c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Energia

Zapora Hoovera

Każdy z nas przynajmniej raz odwiedził jakąś zaporę – zatem i na ecodniu  można obejrzeć liczne fotoreportaże  choćby z zapory w Tresnej,  albo Porąbce.  Więc  oto dla porównania zapora Hoovera, 38 pod względem wielkości na świecie, ale trzeba pamiętać, że w  momencie oddania (1936)   n a j w i ę k s z a na świecie elektrownia wodna, oraz n a j w i ę k s z a  na świecie w ogóle  konstrukcja betonowa. Naturalnie   nie dziwi zatem, że i  dziś robi ona piorunujące wrażenie.  Chris, wielkie dzięki  za zdjęcia – ewolny

Zapora Hoovera – betonowa zapora wodna typu grawitacyjno-łukowego, zbudowana w Czarnym Kanionie na rzece Kolorado w Stanach Zjednoczonych, na granicy stanów Arizona i Nevada. Zapora mieści się 48 km na południowy wschód od Las Vegas.

Tama ma wysokość 224,1 m i długość 379,2 m. Szerokość u podstawy wynosi 200 m, a na górze 15 m. Maksymalna moc elektrowni wodnej wynosi 2074 MW. Powyżej zapory znajduje się sztuczne jezioro Mead, nazwane imieniem Elwooda Meada, który nadzorował budowę zapory. Jezioro ma powierzchnię 639 km², objętość 35,2 km³ i sięga do 177 km w górę rzeki.

Nazwana imieniem Herberta Hoovera, który odegrał kluczową rolę w jej powstaniu, początkowo jako sekretarz handlu, następnie jako prezydent USA. W 1981 r. zapora została wpisana na Narodową Listę Miejsc Historycznych, a w 1985 r. stała się Narodowym Pomnikiem Historycznym USA.
www.pl. wikipedia.org


fot. Steve USA

Tresna

Otóż pamiętać należy, że malownicza Góra Żar i nie mniej malownicze obie zapory, w Porąbce i właśnie ta -  Elektrownia Wodna Tresna, zbierająca wody Soły i wykorzystująca naturalny przepływ Jeziora Żywieckiego – czemuś służą, tylko pozornie szpecąc krajobraz:

Pozornie, bowiem kaskada na rzece Sole – i w weneckim lustrze można sprawdzić sobie… makijaż:

A tak poważnie, można się przejrzeć w lustrze przepastnej wody:

Po czym na widnokręgu sprawdzić, czy jeszcze stoją góry, bo parafrazując „tyś jest jezioro moje, niczego mi nie brak” – I Love Mountains:

A od 9 -19 stej, można w 45 minutowy rejs stateczkiem, właśnie po ten spiętrzony horyzont,  za raptem 15/10 złotych – płynęłam, polecam – z wody naprawdę  lepiej czuć, lepiej  widać:

Nie znam piękniejszego zakątka niż właśnie ten. Miłości moja, w każdej porze roku codziennie inna, zmieniająca swe sukienki niczym płatna dziewczyna. Dziś twa  przejrzysta woda upstrzona błękitem nieba, między którymi wielkie ryby, i nowe błyszczące tym samym błękitem rowery. Okolonaś nie tylko nabrzmiałymi od zieleni drzewami, ale i dojrzałymi jak scałowane usta… poziomkami – trudna kochanka, by pojąć ten ogrom samotnie – ew


fot. ewolny Tresna

Od niedzieli śpimy dłużej, czyli „Gość Niedzielny” o przekręcie na czasie

W Unii Europejskiej (dyrektywa UE 2000/84/EC) czas zmieniamy z zimowego na letni w ostatnią niedzielę marca, a z letniego na zimowy w ostatnią niedzielę października. Dzięki temu od jutra śpimy dłużej wiedząc, że zmiana czasu miała sens dwieście lat temu – dziś powoduje straty, zamieszanie i uszczerbek na zdrowiu.

