Monthly Archives: Październik 2010

Halny

Poprzedni wpis, zaczynający się od słów drzewa wyskakują z butów, zakończyłam:

- A hoj baco! Jaka będzie pogoda?
- A hoj to wie…

No i mamy. Okazuje się, że Polak nie tylko jak głodny to zły. Chcieliśmy słonka na Wszystkich Świętych, zaklinaliśmy deszcz, ale… nie prosiliśmy o wiatr! A wieje i to nieźle, stąd na myśl o udekorowanych pomnikach, automatycznie włączona psychoza: ukradną, czy samo zwieje?

A suche i ciepłe wiatry nie są rzadkością – występują w wielu okolicach na świecie. Włosi mają swe sirocco, Hiszpanie leveche, Egipcjan dręczy chamsin, Argentyńczyków zonda, na północnoafrykańskiej pustyni jest samsun, we Francji vent du midi, w Alpach jego brat bliźniak fen. A w Polsce? Właśnie chyba zaczynający się Halny zwiastujący zmianę pogody.

Dla uczniów mieszkających w górach bywa powodem pozostania w domu, turyści wspominają go latami, dla wszystkich jest fenomenem.

Na przełomie października i listopada, czyli teraz oraz na wiosnę, nagle na pogórzu zaczyna wiać silny i ciepły wiatr. Najsilniej wieje w Alpach, ale jest też odczuwalny i w niskich górach. Temperatury mogą dochodzić nawet do 20°C, powietrze jest przejrzyste a widoczność sięga kilku kilometrów – z daleka widać każdą jodełkę. Ten porywisty wiatr wieje ku dolinom i przynosi zniszczenia również w głębi kraju: zrywa dachy, niszczy lasy, łamie drzewa, które  rwą linie wysokiego napięcia, rujnują zaparkowane samochody, barykadują torowiska, wstrzymują ruch.

Może mieć i ma, niebagatelny wpływ na samopoczucie, ale reakcje są tu różne. Negatywne objawy to bezsenność, bóle głowy, poirytowanie, kołatanie serca. Bowiem kołysanie choin – czyli horyzontu – powoduje, że nadmiernie pobudzony błędnik z powodu zbyt szybko zmieniających się informacji nie nadąża. Organizm nie jest w stanie powiązać sprzecznych sygnałów – rozum informuje, że wszystko w porządku, a błędnik woła – coś się dzieje. Powstaje czynnościowy chaos, który może wytrącić z równowagi psychicznej nawet najsilniejszych.

Jednak niektórym dostarcza coś pozytywnego: odurzenie z euforycznymi nastrojami, chęcią działania i ochotą na seks. Ten dodatni objaw to z kolei nadmierna reakcja organizmu, który ze wszystkich sił stara uporać się ze stresem i stymuluje nadnercza do zwiększonego wydzielania adrenaliny. To właśnie ten „ratunkowy” hormon powoduje, że w sytuacjach stresowych wzrasta wydajność organizmu – adrenalina podwyższa ciśnienie krwi, przyspiesza tętno, przemianę materii i wyzwala w centralnym układzie nerwowym stan nadmiernego pobudzenia skłaniającego do działania.

Uwagi na marginesie - Chowado Jaśka Czauderny:
„To pan nie wie, co to prawdziwy wiatr. O, taki halniak beskidzki, to już coś. I to wcale nieprawda, że halniak w Beskidzie leci prosto jak strzelił. Halniaki rodzą się w dolinie za Koniakowem. Jak już taki halniak poczuje w sobie krzepę, to wspina się po stoku między chałpami wyżej i wyżej. Ale dopiero jak stanie na trakcie, na samym szczycie, wyrzuca ręce w niebo jak góral w tańcu, zadrobi, przytupie, zgarnie se chmur na głowę i kołując pędzi przez Istebną, hacząc dłońmi po czubkach smreków. A jak dostanie się na kubalońską przełęcz, to się przewraca na plecy i koziołkuje w dół, zakosami i wpada jak łyk spirytusu w otwarte w zachwyceniu usta Wisły.
Wtedy jeżą się potoki, pryskają pianą, a halniak wygwizdawszy pstrągi na jazach, drze na Czantorię, by z niej skoczyć w środek kępy drzew kryjących szczyt Kozińców. Chmury uciekają przed nim i wreszcie rozbija o Klimczok. Halniaki jak słonie, mają swoje cmentarze. Wszystkie halniaki idą umierać na Baranią, tam halniak stanie na szczycie, rozejrzy się dookolnie po groniach, oprze o drewnianą wieżę i ściąga ku sobie wietrzany płaszcz, co jeszcze drze się o chojaki. Zebrawszy go w całun, klęka tak jak stał i zaczyna pomału gasnąć. Płacze nad nim beskidzkie niebo ciepłymi łzami. I już jest po wszystkim… „
St. Broszkiewicz

Niestety, halny nie jest tylko „elementem, wystrojem górskich wnętrz”, ma  przede wszystkim istotne znaczenie klimatyczne. Ponieważ za jego przyczyną śnieg zbyt szybko topnieje – wywołuje powódź. Z kolei dłużej utrzymujący się ten suchy i ciepły wiatr, sprzyja powstawaniu posuch. A to już znaczne przesuszenie gleby, zmniejszenie lub całkowite zniszczenie upraw roślin, zmniejszenie zasobów wody pitnej, na koniec – zwiększone prawdopodobieństwo pożarów. Silne ocieplenie jakie niesie z sobą halny, może być również przyczyną powstawania groźnych w górach i niosących szkody ekologiczne – lawin.

