Monthly Archives: Grudzień 2010

Z Nowym Rokiem dziarskim krokiem


Grafika: bagienny.net
www.bagienny.net

Miłośnikom opery ♪♫

Przy Miejsko – Gminnej Bibliotece Publicznej w Wyszkowie działa nieformalne Stowarzyszenie Miłośników Opery i Baletu. Niestety nie mogę uczestniczyć w częstych operowych wyprawach, ale mam niespodziankę dla tych licznych miłośników opery. Oto strony tytułowe programów oper Norma…

… i La Traviata w St. Petersbourg z połowy XIX w. Wewnątrz libretta w języku włoskim i francuskim.

Uwagi na marginesie: La Traviata libretto – Opera rozgrywa się w Paryżu i w podparyskiej posiadłości w 2. połowie XIX wieku. Spektakl poprzedza prolog. Alfred Germont przybywa już po śmierci ukochanej Violetty Valery. Młoda kurtyzana pod koniec swoich dni została odrzucona przez Alfreda, opuszczona przez przyjaciół. Umarła w biedzie, ale pogodzona z Bogiem. Jej ukochany nie może już nic zrobić. Pozostały mu łzy i wspomnienia.

Akt I – Scena balu na cześć Violetty. Baron Douphol uczynił ją swoją utrzymanką, w zamian za „wyłączność”. Violetta ma opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania i rozpocząć nowe życie w nieco „wyższych sferach”. Chora i nieszczęśliwa Violetta udaje, że raduje ją jej życie, w którym jedynym celem jest nieustająca zabawa. Na przyjęciu zjawia się Gaston i młody poeta Alfred Germont. Alfred, kochający skrycie Violettę wznosi toast na cześć miłości i ujawnia swoje uczucia. Violetta doświadczona okrutnymi kolejami swojego losu nie wierzy w miłość. Prosi Alfreda, by o niej zapomniał. Ale w samotności rozważa usłyszane słowa, które zapadły w jej serce. Postanawia rozpocząć nowe życie u boku Alfreda.

Akt II – Violetta nie przyjęła propozycji barona Douphol. Wyjeżdża wraz z Alfredem do swojej wiejskiej posiadłości. Przeżywa z nim szczęśliwe dni ale jej zdrowie coraz bardziej pogarsza się. Na wspólne życie wydaje swoje oszczędności. Alfred nie wie nic o jej kłopotach finansowych dopóki Annina nie uświadomi mu sytuacji Violetty. Alfred chce jej pomóc i wyjeżdża do Paryża by zdobyć pieniądze. Pod jego nieobecność do posiadłości przyjeżdża ojciec Alfreda – Giorgio Germont. Chce doprowadzić do zerwania. Początkowo oskarża Violettę o wykorzystywanie młodzieńca. Ona mówi o miłości. Giorgio wyjaśnia Violetcie sytuację – siostra Alfreda ma poślubić bogatego człowieka. Kompromitujący związek Violetty i Alfreda dotyczy całej rodziny. Gdyby prawda o o związku brata narzeczonej z byłą kurtyzaną dotarła do narzeczonego, ten zerwałby zaręczyny. Odwołuje się do sumienia Violetty i jej wiary w Boga, powołuje się na jej miłość, której obcy powinien być egoizm. Długo przekonuje Violettę, w końcu ona postanawia z nim zerwać dla jego własnego dobra. Zostawia list do Alfreda, w którym informuje go o powrocie do dawnego stylu życia i wyjeżdża do Paryża. Alfred jest zaskoczony decyzją ukochanej. Zagniewany i zazdrosny nie chce słuchać wyjaśnień ojca i wrócić do rodzinnego domu. Jedzie do Paryża.

