Monthly Archives: Kwiecień 2010

Wczesna wiosna nad Jeziorem Champlain

Jadąc w gości do Monsieura na Wielkanoc, zgłodniałem trochę po drodze i zacząłem coraz bardziej niecierpliwie rozglądać się za jakąś restauracją czy przydrożnym barem. Łatwiej powiedzieć niż znaleźć. Apallachy dookoła wysokie i dzikie a śladów cywilizacji jak na lekarstwo. Z pomocą przyszła moja najlepsza w podróży przyjaciółka – Garmina (bo w taki nieskomplikowany sposób nazywam mojego GPS-a) i po kilku chwilach pokazała listę miejsc, gdzie można było wrzucić coś na ząb.

Niemalże wszystkie z miejsc na liście były mi zupełnie nieznane oprócz jednego o dźwięcznej nazwie „Ponderosa”. Podróż do niej miała zająć 20 minut i zapowiadała się scenicznie, bo restauracja była po drugiej stronie Jeziora Champlain, w stanie Vermont. Dotrzeć tam można było niewielkim samochodowym promem. Tych stron zupełnie nie znałem, więc z góry cieszyłem się nie tylko na dobrą strawę w „Ponderosie”, ale i ucztę duchową podczas przekraczania jeziora. Prom odpływał z maleńkiej  mieściny Essex, przycupniętej na skraju jeziora, ale zanim tam dotarłem nieoczekiwanie zza zakrętu wyłoniły się wodospady Wadham na górskiej rzece Buquet. Nie sposób było obojętnie przejechać obok tej dzikiej siły natury, zmagającej się mozolnie ze skałą, by w końcu wyżłobić w niej sobie drogę jeziora. Widok spienionej rzeki okazał  się być jednak jedyną atrakcją tego dnia. Prom w Essex miał awarię, a że zbliżały się Święta nie było nadziei na rychłą naprawę. Restauracja stojąca obok zamknięta na cztery spusty, bo wciąż było przed sezonem a żołądek skutecznie tłumił majestat górskiego jeziora.

Kilka fotek później znów zatopiłem się w dyskusję z Garminą, która  niezbyt pewnie czuła się na tym odludziu. W końcu, w zupełnej desperacji zatrzymałem się przed czymś co było skrzyżowaniem sklepu spożywczego z barem przekąskowym, gdzie zamówiłem jakieś niesmaczne  kanapki i sałatkę z  baaaaardzo symbolicznym tuńczykiem. Żując kanapkę przyglądałem się z nudów miejscowym. Oni też mi się przyglądali, zapewne zdziwieni tym, że wciąż  jeszcze żyję po tym co sobie zaserwowałem. Sami nie zamawiali nic do jedzenia, ale za to wynosili ze sklepu wielkie pudła piwa. Hmmmm… Widocznie byli spragnieni :)

Nie próbowałem nawet zapamiętać nazwy miejsca w którym byłem, bo zapewne nigdy tam nie wrócę. Wsiadłem do auta, poszukałem w radio francuskojęzycznej stacji z muzyką i tak świątecznie nastrojony ruszyłem w dalszą drogę  do  Montrealu.

Wodospady Wadham na rzece Bouquet:


Rzeka Bouquet:


Brzeg Jeziora Champlain w Essex:

Vermont po drugiej stronie jeziora:


fot. Chris Miekina USA, okolice granicy z Kanadą
www.nowaatlantyda.com

Papież Benedykt XIV, czyli z Wyszkowa na rzymski Kapitol

Dość trudno wylądować w Wyszkowie po niedawnym odwiedzeniu Rzymu. Odezwałam się jednak w sprawie wystawy Homo Homini.


Rozważania, czy Wyszków zaakceptowałby wyprowadzenie sztuki akademickiej na ulicę, sztuki typu akt lub inną estetykę grecką lub rzymską, nakłoniły mnie do przesłania kilku zdjęć, zrobionych w publicznych miejscach Rzymu.

Pragnę niniejszym pokazać zdjęcia super klasyki, na której punkcie kulturalny świat dawno zwariował i nawet niektóre obiekty nazywa „cudownymi”. Myślę tu szczególnie o „Wenus Kapitolińskiej”.

Pod jednym z posągów nagiego chłopca z fujarką jest wpis o papieżu, Benedykcie XIV.

