Mała Fatra

Było to pod koniec stanu wojennego, albo tuż po jego zakończeniu. Dostaliśmy niespodzianie zaproszenie od znajomych z Czechosłowacji. Od razu postanowiłem je wykorzystać do odwiedzenia Małej Fatry, gdzie jeszcze nigdy nie byłem, ale widziałem ją setki razy z Wielkiej Raczy lub Rycerzowej.

Zajechaliśmy do Stefanowej na rozległy parking, na którym stał tylko jeden samochód, to jest nasz. W restauracji byliśmy jedynymi gośćmi. Dziś tam stoją dziesiątki aut i tłumy turystów korzystają z restauracji. Wpadliśmy jeszcze do baru, gdzie muszę przyznać było parę gości. Pewien uprzejmy młody mężczyzna obiecał nam pomóc znaleźć nocleg. Była to chata obszerna, widać należąca do bogatego gospodarza, który miał na imię Vincent, tak jak ten malarz  van Gogh. Dlatego je zapamiętałem. Pokój był czysty, jedynie do ubikacji trzeba było iść za stodołę, gdzie mieścił się wychodek typu sławojka.

Rano wyruszyliśmy na zdobycie wapiennego szczytu Rasutec, przypominającego Giewont. Na przełęczy spotkała nas pierwsza niespodzianka. Wyraźnie stało napisane, że wszelkie wyprawy są zabronione, od 1 października, a właśnie był październik. Moja żona zrezygnowała od razu, lecz ja kontynuowałem wspinaczkę. Było sucho i bez śniegu, więc z umocnień takich jak łańcuchy, zwisających tam obficie, nie musiałem korzystać.

Po powrocie na przełęcz Mezihole, czyli między halami, zauważyłem dwoje turystów, którzy okazali się być Niemcami z NRD. Pierwsze pytanie jakie mi zadali brzmiało: ”Czy byłem na szczycie”. A gdy to potwierdziłem, odpowiedzieli, że przecież nie wolno i dziwnie się na mnie popatrzyli, gdyż u nich zawsze musi być: „Ordnung muss sein.”
Wracając na skróty przez łąkę natrafiliśmy na wysyp rydzów, których nazbieraliśmy całą siatkę. Gospodyni p. Vincentowa ucieszyła się i obiecała zrobić kolację dla wszystkich, a gdy wrócił p. Vincent zasiedliśmy do wieczerzy, którą milczkiem jedliśmy. Dopiero gdy wyjąłem flaszeczkę borowiczki, wtedy uśmiech powrócił gospodarzowi, i przyniósł dwa  kieliszki. Kiedy jednak poprosiłem go by podał jeszcze dwa dla jego i mojej żony, odpowiedział: „borowiczka nie jest dla bab.”
fot. Psi Ząb Słowacja
www.kazir.blog.onet.pl

9 Responses to Mała Fatra

  1. ew pisze:

    „Z Wielkiej Raczy widziałem ją setki razy” z tego wynika, że na Wielkiej Raczy byłeś… setki razy. Ja dwa, raz w podstawówce, drugi z Ewą:
    http://ecodzien.pl/2009/08/17/wielka-racza-vel-velka-raca-czyli-isc-ciagle-isc/

    Wracam stale do tej Wielkiej Raczy, bo właśnie podczas tej wycieczki miałam ostre przemyślenia. Przyroda, lasy, pszonkizm słowacki soczyście się wyeksponował na tle wspomnień naszych beskidzkich cmentarzy. I od tamtej pory ta Słowacja nieprawdopodobnie kusi. Kusisz Dolnymi Dierami…
    http://ecodzien.pl/2010/06/08/dolne-diery/
    … tym Rasutcem, czy jak się go tam odmienia, ale przede wszystkim tą monumentalną Fatrą…

    Nie zgadzam się z „żabim skokiem”. Nawet z Żyliny to nie jest „żabi skok”, musi być nocleg, a to już mocno ogranicza.

    ps.
    Zgubiłam gdzieś tą piosenkę „Rasutec, Rasutec…” i nie mogę znaleźć :(

  2. Ewa pisze:

    Fajnie posłuchać opowieści innych , którzy tak jak my lubią góry.
    Wielka Racza to piękne wspomnienie, jak widzę nie tylko nasze.Ale mam pytanie, dlaczegóż to ta „borowiczka nie jest dla bab”?
    Czyżby taka mocna? :-)
    Pozdrawiam.

  3. psiząb pisze:

    Ew: W Rycerce mieszkałem 25 lat. Zakładając, że co roku byłem na Raczy 4 razy, to w ciągu 25 lat wychodzi conajmniej 100 razy, ale bywałem więcej razy.
    Ewa: Uważam, że borowiczka jest dla bab, ale jak to wytłumaczyć Wincentowi?

  4. psiząb pisze:

    Rozsudec Rozsudec, ty wysoka skala
    Oddaj mi pieniaze, szuchajku,
    że sem z tobou spala.

  5. ew pisze:

    No tak, Rycerka to kapitalne miejsce na wyjście i na Rycerzową i na Wielką Raczę, na obie szłyśmy z niej właśnie. No i my też już nie liczymy wejść na nasze: Szyndzielnię i Dębowiec.

    Ijjuuu!

    Ale moje ucho mówi, że nasi lepiej jadą. :)

  6. signe pisze:

    ja zazdroszczę!!! siedzę z drugiej strony i zazdroszczę!!!

  7. ew pisze:

    Psi Zębie, Wincent nie miał racji! Borowiczka jest jak najbardziej i dla bab – Maria dziś weselną przyniosła. Jest pyszna z tym swoim posmakiem drzewa, ale nie POLITURY! Borowiczka stara, bo dobrze kilkunastoletnia, znaleziona gdzieś w kazamatach przez Ojca Marii.

    A co dziwne, prosiłam ją „złap mi welon” i złapała… POMARAŃCZĘ. :) Jakiś domek z nich budują, pod spód kładą talerzyk na pieniądze dla młodej pary, i zamiast welonu rzucają w tłum pomarańczami, a kto złapie, temu będzie się darzyć. Maria jak obiecała, tak mnie tym obdarowała. Właśnie zjadłam.

  8. psiząb pisze:

    No to Ew, na zdrowie!

  9. MonsieurLaPadite pisze:

    Widzę,że obyczaje weselne podobne,słowiańskim plemionom wspólne,gdzie butelkę okowity po biesiadzie weselnej należy honorowo skręcić lub pod*****lić,a może ten obyczaj został w międzyczasie nobilitowany i już na wejście ma się zagwarantowaną pamiątkę weselnego wydarzenia ? Wierzę że skonsumowana pomarańczka będzie darzyć :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>