Powstaje, gdy wskutek różnic ciśnienia między jedną a drugą stroną grzbietu gór powietrze przepływa przez dostatecznie wysoki łańcuch górski.Trwa od kilku godzin do sześciu dni, w tym czasie ciepły wiatr powstrzymuje napływ niżu, ale w końcu zimne powietrze i tak wygrywa zmieniając na diametralnie gorszą pogodę – ew
Źródło: A. Heßmann „Wpływ pogody na samopoczucie”
fot. ewolny

Archikatedra Chrystusa Króla w Katowicach, czyli wydobywam z życia sens

Ta nieznana nam dotychczas tak monumentalna katedra, calutka z jasnego dolomitu śląskiego, jest jednym z największych kościołów w Polsce (trzecia po gdańskim Mariackim i bazylice w Licheniu). Wstyd, bo sprawdziło się porzekadło „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”. Tacie nawet bardziej wstyd niż mnie – 80 lat krążenia pomimo, a dopiero musiała nas tam zaprosić… mama.

Pierwszy niezapomniany widok to nie tylko ogromna kolumnada, do której prowadzą dostojne na 20 metrów schody, nie tylko potężne drzwi frontowe, zdobione misternymi płaskorzeźbami, ale przede wszystkim urzekająca kopuła, przywodząca na myśl tą piotrową. Niestety słabo widoczna od dołu, gdyż co typowe „powojenne władze komunistyczne zezwoliły dokończenie prac wymuszając zmianę planów. Dlatego nie wybudowano wysokiego na 38 metrów cylindra, na którym miała osiąść kopuła. Mówi się, że powodem tej decyzji była obawa władz, by nad robotniczym miastem nie górował katolicki kościół”. Wielka szkoda.


Ale nagle okazało się, że ta niesamowita kopuła jest jeszcze piękniejsza od wewnątrz. Do tego sprawiające ogromne wrażenie sięgające jej obrzeża smukłe kolumny, okrągły ołtarz usadowiony tuż pod nią, a po bokach równie smukłe kaplice Chrztu Świętego i Najświętszego Sakramentu. W tej drugiej, z tabernakulum przypominającym Gorejący Krzew, w 1983 roku modlił się poprzedni papież, Jan Paweł II,  a przecudnej urody złotą mozaikę ufundował kardynał Ratzinger – papież obecny,  Benedykt XVI. Całości dopełnia nie tylko nietuzinkowa droga krzyżowa, ale przede wszystkim klimat regionu, czyli kaplica Św. Barbary – patronki górników, a na ścianach  liczne tablice poświęcone uznanym Ślązakom w tym Powstańcom Śląskim.

Ten wszechotaczający ogrom sprawia, że jest to doskonałe miejsce do kontemplacji, zadumy i pokory nad marnym, maluczkim życiem człowieczym… co udowodnia mój tato.

Uwagi na marginesie: Pytania o sens, dlaczego zło, cierpienie, śmierć?

Jeśli świat jest dziełem dobrego Boga, to dlaczego dzieje się na nim tyle zła? Od tego pytania Russell Stannard rozpoczyna swoje rozważania na temat fundamentalnych spraw naszego życia. Zaczyna od zła. Dlaczego co dzień zdarzają się rzeczy straszne, bulwersujące, wzbudzające trwogę? Zło powoduje cierpienie. Jednak czy tylko zło jest jego przyczyną? A co z trzęsieniami ziemi, powodziami , chorobami? Na koniec podejmuje temat śmierci. Każdy musi stawić jej czoło. Czy wobec tego wszystko nie traci sensu?… Opierając się na swej – chrześcijańskiej – wierze, a także korzystając z osiągnięć nauki, autor prezentuje dogłębną i wnikliwą analizę zagadnień, na które nie sposób dać jednoznaczną odpowiedź. Jasnym i prostym językiem dostarcza czytelnikowi wskazówek służących lepszemu zrozumieniu problemów, pomagając mu zastanowić się samodzielnie nad postawionymi pytaniami.

Stąd już skok do Cząstki, która wskazuje czas. „Koncepcji, że jedno z podstawowych praw fizyki mogłoby nie zachowywać dokładnej symetrii względem odwrócenia czasu, w ogóle nie rozważano wtedy, gdy Feynman doskonalił swoje pomysły dotyczące antymaterii i odwrócenia kierunku upływu czasu. Przypadek sprawił jednak, że odkryto wówczas nową cząstkę elementarną, która, jak się okazało, była kluczem do rozwiązania problemu symetrii względem czasu. Nazwano ją kaonem. Choć coś słyszałem o kaonach w szkole średniej – że są bardzo niestabilnymi i krótko żyjącymi cząstkami elementarnymi – pierwszy raz zwróciłem na nie uwagę w 1966 roku, gdy przeczytałem w londyńskiej prasie o pewnej dziwacznej teorii. Artykuł sugerował, że kaony mogłyby czasem prześlizgnąć się do innego Wszechświata, gdzie czas biegnie w przeciwnym kierunku, by wrócić później do naszego Wszechświata. Brzmiało to jak science fiction i bardzo mnie zaintrygowało, zwłaszcza że autorem teorii był Russell Stannard, jeden z moich wykładowców w University College. Rozważania Stannarda opierały się na zadziwiającym odkryciu sprzed lat, zgodnie z którym kaony mogły „wyczyniać dziwne rzeczy” z czasem. Jego wyjaśnienie wymaga pewnego wprowadzenia… ”

Jak taka tęga głowa może dywagować nad sensem i bezsensem, nad źródłem zła? Czyżby materia w sposób naturalny przeplatała się z duchowością ? To ciało z duszą stanowi o człowieku? Matematyka, fizyka i wzniesienia, uniesienia, upadki to pełne człowieczeństwo? – ew


Ta jasna, monumentalna budowla, ozdabiana kolorowymi refleksami światła padającymi przez wartościowe witraże, posiada do tego jedne z największych organów w kraju, których niestety nie usłyszałam.

