Monthly Archives: Czerwiec 2011

Guten morgen, czyli spokojnie, to tylko kobieta

Takie przemyślenia znów egzystencjalno-damsko-męskie, że aż wyciągnę tekst, który skleciłam tuż przed wyjazdem do Hamburgerowa. Miałam w nim pisać o fotografii komórkowej. Miałam pisać o tym  ulubionym skądinąd sprzęcie, do którego przekonali się nawet organizatorzy fotograficznego konkursu National Geographic, bo… Przecież łapiąc ulotną chwilę człowiek nie zawsze ma pod ręką super aparat z obiektywem. Dlatego myślałam wpleść kilka zasad dobrego fotografowania telefonem komórkowym, które to widziałam w CKM…

W niebyt odpłynął dwuznaczny tytuł ze starą góralską prawdą „pstrykać to nie  zawsze znaczy to samo”, bowiem moją uwagę przykuło:

- 575 rzeczy, które zmieniły męski świat

Nieprawdopodobne, że  ktoś to zliczył, cały magazyn aż pstrzy się od wyuzdanych zdjęć kobiet, więc może to łatwy dostęp do 575 zdjęć na szafkę w robocie zmienia mężczyznom ich świat? A potem już z górki:

- luksus Francja elegancja & wysoki połysk
- zakute łby
- jak nosić dres
- seks serwis a tam „moja żona twierdzi, że nie potrafi osiągnąć rozkoszy, jeśli podczas szczytowania nie kopnie mnie w jądra”
- CKM tworzy piłkarską drużynę marzeń
- extra – mistrz świata gier komputerowych

Po lekturze kierowanej do inteligentnego czytacza, od razu meritum:

- gorące usta 26 całujących się dziewczyn – oczywiście same z sobą
- mistrzyni celnego pchnięcia
- złoty cielec – i tu uwaga! zdjęcie blondynki
- seks grupowy – nie pytaj kim oni są zapytaj ilu ich jest
- itd itp

Można by zapełnić całe www samymi tylko takimi tytułami i leadami, seksistowskimi kalendarzami, gdzie każdemu dniu przypisana jest inna pozycja, komiksami z tychże, reklamkami z takichże i zdjęciami, zdjęciami, zdjęciami takowo roznegliżowanych pań.

Na koniec perełka. Już nie doszłam do „jak przeżyć w górach lub robić zdjęcia komórką”, bowiem po drodze napotkałam na sesję dwóch skąpo ubranych pań w tonacji black & white, zdjęcia w różnych pozach przed kompletnie ubranym, znudzonym deczko rozkosznym rozwalaniem w fotelu panem, aż brakowało zdjęć gdzie jawnie ziewa, za to był niezły dopisek:

- masz święte prawo obejrzeć w komfortowych warunkach to, co kobiety kupują za (uwaga!) twoje pieniądze

O’żesz #wyraz jego mać, jeżeli w ten sposób panowie stawiają sprawę to niech się nie dziwią, że potem sami muszą się pocieszać:

- spokojnie, to tylko kobieta – żelazna dziewica najpierw cię wykorzysta a potem pomści

I tak jej dopomóż Bóg!

Dlaczego? W dzisiejszym świecie, jak się okazuje, nawet nie trzeba iść z człowiekiem aż na szlak wysoko w góry, by go  lepiej poznać. I w dolinie, siedząc sobie w wygodnym fotelu, można się przekonać, że nie ma partnerstwa, że nie ma nic za darmo. Kapitalizm wdarł się nam w relacje nawet popracowe, międzyludzkie, międzypłciowe. Przyjaźń? A co to jest? Twarde warunki: coś za coś. Najbardziej, gdy przetarg damsko-męski. Tylko co z tymi, co w to nie wchodzą? Najwyraźniej auf wiedersehen.  Po raz enty – ewolny
fot. ewamalcher.com

