(Fragment 1)
Tadek stał na niewielkim wzniesieniu z którego rozpościerał się monotonny widok na przestwory pól i falistych pagórków. Długi płaszcz powiewał gdy tylko cykliczne podmuchy porywistego wiatru atakowały go to z jednej to z drugiej strony odsłaniając niebieskie teksasy i trampki na nogach. Wpatrywał się w dziwaczną metalową kulę leżącą na dnie niewielkiego parowu. Mierzyła ona trochę ponad półtora metra średnicy a w jej centralnej części tkwił otwarty właz przez który człowiek mógł się przecisnąć.
Z tyłu podszedł mężczyzna w mundurze kładąc na ramieniu Tadeusza szorstką dłoń.
- Już czas – rzekł generał Wladimir Siusiaj. – Już najwyższy czas panie Tadowski zapakować swoje cztery litery do środka Wehikułu. Nie po to wydaliśmy tyle pieniędzy na szkolenie pana by na koniec się ociągać i tracić cenny czas.
‘Kutasina w mundurze” pomyślał Tadek i ruszył do przodu. Metry dzieliły go od pojazdu który miał zabrać go w nieznane. Metalowa kula mogła się zmienić w jego trumnę jeśli coś nie zadziała jak powinno. To pierwsza taka misja nie licząc psa Jajki który został wysłany w podróż przez wymiary czasoprzestrzeni miesiąc wcześniej.
„Raz kozie śmierć” dodał sobie rezonu w myślach ledwo ukrywając drżenie podekscytowanego ciała. „Mam misję. Przecież to sens mojego życia”.
Wślizgnął się do wnętrza sferoidalnej maszyny.
(Fragment 2)
Ogromny tętniący hałas ustał wreszcie. Pozostała tylko cicha pustka mrocznego wnętrza kuli. Tadek słyszał tylko swój szybki oddech. Zaraz drzwi miały otworzyć się samoczynnie sterowane przez wewnętrzny program. Co czekało go na zewnątrz?
Aż podskoczył gdy właz z sykiem rozwarł się wpuszczając do środka oślepiające promienie słońca. Po chwili do Tadowskiego dotarł szum morza i zapach jodu. Czyżby misja się udała? Wychylił głowę i już wiedział, że tak było. Znajdował się na wyspie Ronaoke w czasie gdy jej wszyscy mieszkańcy zniknęli z dnia na dzień. Jego zadaniem było podpatrzyć z ukrycia co tam się wydarzyło. Nikt nie mógł odkryć jego obecności.
Czarno-biały trampek wychylił się z ciemności luku wyjściowego a za nim podążyły spodnie teksasy. Robiąc krok w nieznane sznurówka prywatnego detektywa zaplątała się w miejscu gdzie otwarte drzwi włazu stykały się z powierzchnią metalowej kuli i przy wyskakiwaniu Tadek wyrżnął z impetem w piasek plaży. Unosząc głowę po chwilowym zamroczeniu i wypluwając piasek podniósł się dumnie wypowiadając wzniośle:
- Oto mały krok człowieka, a wielki ludzkości – a za chwilę dodał. – Niech mnie jeśli nie rozwiążę tej zagadki – Tomek
CDN
Zobacz również:
- CROATOAN, czyli Roanoke – Zaginiona Kolonia











Jeden z tych intrygujących osobników,najwyższy z całej trójcy,o zniszczonej twarzy pooranej bruzdami zmarszczek ,usianej zagonami pryszczy ,zdradzający podobieństwo do wychudzonego pastora,żle odziany ,wwiercał swój przenikliwy wzrok spod srogo nastroszonych,przyprószonych siwizną brwi.Drugi,ten niższy,tęgawy o początkowej łysinie,zdradzający tendencję nadmiernej potliwości,w spodniach w kratkę przytrzymywanych szelkami zachowywał się jak idiota,spoglądając nerwowo na lewo i prawo,grzebał w przypływie paniki w przepastnych kieszeniach swoich portek jakby szukał portfela,którego i tak przecież nigdy nie miał lub scyzoryka ,aby wystrugać sobie gwizdek z jednego badyla spośród tych zarośli ich okalających. Trzeci,z kolei,dżentelmen:średniego wzrostu,elegancko ubrany w błyszczących lakierkach ze srebrnymi klamerkami,włosy starannie ulizane i przyklepane brylantyną,wąsik uczerniony i starannie przycięty ,samą swoją posturą i pogardliwym spojrzeniem wzbudzał bezwzględny szacunek.
