Monthly Archives: Sierpień 2010

St. Michaelis – Hamburg

Bo „Kościół św. Michała jest najważniejszym i najpiękniejszym kościołem barokowym w północnych Niemczech. Jest przy tym główną świątynią protestancką Niemiec obok drezdeńskiego kościoła Najświętszej Maryi Panny”.

Kościół St. Michaelis, najbardziej znany spośród pięciu głównych kościołów Hamburga, powoduje, że przed jego majestatem zwyczajnie klękasz i to od progu.

Bo „Nad głównym portalem umiejscowiony jest wielki, brązowy posąg patrona świątyni, Archanioła Michała, przedstawiający jego zwycięstwo nad diabłem”.  Respekt?

Bo wreszcie „Jego wysoka wieża, zakończona smukłą, miedzianą kopułą, zwana pieszczotliwie „Michel“, postrzegana od stuleci przez przybywających od strony morza jako pierwszy, rozpoznawalny symbol miasta”.


„Tak jest do dzisiaj, gdyż jego wieża wraz z pięcioma innymi wysokimi wieżami (wieże pięciu głównych kościołów oraz wieża ratuszowa) dominuje, niczym korona, nad zabudową centrum Hamburga. Wieże te są zarazem nielicznymi, ocalałymi ze zniszczeń wojennych, świadkami szczególnej historii tego hanzeatyckiego miasta. Żadna inna budowla w Hamburgu nie cieszy się taką renomą jak ten najmłodszy spośród jego pięciu głównych kościołów. W nim świętowano zakończenia wojen i przyjmowano cesarza jako honorowego gościa podczas ponownego poświęcenia w 1906″.


A żeby zobaczyć Hamburg w pełnej krasie, wystarczy wspiąć się na 109 metrową wieżę tego wspaniałego kościoła. Za jedyne 3 euro pokonanie wszystkich r o d z a j ó w schodów, to nie tylko możliwość 360 stopniowego zlustrowania miasta. Po drodze poznaje się jeszcze jego nomen omen burzliwą historię, a na ostatniej kondygnacji mija…mini bar, gdzie podobno można zorganizować klimatycznego Sylwestra lub przyjęcie ślubne:

I tu ciekawostka, lęk wysokości nie dał rady, aczkolwiek mocno się starał – było naprawdę ciężko. Za to na górze czekała prawdziwa nagroda – panorama z tak wysokiej wieży musi i zapiera dech w piersiach:


W sposób dosłowny :)

fot. ewolny Hamburg

Pałac Karskich we Włostowie

Jadąc z Sandomierza do Opatowa, mniej więcej w połowie drogi przejeżdżamy przez wieś Włostów, znaną do niedawna ze znajdującej się tam cukrowni. Mało kto wie, że w tej niewielkiej wsi znajdują się ruiny niezwykle ciekawego pałacu, należącego niegdyś do rodziny Karskich.

Niestety pałac znajduje się w ogromnej ruinie, ściany porasta dzikie wino, wokół jest mnóstwo śmieci, a sądząc po zapachu same ruiny służą jako….. ubikacja. Cały teren to raj dla botaników zajmujących się badaniem „roślinności ruderalnej”. Status pałacu nie jest do końca uregulowany, formalnie należy do skarbu państwa, obecnie zarządza nim stowarzyszenie „Nasz Włostów”, a inne ubiega się o zakup terenu i odbudowę pałacu z przeznaczaniem na hotel.

Neorenesansowy pałac rodziny Karskich wzniesiono w latach 1854-60 na zlecenie Stanisława Karskiego. Autorem projektu był Henryk Marconi – polski architekt włoskiego pochodzenia, jeden z najwybitniejszych architektów polskich XIX wieku. Pałac otaczał 10 hektarowy park. Obok znajdowały się oficyny oraz „lamus” – zbudowany w XVI wieku przez braci polskich (arian) budynek do przechowywania cennych przedmiotów – przed powstaniem pałacu był tam prawdopodobnie zbór ariański.