Rzeźby z piasku – Mistrzostwa Europy

Trzecia wizyta w Jesolo i trzecie odwiedziny corocznych wystaw rzeźb z piasku. Tym razem  były one jeszcze w trakcie tworzenia. Artyści spryskiwali gotowe prace jakimiś substancjami. Widziałem, że z mniejszych rzeźb składano większą całość. Ile to pracy! Do której wykorzystywano małą koparkę:

Gdy pierwszy raz odwiedzałem wystawę tematem był dziki zachód. Rok temu Pinokio. Tym razem tematyka była dowolna, za to w ramach Mistrzostw Europy, wszystkie prace brały udział  w konkursie. Każda miała coś opowiedzieć a twórca najlepszej w nagrodę ma pojechać do Bostonu (USA), by… wystartować w Mistrzostwach Świata.

***

Najbardziej podoba mi się rzeźba „Myśli’. Jest też taka Ecodniowa tzn. „Powietrze dla wszystkich”. Król,  którego zabawą jest ścinanie głów, samochód przywalony kredytem itd. Zgubny wpływ kredytu:

Powietrze dla wszystkich:

Pobaw się ze mną:

Jedz, albo zostań zjedzony:

Myśli:

Gra króla:

Dedal i Ikar:


fot. Tomek Lido di Jesolo, Włochy

Zobacz również:
- Festival St-Côme en glaces 6 février 2011
- Złapać chwilę, czyli IV Międzynarodowy Festiwal Rzeźby lodowej w Poznaniu
- Lido de Jesolo – wystawa rzeźb z piasku
- Snow Days – rzeźby ze śniegu
- Snow dragon w Narnii, czyli dzieci tkwią w nas

Niedziela w Sandy Hook

Na Sandy Hook woda w oceanie wciąż jest lodowata, więc nie można się w niej jeszcze kąpać:

Mimo, że NYC jak na dłoni, to żadnego mostu w pobliżu, żeby sobie chociaż pochodzić po mieście:

Wygląda jakby sezon wciąż jeszcze nie jest rozpoczęty, bo wszystko zamknięte:

Jednak na mierzei Sandy Hook, mimo wciąż lodowatej wody, rozpoczął się już sezon śmigania za latawcem. Chciałoby się samemu też tak pośmigać…

Tymczasem atrakcją były skrzypłocza,  które  w maju złożyły jajka – zwykle robią to nocą, a te które nie zdążą przed świtem, stają się ofiarą mew. Zadziwiające i groźnie wyglądające zwierzęta, w rzeczywistości łagodne i właściwie bezbronne.  Skrzypłocza, które zagapiły się trochę w  ewolucji nie zmieniając od Ordowiku, czyli od co najmniej 488 lat. Nie mają one hemoglobiny we krwi i dlatego ich krew  jest prawdziwie… błękitna. Żyją  tylko w kilku miejscach na świecie, w tym w moim NJ, gdzie  właśnie w maju zaczynają masowo wyłazić na plażę, by na niej przedłużyć istnienie swojego gatunku:

A poza tym wszystko inne… jak droga na Ostrołękę.
fot. Chris Miekina NJ, USA
www.nowaatlantyda.com

O Pieninach słowa trzy

O Pieninach można godzinami,  można i w słowach trzech. Oto co mówią nam przepastne przewodniki – w paśmie wapiennych gór Pieniny, przeciętych przełomową doliną Dunajca, w 1954 roku został utworzony Pieniński Park Narodowy. Tu na małym obszarze skupiła się niezwykła różnorodność biologiczna, rozmaite formy rzeźby terenu oraz bogate dziedzictwo kulturowe. Położone na granicy Karpat Wewnętrznych i Beskidów, są fragmentem długiego, bo około 600 kilometrowego pasa skałek wapiennych, ciągnących się łukiem od Bratysławy po Marmarosz w Ruminii. Dzielą się na trzy człony: Pieniny Spiskie z Niedzicą, Pieniny Właściwe od Niedzicy i Czorsztyna po Krościenko i Szczawnicę, oraz Pieniny Małe na wschód od przełomu Dunajca. Pieniny to miniatura gór wysokich, niewątpliwy klejnot polskiego krajobrazu, będący swoistym bonzai. Najwyższy szczyt Pienin -Trzy Korony (982 m n.p.m.), swą nazwą przywodzi na myśl trzy miejsca, które koniecznie trzeba, będąc tu odwiedzić.