Zaciekawiona sięgnęłam do internetu i dowiedziałam się, że część posągów w tym muzeum, jest zakupem tego właśnie papieża,  nazywanego nawet mecenasem sztuki i papieżem uczonych.
fot. Aldona Włochy

Nowy przychówek opolskiego ZOO, czyli polowanie na Lemury Katta

Bez wątpienia najpiękniejszą atrakcją każdego ZOO, powodem dumy, są nowe przychówki zwierząt. I tak było w Opolu. Maleńka żyrafa Centuś, urodzona 17 września 2008, przy rodzicach sięgających głową sali gimnastycznej, była naprawdę rozkosznym maluszkiem, mimo, że sporo wyższa od postawnego mężczyzny. Ale, czy na pewno widziałam Centusia? Bo może Samca urodzonego 6 września 2009, stojącego tuż obok taty Olivera i mamy Sisi, skubiących spokojnie żarło z… jakby kosza do gry w kosza.

Jednak ja polowałam na małe małpiatki, przypominające do złudzenia swych większych kuzynów, małpy – madagaskarskie lemury. Mają one podobnie chwytne dłonie, chwytne stopy, różnią się jednak słabiej rozwiniętym mózgiem, co nie pozbawia ich wrażenia, że są naprawdę rozumne. Małpiatki żyjące w grupach, to leśni akrobaci, zwierzęta nadrzewne, z których jedynie Lemur Katta, często schodzi na ziemię. Jego pierścieniowato umaszczony długi ogon postawiony w pion, służy nie tylko jako znak zbiórki (sic!) nawet 40 osobników, ale i do odstraszania intruzów. I bez wątpienia okazałam się nim ja :)

Lemury postanowiły zabawić się ze mną w „nie ma lekko”, ale dałam radę. Na pierwszy strzał poszły wspomniane Lemury Katta, baraszkujące w dużej liczbie w pawilonie na zewnątrz. Ich szybki ruch sprawiał wrażenie, że Katta do szaleństwa wzięły sobie do serca, by swe opolskie terytorium, porządnie oznaczyć ocierając się gruczołami zapachowymi o drzewa. Dzięki temu mój arcydostojny telefon, nie był wstanie uchwycić żadnego sensownego zdjęcia. Z kolei Lemur Wari Rudy, zamieszkujący na wolności lasy deszczowe półwyspu Masoala na północy Madagaskaru, zakwaterowanie w opolskim ZOO dostał… w przeszklonym na przestrzał domku, utrudniającym zrobienie jakiejkolwiek fotografii. Pozostało wspomnienie ciepłego, czerwonego światła, które nieprawdopodobnie potęgowało wrażenie piękna kolorytu ich sierści. Kolejne z nich, młode Lemury Mokoki, bliźnięta urodzone 28 lutego 2010 roku, spały w swym boksie jak… niemowlę – widziało się tylko zwinięte na półkach futrzane kulki. Na koniec Lemur Płowy Rudogłowy, zamieszkujący na Madagaskarze „zwarte lasy pierwotne oraz lasy krótkotrwałe zrzucające liście już powyżej 400 m n.p.m.”, pozwolił sobie sfotografować tylko… tabliczkę o sobie. Już w domu przeczytałam, że małpiatki odżywiają się  przeważnie owocami i liśćmi, owadami, małymi kręgowcami i żywicą drzew, zdrapywaną dolnymi, wystającymi do przodu, siekaczami. Wszystkie one mają duże oczy, które umożliwiają im dobre widzenie w ciemności – nocne zmysły. A na przykład niektóre z nich jak palczak, wyrak czy lori są całkowicie zwierzętami nocnymi. Adaptując się do takiego trybu życia, małpiatki żyjące poza Madagaskarem, unikają w ten sposób zwyczajnie konkurencji dużych małp. Ciekawostką jest to, że każde z oczu wyraka jest tak duże jak jego mózg. Dzięki temu ten przedstawiciel naczelnych może nocą swobodnie skakać z gałęzi na gałąź i precyzyjnie atakować z ciemności ofiary.

Czy tak mały mózg pozbawia ich samostanowienia o sobie, silnego poczucia przynależności do grupy, odpowiedzialności za siebie i innych, instynktu nie tylko macierzyńskiego, ale i rodzicielskiego? Otóż nie.

