Monthly Archives: Listopad 2010

Himalajski spacerek – cz. 1 Góry

To były slajdy i dlatego są takie kontrastowe, na dodatek firmy ORWO Color. Nie można za dużo wymagać..

Himalaje z samolotu. Mylą się chmury z górami – lżejsi mogliby chodzić po tych obłokach:

Dhaulagiri – w sanskrycie Biała Góra -  ośmiotysięcznik w Nepalu:

I wspomniany niestety ORWO Color, za to z Kangczengdzongą:

Przełom Indusu na szlaku karawan. Wbrew pozorom to nie błoto:

Na dachu świata – Karakorum w kwiatach. Ośnieżone góry to Saser Mustagh, należący do Karakorum:

Kjarkkjaks i małe krzewy, a te prostokątne domki to miejscowość Keylong. Byłem i na dole i u góry, bo żeby dojść do Keylongu trzeba zejść na dół a potem wejść do góry. Keylong jest stolicą Lahul.

I znów Kjarkkjaks – znajduje się w paśmie bocznym Himalajów, zwanym Pir Pandżal. Kraina nosi nazwę Lahoul a stolicą jej jest Keylong. Wszystko to leży w dolinie Bhagi, która po połączeniu się z Candrą tworzy słynną rzekę Czenab. Na zdjęciu miejscowi pasterze:

Gangapurna. Szczyt na prawo nazywa się Roc Noir, czyli czarna skała. Roc Noir to jest po francusku, bo dotarli tam pierwsi Francuzi – w 1950 roku.

Oblicza gór – jaki, a raczej krzyżówka jaka z krową – prawdziwy jak to dopiero majestat. Kiedyś spałem w hoteliku na I piętrze w Padum. Rano zapukał do drzwi rogiem jak. O mało co nie wyskoczyłem przez okno:

Gompa. Ze szczytu góry zaglądam na jej podwórko:

W sercu Himalajów. Miejscowość nazywa się Manang, wys ok 3500 m n.p.m.; rejon Annapurny. Ta czarna góra nazywa się po francusku Roc Noir ale nepalskiej nazwy nie pamiętam. Te stworzenia wyglądają jak krowy:

Syabru. Wyżej są jeszcze piękniejsze niebieskie góry – śnią mi się od dawna:

fot. Psi Ząb Himalaje
www.kazir.blog.onet.pl

Zobacz również:
- Himalajski spacerek – cz. 2 Miasto
- Himalajski spacerek – cz. 3 Człowiek

Miasto nocą


klik by powiększyć
fot. Mateo Katowice
www.dalekieobserwacje.eu

Moc modlitwy a medycyna

Więcej rzeczy jest osiąganych przez modlitwę niż świat jest w stanie wymarzyć – Alfred, Lord Tennyson.

Niektórzy z nas wiedzą, że się modlą. Inni myślą, że nie – ponieważ nie padają na kolana rano i wieczorem. Ale przecież siedzą całą noc przy chorym dziecku, robią zakupy dla starszych rodziców, borykają się trudnym życiem z alkoholikiem, wspierają marzenia tych, których kochają, swą ciężką pracą lub pomocą przy ich dzieciach. Pomagają przyjacielowi w rozpaczy, towarzyszą przyjaciółce w radości, troszczą się o swoje ciało i duszę. To też jest modlitwa.

Bez względu na to, czy zdajemy sobie sprawę czy nie – to modlimy się każdym oddechem, uderzeniem serca, uśmiechem. Modlimy się pragnieniem, oczekiwaniem, tęsknotą, głodem, wzrokiem, żalem. Modlimy rozczarowaniem, zniechęceniem, desperacją, niewiarą. Modlimy się złością, wściekłością, zazdrością. Modlimy przyjemnością, zadowoleniem, szczęściem, radością, uniesieniem. Modlimy wdzięcznością, uznaniem, docenieniem, akceptacją, ulgą. Modlimy się, kiedy pocieszamy, kiedy wspieramy. Modlimy, kiedy się śmiejemy i kiedy płaczemy. Modlimy się, kiedy pracujemy i kiedy bawimy. Modlimy się, kiedy kochamy ukochanego partnera i kiedy przygotowujemy komuś posiłek.

