Z grefiną Prażma nigdy już się nie spotkał, aczkolwiek legenda twierdzi, że było inaczej. Za to spotkał się z hrabią Prażmą. I tu wykazał dziwnie rycerski swój honor. A to było tak..
Hrabia Prażma podczas polowania zapędził się za jeleniem, dognał go i zranił oszczepem. Jeleń rzucił się tedy na niego, rozdarł koniowi brzuch, a Prażma salwował się ucieczką. Jeleń dopadł go przy dębie i przygwoździł rogami do pnia. Rogi ominęły Prażmę, lecz zagwoździły się na pniu i zdychający jeleń nie mógł już ich wyciągnąć. Prażma byłby zginął, gdyby nie Ondraszek. Zwabiony narzekaniem hrabiego i jego wołaniem o ratunek przyszedł i uwolnił swego przeciwnika, odprowadził na drogę i pożegnał. Był to gest iście jaśniezbójnicki. Co z sobą rozmawiali, jak się ujednali, nikt nie wie. Że jednak doszło między nimi do jakiejś honorowej umowy, świadczy fakt, że hrabia Prażma, jako namiestnik śląski, przynaglany przez cesarza Karola IV pismami, by ujął Ondraszka, urządzał nań obławy celowo w tak nieudolny sposób lub uprzedzał go – a może to robiła grefina Prażma – o przygotowywanej obławie, że Ondraszek był zawsze nieuchwytny. Hrabia Prażma popadł za to w niełaskę u cesarza i dopiero judaszowskie talary stały się zgubą przesławnego „hajtmana” Ondraszka.

Chłopi mieli w nim swego obrońcę i protektora. Panowie bowiem lękami się Ondraszka. Dla świętej zgody, by z nim nie zadzierać, przyznawali swym chłopom pewne ulgi w pańszczyźnie i świadczeniach na rzecz dworu, a w duchu zaś przeklinali go i życzyli mu smażenia się w piekle w kociołku pełnym wrzącej smoły.Po śmierci Ondraszka panowie odetchnęli, chłopi zaś zapłakali gorzko, bo znów wróciły dawne srogie czasy i ciężoby. Pozostały tylko rzewne wspomnienia, elegie i powiarki. Elegie i wspominki sławiły Ondraszka, powiarki prawiły o zakopanych skarbach Ondraszka. Gdzie ich nie było? I w Raju pod Frysztatem, i w Kaczycach, i na Salmopolu w Beskidach, a przede wszystkim w Ochodzitej w Koniakowie. Tam utrzymywały się najdłużej.
Wiegułowie szukali owych skarbów, szeptali zaklęcia, lecz bezskutecznie, bo w owych zaklęciach brakowało zawsze tego ostatniego, najważniejszego słowa, zmuszającego jaroszków do wydania skarbów. Jaroszki zaś były podobne do małych diabełków, tym różniące się od zwykłej diablej hołoty, że miały ogonki prosięce zakręcone w precle i że sięgały dorosłemu człowiekowi do kolan. Poza tym były tak samo czarne, kudłate i rogate, jak zwykłe diabły. I byli tacy starzykowie w Koniakowie i w Istebnej, którzy szukali owych skarbów. Jeden z nich udał się nawet do ówczesnego księdza proboszcza Emanuela Grima, by wycyganić od niego okapki z paschalnej świecy:
- A na co wam te okapki, gazdo? – zapytał wielebny pan.
- Wielebny panie! Świeczkę sobie z nich ulepię i przy jej świetle pójdę o północy na Ochodzitą, odgonię tym światłem jaroszków i zbójnikowe dukaty będą nasze… Bo ja, wielebny panie, nie jest taki… Połowę dla wielebnego pana, połowę dla siebie…
Ksiądz proboszcz wygonił starego gazdę Kawuloka z wielkim krzykiem, a Kawulok potem opowiadał po Istebnej, że wielebny pan jest głupi, bo wzgardził Ondraszkowymi dukatami.
Starzy istebniacy i koniakowianie opowiadają, że jeżeli ktoś w noc świętojańską, o północy, idzie koło Ochodzitej, to widzi, jak na jej szczycie tańczą niebieskie płomyczki:
- Co to jest, gazdoszku? – pytają ci, co nie wiedzą.
- Tam suszą się Ondraszkowe dukaty, a te przegrzeszone marchy, te jaroszki czępią (kucają) nad tym ogniskiem i warzechami przewracają owe dukaty. Suszą je… I gdyby się znało to ostatnie słowo w zaklęciu, a które Ondraszek, Boże daj mu radość wieczną na tym drugim świecie, zabrał ze sobą, człowiek byłby bogaty, aże bogaty!…
Powiadają, że byli tacy śmiałkowie, którzy w świętojańską noc wydrapywali się na stromy szczyt Ochodzitej, by małowiele uszczknąć z tych skarbów, lecz jaroszki najpierw parskały na nich jak kocury, a potem wypadały z warzechami i goniły ich aż do karczmy „Na Rogowcu” w Istebnej.
Ja też się tam jednego razu wybrałem, a była to właśnie noc świętojańska. Wracałem w pojedynkę z Baraniej, patrzę się, a na szczycie Ochodzitej skaczą płomienie, a koło płomieni jaroszki. Wdrapałem się i przekonałem, że to nie były jaroszki a katowiccy harcerze tańczący koło ogniska.
