Jeśli MADE IN POLAND! to brak dworców w królewskich miastach i nieme siedzenie godzinami w polu, na rzyci, w trakcie drogiej, dwustuzłotowej podróży. 23.5 godziny jazdy, w momencie kiedy wydawało się, że planowane 15 to już nazbyt dużo. Nieoczekiwanie wysiada pasek od klimy i z sugerowanego małego, półgodzinnego postoju na wymianę tegoż, robią się duże dwie. Stoimy w Legnicy od 22.30, naprzemiennie dogadując kierowcom lub prosząc o nowy autokar, wydzwaniając do ich szefostwa i… dostając coraz większej głupawki. Rozrzut wiekowy pasażerów: od dziecka w pieluszkach ze smoczkiem, po 90 letnią babcię mającą zapewne złotą kartę seniora, która jak nic była kiedyś brunatna. Nikt w trakcie i po fakcie nie zbiera podpisów – bo my Polacy to harcerze, ułani – potrafimy biwakować pod gołym niebem. Twarda szkoła przetrwania to jest to, co lubimy najbardziej, co nas hartuje i wzmacnia.
W końcu dotychczas słowni pomagierzy biorą jednak sprawy w swoje ręce dosłownie, i przy wtórach salw śmiechu, w końcu dopasowują z sobą, ręcznie zakładając, aż trzy już pozdejmowane paski. Ruszamy. Opóźnienie w podróży raptem 3 godzinki, ale co tam… najważniejsze, że się jedzie. Starsze panie zapominają o obiecanych skargach i o tym, że do autobusu naprawianego wręcz damskimi rajstopami nie wsiądą. Niestety po 15-20 minutach jazdy, autokar spokojnie parkuje w zatoczce przy małym lasku i już wiemy – nim koniec podróży. Po 4 godzinach oczekiwania, biegając na gorącą herbatę do motelu prowadzonego przez zmęczoną życiem Ukrainkę, o 6 rano podjeżdża nowy autokar, i wznawiamy przerwaną podróż. Opóźnienie w niej aż 7 godzin, ale co tam… najważniejsze, że jedziemy.
Nauczyliśmy się, my Polacy, żyć od pokoleń w narzekaniu, ale i w radzeniu sobie pomimo. „Polak potrafi”, bo musi, ale przy okazji niestety wcale się nie szanuje – potulnie głowa w dół i „trudno, stało się, inni mają gorzej”. Chcę usłyszeć, że w Ameryce od razu sąd, odszkodowanie lub chociaż zwrot kosztów podróży. A my nie. XXI wiek i nieoczekiwanie ktoś nam serwuje w szczerym polu 7 nocnych godzin, za nasze niemałe przecież pieniądze (200 zł!), a dzieciątko w pieluszkach o dziwo grzeczne, gebelsowska babcia o dziwo nie schodzi z tego padołu, a nam dojrzałym, w sile wieku humory-hormony dopisują tak, że to aż niestosowne do okoliczności.
Nowy autokar dający ochoczo z kopyta delikatnie zwalnia, otwieram oko, by w ostatniej chwili dostrzec - minęliśmy granicę. Dziwnie przejeżdża się bez zatrzymywania, bez kontroli, kiedy nawet DO jest niepotrzebny. Ba, nikt nie stoi, nie patrzy - nie ma granic.
Jadąc przez Niemcy uderza brak widoku na poboczach krzyży, nagrobków, zniczy i klepsydr. Niemądry to polski zwyczaj, którego nie znoszę, nie lubię, nie cierpię. Nienawidzę tego nowego celebrowania miejsca nieoczekiwanej śmierci. Jeżeli iść nadal w tym oto kierunku, to nasze miasta zamienią się w cmentarze zlewając z sobą w jedną, spójną „nekropolską” całość. U Niemców tego nie ma, być może dlatego, że są tam naprawdę doskonałe drogi. Autostrady z tych, że jak się w nie wpadnie, to można przebudzić się na końcu Europy. I tak się dzieje, nawet nie wiem kiedy, wjeżdżamy do Berlina:

A ten dziwny jest, masa betonu i ulubionego graffiti, na kształt którego nawet tworzone są wielkie reklamy wymalowane na ślepych ścianach budynków. Generalnie nie wiem dlaczego, kojarzy mi się jednak z NRD. I jeszcze tylko masa, ale to masa elektrowni wiatrowych po drodze, czy dlatego, że zamykają inne? Jak na przykład tę elektrownię atomową, w Bassenfleth nad Elbą…


Bassenfleth nad Elbą
Przepastne, zlotoslane choć oko wykol pola, schludne gospodarstwa, porządne stada pasących się krów, koni i JUŻ! Po 22 godzinach Hamburg! I wszystko jasne:

Widok z St. Michael

Port

Czerwona brama ![]()
Myślicie, że to koniec podróży? Przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Teraz samochód, i tak gdzieś po godzinie pogawędki telefon „Gdzie jesteście??? Aaa… to już blisko, jeszcze TYLKO pół godzinki, więc mogę zacząć obierać ziemniaki”(sic!)