Modlitwą jest choroba. Modlitwą jest nasze życie. Modlitwa to dzieło sztuki, namalowana mandala, zapalona świeczka, napisana książka, wiersz lub utwór muzyczny.

Tak czy inaczej ciągle się modlimy. To jak żyjemy, celebrujemy, szanujemy jest modlitwą. Po prostu jedne modlitwy są lepsze od innych, a świadome modlitwy są najlepsze, bo świadome życie jest najpiękniejsze… Inspiracją tych pięknych rozważań, są luźne zapiski od rozmodlonej Helenki, która jest już 3 lata po operacji onkologicznej i wszystko OK!

Ale oto kolega napisał „Oburzający eksperyment: za tych się modlimy, żeby udowodnić, że modlitwa pomaga, a więc Bóg czuwa, a za tamtych, to się nie modlimy, żeby to samo udowodnić i dla dobra eksperymentu niech ich skręcą powikłania. To mógł tylko katolik wymyślić. Jarek – ateista”. A ja chciałam tylko zaznaczyć, że nauka rządzi się swoimi prawami. Tam, by coś stwierdzić na pewno, potrzebne jest szkiełko, oko, linijka, suwmiarka i liczby. Cynizm? Nie cynizm tylko potwierdzenie tezy. Moc podświadomości, możliwości ludzkiego mózgu – przecież ci chorzy nie wiedzieli, że biorą udział w eksperymencie, nie wierzyli w moc modlitwy, bo zwyczajnie nie mieli o niej pojęcia. To się działo poza nimi, nad nimi. Więc? Nigdy nie zaszkodzi a może pomóc – szczególnie gdy zawodzą sprawdzone metody..

Tym bardziej, że większość tradycji religijnych od dawna utrzymuje, że modlitwa zawiera potencjalną siłę leczniczą. Jednak medycyna naukowa nigdy nie uważała wiary w modlitwę za coś innego niż zabobon, do czasu gdy pojawili się badacze modlitwy…

Ci naukowcy – kliniści przedkładają nam znaczące dowody na to, że umysł nie jest strukturą wyłącznie umiejscowioną i może wpływać na materię w sposób decydujący – sposób, który może być dla osoby chorej, kwestią życia lub śmierci – dr Larry Dossey.

A konkluzją raportu przedstawionego podczas kongresu kardiologów (Dallas na początku lat 90) było zdanie – Pacjenci chorzy na serce szybciej wracają do zdrowia, jeśli inni się za nich modlą. Zaprezentowane przez lekarzy wyniki nowych eksperymentów, zdaniem wielu naukowców, graniczą z czarną magią, szarlatanerią lub łagodniej, to dowód wiary a nie przypadek medyczny. Poruszenie lekarzy było ogromne, zważywszy, że pamiętali dokładnie treść raportu sprzed 13 lat dr Randy Byrda, kardiologa, profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego, który podczas seminarium naukowego w Miami, przedstawił wyniki swych badań prowadzonych w szpitalu w San Francisco. Badania te miały miano Naukowej oceny działania Pana Boga.

W testowanej grupie było 192 pacjentów, w zespole kontrolnym 210. Obserwowani byli przez jeden rok nie wiedząc o prowadzonym eksperymencie. Dr Byrd, praktykujący katolik, polecił obcym osobom w różnych miastach Stanów Zjednoczonych modlić się o zdrowie tych chorych, których nazwiska im podał. Grupy modlitewne wyposażone w imiona, krótkie info o ich stanie zdrowia, były proszone o codzienne modlitwy – bez wytycznych jak się modlić. Za każdego chorego biorącego udział w badaniach modliło się 5 – 7 osób. Badanie było przeprowadzone zgodnie z najsurowszymi kryteriami stosowanymi w badaniach klinicznych, co oznacza, że: było losowe, prospektywne, podwójnie ślepe – w którym ani pacjenci, ani personel nie wiedzieli, do jakiej grupy, który chory należy.

Zatem rygorystycznie kontrolowane badania kliniczne wykazały, że modlitwa może być skuteczną siłą w procesie leczenia, albowiem wyniki badań zaskakiwały – pacjentów, za których się modlono omijały poważne komplikacje pooperacyjne i różnili się oni od pozostałych w wielu zakresach. Eksperyment dokładniej opisano w Medical Tribune.

