Pociąg wtoczył się na peron pierwszy Dworca Głównego w Katowicach. Powolne tempo jazdy spowodowane szkodami górniczymi sprawiało, że miarowe tuk tuk, tuk tuk towarzyszące pasażerom aż do zatrzymania składu, przy akompaniamencie wściekłego pisku kół, wprawiło wszystkich w senność podpartą znużeniem.
Kobieta siedząca na jednym z niewygodnych plastikowych siedzisk nie kryła, że zmęczyła ją ta jazda wzdychając głośno a gdy tylko wagon zatrzymał się w miejscu wstała szybko przeciągając cierpiące, zastygłe w jednej pozycji ciało. Chwyciła za plecak i wyskoczyła na zewnątrz. Otoczenie spowił już mrok nadchodzącej letniej nocy a sączące się z reflektorów żółte światło nie oświetlało dostatecznie strefy peronu pierwszego. Był to duszny, gorący lipcowy dzień a noc zapowiadała się nawet o ciutkę nie mniej ciepła.
Spojrzała na tablicę odjazdów i obliczając w myślach czas doszła do wniosku, że następny pociąg do którego miała się przesiąść, odjeżdża za 45 minut. „Mało czasu” pomyślała marszcząc brwi. „Trzeba działać szybko”.
Na oko miała około czterdziestu pięciu lat, ale ktoś kto na nią patrzył musiał dojść do wniosku, że nieźle się trzyma. Była szczupła, energiczna i pewna siebie. Z taką też pewnością ruszyła przed siebie po schodach w dół do dworcowego pasażu. Skierowała się tam gdzie było wejście od strony Placu Andrzeja. To niewielki plac na tyłach Dworca Głównego, z którego często odjeżdżają autokary biur podróży. Tuż przed schodami prowadzącymi do wyjścia umiejscowiony jest zionący pustką zaułek, w który aż strach wchodzić. Ona właśnie tam skierowała swe kroki.
Znalazła najdalszy kąt gdzie pewnie nikt się nie zapuści o tej porze. Rozejrzała się i wiedząc, że jest tutaj sama, zrzuciła na podłogę plecak i zaczęła w nim gmerać.
Plac Andrzeja od zawsze gdy przychodziła noc tonął w gęstych ciemnościach. Latarnie oraz hol wejściowy dostarczały znikome światło w niczym nie ułatwiające życia pieszym, którzy mieli tutaj coś do załatwienia. W tej dominacji mrocznych barw wychwycenie ruchu postaci, która tam się czaiła, graniczyło z niemożliwością. A ktoś tam z całą pewnością był. Ubrany w czarny długi płaszcz i kapelusz naciągnięty mocno na głowę. Postawiony kołnierz tworzył ostateczną barierę w rozpoznaniu twarzy tego dziwnego człowieka. Ale tego dnia teren świecił pustkami więc tajemnicza postać dosyć swobodnie i zręcznie chowająca się ciemnościach, bez większego wysiłku była niewidzialna dla świata.
Jak duch przesuwała się w kierunku pobliskiej wąskiej uliczki ciągnącej się aż do ulicy Kościuszki. Cel w jakim postać ta tutaj dotarła nie był bliżej sprecyzowany. Właściwie liczył się łut szczęścia. Muszka musiała wpaść w sieć sama. I po niedługim czasie wypatrywania owa muszka rzeczywiście wpadła w sidła eterycznej sylwetki.
W którejś z bram siedział bezdomny. Oparty o ścianę spał mocnym snem będącym wybawieniem od doli codzienności. Z daleka czuło się jego specyficzny smród. Długa siwa broda opadała na brudną, dziurawą koszulę a spodnie przewiązane sznurkiem morusały się w kurzu brukowanej bocznej uliczki. Tlący się blask latarni obnażał oblicze zaorane zmarszczkami umęczonego życiem starca.
Mroczna postać zatrzymała się tuż przed bezdomnym. Wpatrywała się z zaciekawieniem, dokładnie lustrując teraz już pewny cel wizyty tutaj. W ilu już miejscach dokonała tego co zrobi. Ten świat wymagał nieustającego leczenia, łatania pęknięć. Z kieszeni czarnego płaszcza wyłonił się przedmiot przypominający pistolet. Rurka z przodu a rękojeść poklejona plastrami. Broń wykonana została domowym sposobem. Postać wycelowała w tego brudnego, śmierdzącego, przegranego człowieka.