Podobno na zmianę czasu z zimowego na letni wpadł sam autor konstytucji USA Benjamin Franklin. Gdy był ambasadorem w Paryżu, zauważył, że z powodu niedostosowanej do pory dnia godziny wszyscy śpią, mimo, że słońce jest wysoko, a wieczorem zaś pracują przy blasku świec. Franklin był nie tylko politykiem i dyplomatą, ale także naukowcem i wynalazcą. Obliczył, że gdyby przesuwać czas na wiosnę „do przodu”, a jesienią „do tyłu”, można w samym tylko Paryżu zaoszczędzić 30 mln kilogramów wosku rocznie. Ludzie używali świec, bo pracowali, bawili się i uczyli po zachodzie słońca. Gdyby więc przesunąć godziny wstawania, a co się z tym wiąże także zasypiania, świece nie byłyby w takich ilościach potrzebne.

Jednak pomysł Franklina nie został podchwycony. Dużo później jako pierwsi zrealizowali go Niemcy – I wojna światowa, kryzys i braki w energii tak potrzebnej do produkcji broni i amunicji. Obywatele ogarniętego wojną kraju, mieli od 1916 r. wcześniej chodzić spać, po to, by nie oświetlać swoich mieszkań po zmroku. Chwilę później zmianę czasu wprowadziły i inne kraje europejskie. Argumenty o oszczędnościach nie przekonały wszystkich. Tarcia między przeciwnikami i zwolennikami zmiany czasu były tak duże, że w wielu krajach czasowo rezygnowano z regulacji zegarków. Tak było i w Polsce. Po raz pierwszy przestawiono tu czas w okresie międzywojennym, później z tego zrezygnowano. Czas zimowy i czas letni przywrócono pod koniec lat 40., a później znowu z niego zrezygnowano, po czym w 1957 r. zmianę czasu wprowadzono, by w 1965 r. znowu porzucić. Na stałe Polska jest krajem „dwuczasowym” od 1976 r.

Danych o oszczędnościach, jakie mają wynikać ze zmiany czasu, praktycznie nie ma. Istnieją niepewne szacunki, w dodatku niejednoznaczne. Oszczędność energii można policzyć, ale jak oszacować zamieszanie związane z przestawianiem wskazówek? Jeden z nielicznych raportów na temat oszczędności energii wydał ponad 30 lat temu Amerykański Departament Energii (ADE). Z jego obliczeń wynika, że zmiana czasu rzeczywiście oznacza mniejszą konsumpcję prądu. O cały 1%, i to na dodatek tylko przez dwa miesiące, marzec i kwiecień. Później dzień jest tak długi, że dodatkowa godzina nie wpływa na mniejsze zużycie prądu. Wyniki raportu ADE podważały poważne instytucje naukowe. Uważały, że rachunki są błędne i o żadnych oszczędnościach nie ma mowy. Argumentowano, że co roku rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną, a tego ADE nie wziął pod uwagę w obliczeniach. To był rok 1976. Jeżeli już wtedy wyniki analiz nie były jednoznaczne, to co dopiero teraz.

Od czasów Franklina, I wojny światowej i czasów, kiedy opublikowano raport ADE, bardzo dużo się zmieniło. Toster, czajnik bezprzewodowy czy bojler, niezależnie od godziny zużywają tyle samo energii. A żelazka, pralki, komputery? Można kręcić wskazówkami do oporu, a ilość zużywanej przez te sprzęty energii i tak nie ulegnie zmianie. To samo dotyczy oświetlenia ulic, które działa od zmierzchu do świtu, niezależnie od tego, o której godzinie zaczyna się świt. Dzisiaj oświetlenie pomieszczeń pożera mniej niż 1% prądu, który produkują elektrownie. Co więcej, choć prądu w ogóle zużywamy coraz więcej, na oświetlenie mieszkań i domów potrzebujemy go coraz mniej. Głównie dlatego, że coraz częściej korzystamy z energooszczędnych źródeł światła, za  to podnosimy swój standard życia. Coraz częściej kupujemy klimatyzatory, większe lodówki, elektryczne systemy grzewcze czy sprzęty kuchenne. Nowoczesne telewizory (wielkości okna) konsumują więcej energii niż starsze typy. To wszystko zużywa znacznie więcej energii niż oświetlenie, a równocześnie korzystamy z tego niezależnie od wskazywanej przez zegarki godziny. Najwięcej prądu potrzebują fabryki, transport czy kopalnie. Przestawianie wskazówek w przemyśle nic nie zmieni!