Pierwszy oczywiście odezwał się idiota :
A tymczasem…
(Fragment 3)
Nieprzenikniona ciemność. Mrok. Smolista czerń.
Tad leżał w ciasnym lochu uwięziony przez tubylców. Miał wiele czasu na myślenie o nielogiczności sytuacji. W myślach nasuwały się nieustanne pytania, których w swoim życiu zadał już miliardy. „Dlaczego tutaj mają węzełkowe pismo? Dlaczego u licha tutaj chodzą ludzie w spodniach w kratę? Dlaczego mówią w ojczystym języku?” W kącie rozległ się szmer. Czyżby nie był tutaj sam?
- Jest tam kto? – zapytał drżącym głosem.
Ktoś albo coś usłyszało jego głos, bo zamarło bezdźwięcznie. Nie na długo jednak. Tad usłyszał szybkie człapanie w jego kierunku, by po chwili coś mokrego i zimnego dotknęło jego dłoni.
- Wrrr… chrmmm… piii… piii… – odezwało się stworzenie a detektyw już wiedział. Roześmiał się i z ulgą w głosie krzyknął radośnie na rozpoznanego psa Jajkę.
- Ciebie też tutaj wrzucili psino?
- Wrrr… piii… piii – odparł psina chwytając Tada za rękaw płaszcza, który podarł się natychmiast. Materiał, który od kilkudziesięciu lat nie był zdejmowany z jego ciała przypominał podatny na najlżejsze szarpnięcie bandaż mumii.
Udał się za Jajką i wybadał dłońmi wykopany przez mozolnie pracującego zwierzaka tunel, po czym niewiele myśląc wczołgał się w wąski otwór. Podążał za smyrającym go po nosie ogonkiem kundelka a tunel wił się serpentynami głębiej i głębiej. Miast w górę prowadził w dół. Ziemiste podłoże przemieniało się w śliskie i wilgotne błoto, które w pewnym momencie porwało zabiedzone ciało Tadowskiego do przodu jak na zjeżdżalni Aqua Parku, a na koniec wrzuciło w ogromny basen wypełniony chlorowaną wodą. Takiego widoku spodziewaliśmy się od początku. Bańki powietrza jęły wydobywać się z wszystkich dziur płaszcza, który wybrzuszył się jak balon niosąc naszego cudaka ku powierzchni wody.
„Czyż opowieści o mnie muszą być zawsze tak głupie?” znowu zapytał sam siebie.
(Fragment 4)
Wioska zionęła pustką. Drzwi domów skrzypiały popychane wiatrem. Napis CROATON widniał wyryty na palisadzie. Domysły pozostały domysłami. Zanim prywatny detektyw zdążył znaleźć drogę powrotną siecią kanałów było już za późno. W tym czasie przeznaczenie się dokonało.
- Bo wiesz – Tadek zagadnął do stojącego obok Jajki. – Tak naprawdę te wszystkie tajemnice są bardziej fascynujące od prawdy. Po kiego grzyba mamy się dowiedzieć, że tubylcy wynieśli się stąd w poszukiwaniu chleba albo po co lecieć na Marsa?
Wtedy marzenia się spełnią i jak tu smerać po wyżynach wyobraźni?
(Fragment 4) Inwokacja.
Wnętrze kuli.
Tad siedzi wtłoczony w ciasne siedzisko szczelnie i mocno dociskającym jego tors pasie. Na kolanach trzyma Jajkę. Przy ustach trzyma dyktafon. Rozpoczyna się monolog.
