c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Himalaje

Komercja na szczytach gór, czyli bo „życie jest do życia”

Uważni Czytelnicy ecodnia, pamiętają wpis Moni  Komercja na Igle Południa „Aiguille du Midi – „Igła Południa” piękna, monumentalna, groźna góra i… zarazem najłatwiej dostępny szczyt w Alpach! A to za sprawą kolejki linowej, która wywiezie nas na 3842 m n.p.m. Bardzo komercyjne i gryzie się to z eko-obcowaniem z naturą. Dowód na to, że człowiek potrafi „ujarzmić” chyba już każdy skrawek ziemi. Restauracja, sklep z pamiątkami wewnątrz góry na wysokości 3842 m n.p.m. to dla mnie niemy hołd dla człowieka, nie dla gór. Fakt faktem – obłędne widoki, kilka tarasów dosłownie wbudowanych w zbocze góry, winda w skale, która wyniesie nas dodatkowe 40 m w górę na sam szczyt, pajęczyna lodowych korytarzy – to robi kolosalne i niezatarte wrażenie, ale i pozostawia lekki niesmak”.

Z kolei kilka dni temu, spotkałam się z ostrym protestem „ludzi gór” – alpinistów i himalaistów. Po słowach Aleksandra Lwowa na temat naszej Śnieżki „zakaz spożywania własnej żywności”, do tego obowiązkowo… ruch jednostronny – to prawda, niesmak.

Ale oto wczoraj wróciłam z Góry Żar, na który, po pierwsze gdyby nie kolejka górska, z pewnością bym nie weszła. Nie dlatego, że nie mogłam – byłam z dzieckiem, które dyktowało warunki. Po drugie będąc  kolejny raz na szczycie, tym razem w  wakacje, w weekend, w piękną pogodę,  przyjrzałam się kolorowej masie ludzi, dla których oscypki, ale i wełniane skarpety, kierpce, kapelusze wprost ze „służbowego”… samochodu! Wszelkiego rodzaju przedrogie krówki, włoskie lody w europejskiej cenie i wielkomiejski lokal, z kelnerkami w markowych fartuchach. Komercja na Igle Południa, komercja na Śnieżce, komercja i tu – ceny bandyckie! Na szczęście nie za obłędne widoki, nie za przestrzeń i pofalowany ostro horyzont, nie za monumentalny parawan z gór, nie za szybujące wesoło kolorowe ptaki…

I nagle schodząc już pieszo w dół, i mając nie tylko nad głową, ale i obok siebie zadowolone, kolorowe z emocji dziecko, poczułam z tymi wszystkimi ludźmi głęboką więź – obok Skrzycznego kolejna tak sportowa, zagospodarowana, ostro pracująca góra, i kolejna na której rozleniwiona gawiedź  zaczesuje ręką źdźbło traw, bo dla nich ten sposób spędzania czasu jest zwyczajnie d o b r ą alternatywą dla przepastnego fotela i cyfrowego TV.   Nie można im tego odbierać!

Przed chwilą skończyłam książkę Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont” (z dedykacją!). I naprawdę nie pamiętam już opisów innych wypraw na Mont Everest,  wypraw komercyjnych, gdzie na jednego uczestnika przypada  niejeden sherpa, gdzie namioty z dvd wyłożone są dywanami, gdzie znudzony wspinacz i na obiad do Katmandu… helikopterem wyskoczył (sic!). Pamiętam tylko przesuwanie Jej własnego horyzontu. Z różnych powodów. Bo ze szczytu świata na horyzoncie widać tylko kolejne  szczyty do p r z e s ko c z e n i a, bo  jedyne co nas ogranicza przy spełnianiu marzeń, to własna wyobraźnia, że jedyne co nas paraliżuje to myśl, że jest to możliwe. A mozolną pracą,  ciężką pracą, cierpliwością, pokorą i wiarą wszystko w życiu jest możliwe. Dlatego należy czerpać z niego jak najwięcej, i nie bać się ryzykować, nie bać się  ani płakać, ani być szczęśliwym, ani k o r z y s t ać z życia takim, jakie ono jest. Bo życie jest do życia. Bo najważniejsze to być w ciągłej drodze i każdego dnia robić chociaż maleńki krok do p r z o d u. Przesuwać niemożliwe i wciąż iść. Dokąd? Wyznaczać sobie cele do następnego szczytu, i nie ważne, że przy pomocy  tych wszystkich górskich kolejek, tych „kolejkowych sherpów”,  i nie ma znaczenia czy ktoś inny poprawia czapkę i wyciera nos, bo dopóki  się jest w ogóle w jakiejkolwiek swojej drodze,  się jest, się żyje…

