Monthly Archives: Lipiec 2010

Puste miejsca


fot. Monia ostatnie schronisko przed Mont Blanc, Alpy

Puste miejsca

Do przeszłości często powracam, przybywam
I jak gość nieproszony, pokornie
O jałmużnę wyciągam rękę…

Do przeszłości powracam, tamtej odległej -
- bliskiej; memu sercu najbliższej.
Idę na wojnę, by z niej nie powrócić,
Powracam z niej zwyciężony lecz niepokonany.

Szukam tej ciszy w śpiewie skowronków
I jej nie odnajduję…
Podchodzę tak bardzo blisko,
By znów się jeszcze bardziej  oddalić.

Zapełnić miejsca… te miejsca,
Te puste szkolne ławki,
Te opuszczone fontanny w parku,
I te krzesła przy stołach biesiadnych.

Niedokończone rozmowy…
Przerwane tańce…
I obiad zjedzony na szybko…
I te gorzkie pożegnania na zawsze…

Tam zaglądam jeszcze,
Bo tutaj już jestem
A tam ciągle i na wieki!
MonsieurLaPadite
30 lipiec 2010

Pilsko 1557 m n.p.m. – spojrzenie czwarte

To był najdziwniejszy dzień w moim życiu. SMS „YES! Mamy go i to w deszczu – czyste szaleństwo”.  Może dlatego, że wcale tego nie planowałyśmy? A wszystko się udało, zsynchronizowało, wszystko poszło OK. Jeśli  jednak liczysz Drogi Czytelniku na piękne widoki z Pilska, to znajdziesz je, ale w linkach poniżej. Tu, możesz liczyć na coś więcej, coś, co chyba liczy się bardziej…

A dzień zaczął się niezwykle. Parafrazując Martynę Jakubowicz „obudziłam się wcześniej niż zwykle, wstałam z łóżka w radiu była muzyka”. Zanim wstałam,  wysłałam SMS do Ewy „Weź wrzątek do termosu, ja wezmę kawę”. Dochodziła 3, i od tego czasu Ewa też mogła śpiewać powyższą piosenkę. :) Jednak za chwilę okazało się, że z balkonowej barierki zwisają olbrzymie, nabrzmiałe krople deszczu – lało i to solidnie. Telefon rezygnacyjny, a tu w słuchawce „Co Ty! Jedziemy!”.  I pojechałyśmy. Była 6, gdy z Bielska-Białej wyruszyłyśmy pociągiem do Żywca, by nie zdążyć na PKS do Korbielowa. Godzinka na poczekalni dworcowej spędzona na rozmowach o życiu. O 8 wyjechałyśmy…

Szlak zielony okazał się nie tak straszny jak go malują i z planowanej początkowo penetracji tylko Korbielowa, zaczęłyśmy się wspinać „niechcący” wyżej i wyżej. Lało, ale nic to, było świetnie – mokro, gorąco, zimno, ale świetnie. Mapka w moim plecaku, okazała się być mapką „Bielsko-Biała i Czechowice Dziedzice”, ale to też w niczym nie przeszkodziło, i nagle pojawił się znak „Hala Miziowa – 45 minut!”. A z niej już przecież tylko, marne 30. Chyba najtrudniejsze… I chyba dobrze, że była tam cała masa chmur i mgieł, bo ogrom przestrzeni, majestat dookolnych masywów widzianych z Pilska i tak wprost porażał, szczególnie osoby z lękiem wysokości, jak ja:

Zeszłyśmy jeszcze szybciej niż weszłyśmy. Komunikacja BUS-PKP, zadziałała wyśmienicie i już po południu byłyśmy w domu.  Refleksje? Doba nie z gumy, więc wybierając szlak, trzeba zaplanować go tak, by mieć rezerwę czasową.  I chyba to było właśnie przyczyną poprzednich trzech niepowodzeń – nadmierny, długodystansowy, niepotrzebny trekking. Poza tym – stare buty wcale nie są takie złe. Pod Rycerzową w nowych zaliczyłam glebę „zahaczając haczykiem”, a tu bezpieczniej związane, „połamały” mi nogi w kostkach.

Oraz… Ewa: http://www.youtube.com/user/eveplucienniczak koleżanka z pracy, partnerka od wypraw – moja przyjaciółka. Bez niej nie byłoby większości z tych wyjść. Pozornie w cieniu, bez fanfar, jest moim najlepszym „lejmotywatorem”. Dlatego to Pilsko, dedykuję Jej właśnie  :*
film: ewolny Pilsko, Beskid Żywiecki

Zobacz również:
- Pilsko 1557 m n.p.m. – spojrzenie pierwsze – Inszynier
- Pilsko 1557 m n.p.m. – spojrzenie drugie – Tomek
- Pilsko 1557 m n.p.m. – spojrzenie trzecie – Tomek
- Pilsko, czyli trekking z Nordic Walking – ewolny

Nieudana próba zdobycia Pilska, czyli dlaczego góry są dla rozważnych

We wpisie Vademecum górskiego turysty ze Skrzycznem w tle, przytoczyłam garść pomocnych uwag, z goprowskiej broszury. Niby wszystko to wiemy, ale czy zawsze wcielamy w czyn? Czasami bywa i tak, że żal zaniechać dawno zaplanowanej marszruty, stracić zaliczki za nocleg i nadziei na zdobycie wreszcie Pilska. Patrzysz w pociągu przez okno i wróżysz z fusów: opadną mgły, czy też nie?

