Autobus zajechał pod schronisko w Morskim Oku. Pierwsze co zrobiłem udałem się do recepcji, gdzie przydzielono mi czwórkę, pokój, jak się później dowiedziałem przeznaczony dla szczególnych gości. Na szczęście w recepcji nie było Dziuni, która wie wszystko, bo wtedy dostałbym miejsce gdzieś na strychu w starym schronisku. Mieszkał tam już p. Suleja, taternik i pełniący obecnie dyżur ratownika TOPRu. Zajmował w nim już łóżko pewien malarz, który zwierzył mi się, że maluje góry wyłącznie z natury a nigdy na podstawie fotografii, jak to czynią teraz wszyscy młodzi malarze. Ta jego pasja doprowadziła go kilka dni później do ciężkiego okaleczenia, kiedy wspinając się na Czarny Staw poślizgnął się i poważnie potłukł a teraz kurował się leżąc w łóżku. Od niego dowiedziałem się, że można sfotografować pejzaż a potem pomalować go farbą olejną i uzyskać w ten sposób obrazek olejny. Mam kilka takich na ścianie. Trzecim naszym współlokatorem był Andrzej Heinrich, zwany powszechnie Zygą. Nieznany jeszcze opinii publicznej, ale wśród taterników cieszący się szeroką sławą. Sławę uzyskał później po wkoszeniu skrajnie trudnych dróg na Kazalnicy Mięguszowieckiej oraz wejściu na szczyty himalajskie jak np. Kunyang Kish w 1979r. Zginął w roku 1989 pod M. Everestem, gdy udał się na pomoc G. Chrobakowi i A. Marciniakowi. Temu ostatniemu udało się wówczas uratować, ale w roku 2009 zginął na Pośredniej Grani w Tatrach Słowackich. Pochodzący z Bielska Gienek Chrobak żył jeszcze kilkanaście godzin, jednak nad ranem umarł z powodu ciężkich obrażeń.
Na drugi dzień dotarła do nas wiadomość, ze jacyś taternicy wzywają pomocy, gdzieś tam na Żabim Wyżnim Szczycie. Zwrócił się do nas wówczas P. Suleja z pytaniem czy weźmiemy udział w akcji ratowniczej. Oczywiście zgodziliśmy się od razu. Zapytałem tylko czy już mam się przygotowywać do wyjścia. Wtedy P. Suleja odpowiedział mi, że mamy czas do nadejścia zmroku, gdyż po zmroku płacą wyższe diety. Gdy wreszcie doczekaliśmy zmierzchu, okazało się, że pomoc nie jest konieczna, ponieważ obok przechodziła kompania J. H. i zdjęła ze ściany wzywających ratunku. Kim był Janusz H. Urodził się we Lwowie a gdy przekraczał granicę Polsko-Czechosłowacką, oczywiście nielegalnie, zawsze intonował marsz: „W dzień deszczowy i ponury, Z Cytadeli idą z góry, Szeregami lwowskie dzieci, Idą tułać się po świecie.” Ignorując kryjących się w krzakach filanców. Później J.H. dał się poznać jaki zdolny chemik i producent amfiteaminy, co go kosztowało kilka lat odsiadki. Jak widać zdolny był do wszystkiego. Następnym epizodem w jego życiu był udział w grupie taterników, którzy jakoby wiedzieli, kto strzelał do górników w kopalni Wujek. Była to sprawa znana pod nazwą „tajemnicy taterników”.
Kilka dni później zgłosił się do mnie taternik, który by chciał wspinać się na Mnicha drogą zwaną „wariantem R”. Nigdy nie myślałem o takiej drodze, ale gdy prosi mnie Jan Junger nie mogłem odmówić. Droga ta była uważana wówczas za najtrudniejszą w Tatrach. Wyszliśmy rano, ale nie spiesząc się. Ominęliśmy dolną część jako zbyt łatwą, gdy zaś przyszła na mnie kolej by poprowadzić, okazało się, że nie mam pętli nylonowej, więc nie namyślając się długo użyłem sznurówki wyciągniętej z buta. I wszystko by się skończyło dobrze, gdybym pamiętał, aby tej pętelki sznurówkowej nie obciążać całym ciężarem ciała. Niestety zapomniałem i błyskawicznie sfrunąłem 10 metrów w dół, ku uciesze gapiów w Morskim Oku, którzy obserwowali nas, a byłem doskonale widoczny w czerwonym swetrze.