Za to w podziemiach świątyni, w krypcie znajdującej się vis a vis Kurii Metropolitalnej,  usłyszałam nie tylko jedno z piękniejszych „studenckich kazań” i przecudnej urody chóralne wykonanie psalmu, ale i zobaczyłam  po raz pierwszy na wskroś nowatorskie wersje biblijnych motywów, zdobiących te ściany – Kościół Akademicki i wszystko jasne! Niestety, skupiona na profesjonalnym zadaniu, najpiękniejszej św. Weroniki z chustą  nie uwieczniłam… – ew

fot. ewolny Katowice

Kowal

Kowal to kowal. „Kuł żelazo póki gorące”, czasem naprawił wóz lub samochód i oczywiście zakładał podkowy koniom. A teraz? Podkowy własnej roboty to przeszłość a kowale to uprawiają już tylko rzemiosło artystyczne. No i zostały jeszcze kuźnie, ale w przemyśle maszynowym.

Ale czy ten kto zakłada koniom „buty” to kowal? Przyjemnie zobaczyć jak pracuje fachowiec. Kowal nie kowal!?


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl

Misie ratują dzieci

Stowarzyszenie Misie Ratują Dzieci to działająca od 1999 roku organizacja humanitarna, której głównym celem statutowym jest działalność profilaktyczna zmierzająca do zmniejszenia liczby wypadków, zwłaszcza tych z udziałem dzieci oraz praktyczna pomoc psychologiczna dla ofiar tragicznych zdarzeń. Pomoc tą Stowarzyszenie kieruje głównie do najmłodszych uczestników wypadków, ale również do ich rodzin oraz do pracowników służb ratownictwa – grupy zawodowej najsilniej narażonej na psychologiczne konsekwencje związane z interwencjami kryzysowymi.

Cele statutowe Stowarzyszenie realizuje poprzez wdrażanie autorskich projektów, których zadaniem jest zarówno uświadamianie uczestników ruchu o niebezpieczeństwach na drodze, jak i pomoc ofiarom wypadków, w szczególności dzieciom. Sztandarowym projektem Stowarzyszenia było utworzenie Domu Misia Ratownika, czyli Ogólnopolskiego Centrum Terapeutyczno – Szkoleniowego w Dźwirzynie koło Kołobrzegu dla osób poszkodowanych w wypadkach i ich rodzin oraz dla pracowników służb ratownictwa. Zobacz więcej: www.misie.sos.pl

Magiczna Picha

Powiedział ktoś o niej „Radosna Picha”,
bo w sercu nosiła pluszowego Micha.
Kiedy to powiedział, miał oczy pluszowe
lecz nagle oślepł i stracił swą mowę.

Bo do małych dzieci co kicianiem śmieją
ciepłe słowa szeptaj, bo nie zrozumieją.
W ich serduszku Micho ciepła nasłuchuje,
jak coś nie rozumie, w serduszko ukuje.

Ciepłe obrazy, ciepłe wspomnienia,
karmią Micha brzuszek, uczą nas spojrzenia.
Nie patrz źle za siebie, lecz gdzie jesteś poczuj.
Zaufaj Michowi – z magnesu ma oczy.

Przyciągnie do siebie serce pluszowe
lecz daj mu siłę, napełnij swą głowę,
w pluszowe myśli i w co serce marzy,
gdy ty to zrozumiesz, cud się wydarzy.

Zaklaszczemy w dłonie, obudzimy Misia.
On wcale nie jest stary, ślicznego ma pysia.
My się nie boimy, głośno zatańczymy.
Jak sie zbudzi damy Mu cukierka – On go zje!

Pierwsza godzina – Micho marzy…
Druga godzina – wie co się… wydarzy.
Trzecia godzina – z radości już sapie!!!
Czwarta godzina – sercem szczęście łapie.

Nagle zrozumiała „Radosna Picha”
swego cieplutkiego, pluszowego Micha.
Patrzy teraz w górę, patrzy wokół siebie,
wie, że to ten MICHO, który mieszka w Niebie.
Ja Jestem

Jak zdobyć moce nadprzyrodzone

Istnieją dwie drogi do zdobycia mocy nadprzyrodzonych. Pierwsza prowadzi przez praktykę, zmierzającą do wyzwolenia z samsary, to jest z koła narodzin i śmierci. Celem jest tutaj nie osiągnięcie abhidżni, czyli wielkich umiejętności lecz wstąpienie do stanu nieuwarunkowanego, do nirwany. W ostatnim etapie medytacji, zwanej samjamą pojawiają się mimo woli te właśnie umiejętności, do których należą:

1. Siły nadnaturalne siddhi
2. Jasnowidzenie, czyli „boskie oko” diwjacaksus
3. Słyszenie głosów niebiańskich i ludzkich, czyli „boskie ucho” diwjaśrota
4. Poznanie myśli drugich ludzi paracittadżniana
5. Poznanie poprzednich żywotów purwanirwasanusmriti

Paradoksalnie im mniej pożąda się tych umiejętności tym łatwiej one przychodzą i szybciej się je zdobywa. Trzeba jednak wiedzieć, że nie pomagają one w osiągnięciu wyzwolenia, lecz stanowią wyraźną przeszkodę w drodze do nirwany. Są one jednak oznaką zbliżania się do stanu wyzwolenia i osiągania stanu arhata. Przed pierwszym soborem buddyjskim w Wajsiali jeden z najbliższych uczniów Buddy, Ananda, nie dostąpił jeszcze stanu arhata i nie chciano go dopuścić do obrad. Wtedy on pośpiesznie przeprowadził praktykę medytacyjną i uzyskał jednocześnie zdolności abhidźnia. Wykazał je, przechodząc przez ścianę skalną jaskini, w której odbywały się obrady.