Humory dopisują, napełniasz kubki smakowe mijanym krajobrazem, przemierzasz kilometry, wciąż w górę i w górę, zostawiasz za sobą Boraczą (854), patrzysz z oddali na stok swej żabniczańskiej polany – czas mija niepostrzeżenie:

Nawet nie zauważasz, gdy wchodzisz w tę mgłę, widzianą dotychczas w oddali:

Widzisz szlak. Oprócz niego widzisz też znicz pod drzewem, w miejscu stanowiącym dla Ciebie zbyt wielką przeszkodę… I tak dochodzisz do Lipowskiej (1324):


Nocleg masz na Rysiance (1324), skąd tylko marne dwie i pół godziny do Miziowej (1300):

Już wiesz, że pogoda może się nie utrzymać. Możesz próbować iść na Miziową jeszcze dziś, z niej przecież  już tylko 45 minut, na szczyt Pilska (1557). Trzy godziny od niezdobytego:

Być tu trzeci raz i znów odejść z niczym? Inni przecież idą:

Jest dopiero piętnasta, przed dziewiętnastą już możesz schodzić… ale na nocleg, dojdziesz po dwudziestej drugiej!
Dlatego dziś koniec dla Ciebie ataku na Pilsko – góra poczeka, nigdzie się przecież nie wybiera – a Ty tak, spać.

Oczywiście rano masz więcej czasu, by wejść na szczyt, nawet przy nadal nie sprzyjającej pogodzie. Ale pytanie po co? W nieznanym sobie terenie narażać siebie i innych? Góry to przyjemność a nie wyczyn kto więcej podniesie, dlatego podejmujesz decyzję o odwrocie. Nie ma co czekać na poprawę pogody, czym wcześniej zaczniesz schodzić w dół, tym masz więcej czasu na nieprzewidywalne, które przecież przy takiej aurze może być nieuniknione. Wybierasz znaną sobie trasę do Żabnicy:

Robisz z siebie gumową lalę, która ma i tę zaletę, że nie gubisz z oczu partnera. Ostatni uścisk i idziecie:


W górach, w czasie deszczu, już w kilka godzin szlaki zamieniają się w rwące potoki, a teraz, czym więcej wycinek lasów, tym jakby te potoki większe, szersze i głębsze – nie ma bowiem co, zatrzymywać tych hektolitrów wody:


Dlatego jakże częstym jest dylemat „gdzie postawić nogę?”. I nie chodzi tu o to, by się nie zamoczyć,  lecz po prostu, by zwyczajnie ze stoku nie odpaść:


Trzeci raz nie udało się zdobyć szczytu, ale co nas nie zabije to wzmocni, najważniejsze bowiem jest chyba to, że cało i zdrowo udało się zejść.
fot. ewolny Beskidy

Zobacz również:
- Atak na Pilsko (1557) dzień drugi, odwrót - film ew

Hiram – patron wolnomularstwa

Hiram – patron wolnomularstwa – W 1. Księdze Królewskiej 7.13 i 14 napisano: „Król Salomon sprowadził z Tyru Hirama. Był to syn pewnej wdowy z plemienia Naftali, ojciec zaś jego był Tyryjczykiem, odlewnikiem brązu niezwykle mądrym… Przybył on do króla Salomona i wykonał całą robotę”. Dalej czytamy, że  ulał dwie kolumny z brązu i ustawił je w przedsionku świątyni. Prawą nazwał Jahin a lewą Boaz. W innym miejscu tej samej księgi napisano: „4.10 I tak dostarczał Hiram Salomonowi drzewa cedrowego i drzewa cyprysowego. 11. Salomon zaś dostarczał Hiramowi 20 tysięcy korców pszenicy i 20 tysięcy wiader oliwy”.

Widzimy więc, że w Biblii występuje dwóch Hiramów. Jeden król Tyru a drugi budowniczy świątyni. Ten drugi czasem jest pisany jako Huram. Wg legendy podawanej przez kręgi wolnomularskie jest jeszcze jeden Hiram Abiff, też syn wdowy i też budowniczy świątyni i on jest uważany za patrona masonerii. Prawdopodobnie jest to ta sama osoba co wspomniana w Biblii jako syn wdowy. Istnieje jeszcze pogłoska, że Hiram Abiff był faraonem egipskim  z Teb, o imieniu Tao II Dzielny. Związana jest z Hiramem legenda, która głosi, że został zabity przez  trzech czeladników, którym nie chciał zdradzić tajemnicy swego kunsztu. Stworzone przez niego dwie kolumny, Jahin (Hakin) i Boaz (Booz) są uznane przez masonerię jako symbole dwóch pierwiastków, które stworzyły świat: dobro i zło, światło i ciemność, Ormuzd i Aryman, Szatan i Jezus. W masonerii wszystko jest symboliczne, nie tylko te dwie kolumny. Cyrkiel to symbol mądrości, węgielnica to równowaga i szczerość, świątynia Salomona to doskonałość. Litera G symbolizuje słowo „Grande” lub gnozę. Kamień nieociosany to profan wstępujący do loży. Kamień ociosany to osoba już przeszkolona. Wschód stanowi święty kierunek masonerii a Zachód to kierunek skąd przybywają profani. Akacja jest symbolem nieśmiertelności; posadzono ją na grobie budowniczego Hirama.