Bagno Pulwy czyli nastrój powieści „Siostry Opposto”

Uwagi na marginesie – Mówi przedstawiciel Stowarzyszenia Chrońmy Mokradła:

Bagno Całowanie to jedno z największych torfowisk Mazowsza. Większe od Całowania jest, leżące w dolinie Narwi, Bagno Pulwy oraz torfowisko leżące w dolinie Wisły w okolicach Dęblina. Bagno Pulwy, zbudowane z torfów turzycowych i mszysto-turzycowych głębokich i średnich, to teren szczególnie podatny na degradację w przypadku niewłaściwej gospodarki wodnej. To z Planu Rozwoju Lokalnego gminy Rząśnik.

Istotnym walorem naturalnym zarówno Nadleśnictwa Wyszków, jak i Gminy Rząśnik jest bagno Pulwy, które już w 1939 roku osiągało powierzchnię 3.600 ha. Jednak w wyniku przeprowadzonych prac melioracyjnych wspomniany teren osuszono i obecnie znajdują się tam rozległe łąki o charakterze użytkowym oraz liczne oczka wodne, mokradła, bagienka, odcięte zakola rzeczne oraz bagna śródleśne.
To też z dokumentów gminy Rząśnik.

Z opowieści mieszkańców Porządzia wiadomo, że dopiero w 1935 r. rozpoczęto tu melioracje. Wg p. Karłowicza 300 junaków kopało tu rowy melioracyjne. Jednak dopiero po wojnie dokończono dzieła osuszania czy zniszczenia? No cóż – mamy dużo paszy ale zniszczono takie środowisko! Ciekawe, co więcej warte?

Z tej nieodległej przeszłości - dzięki pani Darii Galant, w ostatniej jej powieści „Siostry Opposto” – wyłoniła się mroczna historia bagien. Pewnie nie inna niż na innych bagnach znanych z literatury. Choćby pies Baskerville’ów siejący grozę – ostatecznie zdemaskowany przez Holmes’a jako coś realnego. Daria na Pulwach też sieje strach – mgła, Jezioro Wypłynięte, Utopce, karczma Pulwy – dla niepoznaki tylko realna, zakorkowana 8-ka i wieczne katastrofy drogowe. A strach prawdziwy choć nierealny, bo to wszystko nie istnieje! Istnieje tylko jakieś potężne napięcie, imaginacja, błysk mieszanki prawdziwej historii życia i zjaw, jak to w momencie zagrożenia życia, w momencie katastrofy drogowej.

Ale tajemne bagienne historie jeszcze się nie skończyły. Trwają nadal. Choćby sprawa tych co Wysadzili aulę Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Jeden z braci zamieszkał na Pulwach. Jak podała prasa, zamieszkał samotnie. Horror!

Dziś tak wygląda Bagno Pulwy. A kiedyś tyle trzęsawisk! Jaka możliwość „produkowania strachów”. W  tych wąwozach też można było „najeść się strachu” jeżeli wokół było tyle tych trzęsawisk – Wiesław Czapski


www.owyszkowie.blox.pl

Straconka, Przegibek, Międzybrodzie – pieszo

Dzisiaj wybory, ale to zeszła niedziela, 14 listopada,  przejdzie chyba do historii dzięki przewspaniałej aurze – wyjątkowej jak na tę porę roku. W tamtych dniach nie tylko  Tatry wynurzały się w całej swej okazałości, dzięki czemu Dalekie Obserwacje pobijały swe rekordy, ale i kto żyw wynurzał się z domu, by czynnie wykorzystać te ostatnie chwile słonecznej i bardzo ciepłej (o 15-stej 20 stopni ºC!) pogody. Wyszłam i ja, niby  pokręcić się po swojej Straconce, lecz nogi same zaniosły mnie do… Międzybrodzia. I nic to, że na czarnym szlaku w różowym płaszczyku wyglądałam niezbyt stosownie, bo już na leśnej, górskiej szosie wtopił się on w sposób doskonały w roboczy strój pań, wykonujących najstarszy zawód świata pod chmurką:

