Monthly Archives: Czerwiec 2010

Stare Bielsko – Wzgórze Trzy Lipki

1

„Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy  „Sarni Stok”,  to teren (11,19 ha) o dużych wartościach przyrodniczych oraz historycznych. Żyją tu dzikie zwierzęta takie jak sarna, zając szarak, tchórz, liczne ptaki w tym jastrząb, krogulec, myszołów, a także gady i płazy. Na tym obszarze występuje także 285 gatunków roślin naczyniowych, w tym wiele prawem chronionych. Na terenie „Sarniego Stoku”  obowiązuje szereg rygorów chroniących naturalne biocenozy”. Tyle z tablicy przed centrum handlowym „Sarni Stok”, i rzeczywiście, od strony osiedla o tej samej nazwie, idzie się prawdziwą „zielonką”.

A na tablicy już na samym wzgórzu, piszą między innymi: „Wzgórze 386 m. n.p.m. w Starym Bielsku popularnie zwane Trzema Lipkami, przez stulecia pozostawało ważnym punktem w panoramie Bielska. Z miejscem tym od dawna związane były różne legendy odnoszące się do historycznych faktów z przeszłości miasta. Jedna z opowieści głosi, że na tym wzgórzu w XVII wieku stanęła kaplica upamiętniająca szwedzkich żołnierzy, którzy mieli zginąć w tych okolicach w czasie wojny 30-letniej. Można przyjąć, że dębowy krzyż postawiono w czasie, gdy proboszczem w Starym Bielsku był ks. dr Mateusz Opolski. Prawdopodobnie pierwszy krzyż na wzgórzu, został przez niego ufundowany i poświęcony, w 1835 roku w czasie obchodów 700-lecia kościoła św. Stanisława, biskupa męczennika.

Natomiast tradycja wiąże cztery lipy, które przez stulecia rosły na wzgórzu, z Odsieczą Wiedeńską w 1683 roku. Dla upamiętnienia zwycięstwa Jana II Sobieskiego oraz przejścia jego oddziałów przez Bielsko – wdzięczni mieszczanie mieli zasadzić te drzewa na wzgórzu nad miastem. Jeszcze inne podanie mówi, że był to ślad po pogańskim ołtarzu, który miał się znajdować w tym miejscu.


Przez ponad sto lat Trzy Lipki były ulubionym miejscem spacerów i wycieczek bielszczan. Ze wzgórza rozciągała się od zawsze wspaniała panorama na całą okolicę i pasma gór. Pewnego razu, w czasie burzy piorun uderzył w jedną z lip, która uschła i rozpadła się. Od tego czasu, wśród Bielszczan przyjęła się nazwa „Trzy Lipki”. W 1935 roku drewniany krzyż z profilowanego drzewa ufundowała katolicka młodzież z okazji jubileuszu 800-lecia założenia kościoła. Krzyż został poświęcony przez ks. kanonika Karola Kasperlika i postawiony dokładnie w tym miejscu, w którym stoi obecnie tablica.

W 1939 roku polscy żołnierze ścieli lipki dla dezorientacji wroga, ponieważ rosły one w pobliżu polskich linii obronnych otaczających miasto. Drewniany krzyż przeniesiono wówczas pod bramę kościoła św. Stanisława i postawiono przy wewnętrznym murze ogrodzenia, na betonowej płycie, która istnieje do dzisiaj (chyba jest nawet na zdjęciu pod linkiem). Zaniedbany,  nie konserwowany krzyż spróchniał i rozpadł się na kilka lat po wojnie.


Z inicjatywy kilkuosobowej grupy osób zachwyconych tym wzgórzem, rozpoczęto starania i podjęto prace mające na celu przywrócenie krzyża na Trzech Lipkach. Miał on być widzialnym znakiem naszej wiary u zarania III Tysiąclecia. Projektanci z firmy Albis nawiązali do symboliki krzyża papieskiego,wieńczącego pastorał Jana Pawła II. Budowa rozpoczęła się w październiku 2001 roku, od wywiercenia czterech studni 10 metrowych, o średnicy jednego metra każda. Zatopiono w nich stal i beton w ilości 80 m3. Prace konstrukcyjne wykonywała firma Patentus. Sam krzyż waży 16 000 kg i ma 40 metrów wysokości. Podniesiony z ziemi został 26 listopada 2001 roku, w pierwszym roku III Milenium, w wyniku czego stanął tu ponownie po 62-latach przerwy. Poświęcony został przez księdza biskupa Tadeusza Rakoczego, w dniu 20 kwietnia 2002 roku. W 2004 bielski artysta Jacek Grabowski wykonał płaskorzeźbę Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która została poświęcona w dniu Jej święta, 27 czerwca, w pobliskim klasztorze Sióstr Redemptorystek i umieszczona jest w cokole krzyża.

Z tego miejsca można podziwiać wspaniałą panoramę po Babią Górę /około 42 kilometry/ i Tatry – od południa, a od strony północnej, miasto Tychy. To miejsce zadumy i kontemplacji, gdzie bliski jest kontakt z pięknem przyrody przedziwnego wzgórza smaganego wiatrem, u którego stóp rozciąga się nasze miasto Bielsko-Biała” – opr. Henryk Juszczyk, Jan Kania
fot. ewolny Bielsko-Biała

Stare Bielsko – kościół św. Stanisława Biskupa

1

Kościół św. Stanisława Biskupa w Starym Bielsku(Bielsko-Biała), to szczególnie cenny obiekt okresu gotyku, wzniesiony w XIV wieku. W nim zachowany wystrój architektoniczno-rzeźbiarski z portalami i zwornikami sklepiennymi np. w formie orła piastowskiego. W prezbiterium piękna polichromia gotycka z cyklem pasyjnym, polichromia renesansowa i rokokowa. Poza tym tryptyk i stalle gotyckie z XVI wieku, oraz dzwon z 1555 roku.