Ponownie użyłem drugiej sznurówki, dobrze, że miałem dwa buty, jednak zwinąłem ją w czterokrotną pętlę i tym razem się udało. Jeszcze tylko przewieszka w kształcie sufitu i już witałem się z gąską, ale ona nie była taka łatwa i musiałem się namęczyć by ją pokonać. No i nareszcie za mną były słynne nity, które umieścił tam Momo, słynny Cz. Momatiuk, który wrobił mnie w skarbnika Klubu a potem wyjechał do Nowego Jorku, by tam zarabiać jako robotnik wysokościowy. Przynajmniej nie miał lęku wysokości. Niestety noga mu się powinęła i spadł do silosa z cementem. Był to rok 1972. Sic gloria transit mundi.
Resztę wariantu pokonał Junger, uwieczniony na fotografii w książce Reinholda Messnera, jako jeden z trzech Polaków. Jasiu umarł w roku 2005 roku po rozległym zawale serca.
Najgorsze zaczęło się dla mnie po zdobyciu „era”. Zaczęli nachodzić mnie wspinacze i proponować wspólną wspinaczkę.
Pierwszy zgłosił się Krzysiek Cielęcki i zaproponował mi wejście na Mięgusza filarem północnym. Z radością się zgodziłem, bo to było marzenie każdego wspinacza. Nazajutrz skoro świt wyruszyliśmy na drogę określaną u Paryskiego jako nadzwyczaj trudną i trwająca 10 godzin. Po dojściu do stóp filara, zanim zdążyliśmy się rozpakować zaczął padać deszcz. Krzysiek okazał się rozsądnym człowiekiem i zgodnie zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. W roku 1973 mój niedoszły partner zginął w wypadku samochodowym w Warszawie.
Jako następny zgłosił się do mnie Kazimierz Głazek i zaprosił do wspólnego przejścia drogi Paszuchy i Łapińskiego na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Tego Łapińskiego, który po wojnie był kierownikiem schroniska w Moku i mężem Dziuni, która wie wszystko. Droga ta określona jako skrajnie trudna, o czasie przejścia 7 godzin. Głazek później zdobył jako jeden z pierwszych Polaków szczyt w Karakorum o nazwie Broad Peak Midle (8016 m). Był to pierwszy zdobyty przez Polaków dziewiczy ośmiotysięcznik. Tragedią tej wyprawy było to, że z pięciu zdobywców tego szczytu trzech zginęło podczas zejścia. K. Głazek umarł w czasie wyprawy do Tunezji w roku 2005.
W zimie roku 1964 zaproponował mi Henryk Horak, młody świetnie zapowiadający się taternik, wspinaczkę zimową. Znał się również na botanice. Kiedyś w lecie, gdy podchodziliśmy do drogi Stanisławskiego na Mnichu, pokazał mi ziele i powiedział: „To jest litwor, magiczne zioło” i nie pytając mnie czy chcę, czy nie, wyrwał z korzeniem oraz dał mi. „Wiesz co z tym zrobić?” – Wiedziałem tylko tyle, że trzeba to wrzucić do spirytusu i zrobić z tego litworówkę.
Wtedy w zimie zaliczyliśmy kilka dróg, w tym Cubrynę lewym filarem i Niżne Rysy północno zachodnią ścianą. Horak zginął na Galerii Gankowej w lecie tego samym roku – Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Monia Czarny Staw Gąsienicowy, Tatry
fot. ewolny Kopalnia Wujek, K-ce Brynów











Grzeję się Twoją obecnością, spijam słowa jak te. I Ty u Tomka pod Pilskiem piszesz „podziwiam Cię”?