Jako się rzekło najpierw Straconka, zielony wybieg mojego osiedla, i korytko na bulwarach straceńskich, w którym sto lat temu, na kamiennych zastawach pod mostami, uczyliśmy się pływać. Straconka, w której karczma z najsmaczniejszymi pierogami, przydrożna kapliczka N.M.P. z 1830 roku, ale przede wszystkim… majestatyczny parawan z gór:


Zostawiając za sobą miasto, wspinam się czarnym szlakiem na Przełęcz Przegibek – węzeł szlaków turystycznych, ale i widokowy przystanek na przelotowej trasie Bielsko-Biała – Międzybrodzie Bialskie:


I właśnie tą trasą, obstawioną solidnie wzdłuż pobocza zaparkowanymi autami, decyduję się zejść w dół, na drugą stronę masywu. Szedł sobie zadowolony z życia Sasza suchą szosą podczas suchej suszy, a pędzące auta obojętnie mijały go:


Po drodze coś dla ciała i dla ducha:


W Międzybrodziu Bialskim nieoczekiwanie nadjechał PKS do Bielska, więc do akwenów nie doszłam, ale od czego okno? Nawet gdy podskakujące na wyboistej drodze i barrdzo brudne? Na zdjęciach nie tylko Międzybrodzie, ale i Czernichów oraz Porąbka – autobus bowiem zrobił jakby pokazowy kurs wzdłuż zapór pod Górą Żar – nic tylko chłonąć widoki jak gąbka:

fot. ewolny Beskidy

Mała Fatra kryptonim dalekie obserwacje

Dalekie Obserwacje

Mała Fatra z Pilska – odległość do W. Krywania 43 km, Kl’aka 78 km, Strazov 89 km, Wielka Racza 28km, V. Javornik  72 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=969

Mała Fatra z Równicy – odległość ok. 60 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=2098

Góry Choczańskie, Tatry Niżne oraz Mała Fatra z Góry Ropica – odległość do Chopoka  103 km, do Wielkiego Chocza  74 km, do Małej Fatry  ok. 53 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=4161

Mała Fatra widziana z Keprnika – odległość do Lysa Hora 118 km, Vlk  Kryvan 176 km, Smrk 116 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=6227

Beskid Morawsko-Śląski i Mała Fatra z Biskupiej Kopy – odległość do Velkego Rozsutca 167km, do Travnego 109km, do Velkego F. Krivana 166km, do Lysej Hory 107,5km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=2697

Mała Fatra widziana z Góry Św. Anny – odległość do Veľky Kriváň – 154 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=8881

Bryan Ferry – Olympia

W muzyce rock-owej czy jak ktoś woli popowej istnieją dla mnie dwaj najbardziej rozpoznawalni wokaliści, są nimi Robert Plant i Bryan Ferry. Ich głos i styl śpiewania nie pozwala mylić ich z kimkolwiek innym. Obaj geniusze muzyki wydali niedawno swoje nowe płyty. 25 października światło dzienne ujrzała „Olympia” Bryana Ferry. Jak sam Ferry mówi jest to album dla niego bardzo szczególny. Po pierwsze nagrany po ponad siedmiu latach nieobecności na rynku fonograficznym z autorskim materiałem, a to zawsze stawia pod osąd formę wokalisty. Po drugie na albumie u boku Bryan-a pojawiają się po raz pierwszy przy okazji nowego materiału koledzy z Roxy Music: Phil Manzanera (gitara), Andy macka (saksofon) i Brian Eno (klawisze).


Osobiście muzyka pop pasuje mi jedynie wtedy gdy jest najwyższej próby. Utwory na płycie „Olympia” są bardzo wyrafinowane, pięknie zaaranżowane i mają w sobie to coś, co nie pozwala się oderwać od słuchania płyty po pierwszym utworze. Bryan Ferry zawsze uwielbiał w muzyce elegancję. Przejawiała się ona właśnie w kompozycjach, ale i strojach Ferry-ego, a wcześniej całego Roxy Music. Dla Bryana Ferry zawsze ważna była oprawa zarówno występów jak i okładek płyt na których pojawiały się piękne kobiety, modelki. Tak jest i tym razem. Okładkę albumu „Olympia” zdobi zdjęcie Kate Moss, którą wokalista uważa za symbol urody całego współczesnego pokolenia. To nie koniec niespodzianek personalnych jakie wiążą się z powyższą płytą. Oprócz panów z Roxy Music zagrali na niej David Gilmour (solo w Song to the Siren), Marcus Miller (bas), Scissor Sisters (muzyka w Heartache By Numbers) , Nile Rodgers, Groove Armada (muzyka w Shameless), Jonny Greenwood of Radiohead, Flea ( bas w Song to the Siren), etatowym zaś gitarzystą w zespole Bryan-a Ferry jest zaledwie 22-letni Oliver Thompson, który dowodzi, że wiek nie ma znaczenia gdy ludzi łączy miłość do muzyki.