Ważniejsze daty z historii parafii:

1135 – według podania tradycji powstanie kościoła drewnianego z fundacji możnowładcy śląskiego Piotra Włostowica
1380 – powstał kościół murowany z fundacji księcia cieszyńskiego Przemysława Noszaka
1390 -  prezbiterium ozdobiono gotyckimi freskami
1447 – kościół św. Stanisława stał się filią kościoła św. Mikołaja
XV w – kościół powiększono przez dobudowanie nawy i wieży
1501 – fundacja gotyckiego tryptyku
1555 – wyposażono wieżę w nowy dzwon
1560 – kościół przeszedł na 100 lat w ręce braci protestantów
1563 – prezbiterium wyposażono w gotyckie stalle ozdobne z fundacji Jana z Połomi, dzwonnika bielskiego
1660 – wyposażenie kościoła w kamienną chrzcielnicę z drewnianą pokrywą. Wewnątrz zachowany napis fundacyjny Macieja Matznera i Merta Bartelta
1835 – 700 rocznica parafii i proboszcz bielski ks.Mateusz Opolski przeprowadza generalny remont mocno zaniedbanego kościoła
1929-30 – gruntowna renowacja całego budynku pod nadzorem wybitnego historyka sztuki Tadeusza Dobrowolskiego
1953 – filialny kościół św. Stanisława wraca do rangi kościoła parafialnego
1977 – początek odnowienia polichromii, prezbiterium i remontu kościoła
1989 – przeprowadzenie remontu konserwacji polichromii ściany tęczowej, odkrycie i konserwacja polichromii z XIV w na podłuczu
1990 – wymiana posadzki i zainstalowanie ogrzewania
1991-94 – konserwacja i aranżacja drogi krzyżowej /XIX w/, konserwacja stalli i zabytkowych drzwi zakrystii, wymiana pokrycia dachowego i remont wieży
1996-97 – konserwacja kruchty, bocznego portalu i drzwi
03.05.1997 – sprowadzenie relikwii św. Stanisława z katedry wawelskiej
1997-99 – konserwacja polichromii w prezbiterium
2000 – rozpoczęcie konserwacji gotyckich okien i rekonstrukcji witraży
2001 – konserwacja zabytkowych tynków zakrystii
2005 – konserwacja zabytkowego tryptyku z 1501 roku
2007 – renowacja i konserwacja zabytkowego muru cmentarza i kościoła


fot. ewolny Bielsko-Biała
Zobacz również:
- Średniowieczne grodzisko w Bielsku-Białej i przywilej z 1316 roku

Sezon na upalanie uważa się za otwarty!

Rider_Lukas
29.01.2010 godz. 18:33

Witam ;)
Na wstępie gratuluję filmu, dobra pokazówka. Bez owijania w bawełnę powiem, że sam jestem jednym z nich – crossowców. Rozumiem jednak Pani ból. Sam lubię tez niekiedy pospacerować pieszo po górach i trochę się wyciszyć. Motocykle na szlakach, to już plaga. Nie jest to jednak nasza wina. Używając kpiącego zwrotu “kręcąca się w kółko niczym pies za własnym ogonem…”, a nie mając trochę pojęcia o tym sporcie, jest to trochę określenie bez sensu. Rider z Pani filmiku został z najprawdopodobniej przyłapany na treningu. Nie jest to bezczynne jeżdżenie w kółko – zapewniam. Tak jak już mówiłem – nie jest to nasza wina. Mówi Pani, że tak wygląda śpiew ptaszków w polskich lasach. Ok, zgadzam się. Wina jednak leży w naszym państwie, które umywa od wszystkiego ręce i wkłada każdą trudną sprawę pod dywan. Dlaczego w Rumuni, Niemczech, czy Francji istnieje coś takiego jak legalna TURYSTYKA ENDURO (dla niewtajemniczonych, turystyka motocyklowa)? Boli mnie fakt, że wszyscy mają nas za margines społeczny, za chuliganów itd. Zamiast tylko się żalić i dzwonić na policję (która i tak niewiele zdziała), trzeba zacząć działać. Znam jednak gminy, w których coś takiego miało miejsce – rozmowy. Ale cóż, władze wychodzą z założenia, ze to nie może istnieć… To co mamy robić? Nie chodzi tu o budowę toru. Owszem przyciągnie on wielu, ale wielu pozostanie w lesie, górach bo to dwie odmienne dyscypliny. My też jesteśmy ludźmi i tez chcemy odpocząć od miasta, tylko, ze w innych sposób…

Reasumując, żalenie się nic nie da – Państwo ma wyznaczyć dla nas specjalne tereny do takiej jazdy, najlepiej osobne szlaki i sprawa będzie załatwiona. Łagodząc jednak nasz bój zgodzę się… Wyznaczając teren i przestrzegając tego, żeby śmigano tylko po nim, a każdy kto by zaryzykował jazdy na “dziko” – został surowo ukarany. Wydaje mi się to najlepszym rozwiązaniem. Innego z resztą chyba nie ma, no bo nas przecież nie wystrzelają.