Nie Korona Świata i ukończone rajdy, nie choroby, nie blichtr i medialny flesz, a opis przesuwania swojego horyzontu, zmieniając moje wyobrażenie o Martynie, zmienił też moje o sobie. Głęboki respekt!

fot. Ela Wolny Góra Żar

Zobacz również:
- Góra Żar film

Kundalini, czyli energia wewnętrznej przemiany cz. 1

Zainspirowana rozmową, w której Chris wspomniał o tym, że „już w 2004 roku energia duchowa Kundalini opuściła Tybet i Himalaje. I obecnie znajdując się w rejonie Jeziora Titicaca sprawia, że jest on tym samym nową duchową stolicą świata” sięgnęłam po Kundalini i czakry Genevieve Lewis Paulson – prezent od Aldony. I otóż okazuje się, że każdy z nas nosi w sercu pragnienie bycia kimś ważnym, kimś znaczącym,  kimś wyjątkowym i niepowtarzalnym w jakiejś dziedzinie życia. I choć niektórzy z nas próbują realizować to pragnienie prześcigając innych w perwersji, ekstrawagancji czy okrucieństwie, to jednak większości przyświeca inny cel – urzeczywistnienie pełni duchowego oświecenia, osiągnięcie  najwyższego poziomu doskonałości.

A tymczasem wszyscy jesteśmy powołani do przekraczania zwierzęcych granic swojego człowieczeństwa i wznoszenia się na coraz wyższe poziomy duchowego rozwoju. I energia Kundalini jest właśnie tym, co popycha nas ku duchowemu oświeceniu – jest ona pragnieniem poznania wiekuistej światłości, pragnieniem najgłębszego zjednoczenia z Bogiem.

Gopi Krishna w Kundalini pisze „W rozumieniu Siakti Jogi, jogin tantryczny, osiągając panowanie nad ciałem i umysłem, przystępuje do ważkiego zadania, jakim jest przebudzenie drzemiących w nim samych boskich  mocy opisywanych jako Śpiąca Bogini Kundalini”. Bo Kundalini w sanskrycie oznacza „zwiniętą moc”. To podstawowa siła wszelkiej ewolucji, a pewna część tej energii – mniejsza lub większa – działa w nas już od momentu narodzin. Zależnie od tego, jak duża jest to porcja, jesteśmy albo niezbyt inteligentni, albo genialni, albo też gdzieś po środku. Nie chodzi jednak, aby ograniczać się do tego, co już posiadamy, lecz aby rozbudzić gigantyczne zasoby Kundalini, drzemiące u podstawy naszego kręgosłupa. Jednak w sposób rozważny, bo to tak jakby puścić wysoki prąd cienkim drucikiem, nieprzystosowanym do przyjęcia tak wysokiego napięcia. Kundalini jest siłą całkiem naturalną, którą każdy posiada, i nie jest to kwestia wiary, czy przekonań religijnych, chociaż w niektórych systemach wiedzy duchowej energia ta jest bezpośrednim przedmiotem specjalnych tajemnych technik.

Ludzie, którzy nigdy nie słyszeli o Kundalini, mają największe problemy ze zrozumieniem natury swoich fizycznych, mentalnych  i emocjonalnych dolegliwości i kryzysów. Także osoby zaangażowane w świadomy wewnętrzny rozwój mają spore problemy ze znalezieniem kogoś, kto udzieliłby im właściwych wyjaśnień i poradził, jak postępować w sytuacji, gdy niespodziewanie zalani zostaną nadmiarem wzbudzonej Kundalini, wywołującej zamieszanie na wszystkich płaszczyznach życia. Przypomina to wspomniany już strumień prądu o napięciu 220 V, przebiegający przez drucik przystosowany raptem do 110 V. Rezultat może być tylko jeden: korki strzelają i obwód się przepala.