Płyta zawiera zarówno piosenki do tańca jak i utwory melancholijne. Każdy utwór brzmi niezwykle przestrzennie i zawiera całą masę mniej lub bardziej uwypuklonych szczegółów brzmieniowych, ukrytych motywów, solówek poszczególnych instrumentalistów, które można z radością odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach. Mimo to nagrania są niezwykle wyważone, wręcz klasyczne. Moimi faworytami na „Olympii” są: singlowy You Can Dance, Shameless brzmiący jakby unowocześniony klasyk Roxy Music, Song to the Siren – utwór Tima Buckley-a z gwiazdorską obsadą i odgłosami wielorybów w tle oraz przedostatni, będący jedną z w pełni autorskich kompozycji Ferry-ego, transowo – hipnotyczny Reason or Rhyme. Płyta doskonała, nagrana przez człowieka, który cały jest muzyką. Z pewnością wyciągnę ten album przy okazji imprezy sylwestrowej, karnawałowej, bo pasuje do zabawy z przyjaciółmi, ale pasuje też do słuchania we dwoje. 

Świetny video-dokument z prac nad albumem „Olympia”:

www.madabautmusic.blogspot.com

Manhattan

Spacerując ulicami Manhattanu, ma się wrażenie bycia częścią gigantycznej termitiery, która szczelnie wypełniła przestrzeń pomiędzy obiema odnogami Hudson River. W cienistych korytarzach ulic tłoczą się ludzie  przemieszani z samochodami, podążając w sobie tylko znanym kierunku. Dookoła strzelają w górę wieżowce jakby naśladując świat roślin w odwiecznym wyścigu ku słońcu. Ich elewacje – żółte, brunatne, czasem szare przypominają kolor skał, inne jednak z pogardą odrzuciły te materie powierzając swą wysokość tonom szkła i metalu.


Manhattan jak na dżunglę przystało nie jest jednolity. Jest pełen bogactwa form i niezwykłych czasem kształtów, gdzie tuż obok siebie stoją 3 piętrowy domek z czasów kolonialnych i szklano-aluminiowy kolos AEtny.
Największa jednak niespodzianka czeka w samym centrum wyspy, w jej zielonym sercu, którym jest Central Park. To niezwykła oaza i wytchnienie dla wszystkich zmysłów, zmęczonych walką z potęgą molocha. Central Park to luksus, coś co mogło przyjść do głowy tylko najbardziej ekstrawaganckiemu urbaniście, który nagle, w centrum ściśniętego do granic wytrzymałości miasta, pozostawił wolną i niezakłóconą żadną architekturą przestrzeń.

To dookoła Parku, otaczając go szczelnym wianuszkiem rezydencji, zamieszkali najznamienitsi, najbardziej wpływowi i wreszcie najbardziej majętni obywatele miasta. 5 Aleja jest osią i liczy się tylko ten, kto mieszka w jej pobliżu, gdzie tumult miasta ginie skutecznie tłumiony przez soczystą zieleń Parku.