Masoneria - Pierwsza Wielka Loża powstała w Wielkiej Brytanii w londyńskiej gospodzie „Pod Gęsią i Rusztem” przez unifikację czterech lóż 24. czerwca 1717. Od tego czasu dzień ten jest największym świętem wolnomularskim. Wkrótce potem James Anderson ułożył pierwszą konstytucję wolnomularską, która ukazała się  drukiem 17 stycznia 1724 roku.

Jednakże już w XVII wieku istniały loże w Anglii i Szkocji. Pewien astrolog Elias Ashmole zapisał w swoim dzienniku: „16. października 1646 roku…zostałem masonem w Warrington w hrabstwie Lancashire…”. Na kontynencie europejskim pierwsza loża powstała w roku 1728 we Francji i nosiła nazwę Grand Orient de France (Wielki Wschód Francji). W roku 1751 roku założona została Wielka Loża, nie uznająca konstytucji Andersona. W Polsce i na Litwie pierwsza loża powstała w roku 1780 pod nazwą Katarzyna pod Gwiazdą Północną. Włączona ona została w rok później do Wielkiej Loży Narodowej Wielkiego Wschodu Polski. Kto może zostać masonem?  Masoneria anglosaska wymaga jedynie wiary w Wielkiego Budowniczego Wszechświata. Ale przyjmuje się także agnostyków, którzy wprawdzie nie wierzą w Boga,  nie wykluczają jednak też jego istnienia. Francuscy wolnomularze skupieni w loży Wielkiego Wschodu Francji przyjmują także ateistów. Uznaje się wyznawców chrześcijaństwa, judaizmu, buddyzmu, islamu i innych. Wyjątkiem jest masoneria rytu szwedzkiego, gdzie dopuszcza się wyłącznie mężczyzn, wyznających wiarę w Jezusa Chrystusa. Aby stać się wolnomularzem trzeba złożyć przysięgę, jak na przykład: „…przysięgam na Boga nie wyjawiać nigdy żadnej rzeczy z tych, które mi powierzono…jeśli złamię swoje słowo: niech mi spalą wargi rozpalonym żelazem, niech mi utną rękę i przetną szyję i utną język, a mój trup niech wisi w loży…, aby służył za dowód mojej niewierności…”.

Uwagi na marginesie – ryt Memphis-Misraim

Masoneria stworzyła  system wtajemniczeń (stopni), których przejście wiąże się z alegorycznym poznawaniem prawd metafizycznych i moralnych. Podstawowe stopnie inicjacji masońskiej (tzw. masonerii błękitnej) to uczeń, czeladnik i mistrz. Ponadto istnieją systemy wyższych wtajemniczeń (tzw. masoneria czerwona, czarna, biała), z których można wymienić Ryt Szkocki Dawny i Uznany, Ryt Francuski Nowoczesny, Ryt York, Ryt Szwedzki, Ryt Memphis-Misraim etc.

Rozróżnia się stopnie uniwersalne (masoneria błękitna, od 1. do 3.), kapitularne (masoneria czerwona, od 4. do 18.), filozoficzne (masoneria czarna, od 19. do 30.) oraz administracyjne (masoneria biała, od 31. do 33.).

W lożach rytu Memphis-Misraim istnieje 99 następujących stopni wtajemniczenia:

99 stopien Wielki Hierofant lub Miedzynarodowa Glowa M.E.A.P.R.M.M. i O.C.I.:
Frank G. Ripel
98 stopien Nieznany Przywódca (O.C.I)
97 stopien Odpowiednicy Miedzynarodowej Glowy M.E.A.P.R.M.M.:
97 stopien jezyk wloski Galbix Red (98 stopien O.C.I.)
97 stopien jezyk angielski i polski: Piotr Pawel Wojdyla
96 stopien Krajowa Glowa:

1-95 stopien Wolnomularze Operatywni

Suwerenne Sanktuarium (urzędowe)
31. Wielki Obrońca Rytu
32. Najwyższy Książę Memphis
33. Suwerenny Wielki Konserwator Rytu

Rada Najwyższa
21. Patriarcha Wielki Instalator
22. Patriarcha Wielki Konsekrator
23. Wielki Panegirysta
24. Patriarcha Prawdy
25. Patriarcha Planisfer
26. Patriarcha Wed
27. Patriarcha Izydy
28. Patriarcha Memphis
29. Patriarcha Mistycznego Miasta
30. Najwyższy Mistrz Wielkiego Dzieła Masońskiego

Senat Hermetycznych Filozofów
12. Rycerz Czerwonego Orła
13. Rycerz Świątyni
14. Rycerz Tabernakulum
15. Rycerz Węża
16. Rycerz Kadosch
17. Rycerz Królewskiej Tajemnicy
18. Wielki Inspektor Generalny
19. Mędrzec Przyjaciel Prawdy
20. Filozof Hermetyczny

