c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Tatry

Polska z lotu ptaka – regiony

Dziś ponowne spotkanie z wybiórczo wybranymi zdjęciami, z przebogatej wprost kolekcji Jacka Marii Jelińskiego. I ponownie jak w tytule… Już się przekonaliśmy, że Polska z góry jest nie do poznania, bo… czerwona! Tradycyjnie dziękując za udostępnienie zapraszam na stronę autora: www.zlotuptaka.eu

A my? Polska z góry jest… zielona!

Wszechobecna zieleń -  nabrzmiała, pachnąca, soczysta – poprzecinana lazurem niebiesich wstęg, chabrowych oczek, poszatkowana żółcią rzepaku i złotem rżyska.  Od Tatr do Bałtyku – przewspaniały wprost kawałek, że aż się rozumie zaprzeszłych najeźdźców,   że aż nie dziwi i najazd współczesnych – na  żuławskich ścierniskach… UFO!  – że aż się chce „ukochany kraj, umiłowany kraj…”.

Beskidy – Jezioro Żywieckie. W tle – Góra Żar:

Bielsko-Biała, po prawej Magurka.. ech:

Tatry kryptonim dalekie obserwacje

Dalekie Obserwacje

Tatry z Ochodzity / Koniaków – odległość do Gerlacha – 95 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=3172

Tatry Wysokie z Czarnorzek – odległość do Sławkowskiego – 135 km, do Gerlacha – 138,5 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5244

Tatry Wysokie widziane z Izdebek – odległość do Gerlacha – 159 km, do Lodovego – 154 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5229

Widok na Tatry Wysokie z Jasła – odległość do Lomnicy – 109 km, do Lodovego – 113 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5087

Tatry Wysokie z Bierówki – odległość do Sławkowskiego – 121,5 km, do Rysów – 126 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5083

Tatry Wysokie z Szebni – odległość do Lomnicy – 117 km, do Slavkowskiego – 120 km, do Lodovego – 119 km, do Rysów – 127 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=4186

Tatry ze wzgórza Kamionka – odległość do Gerlach 126 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=3165

Tatry z Pasma Odrzykońskiego (na północ od Krosna) – odległość do Lomnicy – 130 km, do Sławkowskiego – 133 km, do Gerlach 138 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=3124

Widok na Tatry i Beskidy z Lysej Hory – odległość do Szatana 124 km, do Krywania 120 km, do Barańca 102,5 km, do Wlk. Raczy 40,5 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=1862

Tatry z Pradziada kryptonim Skrzyczne

Unikalne zdjęcia z Pradziada, bo z Tatrami odległymi o 240 km i… Skrzycznem. A wszystko pod pierzynką inwersji:

Skrzyczne, Babia Góra (zaraz obok z lewej) i Pilsko z Mechami (z prawej strony kadru):


fot. Mateo Pradziad, Jeseniky, Sudety Wschodnie
www.dalekieobserwacje.eu
Zobacz również:
- Wyprawa inwersyjna – Tatry z Pradziada

Tatrzańskie „Szeptem do mnie mów”

Był to poniedziałek i musiałem wracać do pracy, więc spakowawszy swój plecak poszedłem na przystanek, skąd odjeżdżał autobus do Zakopanego. Stało tam kilka osób oraz sam kierownik schroniska p. Łapiński. Jak widać nie miał jeszcze swojej wołgi a ja nie miałem jeszcze swojego trabanta i musieliśmy korzystać z publicznych środków lokomocji.


Doszedłem już do wniosku, że nie warto jeździć w Tatry na cały miesiąc, bo może padać deszcz przez cały czas i urlop stracony. Także wycieczka na dwa tygodnie jest ryzykowna. Najlepszy jest wyjazd na tydzień a jeszcze lepiej na trzy dni, no, ewentualnie na cztery. Później, gdy już miałem trabanta, jeździłem tylko na jeden dzień, dopóki nie zasnąłem przy kierownicy, wracając po zdobyciu Wołowca i zjechaniu z niego  na nartach, a tylko szczęście sprzyjające mi uratowało nas przed wypadkiem. Odtąd już nie jeździłem w Tatry na jeden dzień. Teraz jeżdżę na jeden dzień do Małej Fatry, ale używam tzw. energy drinks, które chronią mnie przed zaśnięciem.