* Może robię źle ulepszając ten świat na siłę, ale wierzę w to co robię – powiedziała szeptem. – Wybacz mi człowieku, wybacz mi Boże.
Pociągnęła za spust. Z lufy wyleciała błyskawica. Niebieski promień trafiający w serce ofiary.
Mężczyzna zawył głośno a jego głos odbijał się echem w niemalowanych cegłach dostojnych kamienic. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno zobaczyłby jedną osobę tarzającą się po ziemi w konwulsjach a drugą mknącą w szybkiej ucieczce.
Kloszard po chwili oszołomienia stanął na równe nogi. Otrzepał zakurzone ubranie.
Przez głowę przelatywały mu obrazy z jego życia, tylko te dobre. To co złe ulatywało w niebo w postaci smolistoczarnych robaczków.
Tabula rasa. Dostał nową szansę. I wiarę.
Pociąg odjechał. Kobieta przyłożyła głowę do szyby. Zasnęła.










Nie trzeba rewolwerem, wystarczy ścierką…
Starał się obrócić na drugi bok, jęknął gdy ból jak dźgnięcie ostrego noża przeszył go wzdłuż kręgosłupa. Zacisnął mocno zęby i podparł się mocniej łokciem jak na lewarku, by wspiąć się ciut wyżej. Zwinął w pół poduszkę i ciężko opadł na wezgłowie. Czuł, że życie się z niego wysącza – wietrzeje jak bąbelki z szampana ulatujące wysoko w nicość. A miało być tak pięknie. Teraz nawet nie miał sił pomyśleć w czym zawinił, gdzie popełnił błąd. Stało się. Nieodwracalna mała drobina toczy się ze szczytu góry zbierając po drodze masę, tworząc lawinę, której nie sposób zatrzymać. Teraz tylko można przymknąć oczy i czekać na efekt końcowy. Pierś ciężko podnosiła się i opadała wdychając nieświeże, duszne powietrze pełne starego dymu tanich papierosów. Pokój od miesięcy nie był wietrzony, a ściągnięte zasłony nie dopuszczały tak pożądanego blasku słońca, które i tak miało utrudniony dostęp przez brudne od deszczy szyby w oknach. Tylko przez szparę w niedociągniętej firanie przedzierał się złoty promień jak od Boga, a w nim miliony tańczących drobinek kurzu, mieszało się, tańczyło, wirowało, odbijało od siebie uciekając jak atomy lub ludzie…
Przymknął oczy. Czas stanął w miejscu. Czekał. Czuł całym sobą, że stało się, dzieje się coś złego na co nie ma wpływu… Daj wreszcie jakiś znak, że żyjesz, że żyję…
Zanim do tego doszło czuł, że musi dokonać pewnego rachunku, przyciszyć wszelkie dźwięki przeszłości. Tak naprawdę wiedział o nadejściu tej chwili od dawna, od początku. To, co kiedyś było zabawą teraz bolało niemiłosiernie. Kiedyś potrafił wytrzymać wszystko, bo to, co robił było zabawą a przynajmniej tak myślał, tak zakładał. Teraz nagle byle słowo bolało jak diabli. Czyżby taki był koniec podobnych do niego. Pokuta? Jego ciosy zmieniły się w rykoszety wracające z powrotem wprost w jego serce. Zabawa nigdy nie była zabawą i zdał sobie sprawę, że w głębi tego nie chciał. Spalił za sobą mosty, zlikwidował wszystkie konta, aby powrót nie był możliwy, ale coś nie dawało mu spokoju. Ona. Wryta w pamięć. Ona. Im bardziej chciał ją wyrzucić z siebie, im bardziej chciał zbagatelizować, pomniejszyć pomost pomiędzy nim a nią tym większy czuł ból. „Nieeeee!” krzyczały zmysły. To na nią tak długo czekał i znowu chciał przeciąć żywy organizm, jaki z nią tworzył a jaki przecinał już kiedyś z kimś innym. Tamten ból był jeszcze w pamięci kolejnego już nie zniósłby, mimo, że tamten związek był zupełnie innym związkiem, namacalnym a ten tkwił w myślach. Wreszcie postanowił. Ten jeden most oszczędzi. Do zbyt drogiego celu prowadzi. Niemal niewidoczny uśmiech zagościł na cierpiącej twarzy. Poczuł ulgę. Oczy utkwiły w tych przepięknie tańczących drobinkach kurzu. Jakże one pięknie tańczyły.