Przez długie lata pałac tętnił życiem. Włostowski pałac gościł między innymi Stefana Żeromskiego, który we Włostowie właśnie pracował nad „Popiołami”", a także Achillesa Ratti, który gościł tu jako nuncjusz apostolski (późniejszy papież Pius XI). O wizycie tego ostatniego świadczy znajdujący się przy głównej drodze obelisk, upamiętniający wizytę znamienitego gościa. W 1929 roku gościł tu również prezydent Ignacy Mościcki, którzy przybył na odsłonięcie pomnika poległych pod Konarami legionistów podczas słynnej „Bitwy pod Konarami” w 1914 roku. II wojnę światową pałac szczęśliwie przetrwał, ale w kolejnych latach, kiedy teren został własnością PGR-u, szybko popadł w ruinę. Ucierpiał również przypałacowy park, w którym wycięto wiele zabytkowych, wiekowych drzew.
Przez lata pałac był systematycznie plądrowany i dewastowany. Wyrywano podłogi, zdzierano kafelki kominkowe, zdejmowano cynkową blachę dachową – jednym słowem wszystko to co można było jeszcze wykorzystać.

Dziś odwiedzający pałac mogą oglądać resztki ścian, które są w tak złym stanie, że za kilka lat nawet po nich nie będzie śladu. Przypałacowy park również nie jest zbyt reprezentatywny, służy raczej jako miejsce spotkań okolicznych „miłośników” taniego wina – PK
Fragmenty „Pałac Karskich we Włostowie” – z cyklu „Artykuł na weekend”
www.mojesandomierskie.pl

Lacrimosa

Był park i była jesień. Na ziemi leżały liście pożółkłe, brunatne i złote, tak że nie było widać ścieżek tylko liście. Już z daleka słychać było grę na trąbce, taki smutny kawałek jakby miał odbywać się gdzieś pogrzeb. Nie było widać kościoła ani żałobników, ani karawanu tylko ten dźwięk trąbki drgał w powietrzu.

Pojawił się jednak kościół a właściwie kościółek, jak barak lecz pomalowany na zielono. Pojawili się też żałobnicy, różni, przeważnie starzy, ale młodzieży również było trochę, choć nieopodal stała karczma z piwem i orkiestrą. Karawaniarze ponieśli trumnę do kościoła i postawili na katafalku.

Rozległy się dźwięki organów, na których organista próbował marsza Szopena, ale nie wychodziło. Potem ksiądz kazał wstać wszystkim, potem uklęknąć, potem znowu wstać i podać sobie znak pokoju. Obok mnie stał kolega, który jest święcie przekonany, że mu uwiodłem żonę, ale to jest nieprawda, przez co jego żona uważa mnie za śmiertelnego wroga. Podaliśmy sobie jednak znak pokoju. Potem karawaniarze ponieśli trumnę, w której leżał mój kolega, o dziesięć lat młodszy. Za trumną szła jego żona, młodsza od niego o dziesięć lat, w czarnym płaszczu z pięknymi złoto-blond włosami, smukła jak topola, a nad nami fruwały jasne anioły.

I ja też fruwałem i miałem skrzydła, choć Mirzam uważa, że nie wszyscy, którzy mają skrzydła są aniołami, ale mnie się wydawało, że jestem, przynajmniej upadłym aniołem. Potem polecieliśmy nad grób i tam rozległo się to requiem Mozarta a właściwie lacrimosa, wzbudzająca dreszcz.

A przecież mieliśmy się zabić już wcześniej na Małym Kołowym, na drodze Motyki, uchodzącej niegdyś za najtrudniejszą drogę w Tatrach. Lunął deszcz i trzeba się było wycofać, więc wbiłem haka do zjazdu i on miał zjeżdżać pierwszy. Po kilku metrach hak zaczął wypadać, więc podtrzymałem go ręką i tak mój partner szczęśliwie zakończył zjazd. Teraz przyszła kolej na mnie. Ale kto podtrzyma haka ręką, gdy ja będę zjeżdżał. Los nieubłagany nie wziął jednak pod uwagę, że mam skrzydła i jestem upadłym aniołem więc jakoś udało mi się sfrunąć. Świeciło słońce w środku żółtego października – nieśmiertelnika.