Druga droga do zdobycia mocy nadprzyrodzonych prowadzi poprzez praktykę jogiczno–tantryczną, zwaną też sadhaną. Stosuje się tutaj takie metody jak powtarzanie mantr czy dharani. Innym środkiem do zdobycia tych zdolności są ćwiczenia pranajamy, czyli ćwiczeń oddechowych, polegających na ograniczaniu ilości oddechów a nawet ich całkowitym powstrzymywaniu. Opowiadania o 84 siddhach zawierają przykłady niektórych joginów, którzy najpierw osiągnęli umiejętności nadnaturalne a potem dopiero stan buddy. Droga ta jednak jest dużo trudniejsza i dłuższa. Im bardziej się ich pożąda tym trudniej jest je zdobyć. Wadżrajana, czyli tantryczna odmiana buddyzmu rozwinęła wiele takich metod „na skróty” poprzez praktyki tantryczne, opisane językiem symboli seksualnych, zwanym sandhjabasza, czyli językiem „półcieni” lub jak chce tego M. Eliade sandhabasza, czyli językiem „intencjonalnym”.

Joga i tantra – Jeżeli weźmiemy pod uwagę czwartą szlachetną prawdę, zawierająca opis ośmiostopniowej drogi prowadzącej do wyzwolenia, to stwierdzimy, że po pominięciu pierwszego i drugiego stopnia (słuszny pogląd i słuszne postępowanie), które właściwie pasują do każdej nauki religijnej, wszystkie pozostałe jej stopnie mieszczą się całkowicie w ramach radżajogi. Tak więc słuszna mowa (nie kłamać) i słuszne postępowanie (nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść) oraz słuszny sposób życia (skromne ubranie, prosty posiłek i brak majątku) można utożsamić z niektórymi zakazami (jama) i nakazami (nijama) jogi opisanej przez Patańdżalego w Jogasutrze. Jest jednak istotna różnica między nimi, gdyż hinduska joga ma charakter teistyczny, podczas gdy w buddyjskiej nie znajdziemy wzmianki o bogu. Ostatnie trzy stopnie jak słuszne dążenie (ochranianie zmysłów), słuszne skupienie oraz słuszna medytacja można utożsamić z pratjaharą, dharaną, dhjaną i samadhi, pamiętać tylko trzeba, że medytacja buddyjska dzieli się na cztery dżhany. Mianowicie:

1. Uwolnienie od bodźców zewnętrznych i pokus
2. Opanowanie i uspokojenie umysłu
3. Izolacja od świata zewnętrznego i pamięci
4. Osiągnięcie czystego stanu świadomości, w którym nie ma ani zadowolenia, ani niezadowolenia, gdy zanikło uczucie przyjemności i nieprzyjemności.

Joga buddyjska różni się jednak od jogi hinduskiej tym, że jej celem jest zawsze osiągnięcie wyzwolenia z kręgu narodzin i śmierci, podczas gdy w innych jogach celem może być samo uwielbianie boga lub zjednoczenie się z absolutem, jak również osiąganie mocy nadprzyrodzonych. I tu właśnie wkraczamy na teren jogi tantrycznej, zresztą jogę tę charakteryzuje przede wszystkim metoda, a więc wykorzystywanie sadhany, operowanie wiedzą z zakresu fizjologii i psychologii, co jest specjalnością hathajogi, a nawet sięganie do arsenału środków alchemicznych.

Wracając jeszcze do jogi buddyjskiej trzeba wiedzieć, że na najwyższych stopniach dhjany zawsze pojawiają się moce nadprzyrodzone (siddhi) niezależnie od woli jogina, ale ich stosowanie było zabronione przez Buddę.

Zdolności nadprzyrodzone (riddhiprabheda) podzielić można na umiejętności postrzegania nadzmysłowego (abhidźnia) i moce nadprzyrodzone (siddhi). Do umiejętności nadzmysłowych należą: boskie oko (diwjaczaksur), boskie ucho (diwjaśrotam), czytanie w myślach (cetahparjaja), zrozumienie cudów (riddhiwidhi), wiedza o poprzednich wcieleniach (purwanirwasanusmriti) i wiedza o sposobach niszczenia namiętności.

Za moce nadprzyrodzone uważa się: władanie mieczem świadomości, przechodzenie przez materię, tworzenie i niszczenie, wytwarzanie środków do widzenia trzecim okiem, opanowanie wszechwiedzy, szybkie chodzenie i umiejętności alchemiczne. Zdobycie abhidźni i siddhi to cel jogi tantrycznej.

Hathajoga – Zakres jej obejmuje przede wszystkim ćwiczenia zmierzające do opanowania ciała, wśród których bardzo ważną rolę odgrywają czynności czyszczące (kriya) organy ciała oraz ćwiczenia oddechowe (pranajama). Za twórcę tej jogi uchodzi mahasiddha Goraknath (XII w.), będący autorem dwóch prac: Hathajoga i Gorakszasiataka, niestety zachowała się tylko ta druga. Oprócz tych tekstów istnieją jeszcze Hathajogapradipika, Gherandasamhita i Siwasamhita. Poza tym Goraknath był założycielem sekty kanphatów.