Po przybyciu do Zakopanego udałem się do restauracyjki na obiad, wykorzystując czas, jaki dzielił mnie od odjazdu pociągu. W lokalu zastałem również p. Łapińskiego, który miał do dyspozycji wszystkie dania schroniskowe, wolał jednak stołować się poza nim. Czułem, że jakaś nić sympatii łączy nas, jak taternika z taternikiem, czego nie da się powiedzieć o Dziuni, jego żonie, która wszystko wiedziała, co się dzieje w Morskim Oku, a działo się tam wiele. Każdy zaś miał tam coś na sumieniu.

Ja też nie byłem bez winy. Mieszkałem tam z moim kolegą klubowym i kolegą z ławy szkolnej. Kiedyś wróciliśmy ze wspinaczki przemoczeni do ostatniej nitki, wzięliśmy zatem nasze koszule i zanieśliśmy do kuchni, by wyschły do jutra rana. Rano zaś udałem się na dół i ściągnąłem swoją wyschniętą koszulę oraz jeszcze drugą należącą do Sylwka, mojego towarzysza. Po przyjściu do pokoju rzuciłem koszulę Sylwka na jego łóżko i poszedłem do jadalni posłuchać plotek. Sala zazwyczaj głośna teraz czasem zamierała i tylko słychać było szepty. Moja znajoma taterniczka przysiadła się do nas i wyszeptała, że ukradziono koszulę jakiemuś znanemu taternikowi. Po powrocie do pokoju zauważyłem, że koszula Sylwka leży na moim łóżku, więc ją przeniosłem na jego łóżko i poszedłem sobie na spacer. Po powrocie stwierdziłem, że koszula znów jest na moim łóżku, a gdy przyszedł mój towarzysz wspinaczki spytałem dlaczego rzuca swoją koszulę na moje łóżko. Odpowiedział, że to nie jest jego koszula. Wtedy mnie olśniło. Po prostu to ja jestem tym złodziejem, o którym szepce cała sala jadalna. Najpierw  usiadłem na łóżku przywalony ciężką wiadomością. Po oprzytomnieniu zwinąłem koszulę, aby była jak najmniej widoczna i skradając się, chciałem ją niepostrzeżenie umieścić na sznurku w kuchni. Gdy tak zrobiłem, by nie zostać zauważonym, jak mi się zdawało, wróciłem na salę.

Sala, która tymczasem już wróciła do normalnego gwaru, znowu momentami cichła lub miejscami gwar przechodził w szept. Inka zaś znajoma nasza wyszeptała nam, że koszula się znalazła i że złodziej przestraszywszy się, że może zostać odkryty, zwrócił ją. Ale Dziunia i tak dobrze wie, kto to zrobił, bo Dziunia zawsze wszystko wie najlepiej. Zimny dreszcz przeszedł mi po grzbiecie.
fot. Psi Ząb Tatry
www.kazir.blog.onet.pl