Akt III – Paryż. Przyjaciółka Violetty, Flora Bervoix wydaje przyjęcie na jej cześć dla dam z półświatka i ich promotorów. Violetta pojawia się u boku barona Douphol. Uśmiecha się ale cierpi. Choroba jest coraz bardziej widoczna. Na przyjęciu zjawia się także Alfred. Wygrywa w karty od barona dużą sumę pieniędzy. Szukając zwady obraża Violettę i wyzywa barona na pojedynek. Violetta pragnie zapobiec nieszczęściu. Okłamuje Alfreda, że kocha barona i z nim chce pozostać. Alfred publicznie płaci Violetcie za szczęśliwe, pełne miłości dni rzucając jej pod nogi wygrane pieniądze. Wszyscy są oburzeni jego zachowaniem a Violetta mdleje. Podczas tej sceny obecny jest ojciec Alfreda, który w ślad za synem dotarł do Paryża. Nawet on przy wszystkich wyrzuca synowi niegodziwość zachowania. Baron Douphol wyzywa upokorzonego Alfreda na pojedynek.

Akt IV – Violetta opuściła paryskie salony i pozbawiona przyjaciół, w samotności zmaga się z nieuleczalną chorobą. Zbliża się kres jej życia. Wspomina miłość i szczęśliwe dni. Alfred wraca do Paryża z dalekiej podróży. Już wie o poświęceniu Violetty. Uzyskał od ojca zgodę na ślub z Violettą. Obaj przybywają do mieszkania umierającej Violetty. Alfred błaga o przebaczenie. Violetta próbuje ukryć przed nim ciężką chorobę i zgadza się na wyjazd z Paryża. Ale śmierci nie można oszukać. Violetta umiera w objęciach ukochanego prosząc go, aby odnalazł szczęście w objęciach młodej dziewczyny, a ona będzie się za nich modlić z nieba.
giuseppeverdi.blog.onet.pl

Globalne ocieplenie na Manhattanie

W Nowym Jorku Białe Boże Narodzenie nie zdarza się zbyt często. Śnieg lubi pojawić się najwcześniej  gdzieś w lutym. W tym roku było jednak inaczej. Spadł co prawda dopiero w drugi Dzień Świąt, ale zrobił to kompletnie bez umiaru, jakby trzeba było sypnąć za te wszystkie bezśnieżne Święta z przeszłości. Kilka godzin później już mało kto widział w białym szaleństwie cokolwiek romantycznego. Zaczęła się walka o przetrwanie, bo śniegu przybywało w oczach. Niemalże w ostatniej chwili udało się wrócić promem na Staten Island (rejsy promów odwołano później kompletnie), gdzie został samochód. A potem koszmarny powrót grząską od śniegu drogą, usianą na poboczach tu i ówdzie zakopanymi w śniegu pechowcami. Drogą, która jeszcze o świcie była trzypasmową autostradą. Nam szczęście do końca sprzyjało, jednak ten wielki śnieg będzie się jeszcze przez kilka lat pamiętać.

Kiedy płynęliśmy promem na Manhattan, burza śnieżna dopiero się zaczynała…

Na Time Square wysokie budynki osłaniały od wiatru i nagle zrobiło się zacisznie a nawet kameralnie:

Potężna chmura zawisła nad miastem i tylko krzykliwe kolory reklam jeszcze opierały się wszechobecnej szarości:

Aniołki pod Rockefeller Center. Podobne do tych z Bielska-Białej. Ciekawe kto komu podprowadził pomysł?

Pod choinką przy Rockefeler Center jest zawsze ślizgawka:

Choinka  mimo, że zawsze efektowna, jakoś wydaje się malutka, otoczona przez betonowe kolosy:

I jeszcze  drapanie chmur. Ten po lewej to właśnie Rockefeler Center:


fot. Chris Miekina NYC, USA
www.nowaatlantyda.com

Wesołych Świąt!


Grafika: Chris Miekina

Żywobyci Francka Kisiały

Jezus Frasobliwy?

Francek Kisiała to było chłopisko, że hej! Mioł ze dwa metry zwyżki, a cały był jak piyń dymbowy. Aż dziwne, że w biydnej chałupce taki chłop sie uchowoł. Pojeść – to se pojod, wszystko jedno czego, żeby jyny było za tela. Worówek, placków owsianych, a w lecie grzibów, co ich moc roso kole jego chałupy, kaj mieszkoł na bryńskim pod Błatnym. Biyda go biła,  jednego, czego mioł dość, to świyżego, górskigo powietrzo. Chleba za młodu nie jodoł, chyba przi wielkim świyńcie.

Kie już był starszy, po daceci rokach, dostoł robote w pańskim lesie. Ale zarobek był taki marny, że nie szło z tego wyżyć. Pomyśloł se, że nie worce robić na grubych panoczków, trzeja więcyj pamiyntać na siebie. Toż dali ścinał w pańskim lesie, ale se sóm to drzewo sprzedowoł.

Mioł taki wielki wózek, co się do niego krowe zaprzęgało. Francek narómbał drzewa, nakłod na wózek, zaprzągnył sie sóm do niego – i wio! z gróni ku Biylsku. Od Błatniego ku Jaworzu cisło go na spodek, ale potym ku miastu trzeja było ciągnóć z całych sił. Kisiała, choć obstoł za kónia, mioł co robić, żeby wydrzić wózek z drzewym do Cińciałowej kympy. A było trzeja sie śpiychać, żeby jeszcze w nocy dojechać, bo wczas rano na granicy miasta wybiyrali myto, a Kisiała grajcarym nie śmierdzioł. Postawił wózek z drzewym na Krzywym Mostku i  czakoł, aż się rozwidni. Potym poszeł  sprzedać drzewo, mioł za to pore koron. A, że mu strasznie po brzuchu burczało, trzeja było cosikej małowiela zjeść. Wloz do gospody i kozoł se chlyb za sztyry szóstki. Był to bochynek jak przetak. Wyciągnył nóż z kapsy, kroł po kąsku – i za chwile było po chlebie. Jak sie z nim kto ze znajómych zetknoł, to sie go pytoł:
- Kisiało, a pośniadaliście już?
- Dzieproch chlyb za sztyry szóstki przepuścił przez zymby, a na Białej bydym  śniodoł.

Tak też bywało. Na Białej se poprawił, a jak mu sie poszczyńściło i porwoł więcyj grejcarów za drzewo, to se gardło troche gorzałką przepłókoł. Kole połednia jechoł nazoć i przyśpiywywoł se rozmaite bojki. Najaczy mioł pieśniczke:

Ty gorolu bryński
Ukrodłeś mi ryński
Jo to bydym żałować,
Ty mi ryński musisz dać.

Bo rod śpiywoł i tańcowoł, skyrs tego mieli go radzi na muzykach i wieselach.

Francka Kisiałe znali daleko, szyroko. Całe roki jeździł do Biylska z drzewym. W mieście starsi sie za tym ogrómnym gorolym oglóndali, dziecka za nim góniły, a ón dycki uśmiychniynty, nigdy sie swojom siłóm nie chwolił, był dobry i potulny jak baranek. Ale żodyn nie opowożył sie go dopolić. Gojni, choć wiedzieli, że ścino suszki w pańskim lesie, też nic z nim nie chcieli mieć i robili tak, jakby nic nie wiedzieli.

Roz w zimie, kiedy Kisiała dobrze wyziómbnył, wypił pewnie ze dwie sztwiertki gorzołki i było mu  wiesioło. Poszeł do zieleźnego sklepu, do Stozyjusa, stanył  se w progu i chcioł suchych żymeł. Kupczyk mu prawił, że tu może dostać gwoździe, łańcuchy, abo insze zieleźne rzeczy, a żymły sóm u piekorza. Francek jednak nie ustympował i dowzimoł sie o żymły. Kupczyk widzioł, że gorol mo dobrze pod myckóm, sturził Kisiałe. A tyn prask! – jak dłógi do śniegu na ulice…

Ludzie sie dziwajóm, co sie stało, chcieli mu pomóc wstać, ale ón leżoł jak nieżywy. Ktosik zawołoł miejskich porządkowych. Oni, kie sie dowiedzieli co i jak , chcieli Kisiałe zakludzić do mieskiego harestu na Rynek. Ale kto by takigo ciężkigo chłopa dosmyczył. Też jedyn zostoł przi nim, a drugi polecioł po tragacz. Nałożyli go na tyn tragacz i wiezóm do góry na Rynku. Okropnie to śmisznie wyglóndało. Kisiałowe nogi obute w kyrpce smyczyły sie po śniegu, ci dwaj zmyniali sie przy tragaczu, ciśli do góry, stynkali przy tym, fuczeli, a kole nich szła cało kupa halastry miejskij, co im to było dziwne. Kie ci dwa stróżowie porzóndku dociskali tragacz z Kisiałóm do góry, nogi sie im w kolanach  trzepały, byli spocóni i kapki im  z nosów wisiały. Już dojyżdżali do harestu, kiedy  Francek mrugnył okym i naroz wyskoczył z tragacza – i w kity ku Jaworzu. Jego opiekunowie nie mieli już siły, żeby go chwytać, a ludzie, co sie tymu wszystkimu  dziwali, śmioli sie do rozpuku, jak to gorol zrobił błozna z miejskich sługów.

Szły roki za rokami. Kisiałowi też już zaczynało sił ubywać, choć był jeszcze chłop jak buk. Była ostro zima. Francek Kisiała  szeł na przejmo przez jaworski grónie ku bryński granicy, bo sanie zostawił na spodku u swego bratańca w Jaworzu pod lasym. Pchało go w boku, utropił sie przez cały dzień, a dróga była ciynżko, śniega po pas. Siednył se na zwalonym drzewie, żeby se troche spocznóć. Podeprził se głowe – i tak go znaszli za pare dni robotnicy leśni, twardego zmarzłego na kość.

A to je wszystko prawda, było to przed sto rokami. Rozprawiali mi o tym Jura Waszek i Jędryś Kobiela, co jeszcze widowali Kisiałę, jak byli małymi  chłapcami.
Józef Kobiela Kalendarz Beskidzki 1963
fot. Ela Wolny Bielsko-Biała

Gałąź jemioły w historii i medycynie

Idąc dzisiaj przez plac kupiłem złotą gałąź jemioły. Dlaczego gałąź jemioły i dlaczego złotą. Ponieważ przynosi zgodę, miłość i szczęście. Kupuje się ją przed świętami bożego narodzenia i na ogół wiesza się nad drzwiami. Zimą, gdy drzewa są ogołocone z liści, jemioła staje się szczególnie widoczna. To jedyna w Polsce roślina nie zapuszczająca korzeni do ziemi.

W Polsce znany jest tylko jeden gatunek jemioły. Rośnie on na drzewach liściastych: topolach, lipach, klonach, wierzbach, a także na jabłoniach i gruszach. Jednakże za najwartościowszą uważana jest odmiana rosnąca na dębie. Jej owoce dojrzewają na początku zimy i są przysmakiem ptaków zimujących w kraju. Jemioła zamiast zwykłych korzeni ma specjalne ssawki, wrastające pod korę drzewa. Dzięki nim może podkradać swemu żywicielowi wodę. Jeśli są to pojedyncze krzaczki (chociaż czasem można się doliczyć aż dwustu), nie szkodzą one drzewu. A dla ludzi mają znaczenie szczególne.

Już celtyccy kapłani składali jej hołd jako lekowi na wszystkie choroby. Napój z jemioły miał uleczać samice z bezpłodności. Zwyczaj całowania pod jemiołą wywodzi się przypuszczalnie z XVII-wiecznej Anglii. Po każdym pocałunku mężczyzna zrywał z krzaku po jednej kulce. Wierzono, że gdy zerwie ostatnią, otrzyma dar płodności. Wiąże się to z lepkim sokiem z owoców, które traktowano jako boskie nasienie. Jemioła więc musiała mieć nieziemski rodowód i działanie. Jemioła jest rzeczywiście skutecznym lekiem. Ekstrakt z jemioły może pomóc osobom z nadciśnieniem, wzmacnia serce i koi nerwy. Uważana jest także za afrodyzjak.

W Górach Albańskich jest świątynia Diany z Nemi, której strzeże dzień i noc  kapłan, krążący z mieczem wokół przybytku. Kapłan wie, że go czeka śmierć, gdyż on też aby zostać kapłanem musiał zabić swego poprzednika i on także i zostanie zabity przez swego następcę. Ale przedtem musi zabójca ułamać gałąź jemioły, rosnącą na dębie. Kapłan jest symbolem dębu, który może zostać zabity, wtedy gdy ułamana zostanie jego gałąź.

Eneasz, gdy przekraczał Styks, pokazał Charonowi gałąź jemioły, dzięki czemu został przewieziony na drugi brzeg. Ma tutaj jemioła magiczną moc. W micie skandynawskim bóg Baldur zostaje zabity gałęzią jemioły a potem spalony na stosie. Pliniusz podaje, że najskuteczniejszym lekarstwem była jemioła rosnąca na dębie. W oczach druidów nie ma nic świętszego nad jemiołę i drzewo, na którym rośnie, pod warunkiem, że jest to dąb. Znane są także wypadki, gdy kobiety bezdzietne jedzą jemiołę, by mieć potomstwo. Również Ajnowie uważali jemiołę za lekarstwo na niemal wszystkie choroby. Wolofowie z Senegambii uważali szczególny gatunek jemioły, zwany tob. Noszą na sobie liście tej jemioły, gdy wybierają się na wojnę, tak jakby te liście były talizmanami. Chłopi piemonccy i lombardzcy szukają w dzień św. Jana oleju św. Jana, który leczy wszystkie rany. Jest nim prawdopodobnie wywar z jemioły. W Szwecji jemioła uchodzi za lekarstwo na padaczkę, a w Holsztynie jemioła uważana jest za panaceum na wszystkie rany. Wiara, że jemioła chroni przed pożarami panuje zarówno w Szwecji jak i we Włoszech, a w Szwajcarii i w Czechach nazywana jest miotłą piorunową – Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl
fot. ewolny Bielsko-Biała

Zobacz również:
- Pod jemiołą

Święta na bielskiej Starówce

A tegoroczny jarmark świąteczny jakby przegrywa z tym zeszłorocznym - Anno Domini 2009.

Czy tylko dlatego, że tym razem spory śnieg padał, było mroźnie i zimno, a  grzaniec miał w sobie znacznie więcej goździków niż piwa – nie dało się pić.

I tylko anielski muzyk taki sam jak zwykle:

I tylko spotkany przez Ewę… Mikołaj, jak zawsze ten sam:

Oraz jak zwykle obłędne wystawy sklepowe, na których m.in. bose stopy fruwających maleńkich Aniołków:

Ale i świetne walizki:

A przed desą…

… równie świetny rower, czekający na odjazd w daleki świat:

Ale my pójdziemy pieszo,  najdziwniejszą ulicą jaką znam, ulicą Schodową:

fot. ewolny Bielsko-Biała

Zobacz również:
-   Heaven On Earth, czyli Bielsko świątecznie 2009

Przygody Misia


Grafika: Nikola Miś Tedi

Mój ciepły pluszowy miś

Mój ciepły pluszowy Miś,
nie umrze jutro ani dziś.
Choć udusić go bardzo chciałem,
i flaki mu wypruwałem.

Kiedyś rozszarpałem mu brzuszek,
i cały stos pieluszek
wsadziłem po same uszy,
gdyż lanie to miałem w duszy.

Mamuśka z igłą biegała,
naprawić mi go chciała.
Ja miałem to centralnie w du..e,
grzebałem wciąż łyżką w zupie.

Jak bardzo się użalała.
Ciągle nade mną płakała.
Tak z nerwów i wielkiej złości,
łamałem misiowi kości.

Przez mamę pocerowany,
przez synka poturbowany,
zasypiał Miś ze łzą w oku
wtulony do mego boku.

Nikt nie wie o czym zaśnił Miś.
Wiem tylko, że nie umrze dziś.
Wiem, że jest częścią mnie,
dlatego do dziś z misiem śpię. :)
Ja Jestem

Iluzja


Grafika: N/N