fot. Tomek spływ Dunajcem

Niewątpliwie największą atrakcją Pienin są wycieczki Przełomem Dunajca, które od lat cieszą się dużym zainteresowaniem turystów. Przełom Dunajca uważany jest za jeden z najpiękniejszych zakątków nie tylko w Polsce, dlatego też stanowi pomnik przyrody o światowym znaczeniu. W okolicach spływu znajduje się kilka urokliwych miejsc, związanymi z legendami. Na przykład na początku przełomu, gdzie koryto Dunajca jest węższe, znajduje się Skok Janosika, a rzeka, mająca tu szerokość zaledwie 10 metrów, osiąga głębokość 12 metrów. Po drodze mijamy  Siedmiu Mnichów, położone na zboczu Holicy (828 m) wysokie na 80 metrów wieże skalne. Wreszcie pod koniec spływu pod skałą Sama Jedna, zobaczymy tryskające źródło krasowe Stuletnia Woda, źródło nie zamarzające nawet zimą. Podanie głosi, że ten, który się z niego napije, dożyje stu lat.


fot. Monia z Sokolicy

Korzystając z przewoźnika i łodzi, spływając ze Szczawnicy Dunajcem, dostaniemy się na szlak wiodący na Sokolicę i wspomniane Trzy Korony. Trud wspinaczki na Sokolicę (747 m. n.p.m.) szlakiem, zabezpieczonym metalowymi poręczami, wynagradza wspaniały widok na przełom Dunajca, Pieniny Środkowe, Małe Pieniny, Magurę Spiską, Tatry Bielskie i Tatry Wysokie. Wstęp na oba szczyty jest płatny, bilet upoważnia do wejścia na drugi szczyt w tym samym dniu. Znakiem rozpoznawczym Sokolicy, jest reliktowa sosna pod samym szczytem – kolejne swoiste bonzai.


fot. Kinga Niedzica

Tak jak największą atrakcją Pienin są wycieczki Przełomem Dunajca, tak najpiękniejszą i najbardziej osobliwą legendą tych stron, jest ta o Białej Damie, księżniczce Uminie, strzegącej skarbu Inków. Ten pięknie położony nad Dunajcem okazały zamek, stoi na wysokiej skale (566 m n.p.m.) ciesząc wzrok swą wapienną bielą. Archeologiczne ślady dowodzą, że w postaci drewnianej strażnicy, stał tu już od XIII wieku. Razem z sąsiadującym czartoryskim, tworzą typowe orle gniazda:


fot. Paweł Yaho Niedzica

Z dwóch tarasów widokowych rozciąga wspaniały widok na Pieniny, zaporę, zamek czorsztyński a nawet Tatry. Niestety nie ma wejścia do większości zamku dolnego z dwiema basztami, ponieważ ten obszar jest użytkowany przez Stowarzyszenie Historyków Sztuki oraz hotel. W sezonie do zwiedzania możliwy jest jeszcze spichlerz ze sztuką ludową Spisza, a jedną z ciekawostek jest fakt, że pod zamkiem górnym znajdowało się więzienie, w którym podobno więziony był  nawet Janosik – jeszcze dziś można zobaczyć tam dyby – ew

Historia bielskiej emancypacji z gwiazdą Dawida w tle

Widziałam Fani Singer i Karla Singera, wstyd przyznać – nie znalazłam nagrobka Erny… Niemniej i tak z zabytkowego cmentarza wracam zadowolona.

Zauroczona klimatem upływu czasu, wonią minionych czasów, aurą tajemniczego ogrodu, gwiazdą Dawida, kamiennym wotem,  zapachem wszechobecnych poziomek  i takim też bluszczem, ale i…  sierpem, młotem tudzież nazwiskiem (sic!). Poniżej (z naprawdę godnej polecenia zabytkowej nekropolii), tylko kilka zdjęć, które myślę wprowadzą w nastrój tekstu  Agnieszki Pollak-Olszowskiej  – www.bielsko.biala.pl
Emancypacja tkwi w nas, zapraszam – ew

Erna Singer wychowała się w Bielsku. Mimo, że była jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły studia medyczne w Monarchii Austro-Węgierskiej, niewiele o niej wiemy. Pracowała na oddziale dziecięcym Szpitala Ogólnego. Jej nagrobek zachował się na cmentarzu żydowskim przy ul. Cieszyńskiej.

Erna urodziła się w 1885 roku w Bielsku. Jej ojciec był właścicielem fabryki włókienniczej. Z dokumentów bielskiej gminy żydowskiej wiadomo, że przyszła na świat w domu rodzinnym. Nadano jej imię religijne „Estera” po biblijnej królowej, która zmieniła dzieje Izraela. Tak samo nasza bohaterka – posiadająca niezwykłą, delikatną urodę i wdzięk – miała wpłynąć na historię medycyny. Aby zostać lekarką, Erna musiała pokonać co najmniej dwie przeszkody. Po pierwsze, aż do XIX wieku studia medyczne były niedostępne dla osób pochodzenia żydowskiego. Po drugie, żyła w czasach, gdy kobiety uczono wyłącznie tego, jak być dobrą żoną i matką.

- Głównym zadaniem kobiet było wówczas dobre zamążpójście i wychowywanie dzieci – podkreśla historyk Jacek Proszyk. – Kobiety były całkowicie zależne od mężczyzn. Nie miały wykształcenia, które pozwalałoby im na podjęcie pracy. Uznawano, że kobieta jest własnością męża jako wieczyście niepełnoletnia. Nie miała także żadnych praw obywatelskich.

Erna żyła w czasach, kiedy o szczęściu kobiety decydowała wysokość jej posagu. Warto wspomnieć, że w Bielsku istniało wtedy specjalne stowarzyszenie, które zajmowało się fundowaniem wyprawy dla ubogich panien, żeby miały szansę na znalezienie męża. Początek ubiegłego wieku był nie tylko czasem emancypacji kobiet, ale także epoką, w której można mówić o narodzeniu dzieciństwa. Wcześniej, z powodu wysokiej umieralności wśród młodzieży, spieszono się ze zdobyciem zawodu czy założeniem rodziny, a bogaci rodzice nie wychowywali swoich pociech. Dopiero Izabela Czartoryska zapoczątkowała modę na zainteresowanie własnymi dziećmi. Można więc uznać, że Erna miała szczęśliwe dzieciństwo.

Szlak do wykształcenia medycznego kobiet przetarły w 1824 roku siostry zakonne – Filipina i Konstancja z Krakowa, które postanowiły studiować farmację. Ponieważ ówczesna przyzwoitość zakazywała zakonnicom udziału w wykładach publicznych, przyszłe farmaceutki w obecności przyzwoitki pobierały indywidualne lekcje u profesorów. Przełom XIX i XX wieku przyniósł wiele odkryć w medycynie, ale ciągle prym wiedli lekarze, którzy uważali, że kobietom z wiadomych przyczyn nie rosną zęby mądrości i z tego powodu nie mogą studiować medycyny. Podobnego zdania byli profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wiedeńskiego.

- Gdy Erna miała dziesięć lat, jeden z profesorów chirurgii opublikował w „Przeglądzie lekarskim” artykuł, w którym podkreślał, że kobiety są umysłowo niezbyt lotne. Poza tym nieprzyzwoite by było, gdyby uczyły się np. o chorobach wenerycznych. W 1897 roku wyszło rozporządzenie austriackiego ministra wyznań i oświaty. Pozwoliło ono przyjmować kobiety na studia. Trzeba jednak zaznaczyć, że w medycznym środowisku naukowym byli też młodzi profesorowie, często wyśmiewani przez swoich kolegów, promujący przyjmowanie kobiet na studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim – dodaje Jacek Proszyk.

Rodzina Erny Singer była bardzo bogata i dlatego nasza bohaterka wraz z rodzicami jeździła do Wiednia w każdy piątek specjalnym pociągiem z bielskiego dworca. Podobno ostatni wagon był przeznaczony na suknie i kapelusze dla pań. W Wiedniu rodzina Erny regularnie chodziła do teatru, opery czy filharmonii. Właśnie w takich miejscach Erna zaczęła spotykać się z emancypantkami z różnych części Europy. Pod ich wpływem w 1905 roku postanowiła studiować medycynę.

Zbuntowała się też przeciwko wygodnemu życiu bogaczy i wspierała organizacje charytatywne. Wraz z dwiema koleżankami złożyła podanie na medycynę na Uniwersytecie Wiedeńskim. Rodzice byli bardzo zaskoczeni wyborem swojej jedynaczki. Na początku Erna i jej koleżanki otrzymały odpowiedź odmowną, lecz udało im się dostać na studia rok później. Była więc jedną z pierwszych kobiet w Monarchii Austro-Węgierskiej, które studiowały medycynę. Profesorowie robili wszystko, żeby studentki nie ukończyły tego kierunku, ale ich zdolności były na tyle duże, że poradziły sobie nawet z najtrudniejszymi egzaminami. W niedługim czasie studentki medycyny pojawiły się także na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Wiedniu Erna czynnie działała w stowarzyszeniach emancypantek. W tamtych czasach podkreślano wyższość małżeństwa z rozsądku nad związkiem z miłości i to zwykle rodzice wybierali kobiecie męża. Tymczasem wiadomo, że w Wiedniu nasza bohaterka wyszła za mąż z miłości, ale nie doczekała się własnych dzieci.

Po studiach Erna wróciła do Bielska. Pracowała na oddziale dziecięcym Szpitala Ogólnego, dziś przy ul. Wyspiańskiego. Tam zaraziła się najprawdopodobniej sepsą i 10 listopada 1911 roku – raptem dwa lata po studiach – zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Niektórzy mężczyźni komentowali, że została ukarana za studiowanie medycyny. Jej nagrobek zachował się na cmentarzu żydowskim przy ul. Cieszyńskiej.

W alei zasłużonych umieszczono płytę nagrobną, która jest ewenementem w porównaniu z innymi grobami kobiet tamtych czasów. Na nagrobkach pisano wtedy „Żona kolejarza” czy „Pani doktorowa”. Na grobie Erny Singer pojawiła się natomiast informacja, że zmarła była kobietą-lekarzem. Oprócz tego, zgodnie z żydowskim zwyczajem, umieszczono następujący tekst: „Kobieta szlachetna i młoda. Posiadała grację i wiedzę. Dla oczu była jak kwitnąca róża (…)”. Po śmierci Erny, jej rodzice ufundowali budynek w Cygańskim Lesie, przeznaczony dla ubogich dzieci żydowskich. Gmach nie zachował się do dzisiaj.

- Przy wejściu znajdowała się tablica pamiątkowa poświęcona lekarce. Niemcy roztrzaskali tablicę, kiedy przejęli budynek w 1939 roku – informuje Jacek Proszyk. -  Z nagrobka odkrytego niedawno na cmentarzu żydowskim przy ul. Cieszyńskiej wynika, że w tamtych czasach mieszkały w naszym mieście również kobiety-farmaceutki.

fot. Ela Wolny Bielsko-Biała

Piaskowce

Oto stada piaskowców (Calidris alba), żyjących w arktycznej tundrze, gdzie w czasie krótkiego polarnego lata składają nawet do 4 jajek. Pracowicie filtrują tu wodę w poszukiwaniu małych morskich zwierząt, które są ich pożywieniem. Piaskowce żyją w arktycznej tundrze lecz gdy tylko zaczyna się tam zima – wyruszają na cieplejsze południe. I właśnie na plażach New Jersey pojawiają się  całe ich stada, podczas  swojej drogi w głąb kontynentu. Przyglądałem się tym maleńkim ptaszkom z ciekawością. Mimo że były niezwykle ruchliwe i nie dawały do siebie podejść, spróbowałem zrobić im kilka zdjęć:

Są naprawdę niewielkie. Długość ich ciała rzadko przekracza 20 cm a waga sięga co najwyżej 100 gram, a więc tyle ile wynosi solidny kieliszek wódki. Są tak maleńkie, że łatwo je przeoczyć, gdy tylko zatrzymują się nagle bez ruchu. Ten stan nie trwa niestety zbyt długo i już po chwili odlatują. W ogóle trwanie  w bezruchu jest czymś wyraźnie ponad siły ptaka, bo nieustannie ściga on fale wciąż sprawdzając czy nie wyrzuciły one na brzeg jakiegoś smakołyku – oczywiście ptak preferuje frutti di mare:

Ptaki zbijają się zwykle w całkiem spore stada. To że są one teraz jeszcze niewielkie, świadczy o tym, że ich migracja dopiero się rozpoczęła. Jak widać ptaki uwielbiają grzebać w piachu – stąd chyba ich nazwa jest niezwykle trafna. Czasem piaskowca można po prostu przeoczyć, tak doskonale potrafi swoim upierzeniem wtopić się w otoczenie:

Piaskowce żyją także nad Bałtykiem, gdzie zatrzymują się po sezonie lęgowym w północnej Skandynawii. Są zazdrosne o pożywienie i kiedy tylko się da, przeganiają od niego młodsze i mniej doświadczone sztuki. Jasny kolor uciekającego ptaka wskazuje,  że jest to młokos urodzony z półtora miesiąca temu… nad zatoką Hudsona:

Bowiem nie wszystkie piaskowce po zimie wracają na północ. Niektóre z nich dochodzą do wniosku, że zostają w cieplejszych rejonach, rezygnując z migracji. To moje najbliższe spotkanie z tym ptakiem:

Bardzo trudno go złapać w obiektyw, bo nie chodzi a biega i podskakuje gwałtownie zmieniając kierunek poruszania się. Mimo że obecność piaskowców w rożnych miejscach na kuli ziemskiej wydaje się powszechna, to w rzeczywistości jest go coraz mniej i ptak jest pod ścisłą ochroną. To już koniec ornitologicznego spaceru po plaży Sea Side:


fot. Chris Miekina NJ, USA
www.nowaatlanyda.com

Zobacz również:
- Ocean jak na dłoni

Góra Czterech Wiatrów, po prostu

(…) Milcząc wracali pod górę, tylko motorek wyciągu transportowego warczał monotonnie. Już widać maszt na szczycie z bezwładnie opuszczoną flagą. Wiatru nie ma… I nagle w sercu Józka obudził się dojmujący żal za lotem, którego nie było, za zwycięstwem, którego nie dane mu było odnieść. Weszli na szczyt i wtem… poszum przebiegł przez las, drzewami wstrząsnęło drżenie. Na ścieżce wiodącej do domu uniósł się tuman kurzu. Flaga zatrzepotała, wypełnił się powietrzem pasiasty „rękaw” na hangarze i jego wyciągnięte ramię wskazało północ. Wicher dął z południa, uderzając gwałtownie o szczyt, wyrywał Weihe z rąk, zmuszał drzewa do bałwochwalczych ukłonów.
- Waja na start! – krzyknął instruktor odwracając się, na chwilę zawiesił głos i… dodał głośno, stanowczo:
- Józek, do maszyny!
Radość jak nikłe światełko rozbłysła w smutnych oczach pilota. Teraz już sam z pośpiechem wkładał kurtkę, pomagał zapinać pasy.

Weihe wyprysnęła na start, ale wiatr jakby igrał z pilotem, bo przycichł znów. „Rękaw” co prawda wydymał się jeszcze, ale co chwila opadał, przełamany w połowie. Józek jest znów nad przełęczą, szybowiec traci na wysokości, opada niżej, nadlatuje nad Wzgórze Miniera, ale niemal muska podwoziem czubki drzew. Oczy wszystkich mieszkańców Góry towarzyszą mu, jak gdyby siłą spojrzenia chcieli podtrzymać maszynę, jak gdyby od tego lotu miała zależeć Józkowa przyszłość.  Słońce zaszło. Mała, ruchoma sylwetka Weihe jaśniała nad lesistym pasmem Wzgórza Miniera. Ale czy długo potrafi utrzymać się Józek przy takim wietrze?

Pilot myślał o tym samym spoglądając w dół, na zielone morze drzew, rozpościerające się pod szybowcem. Dolinę wypełnił błękit – jak daleka woda za mgłą. Tuż pod Weihe sterczą czubki jodeł jak zielone gwiazdki, niżej – szerokie gałęzie. Na horyzoncie zamigotały pierwsze żółtawe światełka w niewidocznych domach, na niebie rozbłysły blade jeszcze gwiazdy. Wierzchołki drzew powoli poczęły się stapiać w jedno z kosmatą zielenią gałęzi. Zapadał mrok.

Józek z uwagą śledził zegary, z których mżyło zielone światło. Zapomniał już o tym, że nie chciał lecieć, że w pierwszej chwili miał zamiar odmówić instruktorowi, i tylko prośba w oczach przyjaciela zmusiła go do odpowiedzi: „dobrze, lecę…”. W tej chwili stało się ważne tylko to, żeby się utrzymać nad wzgórzem, nie pozwolić, aby warunki zmusiły do lądowania. Jedno okrążenie tuż, tuż nad drzewami, drugie, trzecie… naraz strzałka wariometru drgnęła, poruszyła się ku górze. Szybowiec „miał wznoszenie” – 3 metry na sekundę. Wysokość poczęła wzrastać: 50… 100… 150… Wiatr dął teraz równomiernie i jakby przezwyciężony uporem pilota, pokornie podtrzymywał szybowiec, unosił go coraz wyżej na ugiętych falach powietrza. Józek rozejrzał się. Gdzież jest niebo, a gdzie porzucona ziemia? Gwiazdy są nad nim i gwiazdy błyszczą w dole. Jest zawieszony w środku granatowej, rozgwieżdżonej kuli.

Mijały godziny. Weihe, prowadzona znakami zegarów, zataczała ósemki nad lesistym wzgórzem, gdzie błyszczały światła latarń, wskazujące trasę lotu. Znużenie ogarniało pilota. Wstrząs, jakiego doznał po przeczytaniu listu donoszącego, że stracił całą rodzinę, bezsenne noce – nadwątliły jego siły. Sam nie wiedział, że pochyla się nad tarczą zegarów, usypia w ciszy, której nie mąci żaden głośniejszy dźwięk.

Wydawało mu się, że wyrasta przed nim jakaś potężna brama. Nie może jej minąć, musi przelecieć przez nią. Nie wie dlaczego, ale musi. Leci więc naprzeciw, ale brama zwęża się, staje się tak wąska, że nie przez nią dwuskrzydła Weihe. Pomimo to mknie naprzód i dech mu zapiera myśl, że za chwilę szybowiec roztrzaska się o mury bramy.

Obudził się jak od nagłego wstrząsu. Dokoła ciemna noc. W dole za nim pozostało ostatnie światło latarni. Trzeba zawracać. Przyjaźnie mrugają zielone światła zegarów: wszystko w porządku – zdają się mówić – wszystko w porządku, lecimy dalej!
- Byle nie zasnąć – powtarza Józek przez zaciśnięte zęby.
Ta cisza aż dzwoni, ta cisza tak usypia. Ale wytrzymaj! Czeka cię przecież to samo w życiu: ciemna noc dokoła. Nikogo obok. Jesteś sam.

Zgasły dawno światła w dalekich domach. Na ziemi leżała aksamitna, przytulna ciemność. Może wylądować? Po co krążyć bez celu w tę bezksiężycową noc, po co zmuszać siebie do skupienia? Czyż nie wszystko jedno, co się z nim stanie, skoro jest tak bardzo, tak okrutnie sam. Lepiej wylądować! Byle gdzie. I mieć nareszcie spokój.

Skierował maszynę nad szczyt. Jeszcze raz, bodaj poprzez mrok, spojrzy na Górę Czterech Wiatrów tak bliską mu i kochaną, na której przeżył wiele dobrych dni wierząc, że przeszłość wróci. Wychylił się z kabiny. Na zasnutym mrokiem lotnisku błyskały kwadratem zapalone światła. Pośrodku świeciła litera „T”, wskazując mu kierunek wiatru. Od oświetlonych okien domu kładą się na szczyt smugi światła. Jak rój świętojańskich robaczków migocą zapalone latarki. Wszyscy wybiegli przed dom i dają mu znaki. Czuwają wraz z nim ci, o których zapomniał, przejęty własnym bólem, pochłonięty myślami o przeszłości. Przebywał z nimi „tymczasem”, szkolił ich z obowiązku. A przecież co wieczór ich ręce splatały się w „braterski krąg”, który zamykał się nie tylko nad jego samotnym sercem, ale nad całym krajem, obejmował sobą – wielki świat. bez słów pomagali sobie wzajemnie, bo każdy czuł jedność gromady połączonej bezinteresowną, rozumiejącą miłością. Nie jest sam!

Może na zakręcie oczekuje na niego ktoś jeszcze słabszy, nieszczęśliwszy niż on. Nie jest sam, nie jest niepotrzebny i dopóki żyje, nie wolno mu wymykać się samolubnie z braterskiego kręgu. To co człowiek czuje, jest jego prywatną własnością, ale to, czego potrafi dokonać, może się stać sprawą ogółu, może nawet całej ludzkości. Nie jest sam. Musi opanować swój ból. Musi iść naprzód. Józek zawrócił nad wzgórze. (…)
M. Kann
Góra Czterech Wiatrów
fot. Janek Góra Żar, Beskid Mały

Zaćmienie Księżyca

Zaćmienie Księżyca
15 czerwca 2011
19:23 – 1:41
Maksymalna faza – 22:12

Grafika: Chris Miekina

Zobacz również:
- Zaćmienie Słońca

Tresna

Otóż pamiętać należy, że malownicza Góra Żar i nie mniej malownicze obie zapory, w Porąbce i właśnie ta -  Elektrownia Wodna Tresna, zbierająca wody Soły i wykorzystująca naturalny przepływ Jeziora Żywieckiego – czemuś służą, tylko pozornie szpecąc krajobraz:

Pozornie, bowiem kaskada na rzece Sole – i w weneckim lustrze można sprawdzić sobie… makijaż:

A tak poważnie, można się przejrzeć w lustrze przepastnej wody:

Po czym na widnokręgu sprawdzić, czy jeszcze stoją góry, bo parafrazując „tyś jest jezioro moje, niczego mi nie brak” – I Love Mountains:

A od 9 -19 stej, można w 45 minutowy rejs stateczkiem, właśnie po ten spiętrzony horyzont,  za raptem 15/10 złotych – płynęłam, polecam – z wody naprawdę  lepiej czuć, lepiej  widać:

Nie znam piękniejszego zakątka niż właśnie ten. Miłości moja, w każdej porze roku codziennie inna, zmieniająca swe sukienki niczym płatna dziewczyna. Dziś twa  przejrzysta woda upstrzona błękitem nieba, między którymi wielkie ryby, i nowe błyszczące tym samym błękitem rowery. Okolonaś nie tylko nabrzmiałymi od zieleni drzewami, ale i dojrzałymi jak scałowane usta… poziomkami – trudna kochanka, by pojąć ten ogrom samotnie – ew


fot. ewolny Tresna