
Na esencję życia składają się drobiny i zjawiska ekstremalne, krajobrazy zmieniane przez światło, stare opowieści, gwiazdy, ptaki śpiewające i deszczowy szum, wszystkie zdumienia i cała ta dzika kraina z powietrzem zanurzonym w zieleni, z cieniami wielkich, przesuwających się chmur. (K.S.)
Wysiadłszy z samolotu na lotnisku Vera Cruz w Bombaju poczułem po raz pierwszy skwar i upał tropikalny. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, czekała nas kontrola celna i paszportowa. W Dubaju kupiłem dwie butelki Johnny Walkera, o jedną za dużo, niż pozwalały przepisy, ale J. B. mój guru, który był już raz w Indiach, powiedział, że na drugą celnicy przymykają oko. Zresztą rozglądając się po współpasażerach zauważyłem, że jeden miał dziesięć butelek i wcale nie starał się tego ukryć, wręcz przeciwnie obnosił się z tym dookoła. Jak się zaraz okazało w tym szaleństwie była metoda. Pod czujnym okiem stróżów celnych został wyłowiony z tłumu i skierowany do osobnego pomieszczenia, gdzie jak przypuszczałem będzie musiał się z tego wytłumaczyć. I rzeczywiście wykręcał się tam gęsto, skoro wychodząc miał już tylko osiem butelek. Dla ścisłości powiem, że butelka whisky w Dubaju kosztowała 2 i pół dolara a w Bombaju już 25 dolców.
Nareszcie wydostaliśmy się na ulicę i rozpoczęło się łapanie taksówki. Właściwie taksówki czekały, tylko chodziło o utargowanie dobrej ceny. Gdy wreszcie usadowiliśmy się z trudem w czworo plus nasze cztery plecaki, każdy ważący po 20 kg i do tego cztery torby podręczne, każda po 10 kg i właśnie co mieliśmy odjeżdżać, gdy zjawiła się nagle Hanka S. ważąca około 120 kg i jej bagaż o ciężarze około 50 kg . Zażądała bez ogródek, abyśmy ja wzięli do środka i na nic nie pomogły nasze protesty, że nie ma miejsca, po prostu się władowała z całym bagażem a szofer nawet nie protestował, jakby był do takich rzeczy przyzwyczajony.
30 kilometrów jazdy z lotniska do centrum pozwoliło nam napatrzeć się na ciągnące się kilometrami tzw. slamsy, czyli budy postawione z desek, kawałków blachy i tektury. Byłem zaszokowany, nie pierwszy raz zresztą. Później gdy już łyknąłem trochę Indii, dowiedziałem się, że tam nie mieszkają najwięksi nędzarze, lecz ludzie posiadający pracę i nawet mają telewizory i lodówki, tylko nie posiadają mieszkania, a mówiąc ściślej mają mieszkanie, lecz nie nadające się w chwili obecnej do zamieszkania, bo np. developer ma trudności z płynnością finansową. Widziałem film, na którym właściciele takiego mieszkania raz na tydzień odwiedzają je i doglądają jak wre praca i tak już przez kilka lat.
Tymczasem dojechaliśmy do centrum, przy czym jednocześnie zapadł zmierzch nagle, jak to w tropikach. A to centrum typowo europejskie, o którym himalaista R. Karpiński pisał w 1939 roku, że posiada więcej samochodów niż cała Polska., zamieniło się nagle w dzielnicę niedoświetloną, do której dochodziły jedynie błyski lamp naftowych ze sklepów. Dobrze, że był ze mną Janusz B. mój guru, który umiał w tym gąszczu lawirować i znaleźć w końcu hotelik, odpowiadający naszym możliwościom finansowym, bo o komfort nikt się nie martwił. Byliśmy wszak turystami przyzwyczajonymi do spania na ziemi i w chłodzie, chociaż tu chłodu akurat nie było, wręcz przeciwnie panowało gorąco, mimo zachodu słońca.
Zapamiętałem tylko tyle z porad mojego guru. „Indie to kraj, przez który trzeba przelecieć jak najszybciej, dotrzeć do Nepalu i dalej w Himalaje.” Nie wiem jednak dlaczego byłem w Indiach dziewięć razy i pojechałbym jeszcze więcej, gdyby nie słabość charakteru. To uzależnienie i trzeba z nim walczyć jak z alkoholizmem.
fot. Psi Ząb nad Alaknandą, Indie
www.kazir.blog.onet.pl










Czyta się Ciebie jak barwnego Tony Halika. Odkrywasz przed nami nieznaną cząstkę świata. INDIA – jesteś constans z tymi Indiami – bolesne uzależnienie.
Wybrałam to zdjęcie, bo chyba najbardziej pasuje ono do opisu mieszkania ludzi „na kupie”. Niemniej przy okazji święta rzeka Alaknanda spływająca z Himalajów, jakby obrazowo wychodzi Ci na przeciw. Bo przecież opis Twój, uzależnienie Twoje, to właśnie wyprawy w nie. W Himalaje.
I na koniec moje pytanie brzmi, czy Hanka S. ze swoim cielesnym nadbagażem też? Jeśli tak to popatrzcie – najważniejsze jest zdrowie, energia i entuzjazm – kilogramy NIE!
Pozdrawiam Cię!
Mam nadzieję, że ten koment nie zostanie ukradziony. Ta miejscowość nad Alaknandą to słynne miejsce święte zwane Badrinath. Alaknanda jest jedną z 7. rzek tworzących Ganges a Badri to inne imię boga Wisznu.
Tam zostałem ochrzczony na hindusa, kiedy zbliżyłem się niebacznie do bramina, który namalował mi czerwony znak tika na czole i jeszcze musiałem za to zapłacić, gdy wyciągnął rękę po datek.
I tak dalej tkwiąc w tym temacie uzależnień, mój tata, rocznik’30, jest chyba morzoholikiem. Jest sierpień a on wczoraj pojechał trzeci raz w tym roku nad morze – 700 km.
Ale… co drugi dzień chodzi w góry, więc jeśli wyłączy się z tego złą pogodę, niedziele i święta, i zestawi obok zsumowanych kolejnych trzech nadmorskich tygodni, to… jest to chyba tylko ZRÓWNOWAZENIE. Łapanie zdrowej równowagi.
Spójrz na to w ten sposób Psi Zębie.
To co, Hanka S. pojechała nie w wysokie góry a jako… chrzestna?
ps.
WOW! W spamie byłeś! Może za wyraz „przyjemność”, którą nawiasem swym komciem prawdziwą sprawiłeś.
O tak, ja także czytam z rozdziawioną gębą.
Ew:Hanka S. była już raz w Indiach, gdy ja byłem tam 1. raz, a ochrzczono mnie tam za 4. razem. Hanka była już raz w Nepalu i wtedy postanowiła, że musi tam jeszcze raz pojechać.
Ewa: Dzięki za miłe słowa.
Chyba coś jest w tych nazwach, że wędrownicy zabierają ze sobą w podróż po kilka butelek Jasia Wędownika. Widocznie w takich tropikach dobrze gasi pragnienie
Chris: Nie tylko gasi pragnienie, ale także pomaga wędrować, nie licząc, że to środek przeciw diarrhea. Pozdro!
Pozdro Psizębie
. W takim razie ceny w Bombaju nie dziwią a ten gościu obwieszony 10 butelkami musial mieć solidne problemy z żołądkiem, co każe sie zastanowić nad równie skutecznym zamiennikiem jakim jest ojczysta żołądkowa gorzka