego powietrza, zapewne prowadząc w ten sposób dyskusję nad celem podróży. A podróżować sępnik naprawdę potrafi. Niektóre z nich przemierzają oba kontynenty pokonując trasę od Kanady po Argentynę.

Sępnika trudno jest sobie hodować w mieszkaniu tak jak np. papużkę. To przede wszystkim sporych rozmiarów ptak (rozpiętość skrzydeł do 2 m) i jego klatka czy raczej volarium musiałaby być wielkości średniego M-4. Trudno też sępnika posądzić o słowiczy głos. Natura w ogóle poskąpiła mu aparatury do śpiewania i wydaje on z siebie postękiwania i syki. Nie jest też on zbyt przyjaźnie nastawiony do ludzi. Jeśli się go zaczepia a nie daj boże spoufala – ptak rzuca wtedy innym ptakiem, zwanym powszechnie… pawiem. Można sobie tylko wyobrazić aromat takiej zawartości żołądka, zwłaszcza gdy wiadomo, że sępnik żywi się padliną.

Padlina to podstawowe i jedyne źródło pożywienia sępnika. Współczesna cywilizacja służy mu do tego celu lepiej niż kiedykolwiek, bo przy autostradach zawsze znajdzie on coś interesującego na „ząb” (mam nadzieję, że Psi Ząb wybaczy mi to określenie). Co prawda ma on sporą konkurencję w postaci lisów i szopów praczy, ale patrzy na  nich jak na ewentualny przyszły obiad, gdy nieuważny drapieżnik któregoś dnia sam wpadnie pod samochód. Sępnik byłby milionerem, gdyby wiedział jaką przysługę robi służbom porządkującym teren wzdłuż autostrad. No ale nie wie i robi wszystko za friko.

Doceniono go w ten sposób, że umieszczono go na liście ptaków chronionych, mimo, że tak naprawdę nie posiada naturalnych wrogów.

Nie ma jednoznacznej opinii w świecie ornitologów na temat kategorii taksonomicznej, w której można by umieścić sępnika a także amerykańskie kondory. Chodzi głównie o to, że ich przodkowie nie mieli zbyt dużo wspólnego z np. afrykańskimi sępami. Niektórzy ornitolodzy twierdzą, że sępnikom i kondorom jest znacznie bliżej do bocianów, ale wywołuje to żywiołowy opór ze strony przeciwników  tej teorii.

Sam sępnik nie wydaje się być zainteresowanym tym sporem szybując po amerykańskim niebie w nieustannym poszukiwaniu kolejnego obiadu. Dzięki bardzo silnemu zmysłowi powonienia, padlinę znajduje bardzo szybko, dlatego inne ptaki padlinożerne uważnie obserwują lot sępnika. Tak więc o los tego gatunku ptaków, można być na razie zupełnie spokojnym – Chris Miekina



fot. Chris Miekina Wawayanda, USA
www.nowaatlantyda.com

Dolina Kathmandu, czyli dlaczego liczba 108 jest świętą

Królewski pałac w Bhaktapur:

Garncarz lepi dzbany, jak samskryta przenosząc świadomość tworzy nowe wcielenia:

Czystość jest cechą każdego bramina, który musi się 5 razy dziennie myć. Miejsca do mycia i prania nazywają się hity:

Na straży dharmy buddyjskiej stoją wierni strażnicy. Można ich znaleźć na dziedzińcach zwanych bahal lub bahil, gdy są mniejsze. Tam mieszczą się też świątynie buddyjskie, gdyż główne ulice i place są przeznaczone dla świątyń hinduskich, gdyż  hinduizm jest religią państwową a buddyzm tylko drugorzędną:

A dlaczego 108 jest świętą liczbą?

W Bombaju jest taka dzielnica, która nazywa się Bycula, znana z ogrodu zoologicznego. Idąc tam natrafiłem na grupę sprzedawców remediów i lekarstw z ajurwedy, czyli medycyny indyjskiej. Czego tam nie było? Był i proszek z rogu nosorożca, zastępujący viagrę i pył z kopyta słonia, służący do powiększania organów męskich i setki innych. Kupiłem tam różaniec zwany mala z nasion drzewa rudrakśa, składający się z 12 paciorków oraz dodatkowo różaniec  ze stu dziesięciu paciorków, wykonanych z drzewa tulasi. Właściwie powinien mieć 108 koralików, ale na wszelki wypadek lepiej pomylić się in plus niż in minus. Dlaczego ze 108 paciorków?
Oto przykłady – kazi rdewi

Starożytni Hindusi byli wspaniałymi matematykami a 108 jest wynikiem dokładnej operacji matematycznej.