A po ulicach w lekkiej jesieni – Fruwały za mną jasne anioły.

To był tylko sen.

www.kazir.blog.onet.pl

Koniec jest bliski

Czy Piekło czasami to nie tak, że Ziemia nam się przeobrazi, a my w niej?

Od czego się zaczęło? Może Krosta zwiastowała początek: „Jako piykno łona była, piykne rzecy se nosiła, moja miła, moja miła, ino krostę zostawiła, ino krostą zaraziłaaaa, hej”. Może Krosta. Bo zawsze Miłe są złego początki.

Telefon: – Mamo, jak wyglądają wszy?

Nasze dzieci uczą teraz, jak szybko zarabiać bardzo duże pieniądze, ale nikt nie pokaże jak wygląda wesz. Takie wykształcone dziecko świetnie sobie radzi w świecie biznesu, lecz na łopatki jest kładzione przez zwykłą gnidę. A ta przecież potrafi zaskoczyć.

Dopiero co gościu chodził z guzem na głowie. Nie przeszkadzał mu on fizycznie, dlatego wyhodował go do rozmiarów jaja kurzego. W końcu gdy zaczął odczuwać dyskomfort estetyczny, gdy nie czuł się już z tym elegancko, zdecydował go zoperować. Jakież było zdziwienie chirurga, gdy po rozcięciu rozpełzły mu się na ręce, na stole suche wszy. Gniazdo suchych wesz…

Czy możemy stanowić wyspę dla inwazyjnych gości? Czym różni się człowiek od połaci ziemi? Czy nie jesteśmy planetą dla mikroskopijnych gości? A co jeśli to goście niepożądani?

Jeżeli wyspa Guam przeżywa ekologiczną inwazję zdominowana przez nadrzewne węże, które powoli sunąc w swej ekspansji osiągnęły już Hawaje. Jeżeli w Australii ropucha aga nie dość, że brzydka, to w dodatku trująca, rozmnaża się w tempie zagrażającym równowadze biologicznej. Jeżeli niektóre rośliny, niepożądane przez nas, rozmnażają się w tempie geometrycznym i dominują nam pola, czyniąc nań spustoszenie niezgorsze od inwazji węży, żab, czy prawdziwych szarańczy… Jeżeli w końcu na 500 metrach kwadratowych pająki rozwijają swe sieci, czyniąc kolonię przyprawiającą o zawrót głowy i swędzenie tejże, dlaczego nie pokusić się o próbę wyobrażenia nas w 3D?

Z krostami, guzami pełnymi wszy żyjemy w miastach, wioskach spowitych takimi pajęczynami zasłaniającymi nam słońce, a powiew wiatru smętnie porusza tam wężami nadrzewnymi, za to w dole, pod nieostrożnie stawianymi stopami, kumkają w popłochu trujące ropuchy. Do tego z maczetą trzeba chodzić, by torować sobie ścieżkę jak wśród stale, szybko odrastającej rośliny, świetnie zachwaszczającej Straconkę.

Dlaczego nie założyć, że tak może być? Skoro człowiek, mimo coraz lepszego wykształcenia, nadal nie zna sposobu na wszy w przedszkolu, skoro nadal nie potrafi zatrzymać tych wymienionych powyżej ekspansji, to co z następnymi? Jeżeli nie potrafi wytłumaczyć skąd te 500 metrów kwadratowych pajęczyn, to nie będzie mógł zapobiec, gdy zechcą one spowić Manhattan!

Czy Piekło czasami to nie tak, że Ziemia nam się przeobrazi, a my w niej? – ew

Na Moście Zgody – wątek rozwojowy

Elżbieto, to jest moja pierwsza rymowanka na zamówienie. Weszłaś mi na ambicję!, ale…. zdjęcie warte było tych refleksji, a zresztą!!! Gdybym był poetą… MP

Na Moście Zgody

Pod mostem spotykają się nasze zabłąkane dłonie,
Szczęście umyka jak uschłe liście z drzew spadające.
Mijają dni,  chłodne zimy,  wiosny i lata oraz kolorowe jesienie,
A czas jak woda wycieka spragnionym zaczerpnięta w ręce.