Pozdrawiam serdecznie!

jacekk
10.02.2010 godz. 19:34

Skoro “motocyklista też człowiek”, to niech też da żyć innym. Rozumiem potrzebę wyszalenia się na motorze. Wiele jest u nas byłych poligonów, nieużytków, jakieś tereny pod to powinny się znaleźć. Tak jak np. w Cieszynie to zrobiono.

Ale ja też mam prawo do życia i to do życia w spokoju. Skoro jadę 200km w góry, albo wybieram się do lasu, aby uciec od cywilizacji, to mam zamiar spędzić ten czas w ciszy i spokoju, nie zakłócając tego spokoju przy okazji innym.

Niestety motocykl, quad, śnieżne skutery, skutecznie burzą ten spokój. jeden taki pojazd potrafi warczeć na całą dolinę zakłócając ciszę setką turystów, którzy tam przyjechali i sobie spokojnie wędrują. Widziałem motocyklistów przejeżdżających skuterami przez rezerwat Górę Tuł, tak naszpikowaną chronionymi roślinami jak mało które miejsce w Polsce.

Żegnajcie roślinki. Zginęłyście marnie pod kołami rozpędzonego motoru, który zaorał do gołej ziemi.
www.foto.pwsk.pl

grzybowisko
13.03.2010 godz. 08:20

Do Rider_Lucas

Co do nieużytków, opuszczonych poligonów – miejsca te jako nieuczęszczane przez człowieka, stają się ostoją cennych, bezcennych, ginących gdzie indziej gatunków – roślin, grzybów, śluzowców, zwierzą – trzeba najpierw poznawać zasoby przyrody takich “nieużytków”, zanim się podejmie decyzję o ich zniszczeniu.

Parki narodowe, rezerwaty, w których już teraz quadowcy i crossowcy radośnie sobie upalają to miejsca, które JUŻ WYZNACZONO DLA OCHRONY ICH ZASOBÓW, w tym również zasobów krajobrazowych, a jakże “piękne” te krajobrazy będą, gdy zostaną zryte kołami quadów i crossów.
A jeszcze jedno, coś takiego, jak okres lęgowy u ptaków. Zakłócanie spokoju ptactwu w okresie lęgowym to też wykroczenie, tego też nie wolno robić, a Ty i Tobie podobni mimo woli hałasem swoich maszyn zakłócacie spokój nie tylko ludzi.
***
Smutne, dawne ideały dbałości o przyrodę, ochrony tejże przyrody w obecnym pokoleniu odchodzą w niepamięć? Co pozostanie po obecnym pokoleniu? Antropopresja nasilająca się do niewyobrażalnych granic, no tak, ale każdy ma przecież prawo do swojej ulubionej rozrywki. grzybowisko.wordpress.com

ew
13.03.2010 godz. 19:47

Polecam mój artykuł Beskidzkie lasy umierają ze zdjęciami z wycieczki, gdzie m.in. na Magurce Wiślańskiej (1140), tuż pod tablicą informacyjną Rezerwatu Baraniej Góry, na której to umieszczono masę zakazów, np. o wprowadzaniu psów, używaniu rowerów etc, napotkać było można grupkę pięciu crossowców, nabierających sił na dalszą HP jazdę. Bym rzekła, wcale nie młodych sportsmenów…

Dlaczego stale i ciągle spotykani są oni i w innych leśnych ostępach vide Ptasi budzik? Czy to nie jest tak, że niszczą przyrodę, płoszą zwierzynę, osypują dukt szlakom, zanieczyszczają paliwem glebę, produkują hałas i spaliny nienaturalne przecież dla tego środowiska, a przed którymi my uciekamy z miast, natomiast dzika zwierzyna już nie ma dokąd uciec? Wreszcie czy nie stwarzają oni zagrożenia dla normalnych pieszych turystów?

Rider_Lukas napisał: “Tak, jeżdżę poza szlakami, gdyż tak jak już wspomniałem nie lubię spotkań z turystami – chociaż i takie się zdarzają o czym tez mówiłem. Wiem, ze pojazdy nieuprzywilejowane nie mają prawa wjazdu do lasu – grozi za to mandat w wysokości 200 – 500 zł”

W zeszłe lato, moja koleżanka Agnieszka, na stokach Skrzycznego dostała dodatkową fuchę zasadzania lasu. Nie bez powodu, faktem jest, że beskidzkie lasy umierają skutecznie.
Ci którzy poznali trudy turystyki górskiej wiedzą, jak ciężko jest się wspiąć niejednym szlakiem na szczyt. A sadzić ze zgiętym grzbietem po 300 sadzonek dziennie, taki szeroki pas stoku, przez np czternaście dni z rzędu?

Prosta matematyka (bez tego, czego wycenić się nie da) – koszt wyhodowania takiej sadzonki, koszt pracy robotnika zasadzającego las, a nawet ta młoda roślinka nie zdąży się w nowym miejscu zaaklimatyzować, bo ktoś uważa, że ma prawo akurat tu ostro sobie pobrusić i na koniec bajerancko zabuksować…

W wypowiedzi Rider’a wyczuwam wiele goryczy, z pewnością dlatego, że na legalizację nie mają szans.
Pozdrawiam.
www.ecodzien.pl

wieslawcz
16.03.2010 godz. 07:25

Wiadomo, że „dzieło rąk ludzkich”, prędzej czy później, wytnie wszystko, co będzie przeszkadzało w radosnym zażywaniu swobody. Można zrozumieć, że dla szybkiego przemieszczania się ludzie budują szosy i tory kolejowe, żeby to zrobić budują cementownie, rafinerie i huty. Te zasmradzają powietrze. Takie powietrze truje lasy itd.