Jesteś dla nas niedoścignionym wzorem. I pozostaje tylko być dumnym, że znamy się, oraz, że w ogóle chcesz nas znać. Te Błatnie, te Skrzyczne, te Baranie, Lipowskie, Rysianki, czy Pilska przy tym? Przy tych nazwiskach, przy tych nazwach szczytów, przy tych określeniach „przewieszka, gąska, nity”, przy wiszeniu – niecałymciężaremswegociała – na sznurówce nad przepaścią?! ech…
„Najgorsze zaczęło się dla mnie po zdobyciu „era”. Zaczęli nachodzić mnie i proponować wspólną wyprawę”.
Pamiętaj, przy sto pierwszym pobycie w B-B, zgodziłeś się na mnie za przewodnika.
PsiZębie, zawsze drżę tak samo w tym miejscu zjeżdżania na sznurówce, i podziwiam tak jak Cito, i dzięki za wszystkie Twoje opowieści, i proszę o więcej:)
wpisałam dane od nowego bloga i gdzieś to chyba tu jest…
nie będę powtarzać
ale znowu zerknęłam na to wiszenie nad przepaścią, gdy przecież ma się ograniczoną ilość sznurówek i wszystko trzeba robić w locie, eh, PsiZębie!!!
Ew: Te Błatnie i Skrzyczne to też są piękne góry.
Signe: Czasem nasze życie wisi na włosku cieńszym od sznurówki.
Wspomniałem tutaj tylko o tych, którzy przeminęli. Może kiedyś napiszę o tych, którzy jeszcze żyją.
Nie jest tak źle, przecież bilans jest dodatni – Psi Ząb i zdolny chemik.
Prawdę powiedziawszy, czy ja uprawiam trekking?
http://www.cotojest.info/trekking_655.html
Nawet jeśliby wędrować górami kilka dni, to czy beskidzkie szczyty powyżej tysiąc, a poniżej dwa, też się liczą? Czy piesze wędrowanie miastem, aż do ściorania to trekking?
Beskidy też mogą być terenem trekingu. Słowo trek pochodzi od słowa burskiego i oznacza mniej więcej „ciągnąć wołami”. Wielki trek do Transvaalu spowodowali Anglicy.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_Trek
Aby wędrówka była trekiem musi mieć określony cel. Np.przejście łańcucha górskiego, albo okrążenie jakiegoś szczytu, np. Annapurny, albo przejście grzebienia górskiego, np. od Czantorii do Babiej Góry, albo przebycie jakiejś pustyni.
Zawsze mamy cel, i jak Aoki też oszczędzamy, tylko chyba nazbyt często nocujemy w domu – bliska odległość to sprawia. Ale to wcale nie jest ułatwieniem. Zmęczonym na szczycie nic prostszego jak sobie legnąć w schronisku i do jutra mieć fajrant. My natychmiast robimy odwrót i przed nami trudy powrotu, a to dopiero potrafi dać w kość.
Czasami wiara wisi nawet nie na sznurówce a na włosku, a ten włosek w zależności od siły owej wiary, może być trwalszy od metalowego cięgna.
Opis niczym u Wawrzyńca Żuławskiego albo samego Gombrowicza.
Duch Sherlocka Holmesa, zwraca sie do ducha Watsona:
„Moj wierny przyjacielu Watsonie,jest tylko jedno podstawowe pytanie po przyczytaniu tego artykulu.
Czy „DZIUNIA KTORA WIE WSZYSTKO”,jeszcze zyje?”
JJ: Niestety Dziunia zmarła w 1990 roku.
http://www.jkw.pl/galerie/cpg/displayimage.php?album=74&pos=2
Duch Sherlocka Holmesa do duszy „ja jestem”
Chciales byc dowcipny a „Dziunia wie wszystko”