Krajobraz po bitwie

Gdy w wolnej grze wyobraźni przywieść na myśl Nowy Jork, niemalże za każdym razem widzimy Manhattan. Manhattan jest niewątpliwie miejscem wyjątkowym i co paradoksalne i unikalne – powszechnie znanym właściwie każdemu z Was – z niezliczonych fotografii w czasopismach, książkach czy filmach. Często też z własnego doświadczenia. Nadnaturalna plątanina betonu, szkła i stali, rzuca się bowiem nie tylko w oczy, ale także i do gardła.

Kiedy wsiada się do samolotu w Rzeszowie, by po dziewięciu godzinach lotu wylądować na lotnisku Kennedy’ego, majestatyczny urok Manhattanu musi zrobić wrażenie na każdym. Strzeliste budynki, jak wieże w średniowiecznych zamkach zaznaczają granice – zwaną tu skyline – pomiędzy ziemią a niebem.

Średniowiecze jednak nigdy nie zawitało na Manhattan. W czasach kiedy budowano potężne mury Carcassone czy Malborka, porośniętą dziewiczym lasem wyspę, przemierzali co najwyżej Indianie Lopate, idąc na plażę w poszukiwaniu ostryg, które w niezwykłej obfitości żyły w potężnych koloniach na brzegach nie tylko Manhattanu lecz także Long i Staten Island. Był nawet taki moment w historii miasta, gdzie właśnie ostrygi stały się jednym z jego symboli, bo odżywiane żyznymi wodami Hudson River, rozmnażały się tu w geometrycznym tempie, jakby za wszelką cenę chciały osaczyć i posiąść wyspę. Nie doceniły one jednak żarłoczności i chciwości człowieka, który wyławiając je bezlitośnie, doprowadził prawie do całkowitego ich wyginięcia.

Nowy Jork jest jak krater wulkanu, który swą lawą tworzy i niszczy, dbając jednak o to, by czas nie zdążył położyć patyny na jego symbolach. Ostrygi zaczęto sprowadzać z Maryland i Maine, a kiedy rodzime, pozostawione w spokoju, wreszcie zaczęły rosnąć w siłę i znów przybierać na liczbie, okazało się, że są… niejadalne, bo zatrute toksycznymi wyziewami miasta.

Szklane wieże Manhattanu błyszczą się jak diamenty na bezchmurnym niebie, a przy złej pogodzie ich szczyty zanurzają się w tłustych, leniwie przesuwających się ku oceanowi chmurach, drapiąc je bezlitośnie.
Te błyszczące diamenty wabią do siebie miliony ludzi i tak jak kiedyś wszystkie drogi prowadziły do Rzymu, tak teraz wszystkie prowadzą tu właśnie. A Nowy Jork jest próżny i uwielbia być pępkiem świata, dbając aby żadne inne miasto na świecie nie zagroziło jego pozycji.

Czy to przypadek, że terroryści wybrali akurat to miejsce na swą ofiarę? Gdzie indziej w bardziej czytelny sposób  mogli pokazać swój stosunek do naszej cywilizacji?? Nie, nie, to na pewno nie był przypadek.


Na zdjęciach Ground Zero z 2007 roku, czyli wielka dziura w ziemi po zamachu 11 września 2001 roku  na WTC ,  Twin Towers na Manhattanie

Przecież kiedy wszystkie drogi prowadziły do Rzymu, któregoś dnia jedną z nich przyszli tam okrutni Wandale, zdobywając miasto i obracając je w perzynę. Jest w tym szczególna ironia historii, gdy podobną sytuację możemy obserwować właśnie teraz, gdy współcześni Wandale/Talibani łomoczą do bram miasta, po to, by tak samo jak ich poprzednicy utopić go wraz całym amerykańskim światem w ciemnościach średniowiecza, którego nigdy tu nie zaznano.