Nie rozumiem natomiast, jak dla własnej przyjemności niewielkiej grupy ludzi, którzy kupili „motory”, można bezmyślnie niszczyć to co nie musi być zniszczone. Dla sprawdzenia swojej sprawności sportowej należy wyznaczyć (urzędowo) teren, po którym można szaleć do woli. Dobrze by było, żebyście nie byli „tylko małą cząstką, która przyczynia się, do zniszczeń w naturze….”

Trudno się dyskutuje z Reider’em. Proponuję więc sprawdzić prawdziwość mojej tezy, że: jak dla własnej przyjemności niewielkiej grupy ludzi, którzy kupili „motory”, można bezmyślnie niszczyć to co nie musi być zniszczone.

Należy tymi waszymi pojazdami wjechać na obsiane pole na fajnym stoku. Tam też nie widać, że coś rośnie. Dla lepszej poprawności eksperymentu, „orać” to pole ze 3 razy. Myślę, że „widły” będą w użyciu. Właściciel da sobie, z takimi turystami, radę. To, że na terenach chronionych nie widać co tam żyje, to nie powód, że ten teren nie jest równie ważny jak chłopskie pole.

Chcecie jeździć – gadajcie z właścicielem terenu. Jak potraficie dogadać się z Lasami Państwowymi, to dobrze. Jak nie, to proszę nie czepiać się tych co widzą świat normalnie. Być może dla nich “nasze jest ważniejsze niż moje”.
Pozdrawiam.
www.owyszkowie.blox.pl

fot. Wiesław Czapski Wydmy Lucynowsko-Mostowieckie
Zobacz również:
- Ptasi zegar po polsku
- Motocyklista też człowiek
- Bielskie Błonia, czyli operacja żaba

CROATOAN, czyli Roanoke – Zaginiona Kolonia

„Kontynent (Ameryka) stanął otworem dla jego odkrywców a los jego rdzennych mieszkańców to jakby historia żywcem wzięta z książek Stephena Kinga i nie mieści się w głowie, że cywilizacje tak doskonale rozwinięte jak np. imperium Azteków padły tak szybko i niemalże bez oporu” Stephen King opisał to w Sztormie stulecia. No, może to była tylko wzmianka, ale myślę, że jak najtrafniej   w „Nowym Świecie” przytoczono jego nazwisko.

Bowiem niedawno wpadła mi w ręce jedna z jego książek, a właściwie gotowy scenariusz zatytułowany „Sztorm stulecia”. Rzecz dzieje się na odciętej od świata wyspie. Mieszkańcy omal nie zostają wymazani z tego świata przez tajemniczego gościa, który odwiedza to miejsce. W czasie czytania z wypiekami na twarzy tej zajmującej lektury, moją uwagę skierowała nagle na inny tor wzmianka o sekrecie innej wyspy a konkretnie Roanoke. Autor nawiązał do nagłego zniknięcia jej mieszkańców.

Wyspa mieści się w USA w stanie Karolina Północna.

W lipcu 1584 roku wyruszyła wyprawa odkrywcza eksplorująca łańcuch wysepek i jej terenów. Uwagę podróżników przykuła położona za barierą wysp, jakby ukryta przed światem, właśnie wyspa Roanoke.

Gdy w roku 1590, niejaki White, dotarł do owej tajemniczej wyspy nieoczekiwanie odkrył, że wszyscy osadnicy zniknęli bez śladu. Wyglądało to tak jakby mieszkańcy wyparowali. Nie było żadnych śladów, które mogłyby wskazywać na jakąkolwiek tezę sposobu zniknięcia np. siłowego. Jedynym tropem był napis wyryty na palisadzie. Właśnie ten napis został wykorzystany w książce Stephena Kinga – „CROATOAN”

Co chcieli przez ten napis osadnicy powiedzieć? Ich los od stuleci jest przedmiotem domysłów.

Stephen King fantazjował, że sprawcą zniknięcia ludności jest Linoge, demon który pozostawia zamkniętej społeczności wybór iście szatański. W Sztormie stulecia jest nim poświęcenie dziecka w zamian za oszczędzenie większości. Nie usłuchanie jego rozkazu grozi tym, co spotkało wioskę Roanoke. Wybór mniejszego zła?

Przychodzi na myśl jeszcze jeden pisarz Dean Koontz, u którego sprawcą zniknięć jest pierwotna materia połykająca materię ludzką. Pojawia się na ziemi raz na ileś tysięcy lat i pożera wszystko co żywe na swej drodze. Po zaspokojeniu pragnienia chowa się ponownie do swojej nory głęboko w ziemi na kolejne tysiące lat.

To jedynie fantastyka, która wzbudza ciekawość. Osobiście jestem przekonany, że za wszystkimi tajemnicami świata stoją prozaiczne, łatwe do wytłumaczenia przyczyny. Łatwe oczywiście tylko wtedy gdyby wsiąść do Wehikułu Czasu i zobaczyć je z ukrycia.

Mimo takiego realnego podejścia do sprawy, lubię bawić się w domysły z autorami fantastyki – Tomek

Nowy Świat

W 1492 r. Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę i jest to ważna data dla świata (tak czytamy w podręcznikach do historii), gdyż dała możliwość ekspansji i zasiedlenia nowego lądu. Od tego momentu świat zaczął nabierać właściwych proporcji, bowiem stał się cywilizacją globalną, której ton nadawała agresywna Europa.