Możemy wyróżnić kilka najczęściej obserwowanych symptomów zbyt przedwczesnego wzbudzenia Kundalini:
- nie wyjaśnione choroby
- nienormalne zachowanie
- przygnębiające poczucie życiowej porażki
- pojawienie się wielu osobowości
- gwałtowne zmiany nastroju – od depresji do ekstazy
- stany skrajnego otępienia na przemian ze stanami oświecenia
- utrata orientacji co do siebie, innych osób, swojej pracy czy też świata w ogóle
- diametralne zmiany wyglądu ( w jednej chwili możemy wyglądać na starszych o 10 lat, a kilka godzin później młodszych o lat 20)
- dziwne efekty optyczne (widzenie świateł lub kolorów, form geometrycznych, scen z wcześniejszych wcieleń lub przeszłości)
- zaniki pamięci lub zaburzenia pamięci
- dreszcze i fale gorąca

Kundalini cechuje własne poczucie kierunku. Jej naturalny przepływ odbywa się od podstawy kręgosłupa ku górze, aż do szczytu głowy, przez który uchodzi na zewnątrz. Poruszając się w ten sposób, Kundalini otwiera przed nami nową świadomość, nowe zdolności i stany coraz wyższej transcendencji. Kundalini popycha nas nieustannie do oświecenia z siłą wyższą niż ta, która każe roślinie wzrastać ku słońcu. Pokonując niezliczone bariery na swej drodze, cały czas robi swoje. My jedynie możemy wspomagać ów proces lub go opóźniać. Ten kto osiągnie najwyższy stopień rozwoju, posiądzie niewyobrażalne duchowe moce i nieograniczoną świadomość. Wcześniej czy później każdy z nas będzie miał do czynienia z transformującą potęgą Kundalini, jednak im lepiej będziemy na to przygotowani (patrz drucik na 220 V), tym wspanialsze (a nie tak tragiczne jak patrz ramka) będą nasze doświadczenia – ew
Kundalini i czakry
Genevieve Lewis Paulson

Kargyu-pa – szkoła zabijania ego

Mieszkając w Keylongu, stolicy Lahoul, wybraliśmy się do gompy Szaszur, należącej do szkoły Drugpa Kargyupa, dość licznie reprezentowanej w tej krainie zamieszkanej przez ludność tybetańską. Obiekcje miał Rembecki, gdyż umówił się z kupcem, reflektującym na jego wibramy. Mówił:

- Umówiłem się na 3-cią po południu i nie wiem czy zdążymy?
Odpowiedziałem:
- Jest teraz 9-ta. Tam pójdziemy 2 godziny, z powrotem jedną i na zwiedzanie 2, to razem 5 godz., czyli o 2-giej wrócimy.

No to wyruszamy. Droga pięła się łagodnie serpentynami, aż do samego klasztoru, gdzie zaskoczyły mnie tam rosnące strzeliste cyprysy jak na włoskich cmentarzach.  Następnie oddaliśmy się zwiedzaniu i poznawaniu tajników życia klasztornego.


Szaszur gompa

Specjalnością szkoły Kargyupa jest obok sześciu nauk Naropy, praktyka tantryczna czöd, której celem jest pozbycie się własnej jaźni, czyli ego. Za inicjatorów tej praktyki przyjmuje się Phadampę Sangje, indyjskiego jogina i Maczing Labdrome, tybetańską mniszkę. Praktyka ta polega na prowadzeniu medytacji przy wykorzystaniu kang-ling, czyli trąbki z kości piszczelowej, damaru, czyli małpiego bębenka, dzwonka dril-bu i sztyletu magicznego phurbu. Na miejsce akcji zazwyczaj wybiera się cmentarz lub miejsce kremacji zwłok, gdzie praktykant zwołuje głodne duchy, aby pożarły jego ciało.

Aleksandra David-Neel przedstawia to sugestywnie w swej książce „Mistycy i cudotwórcy Tybetu”:

„Wyobraża sobie, że bóstwo przedstawiające jego własną wolę, wydostaje się z czubka jego własnej głowy i staje przed nim z mieczem w dłoni. Jednym uderzeniem ścina mu głowę, a gdy demony zbiegną się na ucztę, obcina mu członki, obdziera ze skory i rozpruwa brzuch, z którego wypadają jelita, krew toczy się strumieniami a szkaradni gości szarpią mu ciało, żrąc chciwie i głośno. Ten akt misterium nazywa się czerwoną ucztą, a po niej następuję czarna uczta, której mistyczne znaczenie ujawnia się tylko adeptom wyższego stopnia. Z kolei orgia ustępuje ponuremu nastrojowi samotności, a egzaltacja naljorpy stopniowo słabnie.”