Na tafli wody, tylko niebo przegląda się samo w sobie,
A na moście spotkania, rozstania, bicia serc oraz gorzkie łzy.
Tylko buki stare milczą modlitewnie przy powstańca grobie
I nie zważając na nas nie pytają: gdzie ja lub gdzie jesteśmy my?

Ty od szczęścia nie uciekniesz, nawet jeśli tego bardzo chcesz
Lub kiedy pragniesz i marzysz, i serce ci bije lub gdy ciekną ci łzy.
Na moście zgody prawdziwie jesteś; bo kochasz, bo nienawidzisz, bo żyjesz.

I na tym moście nareszcie zrozumiesz; kim tak naprawdę jesteś!
LaPadite 22 :22hrs,  18 sierpień 2010

Złoty Potok, czyli śladami Pana Twardowskiego

Zacznijmy od końca podróży przez Złoty Potok.

Krótka przejażdżka samochodem za Katowice, Sosnowiec, Siewierz i już wkraczamy do uroczej krainy Jury.

To była wczesna wiosna tuż po ciężkiej dla tych terenów zimie. Drzewa w zdecydowanej większości witały nas dosłownie ukłonami spowodowanymi dźwiganiem ogromnych ilości śniegu.

Symbolem Złotego Potoku i okolic jest Brama Twardowskiego.

Nazwa ta wiąże się ze słynną ucieczką Pana Twardowskiego na Księżyc. To tam chciał uciec po sprzedaniu duszy diabłu w Suchej Beskidzkiej, w karczmie Rzym.

Zagłębienia na ścianach skalnej bramy są według legendy śladami pazurów koguta, na grzbiecie którego Twardowski poszybował w przestworza ku Srebrnemu Globowi – Tomek


fot. Tomek

Lato w mieście – Bielsko-Biała

Bo lato w swoim mieście nie musi być nudne,  wystarczy zwolnić i spojrzeć na nie oczami… turysty,   odkrywając  je na nowo. Katedra, zamek, ratusz, teatr, poczta, secesyjne kamienice, Starówka, wykopaliska archeologiczne, fontanny,  rzeźby, klimat, urok i czar:

fot. ewolny Bielsko-Biała

Zobacz również:
- Złota Biała, czyli wizytówki dwie
- Bielsko jakiego nie znacie
- Średniowieczne grodzisko w Bielsku-Białej i przywilej z 1316 roku
- Stare Bielsko – kościół św. Stanisława Biskupa
- Stare Bielsko – Wzgórze Trzy Lipki
- Lato w mieście – kościół św. Barbary Mikuszowice Krakowskie
- Bielskie graffiti
- VI Międzynarodowy Piknik Lotniczy Bielsko-Biała kryptonim #wyraz
- Góralu, czy ci nie żal?
- Na prawo most, na lewo most a środkiem… Biała płynie
- Barbarzyństwo, przyjdzie nowe i wyburzy

Szlak architektury drewnianej przystanek Barcice

Kilkanaście kilometrów od Wyszkowa, w Barcicach, w pobliżu Somianki stoi wspaniale odrestaurowany,  wybudowany w 1758 r. kościół pw. św. Stanisława BM.
Zachęcam do jego odwiedzenia. Warto.


fot. Wiesław Czapski Barcice
www.owyszkowie.blox.pl

Wrota tropików kryptonim Alaknanda

Na esencję życia składają się drobiny i zjawiska ekstremalne, krajobrazy zmieniane  przez światło, stare opowieści, gwiazdy, ptaki śpiewające i deszczowy szum, wszystkie zdumienia i cała ta dzika kraina z powietrzem zanurzonym w zieleni, z cieniami wielkich, przesuwających się chmur. (K.S.)