Sic transit gloria mundi

Autobus zajechał pod schronisko w Morskim Oku. Pierwsze co zrobiłem udałem się do recepcji, gdzie przydzielono mi czwórkę, pokój, jak się później dowiedziałem przeznaczony dla szczególnych gości. Na szczęście w recepcji nie było Dziuni, która wie wszystko, bo wtedy dostałbym miejsce gdzieś na strychu w starym schronisku. Mieszkał tam już p. Suleja, taternik i pełniący obecnie dyżur ratownika TOPRu. Zajmował w nim już łóżko pewien malarz, który zwierzył mi się, że maluje góry wyłącznie z natury a nigdy na podstawie fotografii,  jak to czynią teraz wszyscy młodzi malarze. Ta jego pasja doprowadziła go kilka dni później do ciężkiego okaleczenia, kiedy wspinając się na Czarny Staw poślizgnął się i poważnie potłukł a teraz kurował się leżąc w łóżku. Od niego dowiedziałem się, że można sfotografować pejzaż a potem pomalować go farbą olejną i uzyskać w ten sposób obrazek olejny. Mam kilka takich na ścianie. Trzecim naszym współlokatorem był Andrzej Heinrich, zwany powszechnie Zygą. Nieznany jeszcze opinii publicznej, ale wśród taterników cieszący się szeroką sławą. Sławę uzyskał później po wkoszeniu skrajnie trudnych dróg na Kazalnicy Mięguszowieckiej oraz wejściu na szczyty himalajskie jak np. Kunyang Kish w 1979r.  Zginął w roku 1989 pod M. Everestem, gdy udał się na pomoc G. Chrobakowi i A. Marciniakowi. Temu ostatniemu udało się wówczas uratować, ale w roku 2009 zginął na Pośredniej Grani w Tatrach Słowackich. Pochodzący z Bielska Gienek Chrobak żył jeszcze kilkanaście godzin, jednak nad ranem umarł z powodu ciężkich obrażeń.

Na drugi dzień dotarła do nas wiadomość, ze jacyś taternicy wzywają pomocy, gdzieś tam na Żabim Wyżnim Szczycie. Zwrócił się do nas wówczas P. Suleja z pytaniem czy weźmiemy udział w akcji ratowniczej. Oczywiście zgodziliśmy się od razu. Zapytałem tylko czy już mam się przygotowywać do wyjścia. Wtedy P. Suleja odpowiedział mi, że mamy czas do nadejścia zmroku, gdyż po zmroku płacą wyższe diety. Gdy wreszcie doczekaliśmy zmierzchu, okazało się, że pomoc nie jest konieczna, ponieważ obok przechodziła kompania J. H. i zdjęła ze ściany wzywających ratunku. Kim był Janusz H. Urodził się we Lwowie a gdy przekraczał  granicę Polsko-Czechosłowacką, oczywiście nielegalnie, zawsze intonował marsz: „W dzień deszczowy i ponury, Z Cytadeli idą z góry, Szeregami lwowskie dzieci, Idą tułać się po świecie.” Ignorując kryjących się w krzakach filanców. Później J.H. dał się poznać jaki zdolny chemik i producent amfiteaminy, co go kosztowało kilka lat odsiadki. Jak widać zdolny był do wszystkiego. Następnym epizodem w jego życiu był udział w grupie taterników, którzy jakoby wiedzieli, kto strzelał do górników w kopalni Wujek. Była to sprawa znana pod nazwą „tajemnicy taterników”.

Kilka dni później zgłosił się do mnie taternik, który by chciał wspinać się na Mnicha drogą zwaną  „wariantem R”. Nigdy nie myślałem o takiej drodze, ale gdy prosi mnie Jan Junger nie mogłem odmówić. Droga ta była uważana wówczas za najtrudniejszą w Tatrach. Wyszliśmy rano, ale nie spiesząc się. Ominęliśmy dolną część jako zbyt łatwą, gdy zaś przyszła na mnie kolej by poprowadzić, okazało się, że nie mam pętli nylonowej, więc nie namyślając się długo użyłem sznurówki wyciągniętej z buta. I wszystko by się skończyło dobrze, gdybym pamiętał, aby tej pętelki sznurówkowej nie obciążać całym ciężarem ciała. Niestety zapomniałem i błyskawicznie sfrunąłem 10 metrów w dół, ku uciesze gapiów w  Morskim Oku, którzy obserwowali nas, a byłem doskonale widoczny w czerwonym swetrze.