Po zwiedzeniu klasztoru i zapoznaniu się z praktykami tantrycznymi postanowiłem wrócić, ale Rembecki poszedł ku wierchom. Nawet mi do głowy nie przyszło, że to może skończyć się źle, chociaż były ku temu powody, ale mądry Polak po szkodzie. Wróciwszy do rest house’u i odpoczynku zabrałem się do gotowania ryżu, licząc, że Rembecki wróci za godzinę, najwyżej za dwie. O 3-ciej przyszli kupcy, którym szybko sprzedałem bez targowania wibramy Rembeckiego za ustaloną z góry cenę. Zjadłem swoją porcję ryżu i czekałem, wiedząc, że o 6-tej nagle zrobi się ciemno. Minęła 6-sta, 7-dma, a Rembeckiego nie było. Miałem kłopot czy robić alarm, czy czekać. Postanowiłem czekać, licząc z wyrachowaniem, że biwak na mrozie bez śpiwora dobrze zrobi na przyszłość memu towarzyszowi. Czekałem. Na szczęście o 10-tej ściągnął Rembecki. Co się stało? Okazało się, że przyczyną były sandały, w których wybrał się na zdobywanie Himalajów.
www.kazir.blog.onet.pl

Farmakopea himalajska

Podróżnik M. Rerich podał w swoim dzienniku podróży listę leków, stosowanych w Himalajach, mianowicie:

- szarura – żółta wiśnia, środek na przeziębienie
- parura – zielony kasztan, przeciw kaszlowi
- orrura – zielono-żółte jabłko, przeciw malarii
- aku ombo – czewona kora do leczenia ran
- sergi pruba – suchy olbrzymi bób, środek przeciw febrze
- szuta – suchy, gorzki korzeń, leczy obrzęki i choroby gardła
- basak – brązowy proszek, przeciw zaziębieniu
- co – czerwona łodyga służąca do wyrobu mażenty
- phurma – stosowana jako kadzidło
- brekuro – korzeń na dolegliwości kobiece
- dangero – kwiaty na choroby żołądka
- czerwony rorodendro – kwiaty na choroby żołądka
- memszing-pati – święta roślina z Nepalu. Ponadto liście trawy doto rozmiękczają kamienie a kwiaty tojadu czarnego świecą w nocy

Uwagi na marginesie – Kawa z kardamonem

2 szczypty mielonego kardamonu
2 łyżeczki świeżo mielonej kawy
1 filiżanka wody
cukier, ewentualnie mleko i śmietanka

Kawę i kardamon wsypać do filiżanki. Zagotować wodę i zalać wrzątkiem,. Filiżankę przykryć. Zostawić na 3 minuty by się dobrze zaparzyła. Osłodzić do smaku. Zaleca się przed zalaniem wstawić kawę z kardamonem do rozgrzanego piekarnika, aby nabrała aromatu.
www.kazir.blog.onet.pl

Makalu 8481 m n.p.m.

Makalu jest piątym szczytem Ziemi pod względem wysokości i należy do tzw. ośmiotysięczników „wysokich”. Po nim idą już ośmiotysięczniki „małe”.

Od strony nepalskiej pierwszą wyprawę poprowadził Eric E. Shipton w roku 1951, ale dopiero w roku 1954 rozpoczęła się działalność alpinistyczna. Grupa amerykańska dotarła do wysokości 7050 m, natomiast grupa nowozelandzka pod kierownictwem E. Hillarego  zadowoliła się mniejszymi szczytami Pethangse (6710 m) i Chago (6860 m). W tym samym roku, lecz po monsunie penetrowali ten rejon Francuzi z J. Franco na czele, przy czym udało im się zdobyć „z marszu” szczyt Czomo Lonzo (7790 m).

Nazwa Makalu wywodzi się od słów sanskryckich maha kala, co znaczy wielki czarny. Zwróć uwagę na słowo kala, które w języku polskim pojawia się jako „kalać” np. kalać gniazdo lub przymiotnik skalany. Maha Kala to jedno z imion  boga Śiwy.

Obecnie na Makalu prowadzi dziesięć dróg:

1. Droga pierwszych zdobywców (1955) od Makalu La. Zdobycie Makalu nastąpiło w roku 1954 przez J. Couzego i L. Terraya w dniu 15. 05. bez większych trudności. Po wejściu Terray i Franco nie kryli rozczarowania. Terray powiedział: ”zwycięstwo musi być okupione cierpieniem i wysiłkiem, a łaskawość pogody i postęp techniki sprawiły, że w tym wypadku cena sukcesu była zbyt niska, byśmy potrafili docenić jego wartość”. Podobnie uważał Franco: ”W głębi serca czuliśmy pewien zawód. Biorąc pod uwagę doskonałość naszego sprzętu i bezustannie sprzyjające nam szczęście, można by nawet rzec, że pragnęliśmy nieco bardziej wymagającego przeciwnika”.