A dla rolników ważny jest jasny poranek, a nie długi wieczór – zwierzęta nie przestawiają zegarków. W USA, gdzie rząd nie ingeruje zbyt mocno w życie obywateli, w stanach rolniczych (m.in. Arizona i Indiana) wciąż są hrabstwa, które czasu nie przestawiają. W 2006 r. kilka hrabstw w Indianie zdecydowało się jednak dostosować. Dla naukowców to była szansa, by sprawdzić  jak będzie.  Obszar, na którym zdecydowano się po raz pierwszy zmienić czas, nie był duży, więc badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego prześledzili rachunki za energię elektryczną każdego domostwa. Nie było żadnego zysku, tylko gigantyczna strata. W sumie na tym niewielkim terenie rachunki za prąd wzrosły o prawie 9 mln dolarów. Skonsumowano do 4% więcej energii. To nielogiczne! Istotnie nieco spadła ilość energii używanej do oświetlenia domów, równocześnie znacznie zwiększyła się ilość energii zużywanej przez klimatyzatory i ogrzewanie. Te włączano, bo wcześniejszym rankiem niektórym było za zimno. Gdy wieczorem trzeba było się wcześniej kłaść spać, niektóre mieszkania były zbyt nagrzane po ciepłym dniu i do snu trzeba było je schłodzić.

Dzisiaj jedynym zyskiem z przesuwania czasu jest bezpieczeństwo na drogach. Dzięki temu, że po południu, w czasie powrotów z pracy, jest wciąż jasno, zdarza się mniej wypadków. Szczególnie tych z udziałem pieszych. Ten argument (a nie oszczędność prądu) przekonał brytyjskich parlamentarzystów na początku XX w. do zgody na zmianę czasu. Bezpieczniej na drogach jest jednak nie przez cały okres obowiązywania czasu letniego, ale tylko w pierwszych jego miesiącach. Na razie nikt nie zrobił rachunku zysków i strat związanych ze zmianą czasu. A o tym, że bez zmiany czasu da się żyć, mogą zaświadczyć najliczniejsze narody Azji. W Chinach, Japonii i Indiach nikt przestawianiem zegarka nie zaprząta sobie głowy.
Źródło:
Tomasz Rożek „Gość Niedzielny”

Niemiaszkowo, czyli willkommen kamraty

Jeśli MADE IN POLAND! to brak dworców w królewskich miastach i nieme siedzenie godzinami w polu,  na rzyci, w trakcie drogiej, dwustuzłotowej podróży. 23.5 godziny jazdy, w momencie kiedy wydawało się, że  planowane 15 to już nazbyt dużo. Nieoczekiwanie wysiada  pasek od klimy i z sugerowanego małego, półgodzinnego postoju na wymianę tegoż, robią się duże dwie. Stoimy w Legnicy od 22.30, naprzemiennie dogadując kierowcom lub prosząc o nowy autokar, wydzwaniając do ich szefostwa i… dostając coraz większej głupawki. Rozrzut wiekowy pasażerów: od dziecka w pieluszkach ze smoczkiem, po 90 letnią babcię mającą zapewne złotą kartę seniora, która jak nic była kiedyś brunatna. Nikt w trakcie i po fakcie nie zbiera podpisów – bo my Polacy to harcerze, ułani – potrafimy biwakować pod gołym niebem. Twarda szkoła przetrwania to jest to, co lubimy najbardziej, co nas hartuje i wzmacnia.