Czynności oczyszczające składają się z dhauti, obejmującego np. mycie zębów, basti, którego celem jest czyszczenie jelita grubego i odbytnicy poprzez pompowanie analne, neti to czyszczenie nosa za pomocą nitek, nauli polega na wykonywaniu energicznych ruchów żołądka i jelit, trataka to czyszczenie oczu przez koncentrację wzroku na jednym punkcie, np. na płomieniu świecy, aż ukażą się łzy w oczach i kapalabhati polegające na czyszczeniu nosa przez wciąganie wody nozdrzami i wypluwanie ustami.

Ćwiczenia oddechowe zwane pranajama mają na celu oczyszczenie kanałów psychicznych i polegają na powstrzymywaniu oddechu, tzn. na przedłużaniu przerw między oddechami. Przez opanowanie rytmu oddychania można uzyskać pewne umiejętności polegające na kontrolowaniu układu neuro-wegetatywnego. Jogini wierzą, że opanowanie pranajamy usuwa złą karmę i obdarza mocami czarodziejskimi.
fot. Psi Ząb Budda z… chryzoprazem
www.kazir.blog.onet.pl

O kobiecie i mężczyźnie

Podobno o gustach się nie dyskutuje, ale my podyskutujmy. Zdarzyło się bowiem, że wysłałam jakiś czas temu rozwiązanie krzyżówki, za którą w nagrodę dostałam pięknie oprawioną książkę Henry’ego Massa „Rozmowy z księciem”.  Zachęcona ową wygraną wysłałam nowe rozwiązanie, za które ponownie dostałam w innej oprawie… tą samą książkę! Przestałam wysyłać rozwiązania, bo  nagle pojęłam, że jest to przecież pismo branżowe i chyba ja jedna biorę udział w konkursie.

A „Rozmowy z księciem” urzekły mnie na stałe swoimi prostymi, lecz bardzo trafnymi sformułowaniami, napisanymi  w dodatku w sposób uroczy.  Całość to zbiór esejów pod wspólną nazwą „Rozmowy z księciem, czyli elementarz dla dorosłych”, bo czego tam nie ma? W księdze pierwszej napotykamy eseje o Ojczyźnie, druga traktuje o naprawach, trzecia to sens życia, czwarta to już demokracja i zarządzanie, piąta jeszcze o człowieku, kolejna to kolokwium a ostatnią jest zbiór opowiadań zainspirowanych samym Księciem.

Każda z ksiąg ma dodatkowo tematyczne rozdziały. Na przykład o miłości, o snach, o przeznaczeniu, o przyjaźni, o ludzkim wieku,  o muzyce, o filmie, o śmierci, o ludzkiej niesłowności, o błędzie,  o klątwach,  o wspomnieniach,  o niewiedzy sterowanej, o małżeństwie, o ludziach ze snów, o naturze, o intuicji,  o przyczynie i skutku… Nie wymienię wszystkich, bo jest ich 90 (sic!), a wszystkie doskonałe w sposobie zrozumienia. Może jakaś sugestia? Chętnie przytoczę, a póki co jako przykład:

„O nieprawdzie: Nieprawda, ta o rysach kłamstwa, w swej istocie jest szlachetna. Ktoś tylko złośliwy może ją nazwać nowotworem ludzkiej egzystencji. Jeśli tak, to nowotworem absolutnie niezłośliwym, w odróżnieniu od nieprawdy będącej fałszem, krzywdzącym oszustwem, co już jest nowotworem jak najbardziej złośliwym.

Ale bywa i tak, że są to rysy tej samej twarzy.

Nieprawda jest szlachetna oczywiście tylko wtedy, gdy przynosi ulgę, gdy nikt z konieczności jej zaistnienia nie podlega znaczącym cierpieniom.

Nieprawda jest wartością często pożądaną, balsamem łagodzącym żądze i cierpienia. Nieprawda jest potrzebna w równej mierze nam, co i tym, do których jest skierowana. Nieprawda nie jest bękartem, jest pierworodnym wnukiem naszego sumienia.

Nieprawda jakby doskonale  zazębia się również z głównym tematem dzisiejszego wpisu, którym będzie:

„O kobiecie i mężczyźnie”: Natura nie miała potrzeby nigdy się zastanawiać kogo uczynić kobietą a kogo mężczyzną. Z tego prostego powodu, że była Ona (i w sensie ogólnym jest nadal) i jednym, i drugim…

Oba jej obiekty, będące wizerunkiem Jedności są w równej mierze potrzebne i niezastąpione, bowiem każdy z obiektów nie istniałby bez drugiego. Raz jeszcze należy podkreślić, że podział Natury na męską i żeńską jest poza Jej znaczeniem generalnym, Natura jest Jednością, która na Ziemi, czyniąc życie ciekawszym, przybrała aż dwie postaci.

Część siebie Natura wyraziła ciałem kobiety, część inną ciałem mężczyzny. Wszelkie zaś różnice, w tym intelektualne, są nie tyle samymi w sobie predyspozycjami płci, ile wypadkową narzuconych pierwotnych działań i celów.

Część Natury została nie tyle kobietą, co matką z całym bagażem praw i obowiązków. Matce dana została przede wszystkim Miłość, mężczyźnie przede wszystkim Mądrość. Miłość i Mądrość, bo tylko tyle ma sens i istotne znaczenie.