2. Droga Kukuczki pn.-zach. granią. W roku 1981 na podbój ściany zachodniej tej góry wyruszyli W. Kurtyka, Mc Intyre i J. Kukuczka. Niestety na skutek niedyspozycji dwóch  pierwszych nie udało im się osiągnąć celu. Wtedy wyruszył J. Kukuczka, by w ciągu czterech dni samotnie wejść na szczyt. Oznaczało to dla Kukuczki zdobycie trzeciego ośmiotysięcznika, po zdobyciu w roku 1979 Lhotse i w 1980  Ewerestu. W swej książce „Mój pionowy świat” wspomina Kukuczka, że zostawił poniżej szczytu w szczelinie małą maskotkę, o kształcie biedronki, którą rok później odnaleźli Koreańczycy i zawiadomili go o tym listownie.


www.gorkhapatra.org.np

Wracając w tamtym roku z Kathmandu samolotem do Patny otrzymałem egzemplarz gazety „The Rising Nepal”, gdzie na pierwszej stronie mogłem przeczytać: „Polsko-angielska wyprawa na zachodnią ścianę Makalu została odwołana, ale zakończyła się innym sukcesem. Jurek Kukuczka, 33- letni członek ekspedycji stanął na szczycie po czterodniowej wspinaczce z base campu. Jakie jest znaczenie tej wspinaczki świadczy fakt, że to było drugie solowe wejście na szczyt nepalski z Nepalu. Mr. Kukuczka wspinał się bezpośrednią drogą na przełęcz Makalu, po drodze wytyczonej przez Rogera Baxtera Jonesa. Po osiągnięciu przełęczy na wysokości 7400 metrów, Kukuczka szedł granią NW (pn.zach). z dwoma biwakami. Droga wejściowa prowadziła ściśle granią, podczas gdy oryginalna droga szła po lewej stronie grani. Mr. Kukuczka wszedł również w roku 1980 na Sagarmatha (Ewerest) polskim filarem i na Lhotse w roku 1979”. To tyle „The Rising Nepal”.

Rok później Polacy i Brazylijczycy weszli na Makalu drogą przez ścianę zachodnią.  Droga ta odznacza się dość dużym stopniem trudności ( V+) oraz stromość ściany lodowej dochodzi do 80 stopni. Szczyt zdobył wtedy samotnie A. Czok z Gliwic.
www.kazir.blog.onet.pl

Himalajski spacerek – cz. 3 Człowiek


Jeśli przychodzi życie, oto jest życie. Jeśli przychodzi śmierć, oto jest śmierć. Nie ma powodu, abyś był pod ich kontrolą.

Pahar Gańdż z okna hotelu Relax. Ta dzielnica słynie z tanich hoteli i sklepów dla turystów. Znajduje się w pobliżu dworca kolejowego New Delhi. Turyści nazywają ją Main Bazar, ale naprawdę nazywa się Pahar Gandż, co oznacza „góralska wioska”.  Poza tym jabłka, banany, riksze, lato… wieczne lato kwitnie w Indiach, a Hinduski ubierają się w to co mają najlepsze. To są biedne kobiety, ale sari zawsze mają czyste:

Strój codzienny:

Pranie:

Podróżniczki. Tamtejsi górale „pahari” szybko chodzą, a kobiety do wszystkiego ubierają się ładnie. W czasie żniw mają na sobie wszystkie korale i wisiorki i najładniejsze szaty:

Ta rzeczka to Wisznumati. Za nią już przedmieścia Kathmandu:

Kathmandu przy studni. Ziemia czasami parzy, taka jest gorąca. Człowiek nie przyzwyczajony do chodzenia boso musi ubrać buty:

Albo sadzawka przy świątyni Sikhów. Ta woda jest po to by do niej wchodzić i myć się. Woda to rzadkość i świętość:

Sikhowie. O Sikhah było głośno, gdy dokonali zamachu na Indirę Gandhi. Był to rok 1984. Byłem w tym roku Indiach, ale wyjechałem kilka dni przed zamachem. Sikhowie są bardzo sumienni i nie zmrużą oka. Dzida jest tu jednemu z nich  potrzebna, bo to jest strażnik świątynny:

Słonie świątynne. One nigdzie nie idą, tylko witają odwiedzających świątynię. Właściwie domagają się ofiary na rzecz świątyni. Cały dzień na nogach. Taki ich los, z wyjątkiem kąpieli, która im się należy, ale czy są jeszcze szczęśliwe zwierzęta?