(1 do 1 potęgi) razy (2 do potęgi 2) razy (3 do potęgi 3) =108

Alfabet sanskrycki ma 54 litery, każda  może być męska i żeńska, śiwa i śakti czyli 54 razy 2=108

9×12=108  Obydwie te liczby mają znaczenie duchowe w wielu tradycjach

Czakra Serca. Czakry są przecinane liniami energetycznymi i mówi się, że jest 108 linii energetycznych, które tworzą czakrę serca. Jedna zwana szuszuma prowadzi do czakry koronnej i uważa się, że jest to droga do samo uświadomienia.

Marma albo marmastana jest podobna do czakry lub do skrzyżowania energii. Przyjmuje się, że jest 108 marma’ów w ciele subtelnym.

Czas. Niektórzy mówią, że jest 108 uczuć, 36 należących do przeszłości i 36  należących do przyszłości i 36 należących do teraźniejszości.

Astrologia. Jest 12 konstelacji i 9 łukowych segmentów zwanych namsza albo czandrakala. 9 razy 12=108. Czandra to księżyc, a kala to są części całości.

Planety i domy. W astrologii jest 12 domów i 9 planet co daje 9×12=108

Było 108 gopi (pasterek i nałożnic) Kriszny

1 to Bóg albo wyższa prawda, 0 to pustka lub absolut, 8 to nieskończoność lub wieczność.

Średnica słońca jest 108 razy większa niż średnica ziemi.

fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl
grafika: Chris Miekina

Kapitał – uczucia

Jak opowiedzieć film? Film wybierany nie dla siebie, a małej rączki… 36 złotych, a za nie mała, ciepła rączka w tylko ciut większej dłoni, ceremoniał wyjścia, ceremoniał dojścia, ceremoniał oczekiwania, światło i taksacja wzrokiem sali, znikomych współcelebrantów, gaszenie świateł – czar i magia kina. Da się wycenić wspomnienie wspólnego doń wyjścia? Ile to już takich wspólnych tytułów? Ile zainwestowanych wyjść… w uczucia?

„Słuchajcie – jesteśmy z Nowego Jorku! Budujemy drapacze chmur to chyba potrafimy zbudować też szałas? Na mieście umiemy upolować dobrego hamburgera, więc i tu z głodu nie zginiemy! Przeżyliśmy przecież w betonowej dżungli – nic zatem dla nas także i tu przeżyć…” – w jednym z nich rzekła babcia z jajami większymi od niejednego chłopa, bo Madagaskar jest w nas! A „Księżniczka i żaba”, o którą upomniał się Psi Ząb? To również powrót do normalności.

„Magia Nowego Orleanu i wspaniałego improwizującego jazzu, żaby, księżniczki, świetliki, duchy i aligatory w jazzowym rytmie rozkręcają akcję i zabierają nas ponownie do disneyowskiego świata, w którym muzyka i spełniające się marzenia idą w parze. A klasyczna animacja, choć może nie jest tak efektowna, ma swój niesamowity czar i swoją niezastąpioną płynność. Klasyczna baśń braci Grimm o żabie i pocałunku księżniczki zostaje przeniesiona do światowej stolicy jazzu lat 20… W dodatku w tej bajce nie ma ani zwyczajnej żaby ani nawet prawdziwej księżniczki. Piękna Tiana, która marzy o otworzeniu własnej restauracji, pracuje dzień i noc żeby pomóc swojemu marzeniu. Tymczasem jej bogata i nieco stuknięta przyjaciółka Charlotta marzy tylko o księciu z bajki i romantycznej miłości. Kiedy pojawia się książę, jest on oczywiście trochę zbyt próżny, zbyt leniwy i zbyt imprezowy. Pycha zostaje ukarana, gdyż Człowiek Cień – specjalista od czarnej magii i voodoo – zamienia go, jak przystało na księcia, w żabę. Tiana zgadza się pocałować księcia, ale ponieważ nie jest księżniczką, tylko ubogą kelnerką, zaklęcie działa odwrotnie i Tiana… również zostaje uwięziona w ciele żaby. Trzeba więc wyruszyć w podróż aby odwrócić zaklęcie, pomóc grającemu na trąbce krokodylowi Louie, spełnić marzenie o restauracji i przy okazji nauczyć księcia z bajki trochę realiów życia. Muzyka jest wspaniała, tak samo jak przepiękna sceneria – no i oczywiście przesłanie o gwieździe spełniającej szczere życzenia” Andżelinie.