Na koniec zwiedzania znowu trafiłyśmy do pawilonu z m.in. Lemurami Katta, z tym, że już od wewnątrz.  Ciepłe światło, szum strumieni, kończąca się energia w baterii telefonu, gdy  nagle oprócz tabliczek „Młody Lemur Katta urodzony 15 marca 2010. Dwa Lemury Katta urodzone 20 marca 2010. Lemur Katta urodzony 21 marca 2010″ dostrzegam pod brzuchami tych szybko mknących małpiatek… młode łepeczki! Ewa nieświadoma mojego odkrycia już wyszła, ja robię im setne nieudane zdjęcie, mocno wierząc, że na którymś z nich będzie widoczny jakiś osesek. W desperacji wpadam na pomysł i resztką baterii  nakręcam film. Wzrok mam skierowany na środek grupy, początkowo kompletnie ignorując kapitalnego gościa, który przychodzi do mnie dumny ze swej pociechy. Ech, te młode mamy… – ew


Film: ewolny ZOO Opole

Tunis i jego starożytne mozaiki rzymskie cz. 4

Na koniec pobytu w Tunisie, pojechaliśmy do Muzeum Narodowego Bardo, ze słynną kolekcją starożytnych mozaik rzymskich:

To tak jak ze starożytnym graffiti – można się zauroczyć artyzmem dawnych ludzi:

Mozaiki dotrwały do naszych czasów i nawet kolory są podobno oryginalne. Ileż kunsztu i pracy włożyli ci artyści w swoje dzieła. Od ogromnych podłóg, poprzez ściany, a kończąc na niewielkich obrazach składających się z małych kwadracików, te mozaiki hipnotyzowały zachęcając do oglądania następnych:

Mieszane uczucia targały mną podczas opuszczania Tunisu. Rozczarowująca Kartagina, pozbawione charakteru Nowe Miasto, najciekawsza wyprawa w głąb prawdziwego Starego Tunisu, aż wreszcie te cudowne mozaiki:

fot. Tomek Tunezja

Tunis od kuchni, czyli spontaniczny spacer z Arabem Ali cz. 3

Pewien Arab o imieniu Ali,  zaproponował nam za marne grosze oprowadzenie po uliczkach Tunisu. Ruszyliśmy za nim. Uliczki te okazały się istnym labiryntem, po którym bez Nici Ariadny lepiej się nie poruszać. Gwar stolicy i targowiska wyciszył się zupełnie. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, i tylko Ali, który nas prowadził stał się nadzieją na odnalezienie drogi:

Było to ryzykiem, ale za to adrenalina wyzwoliła doznania zmysłów jak podczas zdobywania trudnego szczytu górskiego. Nagle dokoła zapanował brud, ściany domów straszyły swą obskurnością, uliczki były wąskie a światło słoneczne znikało w zakamarkach. To już nie była ta barwna, schludna stolica. Ali zabrał nas do swojego mieszkania. Trudno sobie wyobrazić, by tam można było mieszkać. Widzieliśmy za to Stary Meczet

… wchodziliśmy do mieszkań obcych ludzi,  na ich balkony i dachy:

Ali rozmawiając przez telefon porażał tembrem głosu przypominającym ekstremistę religijnego, w jednej chwili z miłego człowieka stawał się surowym, krzykliwym, groźnym dla tego kogoś po drugiej stronie słuchawki. Ali był kawalerem, imamem śpiewającym w meczecie. Bieda ukryta za fasadą bogactwa stolicy uderzała, rozbrajała, przerażała… Ufff…. zgodnie z obietnicą Ali wyprowadził nas z mrocznego labiryntu. I tu na koniec zwiedzania, nieoczekiwanie miasto zaskoczyło nas pozytywnie, ale o tym następnym razem, niestety już w ostatnim odcinku.
fot. Tomek Tunezja

Tunis – Stare Miasto i mieszkający w nim człowiek cz. 2

Po spacerze poprzez pasaż handlowy w centralnej części Tunisu, nasze zmysły były uśpione. Wszystko dokoła przypominało bowiem nasze wielkie miasta. W około były wystawy sklepów z doskonale znanymi markami. Minęliśmy nawet rzymskokatolicką Katedrę św. Wincentego:

Lecz wreszcie ukazała się Brama – coś jak wehikuł czasu, jak gwiezdne wrota. Brama prowadząca do starego miasta. Przechodząc przez nią natychmiast znajdujemy się w bajkowej arabskiej scenerii. Kierując się w stronę Meczetu trzeba przedrzeć się jeszcze przez typowe arabskie targowisko.