Słoń w Kathmandu. W trakcie posiłku, więc czyżby ściągnął z jakiegoś straganu pożywienie?

Królowe indyjskich dróg… Wypasione to one nie są, ale żeber nie widać. Żyją z wyrzucanych liści i skórek bananów. Czasem uda im się mlasnąć jakieś jabłko. Grozi im nagana, pogrożenie palcem lub kara chłosty, jeżeli zrobią to muzułmaninowi i nikt nie widzi:

i… władca świętego miasta – byk. Natomiast ta budowla w głębi, to świątynia boga Dżaganatha. Dżaganath to największy bóg hinduizmu. Utożsamiany z Wisznu i Kriszną. Mieszka w świątyni w świętym mieście Puri. Niektórzy uważają, że istnieje 33 tysiące bogów w hinduizmie. Inni zaś, że bogów hinduskich jest 330 tysięcy:

Nepalskie dzieci. Biedne dzieci,  pracujące dzieci, liczą, że dostaną cukierka…

…dzieci ciekawskie i łobuzowate, przedrzeźniały nas:

Suszenie ryżu. Ryż musi być suszony a potem łuszczony. Dużo roboty jest przy nim:

Coś dla turystów. Na samym środku jest Ganeśa, ładny demonek, właściwie dwa demonki, i misa do dźwięku, i noże robione specjalnie dla turystów. Prawdziwe noże kukri mają pochwy zrobione z drewna i czarnej skóry:

Apteka wprost z ulicy, a w niej również korzenie: imbir, cynamon, wanilia w laseczkach, kardamon i koriander:

Uliczny sprzedawca lemoniady:

Hafciarz:

Tragarz. Tam w Kathmandu jest zawsze ciepło. Nigdy nie pada śnieg, ale ludzie przyjeżdżają tutaj, by się ochłodzić od skwaru Indii. Wysokość n.p.m. 1400 metrów:

Na koniec… kremacja w Pasiupatinath, nad brzegiem Bagmati, świętej rzeki. Przed wojną mieszkały tam gawiale. Niestety,  takie widoki też się zdarzają:

fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Zobacz również:
- Himalajski spacerek – cz. 1 Góry
- Himalajski spacerek – cz. 2 Miasto

Himalajski spacerek – cz. 1 Góry

To były slajdy i dlatego są takie kontrastowe, na dodatek firmy ORWO Color. Nie można za dużo wymagać..

Himalaje z samolotu. Mylą się chmury z górami – lżejsi mogliby chodzić po tych obłokach:

Dhaulagiri – w sanskrycie Biała Góra -  ośmiotysięcznik w Nepalu:

I wspomniany niestety ORWO Color, za to z Kangczengdzongą:

Przełom Indusu na szlaku karawan. Wbrew pozorom to nie błoto:

Na dachu świata – Karakorum w kwiatach. Ośnieżone góry to Saser Mustagh, należący do Karakorum:

Kjarkkjaks i małe krzewy, a te prostokątne domki to miejscowość Keylong. Byłem i na dole i u góry, bo żeby dojść do Keylongu trzeba zejść na dół a potem wejść do góry. Keylong jest stolicą Lahul.

I znów Kjarkkjaks – znajduje się w paśmie bocznym Himalajów, zwanym Pir Pandżal. Kraina nosi nazwę Lahoul a stolicą jej jest Keylong. Wszystko to leży w dolinie Bhagi, która po połączeniu się z Candrą tworzy słynną rzekę Czenab. Na zdjęciu miejscowi pasterze:

Gangapurna. Szczyt na prawo nazywa się Roc Noir, czyli czarna skała. Roc Noir to jest po francusku, bo dotarli tam pierwsi Francuzi – w 1950 roku.