Kobieta musi rodzić i wychowywać. Cały jej więc wysiłek intelektualny generalnie koncentrował się przez wieki na miłości i zachowaniu gatunku. Żeński konar drzewa w jednym rósł kierunku, wymagał poświęceń i odpowiedzialności, którym mężczyzna nie byłby w stanie podołać, nie tylko dlatego, że jest mężczyzną, ale dlatego, iż takie są jego historyczne uwarunkowania. Kobieta przez tysiąclecia stała się niedościgłym mistrzem rzeczywistości. To ona potrafi ocenić rzeczywistość, zabezpieczyć, oddać następnym pokoleniom. Nikt i nic jej nie dorówna w mądrym pojmowaniu dnia wczorajszego, dzisiejszego, jutrzejszego. Jest pełna miłości i mądrości w pojmowaniu życia codziennego. Tylko nielicznym mężczyznom udaje się w tym sensie, wobec takiego mistrza zdobyć dyplom czeladniczy…

Mężczyzna. Cała jego moc twórcza, uwolniona od konieczności i zaszczytu macierzyństwa, mogła już bez tych cudownych kajdan, ewoluować w kierunku zadanego celu – mądrości i intelektu. Przez tysiąclecia, wieki całe, bowiem to mu właśnie przeznaczono. Przy czym przeznaczenie należy rozumieć jako wykreowaną konieczność. Mężczyzna był ze swej niezależnej od niego istoty kobiety zbyt głupi, by ograniczyć się tak udanie do miłości i zbyt mądry, by nie czerpać z mądrości i jej nie tworzyć. Tworzył więc wykształcając w sobie moc stwórczą, osiągając wyżyny niedostępne dla tworzących miłość. Są jednak kobiety, które przy owym mistrzowskim majestacie mężczyzny, potrafią zdobyć i takiż dyplom.

Mężczyzna udanie rozwinął w sobie miłosny stosunek do mądrości, kobieta zaś potrafiła wykształcić swój mądry stosunek do miłości. I on, i ona są bezkonkurencyjni w swoich dziedzinach, swoich specjalizacjach. Bowiem ciężarowiec nie będzie mistrzem bieżni, ani sprinterka mistrzem na pomoście. Mężczyzna i kobieta są równi, tak jak i równa w sensie wartości jest miłość w stosunku do mądrości.

Można się zgadzać z tym  lub nie, lecz najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że spostrzeżenia te „dają” i to ostro do myślenia… – ew
fot. kadr z filmu Avatar

Od niedzieli śpimy dłużej, czyli „Gość Niedzielny” o przekręcie na czasie

W Unii Europejskiej (dyrektywa UE 2000/84/EC) czas zmieniamy z zimowego na letni w ostatnią niedzielę marca, a z letniego na zimowy w ostatnią niedzielę października. Dzięki temu od jutra śpimy dłużej wiedząc, że zmiana czasu miała sens dwieście lat temu – dziś powoduje straty, zamieszanie i uszczerbek na zdrowiu.

Podobno na zmianę czasu z zimowego na letni wpadł sam autor konstytucji USA Benjamin Franklin. Gdy był ambasadorem w Paryżu, zauważył, że z powodu niedostosowanej do pory dnia godziny wszyscy śpią, mimo, że słońce jest wysoko, a wieczorem zaś pracują przy blasku świec. Franklin był nie tylko politykiem i dyplomatą, ale także naukowcem i wynalazcą. Obliczył, że gdyby przesuwać czas na wiosnę „do przodu”, a jesienią „do tyłu”, można w samym tylko Paryżu zaoszczędzić 30 mln kilogramów wosku rocznie. Ludzie używali świec, bo pracowali, bawili się i uczyli po zachodzie słońca. Gdyby więc przesunąć godziny wstawania, a co się z tym wiąże także zasypiania, świece nie byłyby w takich ilościach potrzebne.

Jednak pomysł Franklina nie został podchwycony. Dużo później jako pierwsi zrealizowali go Niemcy – I wojna światowa, kryzys i braki w energii tak potrzebnej do produkcji broni i amunicji. Obywatele ogarniętego wojną kraju, mieli od 1916 r. wcześniej chodzić spać, po to, by nie oświetlać swoich mieszkań po zmroku. Chwilę później zmianę czasu wprowadziły i inne kraje europejskie. Argumenty o oszczędnościach nie przekonały wszystkich. Tarcia między przeciwnikami i zwolennikami zmiany czasu były tak duże, że w wielu krajach czasowo rezygnowano z regulacji zegarków. Tak było i w Polsce. Po raz pierwszy przestawiono tu czas w okresie międzywojennym, później z tego zrezygnowano. Czas zimowy i czas letni przywrócono pod koniec lat 40., a później znowu z niego zrezygnowano, po czym w 1957 r. zmianę czasu wprowadzono, by w 1965 r. znowu porzucić. Na stałe Polska jest krajem „dwuczasowym” od 1976 r.

Danych o oszczędnościach, jakie mają wynikać ze zmiany czasu, praktycznie nie ma. Istnieją niepewne szacunki, w dodatku niejednoznaczne. Oszczędność energii można policzyć, ale jak oszacować zamieszanie związane z przestawianiem wskazówek? Jeden z nielicznych raportów na temat oszczędności energii wydał ponad 30 lat temu Amerykański Departament Energii (ADE). Z jego obliczeń wynika, że zmiana czasu rzeczywiście oznacza mniejszą konsumpcję prądu. O cały 1%, i to na dodatek tylko przez dwa miesiące, marzec i kwiecień. Później dzień jest tak długi, że dodatkowa godzina nie wpływa na mniejsze zużycie prądu. Wyniki raportu ADE podważały poważne instytucje naukowe. Uważały, że rachunki są błędne i o żadnych oszczędnościach nie ma mowy. Argumentowano, że co roku rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną, a tego ADE nie wziął pod uwagę w obliczeniach. To był rok 1976. Jeżeli już wtedy wyniki analiz nie były jednoznaczne, to co dopiero teraz.