Najlepiej zrobić to w okularach słonecznych. Sprzedający wnikliwie patrzą bowiem w oczy przechodniów i wystarczy rzucić okiem na jakikolwiek przedmiot z ich kramu, by zostać natychmiastowo agresywnie napastowanym. Sprzedawcy nie popuszczą takiemu wyrażającemu choćby najmniejsze zainteresowanie klientowi. Nie wolno się przy tym zdenerwować, bo oni lubią znęcać się nad takimi nerwusami. Tu humor rozładowuje każdą sytuację. Tacy są tamci ludzie, inni, a właściwie tacy jak my. Groźni, ale gdy uśmiechem ich podejść, ta groźność pęka jak bańka mydlana. Trudno to opisać, to trzeba zobaczyć, doświadczyć, przeżyć. Wiem, że dużo jest krzywdzących stereotypów i opowieści o Arabach, a są to zwyczajni ludzie jak my. Różnice, które tak bardzo rzucają się w oczy, po dłuższym obcowaniu z ich kulturą zdają się szczegółami. No ale diabeł tkwi w szczegółach.

Dotarliśmy wreszcie na dziedziniec meczetu i tam dla większości kończy się zwiedzanie Starego Miasta. To i tak dużo, ale tam dla naszej grupki to był dopiero początek podroży do Jądra Ciemności Tunisu. Przed meczetem stał pewien Arab, który zaproponował nam oprowadzenie po uliczkach miasta. Kosztowało nas to w przeliczeniu na nasze pieniądze grosze. Ruszyliśmy za nim i po chwili wymiękłem. Ale o tym…  w następnej odsłonie.
fot. Tomek Tunezja

Goczałkowice-Zdrój

Chyba epitafium? Zdjęcia przekłamują, a może ja nie znalazłam tego, czego szukałam. Staw i jego fauna, flora niezawodne -  rekompensują… Zobacz również -> Jezioro Goczałkowickie kryptonim żagiel

film: ewolny Goczałkowice Zdrój

Tunis – stolica, czyli rozczarowująca Kartagina cz. 1

Wjazdowi do stolicy Tunezji towarzyszy wspaniałe wrażenie, niestety tylko na pierwszy rzut oka. Barwne drzewka i biało-niebieskie domy porażają swym pięknem.  Za szybami autokaru Tunis wygląda kolorowo, czysto i swojsko, ale do czasu. Pierwsze kroki po wyjściu z klimatyzowanego pojazdu prowadzą w niewiarygodnie gorący świat afrykańskiego miasta.

Tunis istniał kiedyś jako fenicka osada handlowa Tunes, ale od około VII w. p.n.e był pod władaniem Kartaginy, która przeszła wiele wzlotów i upadków. Od niej też rozpoczęliśmy zwiedzanie. Przyznam, że wiele sobie obiecywałem właśnie po Kartaginie. To obcowanie z historią, dotykanie liczących tysiące lat pozostałości po żyjących tak dawno temu ludziach. Niestety Kartagina chłodno studzi tę pasję. Trzeba mieć naprawdę wybujałą wyobraźnię, żeby z tych bezładnie leżących kamieni odbudować dawną atmosferę słynnej Kartaginy.

Nawet Termy Antoninusa

… są niemal doszczętnie wymazane, przez działanie czasu i bezczeszczących je rąk ludzi, którzy wykorzystywali starożytne obiekty jako budulca do nowych domów.

Prawdziwy smak Tunisu poznaliśmy dopiero po przyjeździe do centrum stolicy. Tam pilot wycieczki wypuścił nas na żywioł byśmy samotnie zwiedzali to przedziwne miejsce. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że otworzą się przede mną wrota do tych sekretnych zakamarków niewidocznych dla oczu „zwyczajnych turystów”. Ale o tym następnym razem.
fot. Tomek Tunezja