W końcu dotychczas słowni pomagierzy biorą jednak sprawy w swoje ręce dosłownie, i przy wtórach salw śmiechu, w końcu dopasowują z sobą, ręcznie zakładając, aż trzy już pozdejmowane paski. Ruszamy. Opóźnienie w podróży raptem 3 godzinki, ale co tam… najważniejsze, że się jedzie. Starsze panie zapominają o obiecanych skargach i o tym, że do autobusu naprawianego wręcz damskimi rajstopami nie wsiądą. Niestety po 15-20 minutach jazdy, autokar spokojnie parkuje w zatoczce przy małym lasku i już wiemy – nim koniec podróży. Po 4 godzinach oczekiwania, biegając na gorącą herbatę do motelu prowadzonego przez zmęczoną życiem Ukrainkę, o 6 rano podjeżdża nowy autokar, i wznawiamy przerwaną podróż. Opóźnienie w niej aż 7 godzin, ale co tam… najważniejsze, że jedziemy.

Nauczyliśmy się, my Polacy, żyć od pokoleń w narzekaniu, ale i w radzeniu sobie pomimo. „Polak potrafi”, bo musi, ale przy okazji niestety wcale się nie szanuje – potulnie głowa w dół i „trudno, stało się, inni mają gorzej”. Chcę usłyszeć, że w Ameryce od razu sąd, odszkodowanie lub chociaż zwrot kosztów podróży. A my nie.  XXI wiek i nieoczekiwanie ktoś nam serwuje w szczerym polu 7 nocnych godzin, za nasze niemałe przecież pieniądze (200 zł!), a dzieciątko w pieluszkach o dziwo grzeczne, gebelsowska babcia o dziwo nie schodzi z tego padołu, a nam dojrzałym, w sile wieku humory-hormony dopisują tak, że to aż niestosowne do okoliczności.

Nowy autokar dający ochoczo z kopyta delikatnie zwalnia, otwieram oko, by w ostatniej chwili dostrzec -  minęliśmy granicę. Dziwnie przejeżdża się bez zatrzymywania, bez kontroli, kiedy nawet DO jest niepotrzebny. Ba, nikt nie stoi, nie patrzy -  nie ma  granic.

Jadąc przez Niemcy uderza brak widoku na poboczach krzyży, nagrobków, zniczy i klepsydr. Niemądry to polski zwyczaj, którego nie znoszę, nie lubię, nie cierpię. Nienawidzę tego nowego celebrowania miejsca nieoczekiwanej śmierci. Jeżeli iść nadal w tym oto kierunku, to nasze miasta zamienią się w cmentarze zlewając z sobą w jedną, spójną „nekropolską” całość. U Niemców tego nie ma, być może dlatego, że są tam naprawdę doskonałe drogi. Autostrady z tych, że jak się w nie wpadnie, to można przebudzić się na końcu Europy. I tak się dzieje, nawet nie wiem kiedy, wjeżdżamy do Berlina:

A ten dziwny jest, masa betonu i ulubionego graffiti, na kształt którego nawet tworzone są wielkie reklamy wymalowane na ślepych ścianach budynków. Generalnie nie wiem dlaczego, kojarzy mi się jednak z NRD. I jeszcze tylko masa, ale to masa elektrowni wiatrowych po drodze, czy dlatego, że zamykają inne? Jak na przykład tę elektrownię atomową, w Bassenfleth nad Elbą


Bassenfleth nad Elbą
Przepastne, zlotoslane choć oko wykol pola, schludne gospodarstwa, porządne stada pasących się krów, koni i JUŻ! Po 22 godzinach Hamburg! I wszystko jasne:

Widok z St. Michael

Port

Czerwona brama :P
Myślicie, że to koniec podróży? Przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Teraz samochód, i tak gdzieś po godzinie pogawędki telefon „Gdzie jesteście??? Aaa… to już blisko, jeszcze TYLKO pół godzinki, więc mogę zacząć obierać ziemniaki”(sic!)

Cudne 23.5 godziny nie zabija, stawiam stopę na niemieckim Stade! I wszystko na ten temat. A po lekkim obiedzie następne półtorej godziny spędzam na? ZAJEBISTYM basenie. Kompleks gdzie nie tylko wielość przeróżnych, różnorodnych zbiorników z wodą, w których  solanka, ale i podwodne bicze, masaże na zmęczony podróżą kręgosłup, kabina z brzozową ścianą i inhalacjami a´la grota solna, zjeżdżalnia i pływanie, pływanie, pływanie oraz… myślaki.