I zawsze odnosi się wrażenie, gdy czyta się o odkrywaniu i zasiedlaniu Ameryki, że pierwsi osadnicy nie znaleźli tam nic innego jak kraj miodem i mlekiem płynący, porośnięty dziką puszczą przez którą płynęły krystalicznie czyste strumienie pełne ryb.  Spotyka się co prawda ludzi, ale są to wędrujący Indianie, którym obcy jest instynkt własności do ziemi, tym chętniej więc osadnicy biorą ją w posiadanie budując nową cywilizację. A tych Indian wcale nie było tak mało i nie byli aż tak dzicy jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

W XV – XVI wieku żyło w Europie około 80 mln. ludzi. W tym samym czasie w obu Amerykach żyło ich ponad 100 milionów!!! Czy  zatem wyrafinowaną cywilizację Inków i Azteków możemy nazwać dziką? Nie sadzę…

Kiedy pielgrzymi na statku „Mayflower” wylądowali na północnoamerykańskim wybrzeżu, na ich powitanie wyszli rdzenni mieszkańcy tej ziemi. Nie było ich zbyt wielu mimo że okolica pełna była opuszczonych indiańskich osiedli. Jedno z nich europejscy przybysze uczynili swoim pierwszym schronieniem. Gdzie więc podziali się ich poprzedni mieszkańcy? Co wydarzyło się na Wschodnim Wybrzeżu tuż przed przyjazdem pierwszych białych osadników?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Dwa lata wcześniej wybuchła tam epidemia żółtaczki, która zabiła aż 90% całej populacji! Ludzie  zamieszkujący Amerykę byli bezbronni wobec chorób przywiezionych zza oceanu i ginęli od nich jak muchy. Nie trzeba było ognia i miecza, aby podbić cały kontynent, śmiertelnie skuteczną bronią okazały się bakterie i wirusy. Kolumb odkrył Amerykę w sposób symboliczny, bowiem wiedza o jej istnieniu od setek lat głęboko zakorzeniona była w świadomości Europejczyków. Wikingowie, mnich Brendan, nawet baskijscy rybacy przez setki lat łowiący dorsze u ujścia rzeki Św. Wawrzyńca, dobrze znali nowy kontynent. I to oni przywlekli tam ze sobą choroby, które uśmierciły całą niemalże indiańską cywilizację. Wiele z tych chorób pochodziło od zwierząt i Europejczycy od wieków żyjący wśród nich, stali się na nie odporni lub znosili je znacznie lżej niż mieszkańcy Ameryki, którzy nie hodowali nawet… psów!

Podróżnik Fernando de Soto opisuje w swym dzienniku z podróży, tętniące życiem indiańskie osady w dorzeczu Mississippi.  Wraz z de Soto podróżują inni Hiszpanie, by zabezpieczyć sobie źródło żywności, wożą ze sobą żywe świnie. Grypa i wietrzna ospa przeniesiona ze świń na Indian wybija tych drugich do nogi i już kilka lat później kolejne odkrywcze wyprawy nie znajdują tam żadnego śladu życia, oprócz powoli niszczejących i pustych ludzkich osad. Zresztą to samo stało się z mieszkańcami wyspy Tainos na Karaibach, gdzie Kolumb zbudował swoją pierwszą bazę wypadową w Nowym Świecie. Na wyspie mieszkało około 100 tys. rdzennych mieszkańców, ale już 10 lat później nie został z nich ani jeden. Wszyscy zmarli od chorób i niewolniczej pracy jaką narzucili im Hiszpanie. Wietrzna ospa czyli small pox było okrutnym Pox Americana,  dzięki któremu nowy kontynent stanął otworem dla jego odkrywców a los jego rdzennych mieszkańców to jakby historia żywcem wzięta z książek Stephena Kinga i nie mieści się w głowie, że cywilizacje tak doskonale rozwinięte jak np. imperium Azteków padły tak szybko i niemalże bez oporu.

Mieszkańców Ameryki często nazywa się Indianami, bowiem Kolumb sądził, że dopłynął do Indii i tak nazwał napotkanych tam ludzi. Rząd amerykański starał się zmienić tą wprowadzającą w błąd nazwę i nazwał rdzennych mieszkańców tej ziemi Native American, co również jest niebyt fortunne, bo każdy kto urodził się w Ameryce  jest z tego tytułu jej rdzennym mieszkańcem. Sami zainteresowani wolą pierwszą nazwę: Indianie – i stała się ona uniwersalna dla Apaczów z Kolorado i Yonomani z nad Orinoko. Ta trudność w znalezieniu właściwej nazwy nie jest tak unikalna. Sami Europejczycy swą nazwę zawdzięczają… Amerykanom (sic!), którzy nazwali ich w ten sposób, by odróżnić od siebie ludzi stamtąd. :) Do tej pory bowiem wszyscy biali ludzie nazywali się solidarnie Chrześcijanami.

Wygląda na to, że mówiąc o mieszkańcach Ameryki przed Kolumbem wszystko staramy się wygodnie uprościć. Uznaje się powszechnie, że pojawili się oni na kontynencie, kiedy po zamarzniętej cieśninie Beringa przewędrowali z Azji, ale wystarczy spojrzeć na Navajów czy Hopi, albo na rzeźby Olmeków o murzyńskich rysach twarzy, by zauważyć głębokie różnice antropologiczne pomiędzy nimi. To wskazuje, że Ameryka była odkrywana od tysięcy lat a ludzie napływali doń z różnych kierunków. Podobnie nie docenia się osiągnięć tych cywilizacji, uznając je za zacofane i prymitywne. Sam fakt, że np. Inkowie nie znali kola, wcale nie stawia ich w gorszej od nas pozycji. To co z naszego punktu widzenia jest oczywiste nie musi pokrywać się z tym samym punktem widzenia Inki. Inkowie koła po prostu nie potrzebowali. Ich cywilizacja oparta była na produkcji bawełnianych tkanin i do wszystkiego co potrzebne było im w życiu, używali lin i sznurów. Hiszpanie byli wstrząśnięci, widząc rozwieszone nad przepaściami mosty linowe, którymi bali się przejść, bo zasady ich działania długo nie mogli zrozumieć. Zresztą pismo Inków również oparte jest na sznurkach i do tej pory nie jesteśmy w stanie go przeczytać.