Ponownie użyłem drugiej sznurówki, dobrze, że miałem dwa buty, jednak zwinąłem ją w czterokrotną pętlę i tym razem się udało. Jeszcze tylko przewieszka w kształcie sufitu i już witałem się z gąską, ale ona nie była taka łatwa i musiałem się namęczyć by ją pokonać. No i nareszcie za mną były słynne nity, które umieścił tam Momo, słynny Cz. Momatiuk, który wrobił mnie w skarbnika Klubu a potem wyjechał do Nowego Jorku, by tam zarabiać jako robotnik wysokościowy. Przynajmniej nie miał lęku wysokości. Niestety noga mu się powinęła i spadł do silosa z cementem. Był to rok 1972. Sic gloria transit mundi.

Resztę wariantu pokonał Junger, uwieczniony na fotografii w książce Reinholda Messnera, jako jeden z trzech Polaków. Jasiu umarł w roku 2005 roku po rozległym zawale serca.

Najgorsze zaczęło się dla mnie po zdobyciu „era”. Zaczęli nachodzić mnie wspinacze i proponować wspólną wspinaczkę.

Pierwszy zgłosił się Krzysiek Cielęcki i zaproponował mi wejście na Mięgusza filarem północnym. Z radością się zgodziłem, bo to było marzenie każdego wspinacza. Nazajutrz skoro świt wyruszyliśmy na drogę określaną u Paryskiego jako nadzwyczaj trudną i trwająca 10 godzin. Po dojściu do stóp filara, zanim zdążyliśmy się rozpakować zaczął padać deszcz. Krzysiek okazał się rozsądnym człowiekiem i zgodnie zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. W roku 1973 mój niedoszły partner zginął w wypadku samochodowym w Warszawie.

Jako następny zgłosił się do mnie Kazimierz Głazek i zaprosił do wspólnego przejścia drogi Paszuchy i Łapińskiego na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Tego Łapińskiego, który po wojnie był  kierownikiem schroniska w Moku i mężem Dziuni, która wie wszystko. Droga ta określona jako skrajnie trudna, o czasie przejścia 7 godzin. Głazek później zdobył jako jeden z pierwszych Polaków szczyt w Karakorum o nazwie Broad Peak Midle (8016 m). Był to pierwszy zdobyty przez Polaków dziewiczy ośmiotysięcznik. Tragedią tej wyprawy było to, że z pięciu zdobywców tego szczytu trzech zginęło podczas zejścia. K. Głazek umarł w czasie wyprawy do Tunezji w roku 2005.

W zimie roku 1964 zaproponował mi Henryk Horak, młody świetnie zapowiadający się taternik, wspinaczkę zimową. Znał się również na botanice. Kiedyś w lecie, gdy podchodziliśmy do drogi Stanisławskiego na Mnichu, pokazał mi ziele i powiedział: „To jest litwor, magiczne zioło” i nie pytając mnie czy chcę, czy nie, wyrwał z korzeniem oraz dał mi. „Wiesz co z tym zrobić?” – Wiedziałem tylko tyle, że trzeba to wrzucić do spirytusu i zrobić z tego litworówkę.

Wtedy w zimie zaliczyliśmy  kilka dróg, w tym  Cubrynę lewym filarem i Niżne Rysy północno zachodnią ścianą. Horak zginął na Galerii Gankowej w lecie tego samym roku – Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Monia Czarny Staw Gąsienicowy, Tatry
fot. ewolny Kopalnia Wujek, K-ce Brynów

Zakopiański marazm

Już w 1883 roku w Krakowie niejaki Józef Rostafiński opublikował niewielką broszurkę pt. „Jechać czy nie jechać w Tatry”. Pytanie aktualne do dziś. Przed 120 laty, autor broszury, który nie przepadał za góralami, starał się zrobić wszystko, aby skutecznie odstraszyć potencjalnych turystów.