Zapach Azji

Może to było w 1968 roku. Samolot z Orenburga na Uralu, lecący do Taszkientu wylądował niespodzianie na lotnisku w Samarkandzie, ze względu na mgłę panującą w mieście docelowym. Po wyjściu do holu dworca lotniczego zwróciliśmy się grzecznie do kapitana portu z pytaniem: jak długo będziemy musieli tu czekać. Odpowiedź była raczej lakoniczna: „nada żdać”, więc wyszedłem przed dworzec, wciągnąłem mocno powietrze w płuca i poczułem ostry bukiet zapachów. Nie mogłem niestety zidentyfikować jakie komponenty go tworzyły, bo było to coś nowego. Żałowałem, że nie ma tu mojej żony, która ma niezwykle czułe powonienie i wszystko jej właściwie śmierdzi. Zdawało mi się trochę, jak gdyby dominantą była woń czosnku. Tuż obok mnie stał sąsiad z samolotu, sawiecki czeławiek, który nie pytany „skazal sam saboj: wot Azija”. Ilekroć w życiu lądowałem w azjatyckim mieście, to zaraz na wstępie uderzała mnie ta znajoma i ostra woń. Zarówno w Bombaju czy w Delhi, czy w Kathmandu, czy w Stambule lub we Władykaukazie.  Po pewnym czasie jednak woń ta słabła, jakby się rozmywała, ale zawsze rano ponownie biła w nozdrza i przypominała w jakiej części świata się znajduję.

Niespodziewanie podjechał autobus, do którego bez wielkiego namysłu wskoczyliśmy. No, „kaniec kancow” nie co dzień znajdujemy się w Samarkandzie, gdzie 23 wieki temu biesiadował Aleksander Macedoński i po pijanemu przebił włócznią Klejtosa. Tego Klejtosa, zwanego Czarnym, który uratował mu życie pod Granikiem, odcinając satrapie Spitrydatesowi rękę wymierzoną w Aleksandra. A sześć wieków temu Timur, zwany też Tamerlanem, czyli Timurem Kulawym, który wsławił się zbudowaniem piramidy z głów mieszkańców, nie śpieszących się z poddawaniem. Przez rok panował też tutaj Babur, pierwszy Wielki Mogoł, który kilka lat później podbił Indie i założył słynną dynastię, panująca aż do 1857r. Zobaczyć grób Timura czy zespół Bibi Chanim, a choćby tylko Registan, składający się z trzech medres; to jest okazja, jakiej nie można przepuścić

Tymczasem jednak podstawiono małego „antka”, który miał podrzucić do Taszkientu dwoje Amerykanów i nas, ale myśmy niestety „paszli w gorod”, tak więc poleciał bez nas. Za karę musieliśmy wracać ze wszystkimi, ale zaliczyliśmy chociaż skrawek Samarkandy.

To było w 1984 roku, w połowie drogi z Padum do Kargilu. Miejscowość nazywała się Pannikhar, do której dotarliśmy ciężarówką a właściwie był to konwój dwóch traków obsługiwany przez dziesięciu Sikhów w kolorowych turbanach. W pierwszym pojeździe jechało w koszu nad szoferką dwoje Francuzów i pięciu Sikhów, ci oczywiście w szoferce. Nasza ciężarówka jechała jako druga, co nam dawało się mocno we znaki, gdyż jechaliśmy w kurzu, który wzbudzała pierwsza.  Taka bliska odległość wynikała z ostrożności gdyż wtedy istniała napięta atmosfera miedzy Indusami a Sikhami. Mnożyły się napady i akcje terrorystyczne, będące dziełem tych ostatnich. Musieli się więc dobrze pilnować, ponieważ odpłacano się im pięknym za nadobne. Indusi potrafią być bardzo pamiętliwi, nie wspominając już o karmie, ciążącej nieubłaganie na złoczyńcy. A był to okres tuż przed zamordowaniem Indiry Ghandi. Po kilku latach Sikhowie  sami zaprowadzili porządek w swojej społeczności, ale za to pojawili się dywersanci muzułmańscy przerzucani z Paku, tak że w tej chwili jest jeszcze gorzej i tamte tereny są znowu niedostępne dla turystów.

