
Może to było w 1968 roku. Samolot z Orenburga na Uralu, lecący do Taszkientu wylądował niespodzianie na lotnisku w Samarkandzie, ze względu na mgłę panującą w mieście docelowym. Po wyjściu do holu dworca lotniczego zwróciliśmy się grzecznie do kapitana portu z pytaniem: jak długo będziemy musieli tu czekać. Odpowiedź była raczej lakoniczna: „nada żdać”, więc wyszedłem przed dworzec, wciągnąłem mocno powietrze w płuca i poczułem ostry bukiet zapachów. Nie mogłem niestety zidentyfikować jakie komponenty go tworzyły, bo było to coś nowego. Żałowałem, że nie ma tu mojej żony, która ma niezwykle czułe powonienie i wszystko jej właściwie śmierdzi. Zdawało mi się trochę, jak gdyby dominantą była woń czosnku. Tuż obok mnie stał sąsiad z samolotu, sawiecki czeławiek, który nie pytany „skazal sam saboj: wot Azija”. Ilekroć w życiu lądowałem w azjatyckim mieście, to zaraz na wstępie uderzała mnie ta znajoma i ostra woń. Zarówno w Bombaju czy w Delhi, czy w Kathmandu, czy w Stambule lub we Władykaukazie. Po pewnym czasie jednak woń ta słabła, jakby się rozmywała, ale zawsze rano ponownie biła w nozdrza i przypominała w jakiej części świata się znajduję.
Niespodziewanie podjechał autobus, do którego bez wielkiego namysłu wskoczyliśmy. No, „kaniec kancow” nie co dzień znajdujemy się w Samarkandzie, gdzie 23 wieki temu biesiadował Aleksander Macedoński i po pijanemu przebił włócznią Klejtosa. Tego Klejtosa, zwanego Czarnym, który uratował mu życie pod Granikiem, odcinając satrapie Spitrydatesowi rękę wymierzoną w Aleksandra. A sześć wieków temu Timur, zwany też Tamerlanem, czyli Timurem Kulawym, który wsławił się zbudowaniem piramidy z głów mieszkańców, nie śpieszących się z poddawaniem. Przez rok panował też tutaj Babur, pierwszy Wielki Mogoł, który kilka lat później podbił Indie i założył słynną dynastię, panująca aż do 1857r. Zobaczyć grób Timura czy zespół Bibi Chanim, a choćby tylko Registan, składający się z trzech medres; to jest okazja, jakiej nie można przepuścić
Tymczasem jednak podstawiono małego „antka”, który miał podrzucić do Taszkientu dwoje Amerykanów i nas, ale myśmy niestety „paszli w gorod”, tak więc poleciał bez nas. Za karę musieliśmy wracać ze wszystkimi, ale zaliczyliśmy chociaż skrawek Samarkandy.

To było w 1984 roku, w połowie drogi z Padum do Kargilu. Miejscowość nazywała się Pannikhar, do której dotarliśmy ciężarówką a właściwie był to konwój dwóch traków obsługiwany przez dziesięciu Sikhów w kolorowych turbanach. W pierwszym pojeździe jechało w koszu nad szoferką dwoje Francuzów i pięciu Sikhów, ci oczywiście w szoferce. Nasza ciężarówka jechała jako druga, co nam dawało się mocno we znaki, gdyż jechaliśmy w kurzu, który wzbudzała pierwsza. Taka bliska odległość wynikała z ostrożności gdyż wtedy istniała napięta atmosfera miedzy Indusami a Sikhami. Mnożyły się napady i akcje terrorystyczne, będące dziełem tych ostatnich. Musieli się więc dobrze pilnować, ponieważ odpłacano się im pięknym za nadobne. Indusi potrafią być bardzo pamiętliwi, nie wspominając już o karmie, ciążącej nieubłaganie na złoczyńcy. A był to okres tuż przed zamordowaniem Indiry Ghandi. Po kilku latach Sikhowie sami zaprowadzili porządek w swojej społeczności, ale za to pojawili się dywersanci muzułmańscy przerzucani z Paku, tak że w tej chwili jest jeszcze gorzej i tamte tereny są znowu niedostępne dla turystów.