Cudne 23.5 godziny nie zabija, stawiam stopę na niemieckim Stade! I wszystko na ten temat. A po lekkim obiedzie następne półtorej godziny spędzam na? ZAJEBISTYM basenie. Kompleks gdzie nie tylko wielość przeróżnych, różnorodnych zbiorników z wodą, w których solanka, ale i podwodne bicze, masaże na zmęczony podróżą kręgosłup, kabina z brzozową ścianą i inhalacjami a´la grota solna, zjeżdżalnia i pływanie, pływanie, pływanie oraz… myślaki.


Stade Starówka

Stade rz. Schwinge
Pierwsze wrażenie – przykro mówić, ale Niemki są okropne. Nawet młode dziewczyny są zaniedbane, wręcz nieprawdopodobnie „zapuszczone”. Być może dlatego, że są absolutnie, ale to absolutnie bez względu na wiek, BEZ ŻADNYCH kompleksów! Ich bezpruderyjna nagość i pewność siebie powalała. Drugie wrażenie – Niemcy mają nieprawdopodobnie miły w odbiorze styl. Takie same eleganckie domy z czystej, cudnie czerwonej cegły, w których śliczne są nie tylko firanki i okna, ale ich przestronność, funkcjonalność, pięknie urządzone wnętrza, zadbane ogrody, zagospodarowane tarasy a dookoła wszędzie czysta zieleń i woda, zamknięta w przemyślne kanały, sadzawki, fontanny – ew
fot. ewolny Niemcy