Inkowie kontaktowali się z całym zewnętrznym światem a zwłaszcza z Aztekami. U wybrzeży Panamy, Hiszpanie napotkali inkaski statek wyładowany bawełną. Ale to nie bawełna ich zainteresowała lecz złote ozdoby, którymi obwieszona była załoga. Za wszelką cenę postanowili dowiedzieć się, skąd pochodzą przybysze i już wkrótce o losie Inkaskiego imperium zdecydował niewielki oddział konkwistadorów pod wodzą Francisco Pisarro. Awanturnicza wyprawa Pisarro, omal nie skończyła się fiaskiem, kiedy jego zdziesiątkowany oddział oczekiwał ostatecznego miażdżącego uderzenia, ale przyniesione przez Hiszpanów choroby właśnie zaczęły zbierać swe żniwo, zabijając króla Inków wraz z całym dworem i elitą kraju. W ciągu zaledwie kilku lat mająca tysiąclecia za sobą, cywilizacja legła w gruzach.

Aztekowie doświadczyli dokładnie tego samego smutnego losu. Ten waleczny naród, doskonale orientujący się w zawiłych prawidłach astronomii i matematyki, potrafiący nawadniać swe pola i używać pługu, który w Europie zaczęto stosować dopiero w XVIII wieku, padł w kilka lat, kiedy 95% jego ludzi umarło na choroby przywiezione przez zdobywców.

W Północnej Ameryce na Wielkich Preriach, żyła jeszcze inna wyrafinowana indiańska cywilizacja do której choroby dotarły szybciej niż biały człowiek i wyginęła kompletnie niezauważona przez historie. Jej szczątki odkrywa się dopiero teraz i okazuje się, że ludzie ci żyli w niezwykle ścisłym związku z naturą,  starając się wycisnąć na niej jak najmniejsze piętno. Potrafili wytapiać metale, handlowali ze wszystkimi ludami dookoła siebie, docierając do Meksyku i Nowej Anglii. Wielkie Prerie nie są stepem, naturalnym tworem przyrody a rolniczą przestrzenią, którą po wycięciu tam lasów utworzyli ludzie, prowadząc na nich dziesiątki upraw. Pustkowia prerii tworzyły również specjalne strefy do polowań, gdzie łatwo było dopaść nieosłoniętego drzewami bizona czy antylopę. A wszystko tak, by równowaga w przyrodzie nie była niczym zachwiana.

Wszystko to zniknęło z powierzchni Ziemi zdmuchnięte przez cywilizację, którą my również reprezentujemy i ciekawe czy ujdzie nam to bezkarnie.

W leadzie, obraz Salvatora Dali, przedstawiający jego wizję odkrycia Ameryki. Obraz wisi w muzeum w St. Petersburgu na Florydzie (nie w Leningradzie). A oprócz tego moje zdjęcia z Sandy Hook na Wschodnim Wybrzeżu USA – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Królewska gra w królewskim mieście

Niewiele osób wie, że w zbiorach sandomierskiego muzeum znajdują się najstarsze szachy w Europie. Zostały one odkryte w latach 60-tych w okolicach kościoła św. Jakuba. Jest to doskonały „atrybut”, który można wykorzystać do promowania królewskiej dyscypliny w królewskim mieście Sandomierzu.

Szachy sandomierskie odkryte zostały 9 października 1962 r. na Wzgórzu Świętojakubskim, przez Eligię i Jerzego Gąssowskich z Instytutu Kultury Materialnej PAN. Figurki leżały w chacie ziemiankowej w jednym z narożników. Są unikatem na skalę europejską. Dotychczas znajdowano pojedyncze piony z XIV wieku w różnych częściach kraju. Sandomierskie szachy są prawie kompletne. Znane jest również ich przybliżone datowanie – chata w której ją znaleziono była zamieszkana między około 1080 a 1260 rokiem (powstały na przełomie XII/ XIII wieku). Na skarb składa się 16 figur i 13 pionków szachowych, wystruganych z jeleniego rogu. Figury mają od 17-25 mm wysokości, a pionki od 15-19 mm. Zestawy nie różnią się barwą, a tylko ornamentyką. Znalezienie szachów w półziemiance świadczyć może o tym, że grą zajmowali się nie tylko duchowni i rycerstwo, ale także i ludzie z niższych grup społecznych.