Stade  Starówka

Stade rz. Schwinge
Pierwsze wrażenie – przykro  mówić, ale Niemki są  okropne. Nawet młode dziewczyny są zaniedbane,  wręcz nieprawdopodobnie „zapuszczone”. Być może dlatego, że są absolutnie, ale to absolutnie bez względu na wiek,  BEZ ŻADNYCH kompleksów! Ich bezpruderyjna nagość i pewność siebie powalała. Drugie wrażenie – Niemcy mają  nieprawdopodobnie miły w odbiorze styl. Takie same eleganckie  domy z czystej, cudnie czerwonej cegły, w których śliczne są nie tylko firanki i okna, ale ich przestronność, funkcjonalność, pięknie urządzone wnętrza, zadbane ogrody, zagospodarowane tarasy a dookoła wszędzie czysta zieleń i woda, zamknięta w przemyślne kanały, sadzawki, fontanny – ew
fot. ewolny Niemcy

Elektrownia atomowa w Bassenfleth nad Elbą

Czas przeszły i przyszły. A może przyszły, już tylko jako przeszły, miniony?

Rozmawiamy o sąsiadach zza Odry, a Niemcy to także przyroda -  na przykład Elba i jej piękne, szerokie ujście. Proszę sobie wyobrazić np. Juratę. Jasny, czysty piaseczek, drobne, kształtne muszelki, czystą, spokojną wodę i fale delikatnie liżące plażę, lekką bryzę od… morza? Bo gdyby nie horyzont, pomyślałbyś, że jesteś nad morzem – ale to tylko rzeka Elba. Czy nad nią jest również jod na podobieństwo naszego znad… Buga? Nie wiem, ale widzę, że wodą suną różne jednostki pływające pod żaglami włącznie. A wokół są wydmy, na nich urocze krzaczki, wysoka, zlotoslana trawa, w górze popiskują mewy i nagle  leniwy wzrok zatrzymuje się na żelaznym parkanie. W jednym miejscu wiatr usypał wydmę tak, że można się wspiąć i zobaczyć:


Ale nie tylko stąd. Z wału podobnego do naszego, żywieckiego, roztacza się widok na dominujące tu sady. Jabłka wprost od bauera, ta okolica  przecież z nich słynie, ale… nad drzewkami znów widać  tą samą kopułę. Sielanka pryska jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo to nieczynna już atomowa elektrownia. Dlaczego nieczynna?

Ano dlatego, że w 2000 roku Niemcy uchwalili ustawę o stopniowym (aż do 2020 roku) zamknięciu, swoich wszystkich dziewiętnastu atomowych elektrowni. Na pierwszy strzał,  bo już w 2003 poszła właśnie ta w Bassenfleth, elektrownia Stade, zbudowana przez Siemens’a. Nie wiem czy to ważne, ale piszą, że zamknęli ją 14 listopada o godzinie 8.32, by do roku 2015 rozebrać na kawałki tylko po to, aby na jej miejscu postawić elektrownię… WĘGLOWĄ! Ale zanim zdążymy się ucieszyć, że być może węgiel,  będą Niemcy kupować polski, szybko dodam, że Angela Merkel ma renegocjować to prawo i przywrócić możliwość wykorzystania atomu do tworzenia energii. A to słuszna decyzja, bowiem w czasach, gdy brakuje energii i świat goni za nowymi jej źródłami, kiedy inne kraje budują nowe elektrownie atomowe (Rosja ma już ich 31, USA 104, ba, nawet Polska ma ochotę na 2, jedną oczywiście w Żarnowcu) dziwi ta szlachetność Niemców w świadomym z nich rezygnowaniu.
Przez zamknięcie tylko tej jednej poupadało wiele zakładów w Stade,  których nie stać  już było, na wykup drogiej energii z innych źródeł.