Kapituła Różokrzyżowa
4. Tajny Mistrz
5. Najwyższy Mistrz
6. Mason Świętego Sklepienia
7. Mason Tajemnego Sklepienia
8. Rycerz Miecza
9. Rycerz Jerozolimy
10. Rycerz Wschodu
11. Rycerz Różanego Krzyża

Masoneria błękitna (świętojańska) – stopnie symboliczne (uniwersalne):

1° Uczeń
2° Czeladnik
3° Mistrz

Egipt – kolebka myśli wolnomularskiej – W Księdze Rodzaju napisano: 1. Oto rodowody synów Noego – Sema, Chama i Jafeta.. …6. Synowie zaś Chama: Kusz (Etiopowie), Misraim (Egipcjanie), Put, Kanaan. … 13, A Misraim spłodził Ludyjczyków, Anamijczyków, Lehabijczyków (Libijczyków), Naftuchijczyków (mieszkańców Dolnego Egiptu), 14. Patrusyjczyków( mieszkańców Górnego Egiptu), z których wyszli: Filistyni i Kaftoryjczycy (Kreteńczycy).

Niektóre obediencje wolnomularskie mają charakter ezoteryczny. Wśród masonów zdarzają się zwolennicy astrologii,  teozofii, gnozy i antropozofii (sam jej twórca Rudolf Steiner należał do loży rytu Memphis-Misraim). Do masonerii należeli magowie (Eliphas Lévi) i okultyści. Większość lóż ma jednak nastawienie racjonalistyczne. Jedną z mitycznych postaci wolnomularstwa jest Hermes Trismegistos.  Obecnie jednak mają one w większości krajów (także w Polsce) charakter liberalny, niedogmatyczny i racjonalistyczny, a występujące niegdyś w nich – poza środowiskiem francuskim i belgijskim – wątki teozoficzne zostały zaniechane. Ezoteryczny charakter mają również szczególnie popularne w krajach francuskojęzycznych loże rytu Memphis-Misraim; w Polsce pojawiły się one w dwudziestoleciu międzywojennym, teraz działają tylko loże dzikie.

Do nauk różokrzyżowców odwoływali się przedstawiciele rozwijającego się w XVII wieku wolnomularstwa spekulatywnego. Istnieje znaczące powiązanie symboliki wolnomularskiej i symboliki stosowanej przez różokrzyżowców.

Według tradycji różokrzyżowców ich kolebką był starożytny Egipt z okresu XVIII dynastii. Głębszą wiedzę, niedostępną masom społecznym, ukrywano zachowując ją wyłącznie w nielicznych wybranych wspólnotach. Z tych grup, które zbierały się w  odludnych miejscach, aby uniknąć ciekawości niepowołanych, powstały przyszłe związki i tajne organizacje poświęcone zgłębianiu wiedzy tradycyjnej. Udziałem w  pracach tych bractw zainteresowani byli również władcy. Pierwszym faraonem, który wziął udział w  pracach tajnych związków, był Ahmos I (1580-1557 przed n.erą). Ostateczne konsolidacja tajnego bractwa miała się dokonać za faraona Thutmosa III (1500-1447 przed n.e.), który nawet przyjął godność kierownika związku. Do wielkiego rozwoju stowarzyszenia doprowadził Amenhotep IV (1378 r.przed n.e.), reformator religijny, który rozpoczął walkę z religią politeistyczną i wprowadził wiarę w  „jedynego boga”, „Atona” – „słoneczny symbol prawdziwego boga”. Miał to być pierwszy wyraz zewnętrzny tajnego bractwa, które wiarę tę dotychczas przechowywało w  swych tajnych świątyniach – Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Wiesław Czapski

Auschwitz-Birkenau – obóz zagłady

W latach 1940-1941 niemieccy okupanci wypędzili mieszkańców wsi: Brzezinka, Harmęże, Pławy, Bór, Rajsko, Klucznikowice, Babice, Broszkowice oraz Oświęcim-Zasole po to, aby w miejscu zburzonych lub zajętych budynków, założyć obóz zagłady – Auschwitz-Birkenau (pol. Oświęcim-Brzezinka):

Pomysł utworzenia obozu powstał we… Wrocławiu:


Ogółem do obozu trafiło co najmniej 1,3 miliona osób, z czego zostało zabitych prawie 1,1 mln…

Istniejący w latach 1940-1945 obóz zagłady, to do dziś symbol Holocaustu, ludobójstwa. Poniżej przygotowany przeze mnie film…

… z muzyką The Benedictine Nuns Of St Cecilias Abbey w utworze „Kyrie From Litanies Of The Sacred Heart” , z albumu „Trascend – Pure Gregorian Chant” … [*] … który i tak nie oddaje tego przytłaczającego ogromu nieszczęścia…