Sandomierski MOSiR działa prężnie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby było jeszcze lepiej. Z tego co udało mi się ustalić organizuje on również turnieje szachowe. Dodałem 1 (turniej szachowy) + 1 (szachy sandomierskie) i wyszło mi, że Sandomierz ma szansę stać się Polską Stolicą Szachów. Nie jest to proces, który można przeprowadzić w ciągu roku, ale żeby cokolwiek osiągnąć trzeba chcieć. Sandomierz ma bardzo duży atrybut jakim są najstarsze europejskie szachy, znajdujące się w zbiorach Muzeum Okręgowego. Mamy coś czego inne miasta nie posiadają. To właśnie pod sztandarem tego wyjątkowego zabytku można stworzyć w mieście klub szachowy z prawdziwego zdarzenia, w wakacje natomiast organizować na Sandomierskim Zamku (gdzieżby indziej jak nie w „mieszkaniu” króla) prestiżowe turnieje szachowe dla amatorów i zawodowców, w których jedną z nagród byłaby wyjątkowa replika starych szachów i specjalnie zaprojektowany puchar na kształt jednej z zabytkowych figur.
Ciekawym pomysłem byłoby również zorganizowanie we współpracy z Polskim Związkiem Szachowym wakacyjnych warsztatów i kursów szachowych dla młodzieży. Uczestnicy poza treningami mogliby zwiedzać piękne zabytki czy podziwiać wyjątkową przyrodę. Dla dzieci i młodzieży chcących zdobywać szachowe doświadczenie powinno się stworzyć Sandomierski Klub Szachowy, będący członkiem Polskiego Związku Szachowego. Odpowiednio stworzony program szkolenia, treningi, turnieje, dostęp do potrzebnej literatury i klimat samego Sandomierza, za którym stoją najstarsze europejskie szachy w niedługim czasie zaprocentuje mistrzami w tej dyscyplinie a Sandomierzowi doda prestiżu i jeszcze bardziej spopularyzuje królewski gród nad Wisłą.
ps.
Jeśli inicjatywa ta spotka się z zainteresowaniem sam jestem gotów zasponsorować kilka zestawów szachowych a przede wszystkim wesprzeć marketingowo ten ciekawy projekt (na który mam przygotowaną na razie ogólną strategię i chętnie się nią podzielę). zainteresowanych proszę o kontakt: moje.sandomierskie@gmail.com

Za kolebkę szachów uznawane są Indie. W VI wieku n.e. gra dotarła do Persji pod nazwą czatrang, potem za pośrednictwem Arabów rozprzestrzeniła się w Europie. Początkowo była to gra dla 4 osób, z czasem jej reguły ulegały zmianom. Dopiero po VII wieku przyjęły formę podobną do dzisiejszej, znanej nam wersji szachów.

Sandomierskie szachy są wyrobem „tutejszym”. Wskazuje na to materiał z jakiego został wykonany oraz wzór na nich, nawiązujący do stylistyki słowiańskiej. Skąd jednak w Sandomierzu pomysł na zrobienie szachów? Przypuszcza się, że miejscowych zapoznali z nią duchowni (najprawdopodobniej dominikanie, którzy mają tu swój klasztor), lub rycerze którzy wraz z Henrykiem Sandomierskim wrócili z wypraw krzyżowych.

W Ratuszu, będącym oddziałem Muzeum Okręgowego w Sandomierzu można oglądać kopie szachów – oryginalne znajdują się w skarbcu muzealnym.

Jako ciekawostkę dodać należy, że wzdłuż jednej z alejek w sandomierskim parku Piszczele ustawione są kamienne wiernie odtworzone rzeźby sandomierskich szachów (każdy z nich o wysokości około 70-80 cm) – PK
www.mojesandomierskie.pl

Zobacz również:
- Różne odcienie miłości – sandomierska

Między strofami, a kroplami deszczu


Bielskie Błonia, czyli operacja żaba

Na www.militaria.bielsko.com.pl piszą  „Międzynarodowy Zlot Pojazdów Militarnych został na stałe wpisany do kalendarza imprez miejskich i MON oraz oceniony jako najatrakcyjniejsze przedsięwzięcie sezonu letnio-wakacyjnego. Jest jednym z największych wydarzeń tego typu w Polsce i liczące się w Europie.

W poprzednich latach Bielsko-Biała przyjęło gości z Czech, Słowacji, Austrii, Litwy, Ukrainy, Anglii, Belgii, Holandii i Niemiec. Ponieważ impreza jest bardzo widowiskowa, od kilku lat frekwencja przekracza 30 tyś. oglądających w ciągu zaledwie trzech dni trwania zlotu. Nad tą imprezą obejmuje honorowy patronat Minister Obrony Narodowej oraz Prezydent Miasta Bielska-Białej Pan Jacek Krywult.

Baza Zlotu mieści się na bielskich Błoniach, na terenie poligonu wojskowego, gdzie zostaną wzniesione konstrukcje wież wartowniczych, wykopane rowy okopowe, rozciągnięte zasieki, wybudowane bunkry oraz postawione namioty wojskowe, a wszystko po to aby stworzyć klimat z epoki. Tam też odbywają się pokazy sprzętu lekkiego i ciężkiego; artylerii przeciwlotniczej (odparcie ataku z powietrza), samochodów wojskowych, czołgów, wozów pancernych oraz widowisko pod tytułem TANKCRASH czyli spotkanie czołgu z samochodem osobowym.”

A tymczasem…

W zeszłorocznym  wydaniu www.katowice.gazeta.pl czytamy o tym, jak Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne „Klub Gaja” już  oto rok temu stwierdza, że w tym właśnie miejscu, żyją… chronione kumaki górskie! A kumak górski nie tylko w Polsce podlega ścisłej ochronie – chroni go także unijne prawo. Na Błoniach ekolodzy natknęli się wtedy również na żaby trawne i ważki oraz na gniazdo kaczki krzyżówki z młodymi.



W pobliżu co prawda jest użytek ekologiczny, staw specjalnie przygotowany z myślą o płazach, ale być może bardzo wilgotne lata sprawiają, że kumaki są także i w innych miejscach. W objętym ochroną zbiorniku podczas wizji lokalnej nie zauważono ani jednego kumaka. To zbiornik położony w lesie, większy i głębszy niż te na nasłonecznionych Błoniach. I wszystko wskazuje, że kumaki zamiast w tym stawie, wolą się rozmnażać w płytkich zbiornikach i rowach na Błoniach, w których woda jest zwyczajnie cieplejsza.