Czy trzeba mędrca, żeby zrozumiał,  z których źródeł jest ona tańsza? – ew
fot. ewolny Bassenfleth, Niemcy

Prypeć – miasto duchów

Czarnobyl, strefa zamknięta – na stronie znalezionej  w sieci przez piotr.amigo. To moja odpowiedź na dywagacje, na temat wyprawy w to miejsce.

Z podanej strony wybrałam tylko kilka zdjęć i cytuję pierwsze i ostatnie zdanie z fotoreportażu.  Bardzo  znamienne jest szczególnie to ostatnie. Na całość, naszych „entuzjastów świecenia”, zapraszam na >>> www.opuszczone.com – ew

„Maj 2005 – po prawie rocznych planach i przygotowaniach w końcu udało nam się osiągnąć cel dla Opuszczonych najważniejszy. Odwiedziliśmy sanktuarium Opuszczonego i zapomnianego świata. Było nas czterech, każdy z nieco innym nastawieniem – oczekiwaniem. Każdy z dozą niepewności i ryzyka – co nam odbiło żeby pchać się tam gdzie skąd każdy normalny człowiek by uciekał. Pasja.”

„Najwcześniej będzie można ponownie bezpiecznie zaludnić te obszary za około 900 lat. Z miasta może już niewiele pozostać.  Tworzy się w nim nowe, niesamowite i tajemnicze życie. Ludzie są tam zbędnym dodatkiem.
Tutaj teraz rządzi czas. Jeszcze tutaj wrócimy.”

fot. www.opuszczone.com

Siła wiatru

fot. Realka Portugalia

Oziębiamy Ziemię – plan awaryjny!

Naukowcy coraz intensywniej opracowują rozmaite, nawet najbardziej niezwykłe projekty do walki  z ociepleniem klimatu.

Może zainstalować olbrzymie  lustra w przestrzeni kosmicznej, by odbijały słoneczne ciepło? Może wrzucić niezliczone tony żelaza do oceanów, aby powstał plankton, żerujący na CO2? A może dzięki specjalnym aerozolom w atmosferze przyciemnić niebo?
Wszystko to wchodzi w zakres geoinżynierii.

Pomysł jest w zasadzie prosty: jeśli nie udaje się spowolnić ocieplenia klimatu na Ziemi, spróbujmy doprowadzić do sztucznego ochłodzenia naszej planety. Innymi słowy:  uzdrawiajmy, jeśli nie możemy zapobiegać!

„Wyrzucenie cząstek siarczanu w górne warstwy atmosfery wydaje się pomysłem najlepszym, bo kopiującym matkę Naturę – mówi profesor Thomas Peter, wykładowca na Politechnice w Zurychu. – Przecież w czasie erupcji wulkanów do atmosfery wyrzucane są w sposób naturalny wielkie ilości gazów”. Dla grupy geoinżynierów, współpracujących z profesorem Peterem inspiracją pomysłu był wybuch wulkanu Pinatubo na Filipinach. W roku 1991 miliony ton siarczanów  znalazły się w atmosferze, przemieszczając się we wszystkich kierunkach i zaciemniając niebo. W rezultacie temperatura na Ziemi błyskawicznie spadła o pół stopnia.

Metoda skuteczna, ale nie wszystkim się ona podoba. Martina Benistona, znanego klimatologa z Uniwersytetu w Genewie, ten projekt bardzo niepokoi:  „Trochę to tak, jak zabawa w panów tego świata, ponieważ nie bierze się pod uwagę złożoności systemu klimatycznego”. Beniston zwraca uwagę na możliwość zaistnienia  nieoczekiwanych skutków ubocznych. Zresztą nawet profesor Thomas Peter przyznaje, że  wyrzucenie do atmosfery wielkiej ilości siarczanów może spowodować susze, wywołać kwaśne deszcze i zmniejszyć warstwę ozonową.
To prawda, ale kto wie – być może nie stać nas będzie na luksus wyboru sposobu osiągnięcia zamierzonego celu… – ela.d
Źródło: Le Matin