Od czasów Franklina, I wojny światowej i czasów, kiedy opublikowano raport ADE, bardzo dużo się zmieniło. Toster, czajnik bezprzewodowy czy bojler, niezależnie od godziny zużywają tyle samo energii. A żelazka, pralki, komputery? Można kręcić wskazówkami do oporu, a ilość zużywanej przez te sprzęty energii i tak nie ulegnie zmianie. To samo dotyczy oświetlenia ulic, które działa od zmierzchu do świtu, niezależnie od tego, o której godzinie zaczyna się świt. Dzisiaj oświetlenie pomieszczeń pożera mniej niż 1% prądu, który produkują elektrownie. Co więcej, choć prądu w ogóle zużywamy coraz więcej, na oświetlenie mieszkań i domów potrzebujemy go coraz mniej. Głównie dlatego, że coraz częściej korzystamy z energooszczędnych źródeł światła, za  to podnosimy swój standard życia. Coraz częściej kupujemy klimatyzatory, większe lodówki, elektryczne systemy grzewcze czy sprzęty kuchenne. Nowoczesne telewizory (wielkości okna) konsumują więcej energii niż starsze typy. To wszystko zużywa znacznie więcej energii niż oświetlenie, a równocześnie korzystamy z tego niezależnie od wskazywanej przez zegarki godziny. Najwięcej prądu potrzebują fabryki, transport czy kopalnie. Przestawianie wskazówek w przemyśle nic nie zmieni!

A dla rolników ważny jest jasny poranek, a nie długi wieczór – zwierzęta nie przestawiają zegarków. W USA, gdzie rząd nie ingeruje zbyt mocno w życie obywateli, w stanach rolniczych (m.in. Arizona i Indiana) wciąż są hrabstwa, które czasu nie przestawiają. W 2006 r. kilka hrabstw w Indianie zdecydowało się jednak dostosować. Dla naukowców to była szansa, by sprawdzić  jak będzie.  Obszar, na którym zdecydowano się po raz pierwszy zmienić czas, nie był duży, więc badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego prześledzili rachunki za energię elektryczną każdego domostwa. Nie było żadnego zysku, tylko gigantyczna strata. W sumie na tym niewielkim terenie rachunki za prąd wzrosły o prawie 9 mln dolarów. Skonsumowano do 4% więcej energii. To nielogiczne! Istotnie nieco spadła ilość energii używanej do oświetlenia domów, równocześnie znacznie zwiększyła się ilość energii zużywanej przez klimatyzatory i ogrzewanie. Te włączano, bo wcześniejszym rankiem niektórym było za zimno. Gdy wieczorem trzeba było się wcześniej kłaść spać, niektóre mieszkania były zbyt nagrzane po ciepłym dniu i do snu trzeba było je schłodzić.

Dzisiaj jedynym zyskiem z przesuwania czasu jest bezpieczeństwo na drogach. Dzięki temu, że po południu, w czasie powrotów z pracy, jest wciąż jasno, zdarza się mniej wypadków. Szczególnie tych z udziałem pieszych. Ten argument (a nie oszczędność prądu) przekonał brytyjskich parlamentarzystów na początku XX w. do zgody na zmianę czasu. Bezpieczniej na drogach jest jednak nie przez cały okres obowiązywania czasu letniego, ale tylko w pierwszych jego miesiącach. Na razie nikt nie zrobił rachunku zysków i strat związanych ze zmianą czasu. A o tym, że bez zmiany czasu da się żyć, mogą zaświadczyć najliczniejsze narody Azji. W Chinach, Japonii i Indiach nikt przestawianiem zegarka nie zaprząta sobie głowy.
Źródło:
Tomasz Rożek „Gość Niedzielny”

Tatry z Pradziada kryptonim Skrzyczne

Unikalne zdjęcia z Pradziada, bo z Tatrami odległymi o 240 km i… Skrzycznem. A wszystko pod pierzynką inwersji:

Skrzyczne, Babia Góra (zaraz obok z lewej) i Pilsko z Mechami (z prawej strony kadru):


fot. Mateo Pradziad, Jeseniky, Sudety Wschodnie
www.dalekieobserwacje.eu
Zobacz również:
- Wyprawa inwersyjna – Tatry z Pradziada

Nastroje lasu Fidest

Pod Rzeźba Leona a Metropolitan Museum of Art pan Leon Gruzd napisał komentarz „Bardzo dziękuję panu Czapskiemu za zamieszczenie moich prac na blogu, a wszystkim czytelnikom za opinie. Bardzo mnie cieszy, że moje rzeźby są obiektem życzliwych komentarzy. Zapraszam wszystkich do Fidestu na oglądanie prac i rozmowy!”. Za zaproszenie dziękujemy, a póki co przyjrzyjmy się bliżej sylwetce Artysty, jego pracom i miejscu, w którym tworzy – ew

Warszawska wystawa najnowszych, jeszcze nie prezentowanych publicznie prac znakomitego polskiego artysty-rzeźbiarza, założyciela Zrzeszenia Artystycznego „Za”, członka Związku Polskich Artystów Plastyków, Leona Gruzda.

