Tatrzańskie „Szeptem do mnie mów”

Był to poniedziałek i musiałem wracać do pracy, więc spakowawszy swój plecak poszedłem na przystanek, skąd odjeżdżał autobus do Zakopanego. Stało tam kilka osób oraz sam kierownik schroniska p. Łapiński. Jak widać nie miał jeszcze swojej wołgi a ja nie miałem jeszcze swojego trabanta i musieliśmy korzystać z publicznych środków lokomocji.


Doszedłem już do wniosku, że nie warto jeździć w Tatry na cały miesiąc, bo może padać deszcz przez cały czas i urlop stracony. Także wycieczka na dwa tygodnie jest ryzykowna. Najlepszy jest wyjazd na tydzień a jeszcze lepiej na trzy dni, no, ewentualnie na cztery. Później, gdy już miałem trabanta, jeździłem tylko na jeden dzień, dopóki nie zasnąłem przy kierownicy, wracając po zdobyciu Wołowca i zjechaniu z niego  na nartach, a tylko szczęście sprzyjające mi uratowało nas przed wypadkiem. Odtąd już nie jeździłem w Tatry na jeden dzień. Teraz jeżdżę na jeden dzień do Małej Fatry, ale używam tzw. energy drinks, które chronią mnie przed zaśnięciem.

Po przybyciu do Zakopanego udałem się do restauracyjki na obiad, wykorzystując czas, jaki dzielił mnie od odjazdu pociągu. W lokalu zastałem również p. Łapińskiego, który miał do dyspozycji wszystkie dania schroniskowe, wolał jednak stołować się poza nim. Czułem, że jakaś nić sympatii łączy nas, jak taternika z taternikiem, czego nie da się powiedzieć o Dziuni, jego żonie, która wszystko wiedziała, co się dzieje w Morskim Oku, a działo się tam wiele. Każdy zaś miał tam coś na sumieniu.

Ja też nie byłem bez winy. Mieszkałem tam z moim kolegą klubowym i kolegą z ławy szkolnej. Kiedyś wróciliśmy ze wspinaczki przemoczeni do ostatniej nitki, wzięliśmy zatem nasze koszule i zanieśliśmy do kuchni, by wyschły do jutra rana. Rano zaś udałem się na dół i ściągnąłem swoją wyschniętą koszulę oraz jeszcze drugą należącą do Sylwka, mojego towarzysza. Po przyjściu do pokoju rzuciłem koszulę Sylwka na jego łóżko i poszedłem do jadalni posłuchać plotek. Sala zazwyczaj głośna teraz czasem zamierała i tylko słychać było szepty. Moja znajoma taterniczka przysiadła się do nas i wyszeptała, że ukradziono koszulę jakiemuś znanemu taternikowi. Po powrocie do pokoju zauważyłem, że koszula Sylwka leży na moim łóżku, więc ją przeniosłem na jego łóżko i poszedłem sobie na spacer. Po powrocie stwierdziłem, że koszula znów jest na moim łóżku, a gdy przyszedł mój towarzysz wspinaczki spytałem dlaczego rzuca swoją koszulę na moje łóżko. Odpowiedział, że to nie jest jego koszula. Wtedy mnie olśniło. Po prostu to ja jestem tym złodziejem, o którym szepce cała sala jadalna. Najpierw  usiadłem na łóżku przywalony ciężką wiadomością. Po oprzytomnieniu zwinąłem koszulę, aby była jak najmniej widoczna i skradając się, chciałem ją niepostrzeżenie umieścić na sznurku w kuchni. Gdy tak zrobiłem, by nie zostać zauważonym, jak mi się zdawało, wróciłem na salę.

Sala, która tymczasem już wróciła do normalnego gwaru, znowu momentami cichła lub miejscami gwar przechodził w szept. Inka zaś znajoma nasza wyszeptała nam, że koszula się znalazła i że złodziej przestraszywszy się, że może zostać odkryty, zwrócił ją. Ale Dziunia i tak dobrze wie, kto to zrobił, bo Dziunia zawsze wszystko wie najlepiej. Zimny dreszcz przeszedł mi po grzbiecie.
fot. Psi Ząb Tatry
www.kazir.blog.onet.pl

6 Responses to Tatrzańskie „Szeptem do mnie mów”

  1. ew pisze:

    - „Doszedłem już do wniosku, że nie warto jeździć w Tatry na cały miesiąc, bo może padać deszcz przez cały czas i urlop stracony. ”

    Ten sezon nas, ludzi gór, nie rozpieszcza. Moje myśli zataczają więc coraz szersze kręgi… Do środy wolne, a za oknem „uleje, usiece”, zatem jeśli góry, to z tak mokrymi koszulami jak w Twoich wspomnieniach.

    Wygląda na to, że pozostaje tylko przed kompem narzekać, podczas gdy inni mimo to się swobodnie rejsują, bo tam żaden deszcz nie jest tak wielką przeszkodą vide Sztormować! Nie s-ć!

  2. psiząb pisze:

    Masz rację EW, ten sezon nas nie rozpieszcza. Trzeba stosować podstępne metody i jeździć w góry w ciągu tygodnia, gdy nie pada. Wczoraj np. byłem w miejscu skąd widziałem Skrzyczne. A Ty widziałaś wczoraj najwyższą górę Beskidu Śląskiego?

  3. ew pisze:

    Jasne. Ja ją widzę stale.. idąc po sól lub nawet wynosząc śmieci.

    Twój podstęp jest dobry jak się nie pracuje :( Miałam plany, które oględnie mówiąc szlag jasny trafił. Tato mnie zaprasza do Łeby, bo tam wczasuje, ale wiśta wio łatwo powiedzieć.

  4. signe pisze:

    a, tu jesteście:)
    PsiZąb złodziej koszulowy!!!
    jaką ta Wasza wielka góra ma nazwę? dlaczego ona stoi po drodze do śmietnika (śmietnik ważna rzecz, ja wiem, ale żeby aż tak?)

  5. psiząb pisze:

    Signe: Ta wielka góra nosi nazwę Skrzyczne. Śmietnik to już nie moja sprawka. Przyznaję się tylko do koszuli.

  6. Tomek pisze:

    Fajnie nakreśliłeś obraz gór z tamtego czasu. Może dziś są to te same góry co wtedy ale widnieje inne podejście do obcowania z nimi. Bardziej romantyczne niż siłowe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>