W Wikipedii czytamy jeszcze
, że jest to j e d y n y obóz koncentracyjny, który znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO – Auschwitz-Birkenau, czyli niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady, działający w latach 1940-1945. Ludzie ludziom…


fot. ewolny Oświęcim, Brzezinka
Zobacz również:
- Treblinka – obóz zagłady

Niemiaszkowo, czyli willkommen kamraty

Jeśli MADE IN POLAND! to brak dworców w królewskich miastach i nieme siedzenie godzinami w polu,  na rzyci, w trakcie drogiej, dwustuzłotowej podróży. 23.5 godziny jazdy, w momencie kiedy wydawało się, że  planowane 15 to już nazbyt dużo. Nieoczekiwanie wysiada  pasek od klimy i z sugerowanego małego, półgodzinnego postoju na wymianę tegoż, robią się duże dwie. Stoimy w Legnicy od 22.30, naprzemiennie dogadując kierowcom lub prosząc o nowy autokar, wydzwaniając do ich szefostwa i… dostając coraz większej głupawki. Rozrzut wiekowy pasażerów: od dziecka w pieluszkach ze smoczkiem, po 90 letnią babcię mającą zapewne złotą kartę seniora, która jak nic była kiedyś brunatna. Nikt w trakcie i po fakcie nie zbiera podpisów – bo my Polacy to harcerze, ułani – potrafimy biwakować pod gołym niebem. Twarda szkoła przetrwania to jest to, co lubimy najbardziej, co nas hartuje i wzmacnia.

W końcu dotychczas słowni pomagierzy biorą jednak sprawy w swoje ręce dosłownie, i przy wtórach salw śmiechu, w końcu dopasowują z sobą, ręcznie zakładając, aż trzy już pozdejmowane paski. Ruszamy. Opóźnienie w podróży raptem 3 godzinki, ale co tam… najważniejsze, że się jedzie. Starsze panie zapominają o obiecanych skargach i o tym, że do autobusu naprawianego wręcz damskimi rajstopami nie wsiądą. Niestety po 15-20 minutach jazdy, autokar spokojnie parkuje w zatoczce przy małym lasku i już wiemy – nim koniec podróży. Po 4 godzinach oczekiwania, biegając na gorącą herbatę do motelu prowadzonego przez zmęczoną życiem Ukrainkę, o 6 rano podjeżdża nowy autokar, i wznawiamy przerwaną podróż. Opóźnienie w niej aż 7 godzin, ale co tam… najważniejsze, że jedziemy.

Nauczyliśmy się, my Polacy, żyć od pokoleń w narzekaniu, ale i w radzeniu sobie pomimo. „Polak potrafi”, bo musi, ale przy okazji niestety wcale się nie szanuje – potulnie głowa w dół i „trudno, stało się, inni mają gorzej”. Chcę usłyszeć, że w Ameryce od razu sąd, odszkodowanie lub chociaż zwrot kosztów podróży. A my nie.  XXI wiek i nieoczekiwanie ktoś nam serwuje w szczerym polu 7 nocnych godzin, za nasze niemałe przecież pieniądze (200 zł!), a dzieciątko w pieluszkach o dziwo grzeczne, gebelsowska babcia o dziwo nie schodzi z tego padołu, a nam dojrzałym, w sile wieku humory-hormony dopisują tak, że to aż niestosowne do okoliczności.

Nowy autokar dający ochoczo z kopyta delikatnie zwalnia, otwieram oko, by w ostatniej chwili dostrzec -  minęliśmy granicę. Dziwnie przejeżdża się bez zatrzymywania, bez kontroli, kiedy nawet DO jest niepotrzebny. Ba, nikt nie stoi, nie patrzy -  nie ma  granic.

Jadąc przez Niemcy uderza brak widoku na poboczach krzyży, nagrobków, zniczy i klepsydr. Niemądry to polski zwyczaj, którego nie znoszę, nie lubię, nie cierpię. Nienawidzę tego nowego celebrowania miejsca nieoczekiwanej śmierci. Jeżeli iść nadal w tym oto kierunku, to nasze miasta zamienią się w cmentarze zlewając z sobą w jedną, spójną „nekropolską” całość. U Niemców tego nie ma, być może dlatego, że są tam naprawdę doskonałe drogi. Autostrady z tych, że jak się w nie wpadnie, to można przebudzić się na końcu Europy. I tak się dzieje, nawet nie wiem kiedy, wjeżdżamy do Berlina:

A ten dziwny jest, masa betonu i ulubionego graffiti, na kształt którego nawet tworzone są wielkie reklamy wymalowane na ślepych ścianach budynków. Generalnie nie wiem dlaczego, kojarzy mi się jednak z NRD. I jeszcze tylko masa, ale to masa elektrowni wiatrowych po drodze, czy dlatego, że zamykają inne? Jak na przykład tę elektrownię atomową, w Bassenfleth nad Elbą


Bassenfleth nad Elbą
Przepastne, zlotoslane choć oko wykol pola, schludne gospodarstwa, porządne stada pasących się krów, koni i JUŻ! Po 22 godzinach Hamburg! I wszystko jasne:

Widok z St. Michael

Port

Czerwona brama :P
Myślicie, że to koniec podróży? Przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Teraz samochód, i tak gdzieś po godzinie pogawędki telefon „Gdzie jesteście??? Aaa… to już blisko, jeszcze TYLKO pół godzinki, więc mogę zacząć obierać ziemniaki”(sic!)

Cudne 23.5 godziny nie zabija, stawiam stopę na niemieckim Stade! I wszystko na ten temat. A po lekkim obiedzie następne półtorej godziny spędzam na? ZAJEBISTYM basenie. Kompleks gdzie nie tylko wielość przeróżnych, różnorodnych zbiorników z wodą, w których  solanka, ale i podwodne bicze, masaże na zmęczony podróżą kręgosłup, kabina z brzozową ścianą i inhalacjami a´la grota solna, zjeżdżalnia i pływanie, pływanie, pływanie oraz… myślaki.


Stade  Starówka

Stade rz. Schwinge
Pierwsze wrażenie – przykro  mówić, ale Niemki są  okropne. Nawet młode dziewczyny są zaniedbane,  wręcz nieprawdopodobnie „zapuszczone”. Być może dlatego, że są absolutnie, ale to absolutnie bez względu na wiek,  BEZ ŻADNYCH kompleksów! Ich bezpruderyjna nagość i pewność siebie powalała. Drugie wrażenie – Niemcy mają  nieprawdopodobnie miły w odbiorze styl. Takie same eleganckie  domy z czystej, cudnie czerwonej cegły, w których śliczne są nie tylko firanki i okna, ale ich przestronność, funkcjonalność, pięknie urządzone wnętrza, zadbane ogrody, zagospodarowane tarasy a dookoła wszędzie czysta zieleń i woda, zamknięta w przemyślne kanały, sadzawki, fontanny – ew
fot. ewolny Niemcy

Na żagle w Beskidy

Tak, ja wiem, to nie morze, ani tym bardziej ocean, żadna zagranica… to tylko zwyczajne jezioro, w dodatku „sztuczne”. Niemniej chciałam skromnie przypomnieć, że Beskidy to nie tylko góry, lasy i turystyczne szlaki, to również malownicze rzeki, a nawet takie oto właśnie jeziora:

Morze Żywieckie. Tresną zwane od strony żywieckiej, Pietrzykowic, torów kolejowych PKP wiodących na „koniec mapy, tam gdzie kończy się papier” – pamiętamy Beskidy moja miłość? A początek, tego na wskroś urokliwego akwenu, to druga strona masywu, który niejako mam stale za oknem. Dla  cyklistów z porządną kondycją, nic prostszego – serpentyną w górę, a potem w dół.  Niestety, nie ma tu żadnej komunikacji, zatem naszą „marynarską” przygodę, zaczynamy, od bielskiego dworca PKS, gdzie za 6 zł, zawożą nas okrężną drogą do Międzybrodzia Żywieckiego. I tak właśnie nazywamy ten akwen – Międzybrodzie.

Uczynny kierowca, zwracając się do nas per Aniołeczki, po około 40 minutach jazdy, wysadza pomiędzy przystankami, u samego podnóża Góry Żar. Ta leżąca nad Jeziorem Międzybrodzkim góra, znana jest nie tylko z lotniska szybowcowego,  Elektrowni Szczytowo Pompowej i zbiornika retencyjnego na samym jej szczycie, przewspaniałych widoków, ale i paranormalnego zjawiska, które owalne przedmioty, wylaną ciecz, ba! nawet samochody i autokary, „każe kulać się samym, pod górę”. Podobno to tylko złudzenie optyczne, ale takie, że każdego ze zdziwienia kładzie na glebę. Warto doświadczyć. My pytamy Babę i Chłopa, grzebiących na swym marchewkowym polu, jak dojść na zaporę wodną do Tresnej. Pokazują ścieżkę wiodącą do cudnego skądinąd kościoła, potem każą iść dalej kilka km drogą, ale i przestrzegają „krajem iść, bo dziś juści latają„. Ano, rzeczywiście. Cudny to widok ogromnych maszyn, które niczym wielkie, białe bociany, nie! jak pterodaktyle, majestatycznie szybują niziutko nad głowami, na tle zielonych parawanów gór, by zaraz płynnie wylądować na babinym, zlotoslanie zielonym polu:

Droga nie dłuży się. Okazuje się, że Soła jest nieprawdopodobnie malowniczą, chyba po kazimierskiej Wiśle i Bugu Pana Wiesława, jedyną tak piękną rzeką, którą znam:

Za nami Elektrownia Wodna Porąbka, przed nami Elektrownia Wodna Tresna, zbierająca wody Soły i wykorzystująca naturalny przepływ Jeziora Żywieckiego:

Pierwszy, nadbrzeżny popas, z ekwipunkiem wziętym z domu i napawanie się, graniczące wprost z ekstazą. Dowód? Proszę bardzo, prawie 300 zdjęć!

Olbrzymie, dostojne, przecudnej urody, łopoczące na wietrze „łabędzie”, na tle soczyście zielonych gór. Pływają sobie, niczym wszechobecne dziś bielutkie obłoki na niebie, po srebrzyście szklącej się, cudnie czystej, przejrzystej, górskiej a jednak lazurowej wodzie!