- Rosseau napisał, że „Najpiękniejsze jest to czego nie ma”. Starożytni Rzymianie w ustach Swetoniusza mówili z sentymentem o „dawnych czasach”. Zawsze to co kiedyś było idyllicznie piękne. Lepsze od tego co teraz. I tak przez całą historię. A najpiękniejsze jest to czego nie ma. Całe te moje poszukiwania prawdy o życiu, o świecie, o historii na nic się nie zdadzą. Nie ma co burzyć, cofać się bo trzeba remontować
(Fragment przerwany z powodu wkroczenia osoby trzeciej. Kontynuacja stracona)
Epilog
Scena przedstawia Tada siedzącego w kuli. Ciągle przypięty pasami z Jajką na kolanach. Teraz już rozbrzmiewa muzyka z Odysei kosmicznej. Mamy wrażenie, że zmierzamy do końca. Kolejna scena maluje ogrom przestrzeni kosmicznej i Kulę zbliżającą się do Czerwonej Planety. Zmienia się kąt i perspektywa widoku umieszcza pojazd sferyczny z tła gwiazd na tło Marsa.
Następuje najazd na twarz Tada. Zmęczone rysy na tyle na ile mogą gładzą się w uczuciu ulgi. Jest już przecież tak blisko. To wszystko co powiedział ostatnio. Czyżby koniec gonienia zajączka?
Patrzymy na jego twarz i orientujemy się, że zastygła. Lekki uśmiech pozostanie na niej już na zawsze. Oczy są już martwe. Nie dotarł do celu ale w myśl własnej filozofii marzenie pozostało marzeniem na zawsze.
Pojazd pozostaje w kadrze ale oddala się nieustannie w kierunku planety która zdaje się być większa i większa. Gdy staje się już tylko kropką następuje…
Wyciemnienie.
Muzyka ciągle rozbrzmiewa.
Wreszcie i ona się kończy.
Zdjął sfatygowany płaszcz, teksasy i trampki i stojąc nagi przed lustrem poczuł ulgę. Szkoda było mu postaci którą odgrywał przez tyle lat ale takie zrzucenie z siebie tej powłoki przynosiło też niesłychaną ulgę. Każdy ruch w tym filmowym życiu przynosił określone korzyści: wynagrodzenie, sława, popularność, ciekawe życie światowca. Tyle, że teraz musiał odpocząć. Z premedytacją odrzucił zaproponowaną mu niedawno rolę w Indianie Jonesie 5 – W poszukiwaniu straconego czasu, bo też samo życie zastąpi film z lepszym skutkiem.
Ile można udawać, ile można żyć innymi, ile można zdawać się na zachcianki fanów którzy byli tak mało constansowi?
Wiedział, że wróci bo każdy dobry scenarzysta znajdzie sposób na wskrzeszenie Tada ale teraz musi pojechać do swojego mieszkania, napić się soku owocowego, położyć na tapczanie i zasnąć snem sprawiedliwego tak długo jak to możliwe. Rano zostawi wszystko w tyle i nagi (choć nie tak jak teraz przed lustrem lecz w przenośni) pójdzie przed siebie… Już czuł krew w żyłach.
Żył.
No to w drogę, pomyślał Tadzik opuszczając zlot Miłośników Polonezów by udać się na kolejny zlot tym razem do samej stolicy. Wypuścił z wnętrza niepowtarzalny aromat choinki dyndającej przy lusterku otwierając boczną szybę. W radiu DJ Ojciec Dr. nadawał piękne przeboje z moherowej listy przebojów…
- Co za klimat! – powiedział do siebie kołysząc przed kierownicą swym barczystym torsem szurając plecami po koralikach zwieszonych na oparciu.
– Życie jest piękne – dodał przeglądając się w lusterku i puszczając oko do swego odbicia.
Nieodzowny stary prochowiec narzucony jeno na nagie ciało, by nie było mu za gorąco, sprawiał, że wyglądał naprawdę ponętnie (przynajmniej dla swoich leciwych koleżanek). Tylko ten szpecący, zbrązowiały paznokieć tak przydatny do obgryzania, który właśnie złaził psuł wizerunek Tadzia. Poza tą drobną zmianą stary poczciwy Tadzik pozostał starym poczciwym Tadkiem w tym samym kawałku.
- Kurnasz jego blaszka – zaklął paskudnie próbując zmienić bieg w ciągle zepsutej skrzyni biegów. Szklana gałka z samochodzikiem wtopionym w środek rodem z najlepszych czasów PRL ciągle wskakiwała najwyżej na trzeci bieg (oczywiście jak dobrze poszło).