Przestała czekać. Wyblakłą od starości ścierką zaczęła powoli polerować szklanki na piwo. Czasami dmuchnęła weń ciepłym oddechem, by blask skrzył się jeszcze bardziej. Powoli i z namaszczeniem układała szklanki na drewnianej, sczerniałej od starości półce. Czasem obróciła jakąś by logo firmy było bardziej widoczne. Czas sennie upływał. Gdzieś na świecie grała wielka orkiestra, gdzie indziej ludzie spali pogrążeni w głębokiej nocy. Nie będzie nikogo budzić. Z tym postanowieniem zamaszyście strzepnęła pył z kontuaru w saloonie, aż drobinki kurzu z wściekłością zatańczyły zbójnickiego. Nie będzie a powinna. Chciałaby się dowiedzieć jaki on ma w tym udział, za co jej dziękuje. Do tego te irracjonalne wyrzuty sumienia. Zaczęła się bać, czuła lęk, którego nie mogła umiejscowić, nazwać po imieniu. Wiedziała tylko jedno, że boi się siebie…
A prawda wisiała w powietrzu. Niematerialna, nienamacalna, ukryta w labiryntach ludzkich uczuć. To nie kalkulacja i zdrowy rozsądek rządziły. To dusze rozpoznawały swoje podobieństwo. To dusze pasowały do siebie jak dwa jedynie do siebie pasujące elementy układanki. Ludzie mogli siebie nie zauważać, unikać siebie, ale bieguny dusz tworzyły pole przyciągania nawet samych tylko myśli.
– O kurwa jego skurwysyńska mać! – wrzasnęła nagle gdy spod kontuaru po wytartych od setki tysięcy kroków kafelkach, wyczłapał wielki jak męski członek karaluch. W centymetrach nawet był porównywalny do niejednego chwalącego się swym sprzętem pana.
- O kurwa jego suka mać! – powtórzyła jeszcze raz dobitnie, rzucając przy tym w desperacji weń szklanką. Rozbryzgnęły się okruchy szkła niczym krew na ścianach, po sprzętach, we wszystkich kątach i zakamarkach saloonu – nie znajdziesz tu dwóch pasujących do siebie szkiełek… Miało być czysto, bez tego brudu zebranego z całego świata, a ten jeden mały gówniany robal przypomniał, że jednak jest syf na tym świecie i tylko jego można się po nim spodziewać.
Wzięła torebkę i odwróciła się szybko na pięcie. Po czym czubkiem swego sznurowanego, wysokiego buta kopnęła sążniście w drzwi, i zwinnie wślizgnęła się w powstały tak otwór, by zanim skrzydła wahadłowych wrót zawrą się za nią bezpowrotnie – godnie wyjść.
Witam! Kręcę właśnie z kolegami western i zaciekawiła nas ta historia. Widzę jednak pewne nieścisłości:
1 Drzwiami saloonu nie można tak sobie „dupnąć” bo są wahadłowe
2 Gdy już „dupła” to nie mogła wyjść bo już to zrobiła a gdy „dupła” to już była na zewnątrz.
Prosimy o skorygowanie nielogiczności i wtedy poprosimy o zgodę na ekranizację.
Dziękujemy.
Sergio, widzę, że kręcisz, ale nie western a coś. Nielogiczności nie da się skorygować tam gdzie ich nie ma.
Po głębokim namyśle… Nie zgadzam się, że drzwiami od saloonu nie można dupnąć. Skoro drzwi są dwuskrzydłowe, za jednym dupnięciem uzyskujemy dupnięcie prawe i lewe, czyli podwójne – Wash and go. Z kolei zamontowany wahacz sprawia, że to pojedyncze dupnięcie jest samopowtarzalne, w dodatku mnożne przez dwa – CKM, RKM, UKM i co tam jeszcze maszynowego. Z tego jasno wynika, że właśnie saloony są stworzone do spektakularnego dupania drzwiami – małym kosztem skondensowana siła robiącego wrażenie, rażącego efektu.
Ew! Jesteś bezkonkurencyjna. Tak trzymac!
Nie miałem pojęcia, że to jest na Eco
Ciekawiło mnie czy Psi ząb będzie kojarzył zaułek dworcowy. Właściwie chodzi o korytarz tuż przed WC i schodami prowadzącymi na Plac Andrzeja. Jakoś przeraża panująca tam pustka i obskurność.
Z mrokiem Placu Andrzeja troszkę przesadziłem ale to dla oprawy choć ciemno tam jest.