Oblicza gór – jaki, a raczej krzyżówka jaka z krową – prawdziwy jak to dopiero majestat. Kiedyś spałem w hoteliku na I piętrze w Padum. Rano zapukał do drzwi rogiem jak. O mało co nie wyskoczyłem przez okno:

Gompa. Ze szczytu góry zaglądam na jej podwórko:

W sercu Himalajów. Miejscowość nazywa się Manang, wys ok 3500 m n.p.m.; rejon Annapurny. Ta czarna góra nazywa się po francusku Roc Noir ale nepalskiej nazwy nie pamiętam. Te stworzenia wyglądają jak krowy:

Syabru. Wyżej są jeszcze piękniejsze niebieskie góry – śnią mi się od dawna:

fot. Psi Ząb Himalaje
www.kazir.blog.onet.pl

Zobacz również:
- Himalajski spacerek – cz. 2 Miasto
- Himalajski spacerek – cz. 3 Człowiek

Wrota tropików kryptonim Alaknanda

Na esencję życia składają się drobiny i zjawiska ekstremalne, krajobrazy zmieniane  przez światło, stare opowieści, gwiazdy, ptaki śpiewające i deszczowy szum, wszystkie zdumienia i cała ta dzika kraina z powietrzem zanurzonym w zieleni, z cieniami wielkich, przesuwających się chmur. (K.S.)

Wysiadłszy z samolotu na lotnisku Vera Cruz w Bombaju poczułem po raz pierwszy skwar i upał tropikalny. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, czekała nas kontrola celna i paszportowa. W Dubaju kupiłem dwie butelki Johnny Walkera, o jedną za dużo, niż pozwalały przepisy, ale J. B. mój guru, który był już raz w Indiach, powiedział, że na drugą celnicy przymykają oko. Zresztą rozglądając się po współpasażerach zauważyłem, że jeden miał dziesięć butelek i wcale nie starał się tego ukryć, wręcz przeciwnie obnosił się z tym dookoła. Jak się zaraz okazało w tym szaleństwie była metoda.  Pod czujnym okiem stróżów celnych został wyłowiony z tłumu i skierowany do osobnego pomieszczenia, gdzie jak przypuszczałem będzie musiał się z tego wytłumaczyć.  I rzeczywiście wykręcał się tam gęsto, skoro wychodząc miał już tylko osiem butelek. Dla ścisłości powiem, że butelka whisky w Dubaju kosztowała 2 i pół dolara a w Bombaju już 25 dolców.

Nareszcie wydostaliśmy się na ulicę i rozpoczęło się łapanie taksówki. Właściwie taksówki czekały, tylko chodziło o utargowanie dobrej ceny. Gdy wreszcie usadowiliśmy się z trudem w czworo plus nasze cztery plecaki, każdy ważący po 20 kg i do tego cztery torby podręczne, każda po 10 kg i właśnie co mieliśmy odjeżdżać, gdy zjawiła się nagle Hanka S. ważąca około 120 kg i jej bagaż o ciężarze około 50 kg . Zażądała bez ogródek, abyśmy ja wzięli do środka i na nic nie pomogły nasze protesty, że nie ma miejsca, po prostu się władowała z całym bagażem a szofer nawet nie protestował, jakby był do takich rzeczy przyzwyczajony.

30 kilometrów jazdy z lotniska do centrum pozwoliło nam  napatrzeć się na ciągnące się kilometrami tzw. slamsy, czyli budy postawione z desek, kawałków blachy i tektury. Byłem zaszokowany, nie pierwszy raz zresztą. Później gdy już łyknąłem  trochę Indii, dowiedziałem się, że tam nie mieszkają najwięksi nędzarze, lecz ludzie posiadający pracę i nawet mają telewizory i lodówki, tylko nie posiadają mieszkania, a mówiąc ściślej mają mieszkanie, lecz nie nadające się w chwili obecnej do zamieszkania, bo np. developer ma trudności z płynnością finansową. Widziałem film, na którym właściciele takiego mieszkania raz na tydzień odwiedzają je i doglądają jak wre praca i tak już przez kilka lat.

Tymczasem dojechaliśmy do centrum, przy czym jednocześnie zapadł zmierzch nagle, jak to w tropikach. A to centrum typowo europejskie, o którym himalaista R. Karpiński pisał w 1939 roku, że posiada więcej samochodów niż cała Polska., zamieniło się nagle w dzielnicę niedoświetloną, do której dochodziły jedynie błyski lamp naftowych ze sklepów. Dobrze, że był ze mną Janusz B. mój guru, który umiał w tym gąszczu lawirować i znaleźć w końcu hotelik, odpowiadający naszym możliwościom finansowym, bo o komfort nikt się nie martwił. Byliśmy wszak turystami przyzwyczajonymi do spania na ziemi i w chłodzie, chociaż tu chłodu akurat nie było, wręcz przeciwnie panowało gorąco, mimo zachodu słońca.