Ondraszek przeszedł z czasem z ludowych powiarek, wspominek i ballad do polskiej i czeskiej literatury pięknej. Hyr zaś o nim rozniósł po bardzo dalekim świecie Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”, śpiewający wspaniałą suplikację zbójnicką „Ondraszek”, skomponowaną po mistrzowsku przez dyrektora Zespołu, Stanisława hadynę. I gdy dzisiaj turysta zabłąka się do Istebnej czy Koniakowa, czy Brennej, a przypadnie gaździe do serca, to gazda zapyka sobie fajkę usiednie na progu i tak zaczyna:
- Wiecie panoczku, toż to było tak z tym naszym Ondraszkiem…
I wtedy snuje się przepiękna homerycka legenda o Ondraszku, wygłaszana językiem również homeryckim w gwarze cieszyńskiej. I można wtedy słuchać długo w noc, aż w końcu gazda powie:
- No, ale panoczku, trzeba iść spać… – a na dobranoc jeszcze doda – a niech się wóm, panoczku, Ondraszek Przyśni!… (…)
Gustaw Morcinek 1928
fot: ewolny Ochodzita, Koniaków: Koniaków Ochodzita kryptonim stringi
Zobacz również:
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 1
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 2










Lipa kwitnąca po ścięciu nie kłamie, postać Ondraszka jest naprawdę urzekająca:
- „Żywot beskidzkiego zbójnika Ondraszka był piękniejszy i bujniejszy oraz bogatszy w przygody, aniżeli żywot Janosika. Mało, postać Ondraszka urosła w legendzie i ludzkich sercach do roli herosa, do mściciela chłopskiej krzywdy i do zuchwałego rebelianta, który równał świat, gdyż brał bogatym, a rozdawał biednym”
http://ecodzien.pl/2011/03/06/o-beskidzkim-zbojniku-ondraszku-cz-1/
I w związku z tym nie zgadzam się z Psim Zębem, który stwierdza, że dziś masa takich Ondraszków i nikt się nimi nie przejmuje. Musieliby oni bowiem łupić tych co nas uciskają, nie sąsiada, a skubiących współczesną daniną, pańszczyzną, podatkiem, cenami etc (wpisz dowolne) wypasionych na nas – jak mucha masara – włodarzy.
Masz rację EW, że się ze mną nie zgadzasz. Dzisiejsi Ondraszkowie zabierają biednym a rozdają bogatym.
Piekna ta opowiesc o Ondraszku, nie znalam tej postaci, wiedzialam tylko ze taki zbojnik gdzies tam sobie grasowal, z przyjemnoscia przeczytalam. Znalam tylko Janosika z filmu, gdzie wydaje mi sie ze,jego postac zostala wybielona. Moja babka pochodzila z Zabnicy i kiedys jak uslyszala jak opowiadamy sobie sceny z filmu powiedziala ze to wcale tak nie bylo. Mowila ze ludzie opowiadali ze on sie i tam zapuszczal, ale ludzie sie go bali, zamykali chalupy, chowali dobytek i mowili o nim ze to syn diabla. Chciala bym zobaczyc film A.Holand o nim jak sam tytul wskazuje ma to byc opowiesc prawdziwa „Janosik, historia prawdziwa”. Postac Janosika opisal tez Tetmajer, w ksiazkach „Maryna z Hrubego” i „Janosik nadza Litmanowski”, od neidawna sa one w moim posiadaniu, ale niestety sa troche daleko bo w Bielsku i jak bede w PL to sobie je zabiore.
Dina, dziękuję Ci za ten komentarz, dziękuję za przeczytanie Ondraszka. Okazuje się jak bardzo silnym narzędziem jest szklany ekran TV – Janosik. A o Ondraszku pies z kulawą nogą pamięta… Ja jestem tą postacią zachwycona. Zachwycona jestem językiem jakim posługiwał się Gustaw Morcinek. Opowiadanie to, przedrukowano w 1963 roku w moim pamiątkowym kalendarzu Beskidzkim – skarbnicy tego typu opowieści.
Rozmawiałyśmy z sobą na Straconce, ale Żabnicą mnie zaskoczyłaś – to moja ulubiona wieś – na Wojtatówkę, pod Bolerówkę i Prusów, jeździłam przez 20 lat na weekendy, letniska i zimowiska… Na eco jest kategoria Żabnica.
Daj znać jak już będziesz w Bielsku, może uda się znów z sobą spotkać.
Pozdrawiam Cię i gorąco całuję. :*
A wiesz strasznie mi bylo milo jak sie poznalysmy
chetnie sie z Toba spotkam i dam znac wczesniej kiedy bede sie do PL wybierac.
A kiedys bylam na wycieczce w Skoczowie i w muzeum Morcinka, bylam nim zachwycona. Duza zasluge mial w tym przewodnik ktory bardzo ciekawie o nim mowil, np taka ciekawostka ze, za pierwszym razem oblal mature z polskiego i potem podchodzil do niej za rok, albo to ze niemcy podczas wojny nie mogli go znalezc, a to za sprawa swojej niemieckiej skrupulatnosci, poniewaz mieli pomylona jedna litere w nazwisku.
A moja babcia pochodzila z Zabnicy, ale ja tam nigdy nie bylam chociaz mieszkal tam jej brat,za to moj dziadek byl z Lipnika. O Zabnicy juz wczesniej slyszalam ze jest piekna, a posty o niej przeczytalam wszystkie, bo ja caly ecodzien przeczytalam zanim sie ujawnilam. Takim juz jestem dziwakiem ze jak cos zaczne czytac to od poczatku do knca, no chyba ze jest to „Dywizjon 303″
Pochodził bym sobie z takimi baranami – hej!