- Kurnasz, jak tak dalej pójdzie nie zdążę na zlot, a tak chciałem zwiedzić ten lewicowy bastion. Poczuć na własnej skórze siedzibę diabła. Jaskinię socjal-liberałów z GW.
Niczym znak z Góry, Stulecie kłamców Łysiaka zleciało z tylnego siedzenia na podłogę.
I to właśnie wtedy na drodze zobaczył tego dziwoląga. Wysoki na dwa metry, chudy jak szczapa, ubrany w chrystuslacie nałożone na bose nogi, wyświechtane długie spodnie z przykrótkimi nogawkami oraz sweter z owczej wełny który z pewnością gryzł niemiłosiernie. Na twarzy jeszcze więcej zmarszczek od Tada a na dodatek posiadał brodę lokatą podwijającą się do przodu jak u rozbójnika Rumcajsa. Stał wystawiając kciuka niczym rasowy autostopowicz.
Polonez zahamował z piskiem opon wprawiając książkę Łysiaka w stan nieważkości. Gdy upadła na podłogę (obok peta ekstramocnych i butelki mamrota) otwierając się na rozdziale: Kłamstwo sportu. Drzwi otwarły się ze zgrzytem wprawiając w powietrzny taniec drobinki rdzy. Paskudna morda autostopowicza wsuneła się do środka.
- Rewolwerowiec jezdem – przyjaźnie zagaił drągal chuchając Tadowi w twarz oparami bimbropodobnymi. – Czy pan jedzież może przed siebie?
- Nie inaczej – wykrzyknął Tadek z radością. Z miejsca zakochał się w tym chłopie czystą miłością międzyludzką a nie tą propagowaną przez GW.
Rewolwerowiec wgramolił się na fotel wnosząc swoją osobą do wnętrza pojazdu atmosferę smrodu niemytych nóg i spoconego karczycha. Na szczęście ubranie przesiąknięte dymem papierochowym zwyciężyło inne aromaty i tym własnie zdobył serducho Tada.
- Szoł musi trwać – zaśpiewał Tad z bananem na twarzy pełen nowych nadziei. – Jesteśmy znowu w grze przyjacielu.
Przekręcił kluczyk. Rozrusznik postękał. Silnik zawył. Rura wydechowa wystrzeliła.
- Życie jest piękne – dobył się radosny okrzyk z uchylonego okna a polonez z piskiem opon ruszył do przodu.
Z pobliskiego familoka dobiegły dźwięki telewizora a z niego melodia Podróży za jeden uśmiech. W końcu to wakacje.
- Co to czytacie panie święty – zagadał Rewolwerowiec sięgając po leżącą na gumowej wycieraczce książkę. Tada aż zamurowało z wrażenia gdy dostrzegł kolekcję zbrązowiałych pazurów gościa. Czymże był ten jeden paznokieć w porównaniu do tych rewolwerowcowych. Każdy inny. Jeden wrośnięty w skórę z przodu, drugi przelamany na pół, trzeci z dziurą w środku, czwarty długi, że aż wykręcony na końcówce, piąty prawie całkowicie zagrzybiony, szósty żółty, siódmy pewnie przytrzaśnięty niedawno bo bordowy, ósmy odłażący, dziewiąty obgryziony do kości, dziesiąty jako taki ale i tak coś w nim było nie tak.
Z uznaniem pokiwał głową oglądając okładkę Stulecia kłamców. Widać dla niego to też biblia była.
- Wśród komunistów jestem oficerem białej gwardii pielgrzymie – wypowiedział doniośle uśmiechając się całym jednym zębem. – No i co panie święty myślicie o wyborach? Znowu nas wycyckali. Ja tam panie nie wierzę w ten system. Jam jest przekonany, że żondzom nami żydo-komuno-masoni panie święty. To spisek panie. To “Ludzie w żółtych płaszczach” władają tym światem z ukrycia. Ja ich znam panie święty. Wisz pan nie mogę się z tym pogodzić bo i stary, nowy portfel a ile teraz kosztuje dentysta? Czy oni nie zajmują się ino duperelami a to co istotne leży w kącie. Patrz pan panie święty oni śmieją się ze mnie, z pana, z nas bo tacy jesteśmy zacietrzewieni, czytamy Łysiaka, głosujemy na Pisiorów ale kto o nas myśli, pamięta dba?