Tymczasem jechaliśmy sobie we troje w budzie, gdzie oprócz nas jechały stalowe pręty do zbrojenia betonu, oczywiście nie umocowane. Droga była raczej zniszczona, ściślej mówiąc były to same dziury, tak że samochód wpadał z jednej do drugiej dziury, kiwając się przy tym z boku na bok. Wspomniane pręty kulały się z lewa na prawo, by za chwilę toczyć się z prawa na lewo a myśmy podskakiwali jak przez skakankę, co początkowo było pewnym urozmaiceniem jazdy. Ale po godzinie mieliśmy już tego dość. Na szczęście komendant konwoju kazał nam przenieść się do kosza nad szoferką, gdzie wprawdzie nie było prętów, ale za to czyhały inne pułapki, np. gwoździe, wystające ze ścianek kosza do wewnątrz, oczywiście  nie można było się opierać plecami o boki skrzyni, chyba ze ktoś  odbył praktykę fakira. Przy wbijaniu gwoździ też trzeba myśleć. Minęliśmy i mogliśmy zachwycać się, niestety z daleka, Ringdom Gompą, na której kończy się (albo zaczyna) Zanskar, kraj zamieszkany przez buddystów. Następnie przejechaliśmy przełęcz Pensi La (4401 m n.p.m.), trzęsąc się z zimna i podziwiając dwa szczyty siedmiotysięczne Nun (7135) i Kun (7087), by następnie zjechać w dolinę Suru. Około jednego kilometra przed posterunkiem policji w Pannikharze wysadzono nas z ciężarówek, gdyż Sikhom nie wolno było przewozić pasażerów. Policję minęliśmy pieszo, ale szlaban musieliśmy podnieść sobie sami, ponieważ policjanci spali jak zabici.

Na drugi dzień mogliśmy już jechać autobusem, który zgodnie z planem miał odjazd o dziesiątej rano, jednak jeszcze o dwunastej go nie było. Wreszcie około drugiej po południu zajechał na przystanek i tłum miejscowych ludzi rozpoczął się wdzierać do wnętrza autobusu, za nimi wepchnęli się dziarscy Francuzi, potem wryła się jedna Japonka, mój towarzysz i ja. Za mną wszedł jeszcze starszy wieśniak oraz jedna koza i jeden baran. Z przodu gdakała kura. Jak na razie towarzystwo zachowywało się bez zarzutu, nie licząc beczenia i gdakania. Gdy jednak wehikuł ruszył, najpierw koza a potem baran zaczęły oddawać mocz, jakby się umówiły, prosto na nogi Francuzów, którzy musieli je podciągnąć na siedziska i przyjąć pozycję lotosu. Następnie miłe zwierzaki zaczęły wypróżniać się, na szczęście jednak wszystkie okna były otwarte i nikomu nie zrobiło się słabo. Inwentarz żywy jednak czasem niebezpiecznie zbliżał się do moich stop, wtedy rozdzielałem mu kopnięcia między tylne kończyny. Trzeba powiedzieć, że były to dość inteligentne stworzenia, bo szybko pojęły o co mi chodziło.

Wracając do doliny Suru niedługo po wyjeździe wyprzedził nas samochód osobowy, ktoś zamachał lizakiem i zostaliśmy zatrzymani przez czterech cywilów. Dwóch weszło przez przednie drzwi, pozostali zaś przez tylne i zaczęli sprawdzać bilety. Czynność raczej normalna ale nie w Dżammu & Kaszmir, gdyż nikt oprócz Francuzów i nas nie miał biletu włącznie z kozą, baranem i ich właścicielem. Wszyscy byli tak zaskoczeni nieoczekiwanym zdarzeniem, że początkowo zachowywali się jak oniemiali. Korzystając ze stanu osłupienia udało się kontrolerom najpierw wyrzucić barana, potem kozę a wreszcie ich właściciela. Ale tego było już pasażerom za wiele, więc razem solidarnie wyrzucili wszystkich kontrolerów na bruk a raczej na asfalt. Autobus ruszył, z tylu zaś pozostały sylwetki czterech facetów, wymachujących w naszą stronę pięściami.

W  powieści Paula Scota „Podział łupów” jest taka scena, w której jeden z bohaterów już po wojnie postanawia pojechać do Indii, w których spędził kilka wojennych lat. Coś niezrozumiałego go tam ciągnęło, czego nie mógł sobie wytłumaczyć. Gdy już wpłynął do Bombaju i stanął na stałym lądzie, nabrał powietrza i poczuł ten znajomy, ale nie rozszyfrowany zapach Indii. Wtedy nastąpiło olśnienie a może przebudzenie, tak jak to  przytrafia się adeptom zen-rinzai, gdy roshi zdzieli ich kijem po plecach na skutek czego doznają natychmiastowego sartori. Tak on nagle zrozumiał i uzmysłowił sobie z czego pochodzi ów zapach. Przecież to jest zapach gówien. To jest ta woń, której mu brakowało w Anglii. Oto zapach Azji.
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Psi Ząb Indie
grafika: Chris Miekina