Przystanąłem na jego skraju, vis-a-vis 70-tej ulicy. Przeglądam książki rozłożone bezładnie na zaimprowizowanym straganie. Wszystkie niemalże dotyczyły sztuki. Powoli przekładam więc kolejne tomy wyłapując w nich reprodukcje El Greco, Bosha, Caravaggia i wreszcie mojego ulubionego Vermeera. Nie ma nic wyjątkowego w tym, że lubi się prace właśnie tego malarza, z dalekiego jak droga na księżyc holenderskiego Delft. Docenił go, cały wrażliwy na sztukę świat, snobując się w egzaltowanej kontemplacji otaczającej artystę rzeczywistości, której symbolika tak uniwersalna, pozostała nienaruszona i aktualna do dziś. Powoli kartkuję  solidny tom, wydany przez szacowne wydawnictwo Taschen i w tym samym tempie rośnie we mnie pragnienie posiadania choćby takiej właśnie namiastki dzieł malarza, bo o oryginałach wiszących nad moim łóżkiem nie mógłbym chyba zamarzyć, nawet w najbardziej szalonych snach. Szukam wzrokiem sprzedawcy, który nie musi wcale się wysilać, żeby udowodnić, że w całym swoim życiu nie otworzył jakiejkolwiek ze  sprzedawanych na straganie książek. Cena jaką mam do zapłacenia jest raczej skromna i jej uiszczenie nie podlega najmniejszej dyskusji, bądź rozterce. Szybko odliczam więc potrzebną ilość banknotów i po chwili  siadam na pierwszej napotkanej w parku ławce, zanurzając się w lekturze.

Po raz wtóry tego dnia ostrożnie przekładam stronice albumu, ciesząc oczy widokiem tak dobrze znanych mi obrazów. Kiedy wreszcie zamykam opasły tom, mój wzrok bezwiednie odpływa gdzieś przed siebie, by zatrzymać się na chłodnych murach neogotyckiego pałacyku po drugiej stronie ulicy. Był to kiedyś dom jednego z najbardziej możnych ludzi amerykańskiego świata, stalowego magnata, Henry’ego Fricka. Jego pasją było nie tyle zdobywanie pieniędzy, co wydawanie ich na najwspanialsze dzieła światowej sztuki, by w ten właśnie sposób, zaspokoić swoją próżność. Jego surowo i ascetycznie wyglądająca rezydencja kryje do dziś w swych murach setki dzieł, z których każde z osobna, mogłoby być główną atrakcją najlepszych galerii na świecie. To tam znalazły dla siebie dom obrazy Vermeera, których reprodukcje oglądałem w albumie. Wystarczyło przekroczyć hałaśliwą i ruchliwą ulicę, by znaleźć się w miejscu po brzegi wypełnionym skarbami, przy których bladły te odnalezione w Sezamie przez Alibabę – Chris Miekina
fot. Chris Miekina Nowy Jork, USA
www.nowaatlantyda.com

Zobacz również:
- Krajobraz po bitwie

Opole, czyli rocznica przyjazdu zza Buga

Przez wiele lat miałem wpisaną, w dowodzie osobistym, informację o zameldowaniu. Był to wpis potwierdzający zamieszkanie w Opolu od 15.11.1945.


Obóz repatriacyjny 1945 r. w Katowicach. („Karta” nr 47/2005)
To jest właśnie rocznica przyjazdu do Opola. Ale „zza Buga” przyjechaliśmy na Śląsk wcześniej, w lipcu lub w sierpniu. Wiele wpisało się, do mojej pamięci 5-cio latka, z tej podróży. Doskonale pamiętam koczowanie na jakiejś stacji kolejowej. Przez kilka dni, moknąc wraz ze wszystkimi wiezionymi bagażami, mieszkaliśmy między torami kolejowymi, pod prowizorycznie skleconymi zadaszeniami. Sześcioosobowa nasza rodzina, w tłumie innych podróżnych, ciągle na coś czekała!

To była stacja kolejowa w Ligocie w Katowicach. W „Karcie” nr 47 z 2005 r. opublikowano kilka zdjęć z TEJ stacji kolejowej, z tamtego czasu. Oto potęga fotografii. Zobaczyłem na nich moją wizję tamtej podróży.

Jeżeli z tym miastem związany byłem przez prawie pół życia i dalej jest to „moje miasto” to zrobienie kilku zdjęć jest wskazane.

Obwarowania Opola, zbudowane przez Bolesława I ok. 1285 r. Pozostałości po baszcie Barbary, zachowane na dziedzińcu katedry. Zdjęcie sprzed kilku lat:


Uniwersytet Opolski:

Młynówka:


fot. Wiesław Czapski Opole
www.owyszkowie.blox.pl

Zobacz również:
- Wspomnienia z powojennego Opola
- Wycieczka rowerowa sprzed pół wieku
- Opole jakiego nie znacie