I zaiste, trudno się z tym nie zgodzić – pytanie bowiem jest nadal aktualne, a może nawet bardziej niż kiedyś… Po ponad 400-letniej historii, miasto wciąż pozostaje jakby niezrealizowane, a bezradność kolejnych ekip rządzących jest wręcz legendarna. Tymczasem Zakopane „tonie” w powodzi nadmiernej deweloperskiej zabudowy, braku sensownych rozwiązań komunikacyjnych oraz kuriozalnego zanieczyszczenia!
Pisał niegdyś w swych listach wielki prześmiewca Makuszyński, a zarazem doskonały obserwator: Zakopane posiada jeden teatr, nigdy nieczynny, lecz stojący na wysokim poziomie, słynny kinematograf i cztery dancingi, elektrownię, tak dowcipnie urządzoną, że światło gaśnie co pół godziny, poza tym pomnik Jagiełły i rzecz w Zakopanem najpotrzebniejszą – cmentarz. Urok pobytu w Zakopanem na tym polega, że chodzi się tam zawsze pod górę i gdyby na olimpiadzie dopuszczono sztukę przejścia w zimie przez ulicę w Zakopanem bez wybicia sobie siedmiu przednich zębów, uzyskalibyśmy rekord świata.

Słynnemu kurortowi oprócz braku (w dalszym ciągu) bezstresowego dojazdu z Krakowa (samochód, kolej) brakuje też wewnątrz, podstawowej miejskiej infrastruktury: dworców z prawdziwego zdarzenia, dobrych rozwiązań komunikacyjnych, jakiegoś uniwersalnego obiektu sportowo-widowiskowego, a przede wszystkim nowoczesnej koncepcji rozwoju. A przecież gmina Zakopane to nie uboga krewna, którą można pomiatać. To przecież jedna z bogatszych gmin w Polsce! Poza tym są także różne dotacje unijne itp. Tymczasem miasto dalej właściwie prawie nic nie ma do zaoferowania, pomijając tradycyjne dziury w jezdniach pojawiające się jak krokusy po każdej zimie i wieszczące wiosnę. Niemniej tak naprawdę, to trudno w Zakopanem o prawdziwą wiosnę… Z wielkim bólem i trudem „urodził się” w końcu zakopiański Aquapark i wielka chwała za to wszystkim, którzy się do tego niebywałego sukcesu przyczynili, ale już słynny skądinąd doroczny festiwal „Ziem górskich” wciąż jak wiadomo odbywa się w starym, zetlałym namiocie – no widać może to taki już folklor być musi. A przecież odwiedzający miasto goście, chętnie (zwłaszcza kiedy pogoda często nie sprzyja) wybraliby się na jakiś koncert, sztukę, czy inną kulturalną imprezę.

Źle jest też porą zimową. Oprócz wielkiego zanieczyszczenia (bo ludzie wciąż wolą palić śmieciami i węglem, choć jest w Zakopanem i gaz i geotermia) okazuje się, że właściwie nie ma też za bardzo gdzie pojeździć… Słowacja i Austria kusi wspaniałymi ofertami zimowymi. Sąsiednie gminy także postawiły na sezon zimowy i prężnie się rozwijają. Jedynie w tzw „Zimowej stolicy Polski” ze stokami nadal krucho.
Kasprowy (pomimo licznych trudności w inwestycjach) i Szymoszkowa co prawda jako tako ratują tę sytuacje. Ale tak naprawdę Zakopanemu brakuje tzw „stoków rodzinnych”. Nosal jest zbyt stromy, a pod Nosalem to te poletka, to dobre ale wyłącznie do nauki. Gubałówka natomiast wciąż jak wiadomo jest zamknięta i raczej nic się nie zanosi na zmianę tego kilkuletniego Już pata. Kiedyś był jeszcze stok „Butorowski Wierch”. Niestety i po nim pozostał wyłącznie wyciąg. Można by co prawda było, przy odrobinie dobrej woli ze strony TPN oraz ekologów, lepiej zagospodarować pod kątem sportowym rejon Kasprowego Wierchu i korzystając ze wspaniałych warunków klimatyczno-panoramicznych stworzyć tam stację narciarską z prawdziwego zdarzenia… (więcej o tym tutaj) Niestety i to wydaje się być problemem nie do przeskoczenia.