Po drodze dowiadujemy się wielokrotnie, że kluczem do odkręcenia złego zaklęcia nie jest ważny wygląd (być może  właśnie dlatego, a nie z powodu ukłonu politpoprawnością w stronę czarnego prezydenta, główna bohaterka ma tutaj, równie czarną jak on skórę).  Odkrywamy, że tak naprawdę ważne jest tylko to, co  mamy na dnie swego serca. Liczą się czyste i jasne myśli i praca swych rąk, a nie lekki pieniądz, który dziś jest, lecz  już jutro może go   nie być. I ważne jest też, aby mieć w swym życiu dla kogo tak ciężko pracować, bo gdy serca są dwa… Po prostu łatwiej  pokonać wszystkie przeszkody, nie  idąc przez życie samotnie. Moim zdaniem, przesłaniem filmu jest na nowo odkryta prawda, że w życiu liczy się tylko szczera miłość.

Perypetie naszych głównych bohaterów kończą się w sposób wspaniały, który właśnie dlatego nazwałam powrotem do normalności, bo każdy oglądając film, zauważa w końcu, że pieniądze szczęścia nie dają, że za nie nikt nie kupi nie tylko ludzkiej postaci, ale i prawdziwego uczucia, miłości, dobrych, przyjaznych sił, ba,  w ogóle przyjaźni i oczywiście… życia. Czyste dobro zwycięża, a wygląd nie jest ważny, więc książę Naveen, nadal pod postacią żaby poślubia żabkę Tianę, po czym ich pierwszy ślubny pocałunek  (wykonany z potrzeby serca, z potrzeby chwili a nie z innych,  szemranych względów), nieoczekiwanie dla nich samych sprawia, że jednak zły czar pryska. Teraz młoda i piękna para, razem i siłą własnych rąk, remontuje zrujnowaną cukrownię,  by wreszcie otworzyć wymarzoną restaurację Tiany. I tylko na niebie obok spełniającej marzenia Andżeliny,   pojawia się jeszcze  jedna jasna gwiazdka, po zakochanym w niej,  tragicznie zmarłym, charyzmatycznym świetliku  Raymondzie – ew

Na mlecznej drodze

Na samym końcu Indii, nad Oceanem Indyjskim leży urocza miejscowość Kovalam Beach. Nie pomińcie jej w swoich wędrówkach. Ale koniecznie zamieszkajcie nad oceanem, w hotelikach odległych od brzegu około 50 metrów. Załóżmy, że nie nadejdzie tsunami.

Tak właśnie sobie mieszkałem. Na lancz chodziłem do pobliskiej restauracji o dźwięcznej nazwie Milky Way. Gdy przyszedłem pierwszy raz, po drodze spotkałem pewnego Amerykanina z młodą kobietą z dzieckiem na ręku i dziewczyną kilkunastoletnią o dość czarnej karnacji. Ta starsza była Hinduską ale białą. W indyjskich rodzinach często się takie wypadki zdarzają, co dla czarnej dziewczyny może być tragedią, gdyż nikt takiej nie chce za żonę wziąć, chociaż była piękna. Od razu się z nimi zaprzyjaźniłem. Zresztą szliśmy w tym samym kierunku do Milky Way. Przy kasie zamówiłem ryż i jarzyny, po czym kazano mi usiąść i czekać. Za chwilę kelner podał mi na liściu banana ryż, jarzyny i coś, co oni nazywają dosa masala, czyli przyprawa. Zajadałem z apetytem, jako jedyne gotowane jadło  w tym dniu. Przy sąsiednim stoliku robiła to samo ta rodzina amerykańsko – indyjska, z którą wymieniałem uśmiechy i zdawkowe halo na ulicy.

