Zanim Białe Skóry zaczęły zasiedlać kontynent Siedzącego Byka, Czerwonoskórzy mieli się tutaj bardzo dobrze, niczym zbytnio nie niepokojeni. Mieli swoje tradycje, wierzenia, małe kłótnie międzyplemienne, które skutecznie były rozwiązywane wykopanym toporem wojennym, lub po prostu zasiadali dookoła ogniska i wypalali fajkę pokoju – coś w rodzaju negocjacji lub pertraktacji. Prowadzili żywot szczęśliwy, zgodny z rytmem natury, której byli nieodłącznym elementem i której hołdowali wiedząc, że ich egzystencja uzależniona jest właśnie od łaskawości tej natury. Szanowali wszystkie elementy otaczające ich: rzeki, wodę, drzewa, las i zwierzynę w niej żyjącą. Brali od natury tylko tyle ile im do życia starczy, nie troskając się o handel lub zysk.
I wtedy przyszedł Białoskóry i zburzył całą tę harmonię. Po pierwsze nauczył ich pić, handlować, oszukiwać, kłamać, niszczyć, wyzyskiwać, a przy tym narzucił im z całą bezwzględnością swoją religię, przemianował ich godność – ponazywał ich francuskimi lub angielskimi imionami.
Dzisiaj polityka oficjalna Kanady szanuje i respektuje różnorodność kulturową, która jest zagwarantowana przez Kartę Praw i Wolności (konstytucji tutaj nie mamy ponieważ ciągle jesteśmy kolonią brytyjską i wszyscy jesteśmy poddanymi brytyjskiej koronie). Lecz jeśli chodzi o Indian, to pomimo tego, że posiadają wielkie przywileje, tendencja jest taka, aby ich pozostawić samym sobie: to znaczy, aby po prostu z czasem zanikła ich tożsamość, aby zintegrowali się z całym tym amalgamatem kanadyjskim i by tym samym pozbyć się raz na zawsze Indian i kwestii indiańskiej, ponieważ jest to nacja, która prawie zawsze sprzeciwia się wszystkim projektom rządowym, które z ekologią nie mają nic wspólnego. Indianie są dzisiaj katalizatorem najbardziej szalonych pomysłów Białoskórego i stoją na straży Matki-Natury. Dzisiaj Indianie mieszkają w rezerwatach (słowo, którego nie cierpię, ponieważ kojarzy mi się ze zwierzętami, ogrodem zoologicznym lub parkiem pod szczególną ochroną, co w ich wypadku jest szczególną hipokryzją ze strony rządu kanadyjskiego).
Dziś proponuję wspólny wypad do tych bardzo gościnnych Indian, do ich rezerwatu i historii o klonach, które oprócz liścia na fladze kanadyjskiej, dają też miód.
Na wiosnę klony się budzą, i soki zaczynają krążyć w ich konarach. W nocy jest mróz, w ciągu dnia temperatura osiąga ok. 15 Cº i wówczas soki, które podeszły na górne partie klonu, opadają siłą grawitacji w dół, a wtedy wystarczy tylko podstawić w umiejętny sposób wiadereczko i zbierać ten sok. Dlaczego? Dlatego, że jest słodki:

Szopa, w której odparowuje się sok klonowy, gdy zima jeszcze i śniegi zalewają lasy:

Kadzie z sokiem klonowym zawieszone nad ogniem – gotujący się sok staje się syropem o wyższym stężeniu cukru:

Kadź z gotującym się sokiem klonowym z bardzo bliska:

Nowoczesne tipi:

Tipi czekające na generalny remont?

Struktura nowego tipi już stoi. Skóry łosia na nim zawisną czy brezent?

Najbardziej stężona forma syropu klonowego wylana na śnieg, małym patyczkiem nawija się zżelowany syrop i robi w ten sposób lizaka – doskonały deser po posiłku:

Stara Indianka, Abenaki, opowiadająca o ich stylu życia:

Na koniec mały Indianin Abenaki, wnuczek babci Abenaki, która tak interesująco opowiadała o ich tradycjach:

Nie sądzę, aby ten dzieciak zamieszkał kiedykolwiek w Montrealu, gdzie życie jest regulowane regulaminami, prawami, paragrafami, gdzie wszystko jest kontrolowane z aptekarską dokładnością: wywózka śmieci, parkowanie samochodów, wywieszanie prania, instalacja anteny satelitarnej, przebywanie w parku, dokarmianie wiewiórek, spacer z pieskiem, prace remontowe od tej do tej godziny, te śmieci miasto zabierze tamte musisz sam zawieźć gdzieś tam dalej i zapłacić za zdeponowanie ich. A jak chcesz kupić dom (tipi w ich wypadku), to ci podsuną pod nos całą litanię restrykcji, zaostrzeń, przeciwwskazań, zakazów, nakazów, obowiązków itp. itd. Taki mały Abenaki niegłupi przecież jest i powie sobie pod nosem: „Jakie te Białe Skóry prymitywne są” i powróci na klonową polanę, gdzie wszystko jest takie proste, harmonijne, łagodne, pogodne i godne… Howgh!
fot. MonsieurLaPadite Kanada









Wspaniały wpis. To się właśnie nazywa „złapać d o b r y wiatr w żagle”. Tym fotoreportażem pokazałeś drugim niedostępne dla nich miejsca, i jak żyją inni oczami widza, lustratora – przez pryzmat SIEBIE. W zasadzie każdy z takich fotoreportaży to swoisty Myślak, bo przecież tak skomentowany obraz, jest cielesną kamerą, którą operator zatrzymuje na tym, co go zaciekawi, co uzna za słuszne. Nam pozostaje podążać za nim i… w tym wypadku przyznać mu rację.
Bo przecież niemiłe słowa o Białoskórzastych, są ponadczasowe i uniwersalne – tacy byliśmy, jesteśmy i chyba będziemy. I to nie tylko w odległej Kanadzie, i nie tylko w stosunku do Indian, lecz sami do siebie, nawzajem – jak świat długi i szeroki.
„Kanada pachnąca żywicą”? Czy tu chodziło o syrop klonowy?
Oraz, myślę niestety, że jednak chłopczyk zamieszka w Montrealu lub nawet w NYC. Pamiętam dyżurne stroje karnawałowe, w których bardziej się wyglądało po indiańsku niż on. To już ewidentny jasny mieszaniec, modnie przystrzyżony, jakby przebrany tylko na potrzeby… bogatych turystów. No i ciut przykre, że przy aplauzie starszyzny vide kochającej Babci. Jak w ZOO go oglądają i fotografują. Za darmo?
Przypomina mi to, „zarabiające” wyciągniętą ręką, rumuńskie dzieciaki. Jakby doszło do wypaczenia, które sprawia, że wszyscy oni świetnie sobie radzą, w teraźniejszym świecie pieniądza. I wydaje mi się, że jeżeli chłopczyk wybierze indiańską polanę, to tylko dlatego, że nigdzie indziej więcej… nie zarobi.
Syrop klonowy ma również właściwości lecznicze,ja najlepiej lubię naleśniki pływające w syropie klonowym.
Chłopczyk,ew mimo twoich nabożnych życzeń nie zamieszka nigdy w metroplii,dlaczego ?,dlatego,że ma wspaniałych rodziców i cudowną babcię .On jest przesiąknięty tą wolnością niewymienną na brzęczącą monetę,nawet jeśli spróbuje tego zgiełku i blichtru nowoczesności,to bardzo szybko się ocknie z oszołomienia i powróci na swoją polanę-stawiam wiadro syropu klonowego ,że tak się stanie !