Popas drugi, którym jest pstrąg z frytkami i zestawem surówek, za jedyne 25 zł. Nie. To niesłychane, ale nie sztormi jeszcze. Postanawiamy płynąć. „Rejs” Piwowskiego, ale tylko we… czwórkę. Kryzys dotyka każdą dziedzinę, nawet tą, nie przeliczalną na brzęczącą monetę. Za jedyne 15 zł mamy bowiem możliwość, dopłynąć do granic administracyjnych, chyba samego Żywca. Zrobić retrospektywę z podsumowaniem – #wyraz! Jak Morze Śródziemne!  Nieprawdopodobne uczucie bujania, które wcale nie buja. To świetne:

Zatem w nagrodę popas trzeci – przesmaczna swojska kiełbaska z grilla, za drobiazg – 8 zł. No,  szczerze? Zasztormiło. Ale jakżeby inaczej? Tak cudnie, że namiot i zostać tu, najlepiej na zawsze!

Niestety, musimy wracać. Zatem ostatni rzut oka na rozlewisko tamy…

…i już w odwrocie spojrzenie na to, co za nią – w dali, po prawej, wspomniana Góra Żar, a  w dole Soła z kolorowych snów:

Idziemy na przystanek PKS wzdłuż niej, ale z jej drugiego, niż rano, brzegu:

Cudowny widok z tego mostu, na prawo i lewo:

Idziemy, tym razem nie do Międzybrodzia Żywieckiego a Czernichowa, znanego z geotermalnych źródeł, o które wydobycie na powierzchnię, słusznie walczy, razem z gminą Porąbka, bo „cudze chwalicie, swego nie znacie!”. No, my znamy, ale czy chcą znać też inni? – ew
fot. ewolny Beskidy
Zobacz również:
- Z Porąbki do Międzybrodzia Żywieckiego…- film ew

Podróż z przesiadką

Pociąg wtoczył się na peron pierwszy Dworca Głównego w Katowicach. Powolne tempo jazdy spowodowane szkodami górniczymi sprawiało, że miarowe tuk tuk, tuk tuk towarzyszące pasażerom aż do zatrzymania składu, przy akompaniamencie wściekłego pisku kół, wprawiło wszystkich w senność podpartą znużeniem.

Kobieta siedząca na jednym z niewygodnych plastikowych siedzisk nie kryła, że zmęczyła ją ta jazda wzdychając głośno a gdy tylko wagon zatrzymał się w miejscu wstała szybko przeciągając cierpiące, zastygłe w jednej pozycji ciało. Chwyciła za plecak i wyskoczyła na zewnątrz. Otoczenie spowił już mrok nadchodzącej letniej nocy a sączące się z reflektorów żółte światło nie oświetlało dostatecznie strefy peronu pierwszego. Był to duszny, gorący lipcowy dzień a noc zapowiadała się nawet o ciutkę nie mniej ciepła.

Spojrzała na tablicę odjazdów i obliczając w myślach czas doszła do wniosku, że następny pociąg do którego miała się przesiąść, odjeżdża za 45 minut. „Mało czasu” pomyślała marszcząc brwi. „Trzeba działać szybko”.

Na oko miała około czterdziestu pięciu lat, ale ktoś kto na nią patrzył musiał dojść do wniosku, że nieźle się trzyma. Była szczupła, energiczna i pewna siebie. Z taką też pewnością ruszyła przed siebie  po schodach w dół do dworcowego pasażu. Skierowała się tam gdzie było wejście od strony Placu Andrzeja. To niewielki plac na tyłach Dworca Głównego, z którego często odjeżdżają autokary biur podróży. Tuż przed schodami prowadzącymi do wyjścia umiejscowiony jest zionący pustką zaułek, w który aż strach wchodzić. Ona właśnie tam skierowała swe kroki.

Znalazła najdalszy kąt gdzie pewnie nikt się nie zapuści o tej porze. Rozejrzała się i wiedząc, że jest tutaj sama, zrzuciła na podłogę plecak i zaczęła w nim gmerać.

Plac Andrzeja od zawsze gdy przychodziła noc tonął w gęstych ciemnościach. Latarnie oraz hol wejściowy dostarczały znikome światło w niczym nie ułatwiające życia pieszym, którzy mieli tutaj coś do załatwienia. W tej dominacji mrocznych barw wychwycenie ruchu postaci, która tam się czaiła, graniczyło z niemożliwością. A ktoś tam z całą pewnością był. Ubrany w czarny długi płaszcz i kapelusz naciągnięty mocno na głowę. Postawiony kołnierz tworzył ostateczną barierę w rozpoznaniu twarzy tego dziwnego człowieka. Ale tego dnia teren świecił pustkami więc tajemnicza postać dosyć swobodnie i zręcznie chowająca się ciemnościach, bez większego wysiłku była niewidzialna dla świata.

Jak duch przesuwała się w kierunku pobliskiej wąskiej uliczki ciągnącej się aż do ulicy Kościuszki. Cel w jakim postać ta tutaj dotarła nie był bliżej sprecyzowany. Właściwie liczył się łut szczęścia. Muszka musiała wpaść w sieć sama. I po niedługim czasie wypatrywania owa muszka rzeczywiście wpadła w sidła eterycznej sylwetki.

W którejś z bram siedział bezdomny. Oparty o ścianę spał mocnym snem będącym wybawieniem od doli codzienności. Z daleka czuło się jego specyficzny smród. Długa siwa broda opadała na brudną, dziurawą koszulę a spodnie przewiązane sznurkiem morusały się w kurzu brukowanej bocznej uliczki. Tlący się blask latarni obnażał oblicze zaorane zmarszczkami umęczonego życiem starca.