Zastanawiam się jak będzie w tym roku? Te zeszłoroczne kumaki zostały na forach… obśmiane.  A może po prostu… nie dopisze pogoda, która przecież i tak nas w tym sezonie wcale nie rozpieszcza – ew

fot. ewolny Bielsko-Biała Błonia

Aoki, czyli… women!

W Padum, stolicy Zanskaru wszystko jest w liczbie pojedynczej. Jeden hotel, jedna jadłodajnia, jeden klasztor buddyjski a w nim jeden mnich. Gdy pytaliśmy się w Attings czy do Padum  jeździ autobus, odpowiedziano nam, że raz na tydzień przyjeżdża jeden autobus, ale to już była nieprawda, gdyż nie kursuje tam żaden autobus. Czasem raz na dzień średnio licząc dociera do Padum jeden trak, jak oni nazywają ciężarówki.

W jednej jedynej jadłodajni przysiadła się do nas pewna Japonka, która przyszła tutaj z Keylongu przez Szingula, pięciotysięczną przełęcz, przez którą piesza wędrówka trwa co najmniej 7 dni. Na pytanie czy się nie bała sama iść, odpowiedziała, że nie, bo tam mieszkają buddyści, ale dalej do Kaszmiru boi się, gdyż tu mieszkają muzułmanie i chętnie by się do nas przyłączyła. Przyznała, że sama jest buddystką, ale tylko na pozór, gdyż właściwie to jest ateistką. Odtąd wędrowaliśmy we troje.

Na drugi dzień poszliśmy do kierowcy ciężarówki, by zapytać czy nas przewiezie do Kargilu. Skrzywił się i nie miał wielkiej ochoty, chyba, że zapłacimy po 200 rupii od łebka z wyjątkiem Aoki, która miała zapłacić tylko 40 rupii. Nie mogliśmy się na to zgodzić.

Na trzeci dzień przyjechały dwa samochody konwojowane przez 10 Sikhów, którzy rozbili obóz poza miejscowością. Trzeba sobie zdać sprawę, że między Sikhami a rządem indyjskim były wówczas bardzo napięte stosunki, które w końcu doprowadziły do zamachu na Indirę Gandhi, premiera Indii, kilka tygodni później.

Sikhowie też nie mieli wielkiej ochoty nas podwozić jednak zgodzili się wziąć nas za 50 rupii od osoby, pod warunkiem, że obok posterunku policji w Panikarze przejdziemy pieszo. I tak znaleźliśmy się po dwóch dniach w Kargilu. Samej podróży już nie będę opisywać, gdyż podałem ją w poście pod nazwą „Zapach Azji”.

Aoki miała trzy wyróżniające cechy. Po pierwsze bez przerwy się myła lub prała swoje fatałaszki, po drugie uwielbiała treking i po trzecie starała się podróżować jak najtańszym kosztem, co było powodem naszego rozstania się w Delhi, gdyż my za nocleg płaciliśmy 10 rupii, podczas gdy ona przewidywała tylko 5 rupii. Po kilku dniach spotkaliśmy ją na Connaught Place, gdzie chwaliła się, że znalazła nocleg za dwie rupie, co po przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze wychodzi około 50 groszy.

Z zawodu była nursą, ale prawdziwym celem jej życia był treking, czyli wędrowanie po górach. Ostatnio pracowała w zachodniej Europie, zatrudniając się jako pielęgniarka, ale wyłącznie w nocy, gdyż wtedy więcej zarabiała. Wyposażona była w sprzęt najwyższej jakości, każda rzecz z innej firmy. Trochę się znałem na tych sprawach. Po prostu była perfekcjonistką w całym tego słowa znaczeniu. Opowiadała nam, że zamierza następnym razem wybrać się do Karakorum w Pakistanie. W Srinagarze zamieszkaliśmy na łodzi zwanej houseboat, na której nocleg kosztował nas 40 rupii od 3 osób. Początkowo nie zwracaliśmy na ceny uwagi, ale Aoki miała to na uwadze i zapamiętała sobie. Straciliśmy dużo w jej oczach.

Kiedy wieczorem wróciliśmy ze spaceru, zapytałem się jej czy napije się z nami whisky. Odpowiedziała, że chętnie, ale tylko trochę. Przy okazji dodała, że w Japonii dużo się pije alkoholu. Pochwaliłem się, że u nas w Polsce też się dużo pije. Wtedy zjawił się, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej gospodarz houseboatu i wtrącił, że on też by się napił. Odrzekłem, że może się napić, ale pod warunkiem, że sobie sam naleje, tak aby grzech pijaństwa spadł na niego a nie na mnie. N.b był on muzułmaninem. Jego zachowanie wskazywało, że jest skłonny nalać sobie sam. Wówczas włączyła się Aoki i wskazując palcem drzwi powiedziała do niego: get out, „wynoś się”.

Muszę się przyznać, że mnie też to spotkało z jej strony. Kiedy rano wszedłem na górny pokład łodzi, gdzie ona rozwieszała swoje pranie, wśród którego dominowały jej majtki i zanim zdążyłem coś się odezwać, ona wskazała mi palcem schody i wysyczała: get out, czyli  „ wynoś się”. To była cała Aoki.
fot. Psi Ząb Zanskar
www.kazir.blog.onet.pl