Wysiadłszy z samolotu na lotnisku Vera Cruz w Bombaju poczułem po raz pierwszy skwar i upał tropikalny. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, czekała nas kontrola celna i paszportowa. W Dubaju kupiłem dwie butelki Johnny Walkera, o jedną za dużo, niż pozwalały przepisy, ale J. B. mój guru, który był już raz w Indiach, powiedział, że na drugą celnicy przymykają oko. Zresztą rozglądając się po współpasażerach zauważyłem, że jeden miał dziesięć butelek i wcale nie starał się tego ukryć, wręcz przeciwnie obnosił się z tym dookoła. Jak się zaraz okazało w tym szaleństwie była metoda.  Pod czujnym okiem stróżów celnych został wyłowiony z tłumu i skierowany do osobnego pomieszczenia, gdzie jak przypuszczałem będzie musiał się z tego wytłumaczyć.  I rzeczywiście wykręcał się tam gęsto, skoro wychodząc miał już tylko osiem butelek. Dla ścisłości powiem, że butelka whisky w Dubaju kosztowała 2 i pół dolara a w Bombaju już 25 dolców.

Nareszcie wydostaliśmy się na ulicę i rozpoczęło się łapanie taksówki. Właściwie taksówki czekały, tylko chodziło o utargowanie dobrej ceny. Gdy wreszcie usadowiliśmy się z trudem w czworo plus nasze cztery plecaki, każdy ważący po 20 kg i do tego cztery torby podręczne, każda po 10 kg i właśnie co mieliśmy odjeżdżać, gdy zjawiła się nagle Hanka S. ważąca około 120 kg i jej bagaż o ciężarze około 50 kg . Zażądała bez ogródek, abyśmy ja wzięli do środka i na nic nie pomogły nasze protesty, że nie ma miejsca, po prostu się władowała z całym bagażem a szofer nawet nie protestował, jakby był do takich rzeczy przyzwyczajony.

30 kilometrów jazdy z lotniska do centrum pozwoliło nam  napatrzeć się na ciągnące się kilometrami tzw. slamsy, czyli budy postawione z desek, kawałków blachy i tektury. Byłem zaszokowany, nie pierwszy raz zresztą. Później gdy już łyknąłem  trochę Indii, dowiedziałem się, że tam nie mieszkają najwięksi nędzarze, lecz ludzie posiadający pracę i nawet mają telewizory i lodówki, tylko nie posiadają mieszkania, a mówiąc ściślej mają mieszkanie, lecz nie nadające się w chwili obecnej do zamieszkania, bo np. developer ma trudności z płynnością finansową. Widziałem film, na którym właściciele takiego mieszkania raz na tydzień odwiedzają je i doglądają jak wre praca i tak już przez kilka lat.

Tymczasem dojechaliśmy do centrum, przy czym jednocześnie zapadł zmierzch nagle, jak to w tropikach. A to centrum typowo europejskie, o którym himalaista R. Karpiński pisał w 1939 roku, że posiada więcej samochodów niż cała Polska., zamieniło się nagle w dzielnicę niedoświetloną, do której dochodziły jedynie błyski lamp naftowych ze sklepów. Dobrze, że był ze mną Janusz B. mój guru, który umiał w tym gąszczu lawirować i znaleźć w końcu hotelik, odpowiadający naszym możliwościom finansowym, bo o komfort nikt się nie martwił. Byliśmy wszak turystami przyzwyczajonymi do spania na ziemi i w chłodzie, chociaż tu chłodu akurat nie było, wręcz przeciwnie panowało gorąco, mimo zachodu słońca.

Zapamiętałem tylko tyle z porad mojego guru. „Indie to kraj, przez który trzeba przelecieć jak najszybciej,  dotrzeć do Nepalu i dalej w Himalaje.” Nie wiem jednak dlaczego byłem w Indiach dziewięć razy i pojechałbym jeszcze więcej, gdyby nie słabość charakteru. To uzależnienie i trzeba z nim walczyć jak z alkoholizmem.
fot. Psi Ząb nad Alaknandą, Indie
www.kazir.blog.onet.pl