Brał on udział w wielu wystawach indywidualnych, w tym m.in. Galerii Pokaz, Galerii M w Warszawie, w galeriach Meinz i München w Niemczech, a także zbiorowych ,m.in. w Galerii Gojowy, Krefeld, w Niemczech w galeriach Warszawy, Sopocie, Berlinie, w Dallas USA.

Rzeźby (…) to dojrzałe w formie i wysublimowane w treści, wygładzone formy o dużej dynamice i nadrealności, przechodzące w istoty i rzeczy zupełnie abstrakcyjne. Noszą w sobie zarówno ślady ludzkiej witalności, jak też nieskończonego w formie rysunku świata przyrody. Artysta tworzy w brązie, tufie wulkanicznym, marmurze i różnych rodzajach drewna takich jak sosna, dąb, akacja, brzoza.

Prezentowana wystawa to, jak sam autor mówi, pewna forma eksperymentu odbiegająca znacznie od jego dotychczasowej twórczości. Tym razem są to duże drewniane, grubo ciosane, barwne rzeźby inspirowane postaciami sąsiadów ze wsi Fidest, gdzie autor tworzy. Tak jak w przypadku wcześniejszej twórczości rzeźby te, choć tak odmienne, przyciągają barwami, kształtem, swą niewątpliwą dekoracyjnością. Można w nich dostrzec ślady emocji, uczuć, które nadają im głęboko ludzki walor. Zamyślenie, może wyraz zdziwienia, złości, smutku uchwycone, zapamiętane i zamknięte w drewnie, sprawiają, że stajemy między nimi z równym zdziwieniem, zamyśleniem i szacunkiem.

(…) rozpoczął poszukiwania twórcze od obserwacji przyrody. W niej odnajdywał przyszłe pierwowzory swych rzeźb. Ten ideał wzbogacał poszukiwaniami własnej drogi, przez kontakty z innymi twórcami w kraju i za granicą. Poparte lekturą i codzienną pracą zaowocowały one rzeźbami dojrzałymi w formie i wysublimowanymi w treści.

W tym miejscu można by przytoczyć słowa Paula Cezanne’a: „W naturze należy starać się odnaleźć formy kuli, stożka i walca”, dla osiągnięcia najlepszej kompozycji. (…), choć czasami w sposób świadomy łamie tę zasadę, to jednak w całej swej dotychczasowej drodze twórczej dostrzega potrzebę jej pogłębiania.

Modelunek jego rzeźb – często owalne, wygładzone formy o dużej dynamice i nadrealności, przechodzą w istoty i rzeczy abstrakcyjne. Przypominają one nieco dawne dzieła Hansa Arpa, Henry Moore’a czy rumuńskiego twórcy Constantina Brancusi. Rzeźby (…) noszą w sobie zarówno ślady ludzkiej witalności, jak też nieskończonego w formie i rysunku świata przyrody. Można doszukiwać się w nich osobistych asocjacji z pogranicza najnowszych kierunków sztuki formizmu i figuratywizmu. Artysta ten nie daje się jednakże uwieść modnym kierunkom w sztuce, które bardzo często ją uprzedmiotowiają lub popadają w poznawczą abstrakcję.

Rzeźby (…) są przyjazne człowiekowi, posiadają walor dekoracyjny, przyciągają kształtem i barwą, wrażeniowo są mu bliskie i nie wprowadzają dysonansu między nim a przyrodą. W dzisiejszym świecie, rozpędzonym do granic światła, takie walory sztuki jak harmonia, czy wręcz dosłowny kontakt z widzem, przydają tym relacjom głęboko ludzki walor.


Kto zgadłby którego to rzeźbiarza tak charakteryzują, zaczerpnięte z internetu, teksty? Załączone zdjęcia rozwiązują tę zagadkę. To rzeźby Leona Gruzda. Prehistoryczne monstra, ptaki znoszące kamienne jaja, pływające w stawie ogromne skamieniałe ślimaki a w pracowni dziwne kwiaty.


Wiatr przynosi nasiona roślin które nie dają się zidentyfikować. Jak żuraw przeleci nad tym polem to tyle z niego zostaje – rzeźba. Pod dom, pod którym wyrastają ogromne skrzypy, podpełzają niekiedy wielkie węże… A pan Leon zastanawia się co się tu dzieje?!

To jego dzieła. W takim środowisku pracuje i jak to u Artysty – co trafi „pod rękę” zamienia się w rzeźbę. Jak u Midasa, tylko z mniejszą szkodą… Nawet kamień, zanim zostanie dziełem, zdobi tu otoczenie.


To kolejny ważny autor tworzący w naszym środowisku. Żeby obejrzeć te rzeźby nie trzeba jechać do Warszawy. Można je zobaczyć we wsi Fidest. Dobrze gdyby przez jakiś czas, były one dostępne w wyszkowskim city. Bowiem nie tylko ratusz stanowi o randze miasta. Kultura także.

A tylko 150m od gajówki Fidest można zobaczyć takie obrazki. Jednak żeby spokojnie obserwować taki „film” trzeba przebrnąć pokazane mokradła, zasiąść we wcześniej przygotowanej kryjówce, potem to już tylko przez kilka godzin… patrzeć, patrzeć i patrzeć. Z pewnym niepokojem pokazuję ten teren, bo jak wiadomo jest wielu „poprawiaczy przyrody” i może się okazać, że za chwilę trzeba będzie sadzić tu las sosnowy lub budować jakieś drogi ppoż.
fot. Wiesław Czapski Fidest
www.owyszkowie.blox.pl