Twarz Tada powoli promieniała a uśmiech stawał się ekstremalnie szeroki. Takiego człowieka szukał na przyjaciela. Mimo nacjonalistyczno skrajnie prawicowych poglądów zastanawiał się czy nie zaręczyć się z miejsca. To byłby czysty związek intelektualny. Pokochał ten umysł.
- Wisz pan panie świnty, Rysio Rewolwerowiec jestem panie świnty. Jadę do stolicy zrobić tam porządek. Odkryłem gdzie znajduje się gniazdo os, jaskinia lwa, siedziba Sekty Mafijnej Małych Ludzi W Żółtych Płaszczach. Oni władają tym wszystkim panie. Tam jest podziemny kompleks w którym jest cały układ sterowania. Dopóki ich nie ujawnimy społeczeństwu, dopóki wszyscy nie dowiedzą się prawdy to będzie jak jest. Mam mapę za pazuchą panie. Tylko ciii…
Twarz Tada zmieszała się nieco. Ale co tam. Może prawdę gada. Warto to zbadać. Toż to będzie przygoda co nie? Prawdziwie łotrzykowska!
Tymczasem nastąpiło coś nieoczekiwanego. Rewolwerowiec wyciągnął zza ucha peta umorusanego miodem usznym i nie pytając Tada o arkana jego poloneza jął szukać zapalniczki przyciskając i szarpiąc wszystko co znalazł na desce rozdzielczej. Wreszcie zanim Tad zdążył wykrzyknąć “Nie to baranie” Rysio pociągnął za dziwną zawleczkę pod schowkiem.
W jednym momencie szyberdach otworzył swoje wrota a siedzisko poszło w tiebia mać ku obłokom. Katapulta zadziałała poprawnie z tym tylko drobniusieńkim niuansem, że mechanizm pneumatyczny wyrzucający spadochron zawiódł na całej lini.
W lusterku wytrzeszczając oczy Tad widział spadającego na asfalt Rewolwerowca.
- Nieeeeeee…. – zawył rozpaczliwie hamując i wysiadając jeszcze w biegu. Biegł i biegł a droga zdawała się nie mieć końca. Gdy wreszcie dotarł do miejsca upadku po Rewolwerowcu pozostała już tylko mokra plama. Nie licząc sztucznego oka.
” CNN- na żywo, czyli C-ebule N-aobiad N-agminnie podają”
Rewolwerowiec tymczasem tylko stracił przytomność. W utracie tej, miast skróconej projekcji życia, wyświetliło mu się spełnienie niespełnionych dotychczas marzeń. Oto on…
Nerwowo wiązał swe POMARAŃCZOWE sznurówki, wiedział, że powinien już wyjść, żeby w Tesco zająć miejsce jak najbliżej stworzonej z SZARYCH, starych kartonów sceny. Tyle lat czekał na taką okazję, darmowy występ w jego zasmogowanym mieście, w jego ulubionym hipermarkecie. Spokój odzyskał gdy już tak stał, nie szkodzi, że sam jak palec, przed ŻÓŁTYM sznurkiem oddzielającym domniemaną widownię od sceny dla pseudoartystów. Nawet ta samotność była mu na brudną rękę – bowiem nikt nie będzie mu przeszkadzał delektować się tym nieoczekiwanym szczęściem. Nie czuł mijających godzin, które oddzielały go od widoku na żywo tak uwielbianego idola – SIEBIE.
Nagle, po dwóch szybko minionych godzinach wbiegł czując miarowe pulsowanie w skroniach, sercu – puls mu niebezpiecznie wzrósł. Na scenę wyszedł on, czyli Ich Dwoje, nie! Troje, znaczy się Pięciu, Sześciu albo Siedmiu już nikt nawet nie zliczy ilu, tak się w swych nieokrzesanych wygibasach dwoił i troił. Wszystkich nieobecnych od razu przyćmił swym wymyślnym strojem – publiczność znaczy ON zaczęła wrzeszczeć jakby sam zmartwychwstały Presley wyszedł na scenę. Zaczął skandować niezgorzej niż rozentuzjazmowany tłum “Kochamy Cię!”
Ubrany w drewniane trzewiki Pipi z podkręcanymi szpicami, gołe nogi z nakolannikami rolkowców, RÓŻOWE stringi z przypiętą z przodu doniczką, z której wił się do samego parkietu bluszcz, i zwisała FIOLETOWA pelargonia, tors szczelnie obwiązany papierem toaletowym z narysowanym komiksem o politykach, rękawice z ćwiekami jak u chłopców-harleyowców z klubu gejowskiego, na paznokciach metrowe tipsy przypominające szpony orła, na oczach specjalnie przygotowane okulary, czyli dwie lunety przymocowane do korony cierniowej, włosy ogolone środkiem tak, że wewnątrz CZERWONEJ czupryny płynęła rzeka łysiny.
Biegł z rozpostartymi ramionami ku publiczności a ta, znaczy ON, szalała, szalała, szalała i… nagle wzniósł się w powietrze przypięty do haka i szybował tak nad głowami, znaczy nad sceną. Leciał, leciał, leciał a CZERWONA peruka spadała, spadała, spadała i odsłaniała się niesamowita niespodzianka – ZIELONE upierzenie RED idola. A on leciał w tych krwisto ZIELONYCH włosach, leciał i gdy już był na końcu hali lina się urwała i wypadłwszy przez szybę okna znikł.
Aplauz! Szaleństwo!
Powoli wracał Rewolwerowcowi oddech – musi jeszcze powalczyć, by pożyć, bo jak długo żył będzie, tak będzie pamiętał to zdarzenie – Międzynarodowy Dzień Trolla przypieczętowany taką radością!
- Podobał mi się ten mój koncert. Szczególnie ten wysadzany ćwiekami język, teraz wiem jak wydobyć dźwięki, które brzmią tak iście metalowo. Zamiast strun głosowych trzeba użyć metalowych gwoździków, dzwoneczków, młoteczków – wystarczy, że pomerda się po onych jęzorem
:P Ech! – tak mrucząc, aż podskoczył, kopiąc w półobrocie jak Chuck Norris kamyk, leżącą tuż przed nim jakąś szklaną kuleczkę.
W ciemnej sali kinowej rozbłysły światła i wszyscy pospiesznie zaczęli rozchodzić się do domów…
Siedzieli przy stole i rozmawiali, żartowali, zaśmiewali się, ale też czasem smutnieli, gdy tematy wjeżdżały na poważniejsze tory. Widać było, że dobrze się tutaj czują w tym miejscu i we własnym towarzystwie. Niestety podczas tej złotej nocy w puszczy wydarzył się pewien mrożący krew w żyłach incydent. Mężczyzna wstał od stołu by dołożyć do ognia, gdy nagle z zewnątrz dobiegł daleki skowyt wilka przyniesiony wraz z łagodnym powiewem wiatru.
Razem podeszli do okna i obserwowali zadrzewioną okolicę oświetloną przez księżyc w pełni i biel śniegu.
- Co to jest? -wskazała jakiś punkt.
- Gdzie? – zapytał usilnie próbując zobaczyć to co ona.
Na ścieżce wiodącej do chatki wyłoniła się jakaś postać. Pokracznie chwiała się wokół swojej osi wystawiając rękę w stronę ich schronienia. Jak porażeni odstąpili od okna patrząc niepewnie na siebie. Drzewa skrzypiały wypełniając śmiertelną ciszę która na chwilę zapanowała.
- Kim on jest? – dopytywał się z nutką przerażenia w głosie. – To przecież twoja puszcza więc pewnie wiesz.
- Tak – potwierdziła otwierając szeroko oczy a z patefonu dobiegły głośne dźwięki potęgującej grozę muzyki TADAAAAAA. – Tutaj niedaleko został pochowany drwal, który zamieszkiwał kiedyś ten dom. Krążą legendy, że co jakiś czas pojawia się tutaj jako…
- O w mordę! – krzyknął. – A cóż on tam tacha za sobą?