Czy więc Nowy Jork, mimo że liberalny aż do bólu, kosmopolityczny do granic przyzwoitości wciąż potrafi pokazać swe kły i pazury? Przemoc i walka jest jego chlebem powszednim, więc wygląda na to, że i tym razem powinno wystarczyć mu sił, by po prostu przetrwać – Chris Miekina
fot. Chris Miekina Nowy Jork, USA
www.nowaatlantyda.com

5 Responses to Krajobraz po bitwie

  1. MonsieurLaPadite pisze:

    A niech to dundel świśnie !!! Dzisiaj po południu poszedłem do sklepu po mleko i przechodząc tak sobie stanąłem jak wryty przed stoiskiem z rybami…patrzę ,dotykam,wącham,oceniam wielkość i ilość…. ależ ten czas leci myślę sobie :toż to przecież już wrzesień,dlatego się one pojawiły w sprzedaży,najlepszy okres na ich spożywanie to od września do końca kwietnia.Zaraz ci to patrzę skąd one tutaj przyjechały ?Malpeque z Wyspy Księcia Edwarda,jedno z najlepszych miejsc na chodowlę ostryg we wschodniej Kanadzie.Nie namyślając się długo wrzuciłem dwa opakowania do koszyka,zapłaciłem i poszedłem.Jak wyszedłem,to myślę ,sobie ,nie mając zielonego pojęcia o kuchni;co ja z tymi dwudziestoma ostrygami teraz pocznę,wiem,że przepadam za nimi,lecz nigdy w życiu nie udało mi się otworzyć ani jednej,wiem jak się je przyprawia,wystarczy odrobinę Tabasco,drobniutko posiekanej pietruszki,w ostateczności obędzie się sokiem z cytryny,ponieważ ostryga sama w sobie jest dobrze naturalnie otoczona tonizującym ,słonawym sokiem.Jak już powróciłem na nocleg do domu ,prawie że padnięty,zaglądam do lodówki i jak Mr Bean uśmiechnąłem się rubasznie widząc przemiłą niespodziankę ..Och jakie piękne ostrygi !!! :) Wywaliłem je wszystkie na durszlak,obmyłem,poobrywałem wodorosty i poprzewracałem wszystkie szuflady w poszukiwaniu noża do otwierania skorupiaka,znalazłem jakiś nóż taki dziwny,chyba do serów jakichś twardych,porozkładałem moje skarby i tak jak już to kiedyś widziałem u Władcy Nowej Atlantydy,który oprócz sztuki władania piórem pojął sztukę władania kopyścią lub warząchwią,doskoczyłem do otwierania skorupiaka i …udało się za pierwszym razem,świeże,pachnące ,przepyszne,czas mi się zatrzymał w tej rozpuście i żal poczułem,gdy otwierałem ostatnią z taką wprawą i łatwością.
    Na deser dzisiejszego wieczora najlepszym będzie artykuł o NY,a wisienką na torcie;wzmianka o ostrygach.
    A niech to dundel jeszcze raz świśnie ;minikonspiracja to jakaś ,czy to Big Brother tak bardzo troszczy się o nas ?

  2. MonsieurLaPadite pisze:

    Dzisiaj wieczorem pójdę do sklepu po mleko ( czyt: piwo):) i przyniosę do domu dwa tuziny ostryg,najlepsze są z piwem Stella Artois,życzę udanego dnia !

  3. psiząb pisze:

    Z Manhattanu pamiętam taką uliczkę, gdzie było dużo śmietników i jakaś aktorka, Audrey Hepburn, szukała tam kota. Pamiętam też sklep pod nazwa Tiffany?

  4. ew pisze:

    Dobrze pamiętasz, bo ja, kilka razy jadłam u niego śniadanie. Mam nawet w swej bibliotece stały karnet od Trumana Capote’a. :)

    Najgorszą rzeczą jaką można zrobić to celebrować nad dziurą Graund Zero. Pamięć jest żywa, ale żyć trzeba dalej i do przodu. Potrzebne są przecież kolejne sklepiki, które mogłyby być kanwą światowej literatury:

    - „Proszę tu stanąć – rozkazała szoferowi i zatrzymaliśmy się przy krawężniku jakiejś ulicy w hiszpańskim Harlemie.
    Była to dzika, jarmarczna, posępna dzielnica, obwieszona wielkimi wizerunkami gwiazd filmowych i Madonn. Na chodniku wiatr miótł skórkami od owoców i przegniłymi gazetami, bo wiatr wciąż dął, chociaż deszcz ustał, a niebo tu i ówdzie rozwierało się błękitem.
    Holly wysiadła z samochodu; zabrała ze sobą kota. Przytuliwszy go do siebie, podrapała w głowę i zapytała:
    - Jak myślisz? To chyba jest odpowiednie miejsce dla takiego chojraka jak ty. Kosze ze śmieciami. Szczurów do licha i trochę. Pełno kocich łazęgów, łazęgów którymi można się zwąchać. No, to wiej – powiedziała, sadzając go na ziemi. A kiedy nie odchodził, tylko podniósł swój zbójecki pyszczek i spojrzał pytająco żółtawymi oczami pirata, tupnęła nogą: – Powiedziałam ci, bujaj się! – Otarł się o jej nogę. – Słyszysz? Spieprzaj! – krzyknęła, po czym wskoczyła do samochodu, zatrzasnęła drzwiczki i zawołała do szofera: – Jedziemy! Jedziemy, jedziemy!
    Osłupiałem. – No rzeczywiście. Rzeczywiście jesteś świnia.
    Dojechaliśmy do następnej przecznicy, zanim odpowiedziała.
    - Przecież ci mówiłam. Po prostu spotkaliśmy się któregoś dnia nad rzeką, nic więcej. Oboje jesteśmy niezależni. Nigdy nie dawaliśmy sobie żadnych obietnic. Nigdy… – ciągnęła, ale jej głos się załamał, a twarz skurczyła i powlekła chorobliwą bladością.
    Samochód zatrzymał się przy świetle na skrzyżowaniu. Wtedy otworzyła drzwiczki i już biegła z powrotem ulicą, a ja za nią.
    Ale kota nie było na tym rogu, gdzie go zostawiła. Nie było tam nikogo, ulica pusta, z wyjątkiem pijaka, który oddawał mocz, oraz dwóch murzyńskich zakonnic prowadzących rząd słodko rozśpiewanych dzieci. Inne dzieciaki powybiegały z bram, a jakieś kobiety wychyliły się z okien, aby popatrzeć na Holly, która miotała się po ulicy i biegała tam i z powrotem, zawodząc:
    - Ty! Kotku! Gdzie jesteś? Chodź tutaj.
    Trwało to do momentu, kiedy zjawił się krostowaty chłopak, trzymając starego kocura za skórę na karku.
    - Pani chce ładnego kotka? Pani da dolara.
    Limuzyna zawróciła za nami. Holly pozwoliła mi oprowadzić się ku niej. Przy drzwiczkach zawahała się, spojrzała poza mnie, poza chłopaka, który nadal oferował jej kota („za połówkę. No, może dwudziestkępiątkę. To niedużo”), wzdrygnęła się i musiała przytrzymać się mnie, żeby ustać na nogach.
    - O Jezu. Przecież należeliśmy do siebie. On był mój.
    Wtedy ja dałem jej pewną obietnicę. Powiedziałem, że wrócę i odszukam kota.
    - I zaopiekuję się nim. Przyrzekam.
    Uśmiechnęła się tym bezradosnym, nowym, kurczowym uśmiechem.
    - Ale co ze mną? – szepnęła i zadrżała znowu – Bardzo się boję, kochany. Tak, wreszcie. Bo może tak zawsze być. Że człowiek nie wie, co jest jego, dopóki tego nie wyrzuci. Trzęsionka to głupstwo. Tłusta baba to głupstwo. Ale to; w ustach tak mi zaschło, że nie mogłabym teraz splunąć, choćby moje życie od tego zależało.
    Wsiadła do auta i opadła na poduszki.
    - Przepraszam pana – rzekła do szofera – Jedźmy”

    Pozdrawiam Cię!

  5. psiząb pisze:

    To jest wersja książkowa, ale filmowa jest inna. Dziękuję Ew za przypomnienie. Moja książka rozpłynęła się podczas przeprowadzek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>