Mroczna postać zatrzymała się tuż przed bezdomnym. Wpatrywała się z zaciekawieniem, dokładnie lustrując teraz już pewny cel wizyty tutaj. W ilu już miejscach dokonała tego co zrobi. Ten świat wymagał nieustającego leczenia, łatania pęknięć. Z kieszeni czarnego płaszcza wyłonił się przedmiot przypominający pistolet. Rurka z przodu a rękojeść poklejona plastrami. Broń wykonana została domowym sposobem. Postać wycelowała w tego brudnego, śmierdzącego, przegranego człowieka.

* Może robię źle ulepszając ten świat na siłę, ale wierzę w to co robię – powiedziała szeptem. – Wybacz mi człowieku, wybacz mi Boże.

Pociągnęła za spust. Z lufy wyleciała błyskawica. Niebieski promień trafiający w serce ofiary.

Mężczyzna zawył głośno a jego głos odbijał się echem w niemalowanych cegłach dostojnych kamienic. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno zobaczyłby jedną osobę tarzającą się po ziemi w konwulsjach a drugą mknącą w szybkiej ucieczce.

Kloszard po chwili oszołomienia stanął na równe nogi. Otrzepał zakurzone ubranie.

Przez głowę przelatywały mu obrazy z jego życia, tylko te dobre. To co złe ulatywało w niebo w postaci smolistoczarnych robaczków.

Tabula rasa. Dostał nową szansę. I wiarę.

Pociąg odjechał. Kobieta przyłożyła głowę do szyby. Zasnęła.

Hrobacza Łąka kryptonim jogging

Od dziś na Błoniach Militaria, dlatego przekornie rezygnuję z kiełbaski, piwka, pospolitego spędu i idę poszukać żab… w górach. Do wyprawy przygotowuje mnie wspaniałe opracowanie znanego nam dobrze serwisu beskidmały.pl. Za cel wybieram Hrobaczą Łąkę, której oświetlony ogromny Krzyż Trzeciego Tysiąclecia, kusi za każdym razem w drodze powrotnej z Krakowa:

Hrobacza (Chrobacza Łąka) wysokość szczytu: 828 m n.p.m. Pasmo: Magurki Wilkowickiej. Współrzędne GPS: 49.8227° 19.1647° (źródło niepotwierdzone)

Mam telefon z GPS, ale przecież to moje rewiry. Zatem z butelką wody w ręce, udaję się rankiem ze Złotych Łanów na Straconkę:

Idę w stronę wspomnianej już w zimowym wpisie, odnogi ulicy Księdza Brzózki, z której przedni widok nie tylko na pasma gór, ale i całe Bielsko:

Po wejściu w las, dojście do szlaku rzekłabym ciężkie,  czerwony szlak już lżejszy mimo, że czas dłuży się niemożebnie, czy dlatego, że idę sama? W lesie naprzemiennie sucho lub mokro. Do maryjnego źródła nie idę – zaczyna grzmieć!

Alternatywa – wracać i być złapaną przez burzę lub dojść na szczyt i też skąpać się w burzy? No, ale tam przecież bezpieczne schronisko, wyciągam więc nogi i oto… Okazuje się, że nie tylko widoki z Księdza Brzózki są godne polecenia dla chłopaków z Dalekich Obserwacji, ale i sam szczyt Hrobaczej Łąki. Niestety, na konstrukcję krzyża wchodzić nie wolno. :)

Dla potrzeb wyobrażenia sobie tego widoku zacytujemy, za wspomnianym serwisem, Radosława Trusia – (przewodnik „Beskid May” oficyna Rewasz):

Ze szczytu polany rozciąga się panorama na Jezioro Międzybrodzkie, podnoszący się za nim Żar z widocznym zbiornikiem elektrowni szczytowo-pompowej , Kiczerę, Kocierz i Jaworzynę. W kierunku płd. za doliną Żarnówki Dużej poprzeczny Nowy Świat, za nim cały masyw Czupla – od Suchego Wierchu po Magurkę. W tle za nią Beskid Śląski ze Skrzycznem oraz Klimczokiem i Magurą.

A serwis jeszcze dodaje, że na dalszym planie można podziwiać Królową Beskidów – Babią Górę, masyw Pilska i Romanki oraz Tatry Zachodnie.  Ze szczytu, z kapitalnej platformy, moja strona, strona bielska:

I poniżej schroniska prowadzonego przez księży z Warszawy (sic!), strona międzybrodzka, niestety o tej porze „pod światło”:


W serwisie informowali, że szczyt stanowi bardzo dobry węzeł szlaków turystycznych. Swoje wycieczki można więc zaplanować nie tylko z mojej Straconki, ale i Lipnika, Kóz, Porąbki, Żarnówki i Przełęczy Przegibek. Nadal grzmi, zatem szczęśliwa, że udało się dopaść ten szczyt, wybieram… bieg do Kóz. Okazuje się, że jednak mam farta, do domu wracam suchą stopą, ale i na ulicy Południowej w Kozach, natrafiam na spontaniczny mini Szlak Architektury Drewnianej – chatę z tabliczką „Obiekt Zabytkowy”:

fot. ewolny Beskidy