Zapamiętałem tylko tyle z porad mojego guru. „Indie to kraj, przez który trzeba przelecieć jak najszybciej,  dotrzeć do Nepalu i dalej w Himalaje.” Nie wiem jednak dlaczego byłem w Indiach dziewięć razy i pojechałbym jeszcze więcej, gdyby nie słabość charakteru. To uzależnienie i trzeba z nim walczyć jak z alkoholizmem.
fot. Psi Ząb nad Alaknandą, Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Impresje himalajskie, czyli papierowe konie szczęścia

W książce „W sercu Azji”, wydanej w Nowym Jorku w roku 1929, Rerich pisze, że w Ladakhu jest następujący zwyczaj praktykowany przez lamów. W dżdżystą pogodę mnisi udają się na szczyty himalajskie i tam wypuszczają konie papierowe, pomalowane na czerwono. Mają one wyobrażać konie szczęścia. Jest to rytuał buddyjski polegający na ofiarowywaniu koni szczęścia. Wiatr porywając te papierowe koniki unosi je w dal, do mitycznej krainy Szambhali, położonej gdzieś na północy i tylko zorza polarna jest jej odbiciem na niebie.

Nigdzie nie mam miejsca.
Nigdzie nie mam nikogo,
Nigdzie nie mam niczego.
Anguttara nikaja

Z Atting wyszliśmy rankiem, mając nadzieję, że przy żelaznym moście złapiemy ciężarówkę, ale czekając tam dwie godziny, gdy nic nie nadjechało ruszyliśmy dalej, dopóki nie osiągnęliśmy klasztoru w Sani, najstarszego w Zanskarze. Wg tradycji miał go zbudować król Kaniszka z dynastii Kuszanów w II wieku po Chr., a legenda dodaje, że zbudował jeszcze tysiąc innych gomp i to w ciągu jednej nocy. Na dziedzińcu stoi upamiętniająca to zdarzenie stupa, zwana czortenem Kaniszki. W VIII wieku odwiedził to miejsce sławny Padmasambhawa, ten który pierwszy zaniósł płomień wiary buddyjskiej do Tybetu, a ze znamienitych gości należy wymienić także tantrycznego jogina Naropę.

Gdy na weselu ukradł curry, Naropa  przeżył wtedy śmierć swego ego, po to by posiąść skarb mahamudry, a Tilopa kazał mu znaleźć dziewczynę, z którą żył w zdrowiu, wierności, szczęściu i miłości, ale guru zażądał tej dziewczyny dla siebie i zbił ją za to, że odwróciła się od niego i uśmiechnęła do Naropy. „Przyjemnością jest ofiarować mudrę jako zapłatę dla guru”, powiedział Naropa. „Jesteś wart wiecznej błogości” odpowiedział guru. Naropa jednak musiał ponieść karę za związek z dziewczyną. Dręczony wyrzutami sumienia tłukł kamieniem swój członek. Potem przechodzi okres pozornego szaleństwa, bawi się, śmieje się, płacze jak dziecko, a później osiada w Pulahari i naucza przez resztę życia.

Wieczorem w restauracji przysiadła się do nas Japonka Aoki, która przebyła samotnie drogę z Keylongu w Lahoul do Padum przez Szingo La, pięciotysięczną przełęcz. Teraz jednak postanowiła znaleźć towarzystwo, ze względu że kończyły się tereny zamieszkane przez ludność buddyjską. Tak więc odtąd podróżowaliśmy we troje.

Opuszczając gospodę, zauważyłem na ladzie brudną i zatłuszczoną książkę pod tytułem „Ladakh das andere Tibet”, napisaną przez niejaką Helgę Hirschfeld. Zaciekawiony, zacząłem przeglądać: dużo fotografii, wprawdzie czarno-białych ale pierwszorzędnej jakości, także dużo szkiców i rysunków a do tego szczegółowe opisy zabytków. Pewnie jakiś treker zgubił, albo przeczeńdżował za kilka działek haszu. Kupiłem ją za 40 rupii, co nie było mało, ale mam tę książkę do dziś i wiele mądrości, którymi się dzielę z czytelnikiem, pochodzi właśnie z niej. Habent sua fata libelli.

W ruinach meczetu Qutab Minar:

Kolumna żelazna (sic!) Qutab Minar – IV wiek n.e.:

Birla Mandir – Laxmi Narayan:

Birla Mandir – wdowa:

Birla Mandir – rodzina:


Pahargańdż:

Minarety:

Meczet piątkowy – Delhi:

Delhi – Firoz Szah Kotla:

Czerwony zamek – Lal Qila:

Pod murami zamku:

Pożegnanie z Czerwonym Fortem…
fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl