W książce „W sercu Azji”, wydanej w Nowym Jorku w roku 1929, Rerich pisze, że w Ladakhu jest następujący zwyczaj praktykowany przez lamów. W dżdżystą pogodę mnisi udają się na szczyty himalajskie i tam wypuszczają konie papierowe, pomalowane na czerwono. Mają one wyobrażać konie szczęścia. Jest to rytuał buddyjski polegający na ofiarowywaniu koni szczęścia. Wiatr porywając te papierowe koniki unosi je w dal, do mitycznej krainy Szambhali, położonej gdzieś na północy i tylko zorza polarna jest jej odbiciem na niebie.
Nigdzie nie mam miejsca.
Nigdzie nie mam nikogo,
Nigdzie nie mam niczego.
Anguttara nikaja
Z Atting wyszliśmy rankiem, mając nadzieję, że przy żelaznym moście złapiemy ciężarówkę, ale czekając tam dwie godziny, gdy nic nie nadjechało ruszyliśmy dalej, dopóki nie osiągnęliśmy klasztoru w Sani, najstarszego w Zanskarze. Wg tradycji miał go zbudować król Kaniszka z dynastii Kuszanów w II wieku po Chr., a legenda dodaje, że zbudował jeszcze tysiąc innych gomp i to w ciągu jednej nocy. Na dziedzińcu stoi upamiętniająca to zdarzenie stupa, zwana czortenem Kaniszki. W VIII wieku odwiedził to miejsce sławny Padmasambhawa, ten który pierwszy zaniósł płomień wiary buddyjskiej do Tybetu, a ze znamienitych gości należy wymienić także tantrycznego jogina Naropę.
Gdy na weselu ukradł curry, Naropa przeżył wtedy śmierć swego ego, po to by posiąść skarb mahamudry, a Tilopa kazał mu znaleźć dziewczynę, z którą żył w zdrowiu, wierności, szczęściu i miłości, ale guru zażądał tej dziewczyny dla siebie i zbił ją za to, że odwróciła się od niego i uśmiechnęła do Naropy. „Przyjemnością jest ofiarować mudrę jako zapłatę dla guru”, powiedział Naropa. „Jesteś wart wiecznej błogości” odpowiedział guru. Naropa jednak musiał ponieść karę za związek z dziewczyną. Dręczony wyrzutami sumienia tłukł kamieniem swój członek. Potem przechodzi okres pozornego szaleństwa, bawi się, śmieje się, płacze jak dziecko, a później osiada w Pulahari i naucza przez resztę życia.
Wieczorem w restauracji przysiadła się do nas Japonka Aoki, która przebyła samotnie drogę z Keylongu w Lahoul do Padum przez Szingo La, pięciotysięczną przełęcz. Teraz jednak postanowiła znaleźć towarzystwo, ze względu że kończyły się tereny zamieszkane przez ludność buddyjską. Tak więc odtąd podróżowaliśmy we troje.
Opuszczając gospodę, zauważyłem na ladzie brudną i zatłuszczoną książkę pod tytułem „Ladakh das andere Tibet”, napisaną przez niejaką Helgę Hirschfeld. Zaciekawiony, zacząłem przeglądać: dużo fotografii, wprawdzie czarno-białych ale pierwszorzędnej jakości, także dużo szkiców i rysunków a do tego szczegółowe opisy zabytków. Pewnie jakiś treker zgubił, albo przeczeńdżował za kilka działek haszu. Kupiłem ją za 40 rupii, co nie było mało, ale mam tę książkę do dziś i wiele mądrości, którymi się dzielę z czytelnikiem, pochodzi właśnie z niej. Habent sua fata libelli.
W ruinach meczetu Qutab Minar:


Kolumna żelazna (sic!) Qutab Minar – IV wiek n.e.:

Birla Mandir – Laxmi Narayan:

Birla Mandir – wdowa:

Birla Mandir – rodzina:

Pahargańdż:

Minarety:

Meczet piątkowy – Delhi:

Delhi – Firoz Szah Kotla:

Czerwony zamek – Lal Qila:

Pod murami zamku:

Pożegnanie z Czerwonym Fortem…
fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl










moje ulubione zdjęcia, PsiZębie, jak to dobrze, że pojechałeś, zobaczyłeś i zrobiłeś zdjęcia:)
oj, zalogowałam się drugim blogiem, wykrzyknięcie o pięknych zdjęciach PsiZęba jest na pewno gdzieś na zapleczu, uwielbiam te zdjęcia, w dodatku jest tam chyba tak samo gorąco jak u nas teraz.
czerwone konie szczęścia czasem wypuszczam;)
Tak, Psi Ząb jest jedyny i niepowtarzalny, te jego opisy wspomnień wymiatają! A jeśli okraszone są takimi zdjęciami, takim klimatem jak ten?
U nas dziś deszczowa mżawka, w sam raz na puszczanie tych koni, do tej mitycznej krainy szczęścia… pytanie tylko czy liczy się jeśli z Beskidów?
Roerich z białymi podobał mi się bardziej, ale nie wiedziałam czy można skoro mają być czerwone.
Signe; Też uważam, że to dobrze, iż tam pojechałem. Mam co wspominać.
Ew:Kolor wymyślił pewnie Roerich. Nie byłby malarzem. Oczywiście, że liczy się fakt wypuszczania papierowych koni także z Beskidów. Trzeba tylko wierzyć. „Jeśli wierzysz, to i psiząb pomoże”.
To puszczamy… Choćby po jednym malutkim koniku.
Ogromnie podoba mi się biel na tej wdowie. Jakby ta jej jasna żałoba współgra z białymi końmi szczęścia wymyślonymi przez R o e r i c h a (Rerich, Roerich
), wysyłanymi do krainy odbijającej się jeno polarną zorzą.
Czy można zatem powiedzieć, że szczęście jest niestety tak wytrzymałe jak papier i tak ulotne, i ciężkie do zdobycia jak zorza polarna?
Masz rację Ew. Szczęście ma wytrzymałość papieru i ulotność zorzy polarnej.
Ale…
Nigdzie nie mam miejsca.
Nigdzie nie mam nikogo,
Nigdzie nie mam niczego.
Anguttara nikaja
Czyli szczęścia też. OK.
Dlaczego zatem ta żelazna kolumna wbrew wszelkim prawom trwa i trwa? Kolumna, która mimo tego, że pochodzi z IV wieku n.e. i jest żelazna nie nosi ani śladu rdzy (kosmici maczali w tym palce?).
Chyba jednak są wyjątki odbiegające od reguły vide szczęście. Tylko gdzie?
Brakuje mi zdjęcia Tadż Mahal – symbolu Indii zbudowanego z miłości do zmarłej żony:
- „Zatrzymujemy się natomiast przy Tadż Mahal, indyjskim mauzoleum wzniesionym przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów. On to właśnie na pamiątkę przedwcześnie zmarłej, ukochanej żony Mumtaz Mahal, przy pomocy 20 tysięcy osób, z materiału sprowadzanego z odległości 350 km, wzniósł budowlę, ktora obecnie jest przykładem szczytowych osiągnięć architektonicznych Indii. Stąd słusznie wpisana na listę siedmiu nowych cudów świata. Na uwagę zasługuje sam bogato zdobiony grobowiec, którego marmurowe powierzchnie pokryte są tysiącem kamieni szlachetnych, półszlachetnych i dekoracją kaligraficzną z czarnego marmuru. Ot, po prostu m i ł o ś ć”
http://ecodzien.pl/2009/08/02/swiat-w-pigulce-czyli-kilka-subiektywnych-kadrow-z-inwaldu-cz1/
Czym większa bieda, tym bogatsza kultura. Ale tłuczenie członka mi się nie podoba.
fajny blog zgadzam się z powyższm zdaniem
Dlaczego kolumna żelazna trwa? To jest tajemnica Hindusów.
Wspominasz Ew o Tadż Mahal i że to jest jeden z 7 cudów świata. Oczywiście masz rację.
Muszę jednak zauważyć, że to nie jest indyjski cud świata, gdyż architektura indyjska nie zna łuku ani sklepienia. Szahdżahan Wspaniały brał wzór z Iranu, a skąd brał wzór Iran? Oczywiście z Konstantynopola, z Kościoła Mądrości Bożej, czyli z Hagia Zofii lub Haja Zofii. Jaki mały jest ten świat?
Maleńki, że aż trzeba szukać poza nim nowych miejsc. Powiadasz słodka tajemnica Hindusów? Ile jeszcze takich tajemnic?
I my się dziwimy, że bez zbędnych kompleksów, ten biedny kraj podbija kosmos obok wielkich światowych potęg? W październiku 2008 wystrzelił swą pierwszą kosmiczną rakietę:
http://www.se.pl/wydarzenia/swiat/hindusi-leca-na-ksiezyc_76046.html
A równo rok temu, szef Indyjskiej Organizacji Badań Kosmicznych Madhavan Nair informował, że Indie zamierzają wysłać człowieka w kosmos, i to już w 2015 roku.
Przy okazji za newsweekiem taka ciekawostka. Otóż Amerykanie mają astronautów, Rosjanie kosmonautów, Chińczycy chwalą się taikonautami a Indie?:
- „Hindusi w kosmosie będą się nazywać najprawdopodobniej vyomanautami. Ta dość trudna do wymówienia nazwa pochodzi z sanskrytu, w którym „vyoma” oznacza niebo lub kosmos. Inne rozważane określenie indyjskiego podróżnika kosmicznego brzmiałoby gaganauta („gagan” w sanskrycie to również określenie nieba)”
Los książki zależy od pojętności czytelnika:jakież to lekkie;jak ten czas zatrzymany w obiektywie,ten czas,który zna swój rytm i jest okrutnie zdyscyplinowany…fajniacka wycieczka ,a ta kolumna ze stali? mam ją na oku od wielu lat,to jest podejrzane,że w takiej wilgoci przez szesnaście wieków To To jeszcze nie przerdzewiało na wylot,normalnie durnota jakaś nienaukowa !!!
Ach Ew, zadziwiasz mnie swoją wiedzą.
Wystarczy żyć i być ciekawym świata, umieć zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi. Nie gnuśnieć w letargu jak zombi. No i oczywiście… mieć przyjaciół podnoszących wysoko poprzeczkę, bo to wydłużanie dystansu dla zastanego kręgosłupa, by jej dosięgnąć.
Cieszę się, że się znamy.
Też się cieszę Ew, że się znamy.