Postać drwala była już bardzo blisko. Z mroku wyłoniła się umorusana ziemią i starym, zgniłym igliwiem sylwetka. W dłoniach trzymała jakiś kłębek nici, wełny albo jeszcze coś innego. Gdy drwal znalazł się tuż przy drewnianym domku kobieta i mężczyzna jak oparzeni puścili parapet okna. W drzwi coś uderzyło a z zewnątrz dobył się charczący głos.
- Oooooootwórzcieeeeeehrrrrr chrrrrce tylko założyćhrrrr tutajhrrrr netahrrrr. Ciągnęhrrrr za sobą przez las kabelhrrrrr. W piwnicyhrrrr jest komputerhrrrr.
Mężczyzna popatrzył błagalnie na kobietę z wymalowanym pytaniem w oczach:
- Co my teraz zrobimy?!
Żywy trup drwala nie chciał wchodzić w spółki z innymi i gdy kobieta zapraszała go do środka podstępnie rzygnął kwasem w stronę otwartych drzwi. Krzyknęła z bólu gdyż nie zdążyła się uchylić i kilka kropelek wżarło się w rękę.
Tego Tomciowi było za dużo. Skoczył po siekierę i z uniesioną nad głową podbiegł do truposza zagrzewając się starym indiańskim okrzykiem kamikadze GEEEEERONIMOOOO! Zamachnął się i zaczął rąbać. Zgniłe flaki latały w powietrzu trafiając w kibicującą kobietę.
- Dawaj Tomuś – krzyczała mocując się z duszącymi ją jelitami drwala. – Nie będzie nam konkurencja fikać.
Tymczasem uśmiechnięty Tomcio wskazał leżące na ziemi drgające kawałki trupiego mięska. Ale nagle mina mu zrzedła. Kobieta wskazała palcem za niego.
- O ty w mordę jego buraczaną mać. Stary truposz zareklamował się wśród kolegów i koleżanek. Zwijamy się.
Odwrócił się i zobaczył, że z lasu wyłażą jak plebs z autobusu stojącego przed kopalnią hordy zombie.
Zamknęli drzwi i schowali się w ciemnej piwnicy, do której schodziło się przez właz w podłodze. Siedzieli w ciszy nasłuchując odgłosów z góry. Ich głośne oddechy wypełniały cały świat. Nagle usłyszeli głośne BUM! I odgłos upadających drzwi. Nad ich głowami zadudniły kroki. Klapa się otwarła.
- Już po nas – powiedział ściskając jej dłoń.
W klapie ukazał się Tadzik opatulony gazetami.
- Kto wychlał moje winko. Dodałem do niego dla smaku wywar z grzybków halucynogennych. Teraz będzie mi zimno!
I zszedł do kanału spać razem z współtowarzyszami niedoli.
Orzeźwiający wiatr powiał leżącemu na jezdni człowiekowi w twarz. Tad w jednej chwili oprzytomniał. Jezdnia stała się na jakiś czas jego poduszką. Tak to bywa w życiu, że budzimy się po okropnym dniu i chcemy by wydarzenia z dnia poprzedniego były tylko snem. Powoli jednak uświadamiamy sobie o nieubłagalności losu. Budząc się z koszmarnego snu czujemy ulgę i nawet dziękujemy za koszmar bo teraz doceniamy spokojną pewność dnia. Gdy koszmar dzieje się w realnym świecie i budzimy się a koszmar dalej istnieje wtedy mamy do czynienia z najpaskudniejszym uczuciem jakiego człowiek doświadcza.
Po Ryśku pozostała jednak jeno mokra plama i oko. Zatęsknił za tym, że zombie drwala nie jest realnością.
- Dlaczego? – załkał. – Dlaczego tak to jest, że jak planujemy coś na przyszłość to często w pewnej chwili jest za późno. Marzenia trzeba chwytać i gdy są na wyciągnięcie ręki to chwytać momentalnie. A ludzie na których nam zależy? „Śpiesz się kochać…”. Tak to już jest.
Wstał niechętnie całkowicie załamany. Krok po kroku szedł w stronę samochodu który samohamownie zamarł w miejscu. Ze spuszczoną głową Tad wyglądał na nie tego samego co zawsze. Gdy dotarł do drzwi poloneza przykuła jego uwagę karteczka papieru tańcząca po poboczu smagana powiewami wiatru. Gdy do niej dotarł i złapał w dłonie uświadomił sobie, że to mapa zza pazuchy Ryśka alias Rewolwerowca. Przedstawiała Warszawę z czerwoną strzałką narysowaną w jednym miejscu.
To tam było Podziemie Zła. Mali Ludzie W Żółtych Płaszczach. To tam się kryli. Wiedział o nich trochę bo już kiedyś ich spotkał gdy ze Złotą leciał lotem koszącym niczym Latający Czestmir i uratowali Maszynę z ich łap.
ONI wywodzili się z ludu pierwotnego. To były bestie które chodziły po Ziemi zanim pierwszy człowiek zrobił pierwszy wdech. ONI maczali palce w zniknięciu mieszkańców Ronaoke. Wampiry? Mutanty? Słudzy Karmazynowego Króla? Zawsze bał się rozwiązania tej zagadki. Trzymał się od nich z daleka. Ale teraz coś w nim pękło, strach się przełamał, nie mógł całe życie uciekać przed odpowiedzialnością. Wsiadł do samochodu i ruszył powoli przed siebie, ku stolicy a właściwie do Katakumb ukrytych gdzieś pod kanałami. Chcąc nie chcąc wypełni misję generała Siusiaja.
(…) Podchodził po cichu do mężczyzny w żółtym płaszczu. Wiedział, że najmniejszy nawet szmer zaalarmuje tego potwora w ludzkiej skórze. Po skroni spływała detektywowi kropla potu wielka jak groch. To co przechodził było nieludzkim wysiłkiem bo i wiek nie pozwalał na harmonijne poruszanie się. Wysunął drżącą rękę przed siebie a tkwiący w niej kozik kupiony na targu w Zakopanem z pięknie zdobioną rękojeścią skierował się ostrzem w stronę gardła małego facecika.
Ciach. Błyskawicznie poderżnął mu gardło z którego wytrysnął strumień żółtej krwi. Przeciwnik upadł nie wydając z siebie dźwięku.
Tad szybkimi ruchami przebrał się w ciuchy denata. (…)
(…) Pomieszczenie zionęło mrokiem i ohydnym stęchłym zapachem. Było okrągłe z trzema owalnymi balkonami oplatającymi je po obwodzie. Balkony stanowiące podesty z metalowych kratownic połączone ze sobą drabinami kończyły się gdzieś w mrocznym dole. Tam znajdował się najniższy punkt podziemi. Tam z całą pewnością leżał Mózg Władcy.
Tad nie mógł uwierzyć, że nawet w przebraniu niepostrzeżenie dotarł tak daleko. Był już tak blisko celu ale jak to bywa fart skończył się w jednej chwili. Na poręczy balkonu siedziało coś dziwnego. Przypominało liszkę z mackami jak u ośmiornicy. Detektyw przysunął twarz do tego stworzenia i to był jego największy błąd. Robak za piszczał i skoczył Tadowi na policzek wczepiając się mocno w skórę. Macka trafiła w oko rozbijając je jak jajko. Białko wypłynęło natychmiast z oczodołu.
- Kurrrrrwaaaa – zawył Tad. Ból był przeogromny.
Stworzenie błyskawicznie wpełzło do wnętrza głowy mężczyzny przez pusty już oczodół. W środku zaczął dostawać się w krwiobieg. Pozostało już tylko kilkadziesiąt sekund na podjęcie działania.
Tad zeskoczył w dół przez poręcz. Po chwilowym locie rozpłaszczył się o podłogę. Dobył się dźwięk łamanych kości.
Mózg leżał metr od niego. Paraliż ogarniający ciało jeszcze nie dotarł do ręki Tada w której ciągle tkwił nóż. Ostatnim wysiłkiem podczołgał się do Królego Mózgu i na oślep ciął ostrzem powietrze.
Słyszał kroki biegnących sługusów Króla ale wiedział, że z nimi wygrał. Ostrze trafiło wreszcie w miękką tkankę uzwojenia.
Potężny pisk przeszył świat.
Później już niczego nie było. Hasło wyborcze Kononowicza zostało spełnione.
I takim sposobem wypiliśmy dwa dni temu piwo we dwoje. Lecha free ale zawsze to piwo dla dwojga.