Po zjedzeniu wyszedłem, zapomniawszy oczywiście widelca. Ponieważ miałem taki zwyczaj zapominania sztućców, dlatego zawsze w samolocie chowałem sobie plastykowe widelce, aby mieć na zapas. Przy okazji informuję, że w indyjskich restauracjach typu Milky Way nie podają sztućców, gdyż w Indiach je się palcami prawej ręki. Wszyscy wiedzą, że lewa ręka służy do podmywania. To informacja dla tych, co wybierają się do Kathmandu.

Na drugi dzień znowu się spotkaliśmy. Z tym, że od progu powitał mnie groźny wzrok kelnera, takiego 6-cio letniego chłopca, bo tacy są tam kelnerzy. Nie wiedziałem o co mu chodzi, więc powiedziałem tylko halo, sir, ale on tylko zmierzył mnie złowrogim spojrzeniem. Za chwilę miałem się dowiedzieć. Na stół wjechał liść bananowy i wtedy zostałem uświadomiony. „Wczoraj zostawiłeś liść na stole, zamiast wrzucić go do kosza” powiedział kelner, pokazując palcem kosz. Zarumieniłem się i odrzekłem sorry, sir. Pokręcił głową potwierdzająco. Oczywiście pokręcenie głową znaczy „tak” a nie „nie”, pozwalam sobie zauważyć, dla nowicjuszy. Przy sąsiednim stole rodzina amerykańsko – indyjska uśmiechała się ukradkiem, kryjąc radosne ubawienie moją reprymendą, jaką otrzymałem.
fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Śniadanie norki amerykańskiej

Po przyjeździe z Gliwic do Wyszkowa, byłem łakomy dzikiej przyrody. Bardzo często wędrowałem po okolicznych łąkach, lasach, byłem nad wodą. Udało się więc zobaczyć wiele ciekawych obrazków.

Norkę dopadłem nad Bugiem w Gulczewie. Zauważyłem jak wbiegała pod dawno ścięty pień. Sądziłem, że ją tam zobaczę. Wewnątrz było jednak ciemno i pusto. Wyznaczyłem sobie limit czasu na „warowanie”, ustawiłem statyw i… czekam. Wyczekałem przed jej ukryciem, w miarę cicho i spokojnie. Minęło jakieś 40 minut i pokazała się ciekawa mordka z bystrymi oczkami. Moment i gna toto, gdzieś po wysokiej trawie na otwartą przestrzeń, a zrobiła to tak szybko, że nawet mając ustawiony obiektyw na wyjście z nory nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Zastanowiło mnie wtedy, że zwierze, w czasie pogoni i jedzenia, nie zwracało na mnie uwagi. Widocznie bardzo była głodna lub osłabiona.

Znikła w poskręcanej, uschniętej plątaninie zielonych i żółtych zarośli. Pobiegłem więc z aparatem za uciekającym futrem i zobaczyłem wreszcie, że jest to chyba norka. Miała przeciętą skórę na karku, jakby wpadła w sidła i zdołała się z nich wyzwolić. Sierść wokół rany była wylizana i mokra. Nagle z gęstej trawy wylazł mój uciekinier. W pysku coś trzymał: – żabę? Zaczął to obgryzać, a ja fotografować. Było już dość ciemno, pomagałem więc sobie lampą błyskową, ale tą na aparacie. Niewiele to dało, ale może coś się udało sfotografować? Film się kończył, a norka nadal coś obdzierała ze skóry i z apetytem zjadała. To jednak żaba.

Koniec filmu. Koniec niepokojenia zwierzaka. W domu wyczytałem w encyklopedii, że to m.in.norki mają ciekawy sposób robienia zapasów. Okazuje się, norka biegła z nory do spiżarni. W trawie leżała schowana żaba. Żeby mięso się nie zepsuło, upolowana wcześniej żaba została inwalidą. Norka przegryzła jej kręgosłup i w ten sposób unieruchomioną, ale żywą zdobycz, schowała w głęboko w trawie. Przyszła pora posiłku, a jak on wyglądał widać na załączonych, dość niestety marnych, zdjęciach. Tylko tyle udało się uratować z całej rolki filmu, zobacz wszystkie -> www.owyszkowie.blox.pl


fot. Wiesław Czapski