Nad Elbą? Pewnie to ta sama rzeka, do której wbijał pale graniczne Bolesław Chrobry, tylko ona wtedy nazywała się Łaba. Przeczytałem jednym tchem i czekam na więcej.
Już kiedyś to pisałam. W liceum należałam do kółka teatralnego, mieliśmy warsztaty nie tylko w naszym teatrze, ale i wyjeżdżaliśmy nasiąknąć krakowskimi np. STU.
I jedna z aktorek powiedziała słowa, które w różnych sytuacjach towarzyszą mi przez całe życie. Otóż chodzi o to, by znaleźć wśród widowni jedną parę zainteresowanych oczu, skupić jej uwagę i zwracać się do niej. Dopóki te oczy są żywe, jest szansa na koniec na aplauz. Ziew to zlew, zerkanie w tel i dłubanie w nosie. Klapa.
Chyba jesteś tą parą oczu, która mi daje nadzieję, że to co robię na ecodniu ma sens. Mam więcej w życiu kłopotów i problemów niż małpa włosów na głowie. I jestem z tym sama. Kobieta nieszczęśliwa? Nie. Trzeba znaleźć sobie batut, którym odbija się człowiek ponad to wszystko chociaż na chwilę. Wyprawy i zmęczenie fizyczne, zatchnięcie światem, jego pięknem, pięknem człowieka i tym co po sobie zostawia. Rozwój intelektualny, samokształcenie fotograficzne, informatyczne, ogólne etc…
Nie dorównam Ci w globtroterce – raz byłam we Włoszech i raz w Niemczech. Oczywiście jeszcze wrócę do tych wspomnień, chociaż nie dorównam Ci swadą opowieści.
Dziękuję, że jesteś.
Zdjecie7:
PIEKNA I BESTIA,DIABEL I ANIOL, NIE KLEKA PRZED NIKIM!
Ludzie mający zdrowe podejście do niezdrowego życia.
Johnny Deep, mój faworyt jeśli chodzi o ekran jak i życie poza ekranem, został poproszony przez Keitha Richardsa z Rolling Stones by… r o z c h o d z i ł mu buty! Deep chętnie się zgodził, ponieważ po pierwsze, jest zagorzałym wielbicielem gitarzysty i na jego osobie był oparł onegdaj kreowanie postaci Jacka Sparrowa w „Piratach z Karaibów”, po drugie rozumie Keitha miłość do znoszonych rzeczy, bo sam nie lubi zbyt nowych.
Kiedyś to młodsi nosili starszym teczki a teraz? Znaszają buty. Dlaczego o tym piszę? Kleknąć a klęknąć czyni ogromną różnicę.
„Kleknąć a klęknąć czyni ogromną różnicę.”
Pieknie powiedziane
Linki trzy, które mogły umknąć podczas czytania wpisu:
http://ecodzien.pl/2009/12/11/elektrownia-atomowa-w-bassenfleth-nad-elba/
http://ecodzien.pl/2009/12/07/hamburg-i-wszystko-jasne/
http://ecodzien.pl/2009/12/10/stade-i-wszystko-na-ten-temat/
A ja wstaję z klęczek – muszę odpocząć od komputera chociaż kilka godzin, bo wygląda na to, że urlop spędzam właśnie przed nim. Nomen omen pod Niemiaszkowem piszę, że jedziemy dziś poszukać niemieckich śladów w… Oświęcimiu:
http://ecodzien.pl/2010/07/28/auschwitz-birkenau-oboz-zaglady/
Ew
Moja babcia byla Niemka i zostala po wojnie we Wroclawiu,inni wyjechali Ona nie.Czula sie Wroclawianka a potam Polka.Bardzo kochala Polakow, miala legitymacje koloru teczy
ale to dluga historia.
Dla mnie Oswiecim to: Bez czasowy pomnik cierpienia, dla wszystkich.
JJ,intrygująca historia z twoją babcią,ja tam spędziłem w tym Wrocławiu kilka lat i słyszałem o nielicznej mniejszości polskiej w Breslau… i co to była ta tęczowa legitymacja ? Nie daj się długo prosić i opowiedz.Dobrowolnie tam pozostała czy z musu a może z miłości ? Ja poznałem kiedyś na wakacjach pewną parę Kanadyjczyków polskiego pochodzenia z Toronto;państwa Barlożewskich i oni mi opowiedzieli bardzo ciekawą ,prawdziwą historię dotyczącą ich losów .Otóż słysząc moją rodzinę mówiącą raz po polsku a raz po francusku ,podeszli do nas zainteresowani i tak zaczęła się nasza wakacyjna przyjazń,pan Barlożewski obwieścił nam ,że oni są obywatelemi Francji ,lecz……że nie znają w ogóle francuskiego poza kilkoma słowami.Otóż podczas zawieruchy w okresie drugiej wojny światowej ,jego ojciec-monsieur Barloge (wym:barloż),Francuz z krwi i kości zakochuje się w polskiej dziewczynie,po wojnie decydują się pobrać i zamieszkać w Polsce.Polski rząd komunistyczny stawia Francuzowi ultimatum:albo zostaje w Polsce z rodziną,albo wyjeżdża sam do Francji,dwójka dzieci z tego związku była już na świecie i monsieur Barloge,zmuszony jest oddać swoje francuskie dokumenty poskim władzom komunistycznym,te w zamian wydają mu nowiuteńkie papiery ze spolszczonym nazwiskiem;Barlożewski i ten mężczyzna nauczył się polskiego do tego stopnia że nawet jego dzieci nie zdawały sobie sprawy,że w ich żyłach płynie francuska krew,w domu też zbytnio o tym nie rozmawiano pewnie z obawy przed konsekwencjami.Po śmierci ojca w latach 80-tych dopiero, dzieci rozpoczęły starania o przywrócenie odebranego obywatelstwa i to obywatelstwo po wielu trudnościach i latach zostało przywrócone trojgu dzieci potomków monsieur Barloge.Historia dla mnie sensacyjna,ale jest znakiem tamtych ponurych czasów,oby już nigdy takie absurdy się nie powtarzały.
MonsieurLaPadite
To bardzo przykra i wesola historia(tak jak to bywa w zyciu),moze kiedys o niej napisze.Wiem jedno,

ze po tej okrutnej wojnie, zostaly we Wroclawiu cztery samotne, przepelnione lekiem, ale dzielne kobiety.Prababcia, moja babcia, moja mama i moja ciocia.Prawie wszyscy mezczyzni, od strony mamy na tej okrutnej wojnie zgineli.Ja mam dwa obywatelstwa, ale czy myslicie ze ma to dla mnie jakiekolwiek znaczenie jaki mondor,KIEDY ZGINAL, nosil moj dziadek.Nigdy nie bylem w wojsku i moj syn rownierz w nim nie byl.
Moze dlatego wylandowalem w Berlinie.
A z ta legitymacja, to byla taka smieszna historia,babcia pracowala w aptece i miala taka swoja legitymacje.
Jako dziecko uwielbialem rysowac,i kiedys wrysowalem babci w ta legitymacje kwiatki, w kolorze teczy.:)Myslalem ze oberwe, ale babcia mnie pochwalila.
Pozdrawiam was serdecznie
JJ;interesująca historia,nadaje się na ciekawy scenariusz filmowy,tutaj po tym blogu lata jakiś łowca scenariuszy ,może ew cię z nim skontaktuje,warto byłoby taką historię rozpowszechnić,zgadzam się,że ofiarami nazizmu byli również Niemcy.Być może chodziłem do apteki twojej babci,mieszkałem dwa lata na osiedlu Fabryczna i trzy lata na Placu Grunwaldzkim w Dwudziestolatce Pozdrawiam.