Tymczasem jechaliśmy sobie we troje w budzie, gdzie oprócz nas jechały stalowe pręty do zbrojenia betonu, oczywiście nie umocowane. Droga była raczej zniszczona, ściślej mówiąc były to same dziury, tak że samochód wpadał z jednej do drugiej dziury, kiwając się przy tym z boku na bok. Wspomniane pręty kulały się z lewa na prawo, by za chwilę toczyć się z prawa na lewo a myśmy podskakiwali jak przez skakankę, co początkowo było pewnym urozmaiceniem jazdy. Ale po godzinie mieliśmy już tego dość. Na szczęście komendant konwoju kazał nam przenieść się do kosza nad szoferką, gdzie wprawdzie nie było prętów, ale za to czyhały inne pułapki, np. gwoździe, wystające ze ścianek kosza do wewnątrz, oczywiście nie można było się opierać plecami o boki skrzyni, chyba ze ktoś odbył praktykę fakira. Przy wbijaniu gwoździ też trzeba myśleć. Minęliśmy i mogliśmy zachwycać się, niestety z daleka, Ringdom Gompą, na której kończy się (albo zaczyna) Zanskar, kraj zamieszkany przez buddystów. Następnie przejechaliśmy przełęcz Pensi La (4401 m n.p.m.), trzęsąc się z zimna i podziwiając dwa szczyty siedmiotysięczne Nun (7135) i Kun (7087), by następnie zjechać w dolinę Suru. Około jednego kilometra przed posterunkiem policji w Pannikharze wysadzono nas z ciężarówek, gdyż Sikhom nie wolno było przewozić pasażerów. Policję minęliśmy pieszo, ale szlaban musieliśmy podnieść sobie sami, ponieważ policjanci spali jak zabici.
Na drugi dzień mogliśmy już jechać autobusem, który zgodnie z planem miał odjazd o dziesiątej rano, jednak jeszcze o dwunastej go nie było. Wreszcie około drugiej po południu zajechał na przystanek i tłum miejscowych ludzi rozpoczął się wdzierać do wnętrza autobusu, za nimi wepchnęli się dziarscy Francuzi, potem wryła się jedna Japonka, mój towarzysz i ja. Za mną wszedł jeszcze starszy wieśniak oraz jedna koza i jeden baran. Z przodu gdakała kura. Jak na razie towarzystwo zachowywało się bez zarzutu, nie licząc beczenia i gdakania. Gdy jednak wehikuł ruszył, najpierw koza a potem baran zaczęły oddawać mocz, jakby się umówiły, prosto na nogi Francuzów, którzy musieli je podciągnąć na siedziska i przyjąć pozycję lotosu. Następnie miłe zwierzaki zaczęły wypróżniać się, na szczęście jednak wszystkie okna były otwarte i nikomu nie zrobiło się słabo. Inwentarz żywy jednak czasem niebezpiecznie zbliżał się do moich stop, wtedy rozdzielałem mu kopnięcia między tylne kończyny. Trzeba powiedzieć, że były to dość inteligentne stworzenia, bo szybko pojęły o co mi chodziło.
Wracając do doliny Suru niedługo po wyjeździe wyprzedził nas samochód osobowy, ktoś zamachał lizakiem i zostaliśmy zatrzymani przez czterech cywilów. Dwóch weszło przez przednie drzwi, pozostali zaś przez tylne i zaczęli sprawdzać bilety. Czynność raczej normalna ale nie w Dżammu & Kaszmir, gdyż nikt oprócz Francuzów i nas nie miał biletu włącznie z kozą, baranem i ich właścicielem. Wszyscy byli tak zaskoczeni nieoczekiwanym zdarzeniem, że początkowo zachowywali się jak oniemiali. Korzystając ze stanu osłupienia udało się kontrolerom najpierw wyrzucić barana, potem kozę a wreszcie ich właściciela. Ale tego było już pasażerom za wiele, więc razem solidarnie wyrzucili wszystkich kontrolerów na bruk a raczej na asfalt. Autobus ruszył, z tylu zaś pozostały sylwetki czterech facetów, wymachujących w naszą stronę pięściami.
W powieści Paula Scota „Podział łupów” jest taka scena, w której jeden z bohaterów już po wojnie postanawia pojechać do Indii, w których spędził kilka wojennych lat. Coś niezrozumiałego go tam ciągnęło, czego nie mógł sobie wytłumaczyć. Gdy już wpłynął do Bombaju i stanął na stałym lądzie, nabrał powietrza i poczuł ten znajomy, ale nie rozszyfrowany zapach Indii. Wtedy nastąpiło olśnienie a może przebudzenie, tak jak to przytrafia się adeptom zen-rinzai, gdy roshi zdzieli ich kijem po plecach na skutek czego doznają natychmiastowego sartori. Tak on nagle zrozumiał i uzmysłowił sobie z czego pochodzi ów zapach. Przecież to jest zapach gówien. To jest ta woń, której mu brakowało w Anglii. Oto zapach Azji.
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Psi Ząb Indie
grafika: Chris Miekina