Jadąc w gości do Monsieura na Wielkanoc, zgłodniałem trochę po drodze i zacząłem coraz bardziej niecierpliwie rozglądać się za jakąś restauracją czy przydrożnym barem. Łatwiej powiedzieć niż znaleźć. Apallachy dookoła wysokie i dzikie a śladów cywilizacji jak na lekarstwo. Z pomocą przyszła moja najlepsza w podróży przyjaciółka – Garmina (bo w taki nieskomplikowany sposób nazywam mojego GPS-a) i po kilku chwilach pokazała listę miejsc, gdzie można było wrzucić coś na ząb.
Niemalże wszystkie z miejsc na liście były mi zupełnie nieznane oprócz jednego o dźwięcznej nazwie „Ponderosa”. Podróż do niej miała zająć 20 minut i zapowiadała się scenicznie, bo restauracja była po drugiej stronie Jeziora Champlain, w stanie Vermont. Dotrzeć tam można było niewielkim samochodowym promem. Tych stron zupełnie nie znałem, więc z góry cieszyłem się nie tylko na dobrą strawę w „Ponderosie”, ale i ucztę duchową podczas przekraczania jeziora. Prom odpływał z maleńkiej mieściny Essex, przycupniętej na skraju jeziora, ale zanim tam dotarłem nieoczekiwanie zza zakrętu wyłoniły się wodospady Wadham na górskiej rzece Buquet. Nie sposób było obojętnie przejechać obok tej dzikiej siły natury, zmagającej się mozolnie ze skałą, by w końcu wyżłobić w niej sobie drogę jeziora. Widok spienionej rzeki okazał się być jednak jedyną atrakcją tego dnia. Prom w Essex miał awarię, a że zbliżały się Święta nie było nadziei na rychłą naprawę. Restauracja stojąca obok zamknięta na cztery spusty, bo wciąż było przed sezonem a żołądek skutecznie tłumił majestat górskiego jeziora.
Kilka fotek później znów zatopiłem się w dyskusję z Garminą, która niezbyt pewnie czuła się na tym odludziu. W końcu, w zupełnej desperacji zatrzymałem się przed czymś co było skrzyżowaniem sklepu spożywczego z barem przekąskowym, gdzie zamówiłem jakieś niesmaczne kanapki i sałatkę z baaaaardzo symbolicznym tuńczykiem. Żując kanapkę przyglądałem się z nudów miejscowym. Oni też mi się przyglądali, zapewne zdziwieni tym, że wciąż jeszcze żyję po tym co sobie zaserwowałem. Sami nie zamawiali nic do jedzenia, ale za to wynosili ze sklepu wielkie pudła piwa. Hmmmm… Widocznie byli spragnieni
Nie próbowałem nawet zapamiętać nazwy miejsca w którym byłem, bo zapewne nigdy tam nie wrócę. Wsiadłem do auta, poszukałem w radio francuskojęzycznej stacji z muzyką i tak świątecznie nastrojony ruszyłem w dalszą drogę do Montrealu.
Wodospady Wadham na rzece Bouquet:


Rzeka Bouquet:

Brzeg Jeziora Champlain w Essex:

Vermont po drugiej stronie jeziora:


fot. Chris Miekina USA, okolice granicy z Kanadą
www.nowaatlantyda.com










Klimaty jak z niedawnego urlopu.
Zauważyłem i powiedziałem to Ewie, że Pieniny jakoś przypominają Parki Narodowe w Kanadzie. Wijąca się rwąca rzeka na tle potężnych, przepastnych szczytów.
Mówiąc po francusku on pason czyli en passant u nas w The Three Lakes Valley,
http://ecodzien.pl/2010/04/19/portfolio-doliny-trzech-stawow-katowice/,
znajduje się restauracja o dźwięcznej nazwie Pan de Rosa czyli po naszemu Pan Różycki lub ewentuell Monsieur de La Rosa. Jaka ta wioska globalna jest mała?
„Ja odchodzę, lecz nie pamiętam dlaczego przyszłam…
Aby ci wyznać moje marzenia i wstydliwe sny?
Żeby ci wręczyć klucze złote do niebiańskich bram?
Ja tylko przyszłam cichutko, by osuszyć twoje łzy.
MonsieurLaPadite”
Podziwiam Cię, że przełączyłeś radio na stację francuską, bo tych angolskich śpiewek już się nie da słuchać.