Tymczasem gościom nadal (mimo biletów do kolejki z automatu) jedną z licznych atrakcji, wciąż pozostaje nadanie listu: Poczta znajduje się w środku miasta i jest miłym klubem, gdzie się wesoło spędza czas; nadanie listu poleconego trwa godzin dwanaście. Dlatego w Zakopanem szybko upływa życie.

Zatem co? Tak jak przed wojną, jedyną atrakcją nadal pozostają Krupówki, które jako tako zaspokoją potrzeby gawiedzi. No i w związku z tym, Makuszyński jest wciąż jak najbardziej aktualny: Czasem senne omroczenie otwiera oczy, w których błyska radosna iskierka nadziei, że Zakopane wreszcie się spali, bo gdzieś tam wybuchł pożar. Nic z tego. Władze miejskie zamiast kupić sto beczek benzyny i polać nią avenue de Krupówki, sprawiły znakomitą straż pożarną. Stąd zapewne pochodzi odwieczna do tych władz niechęć.

Swego czasu napisałem o Krupówkach tekst zatytułowany „Kolorowe jarmarki”, który ukazał się w Dzienniku Polskim oraz Tygodniku Podhalańskim – do ściągnięcia stąd. Upłynęło jednak już tyle lat i przykro, że i w tym temacie nic, nawet na jotę nie uległo zmianie! Co znamienne, władzy jakby obnośni handlarze „byle czym” nie przeszkadzają. Natomiast (o zgrozo) od kilku lat, dla odmiany, z wielką skrupulatnością reglamentują stoiska z regionalnymi wyrobami m.in. serkami tzw „oscypkami” – dlaczego? Któż na to pytanie odpowie? Niemniej tak czy inaczej, dzięki byłemu panu burmistrzowi, popularnie nazwanemu ABC1 Zakopane zawdzięcza przynajmniej jako tako wyglądającą główną ulicę miasta. Oczywiście – narzekając – można było po zerwaniu tradycyjnego asfaltu, pozostawić (gdzieniegdzie jedynie poprawiając) oryginalną kostkę granitową, która jak wiadomo jest trwalsza i piękniejsza niż bruk z kolorowej betonowej kostki. No ale cóż… było przepadło, a oryginalna kostka zapewne dziś komu innemu na zdrowie służy. Tak czy inaczej Krupówki przynajmniej dzięki temu liftingowi mniej więcej jakoś wyglądają. Szkoda tylko, że zamiast zająć się potrzebniejszymi sprawami miasto lekką ręką wywala 9 milionów złotych z ogonkiem.

Zdaje się, że cały błękitny świat gwiżdże i wrzeszczy. W Zakopanem bowiem dzieją się w tej godzinie ogromne historie. Postanowiono je wywrócić do góry nogami, wyrównać i podnieść z padołu. Europę robią z kocmołucha – pisał Makuszyński i trafił w samo sedno. Czy przejście było zatem potrzebne? Zdecydowanie nie! Można przecież było, póki co, po prostu, dla rozładowania ruchu postawić tam najzwyklejszą pod słońcem sygnalizacje świetlną. Natomiast docelowo, całkiem zamknąć dla ruchu historyczną ulicę Kościeliską i uczynić z niej deptak, a ruch kołowy puścić tyłem estakadą, która to tak czy inaczej wymaga gruntownego remont. To przecież kuriozalne aby pierwsza ulica Zakopanego, przy której znajdują się liczne zabytki: stary kościółek, pierwszy cmentarz oraz najstarsze góralskie chaty w dalszym ciągu służyła jako główny ciąg komunikacyjny w kierunku Chochołowa. Ale czy kogokolwiek w mieście zajmują takie mało istotne sprawy? Otóż poprzednia ekipa, zafundowała miastu projekt, a obecna zaś nie bez specyficznych problemów, a następnie fanfar i szampana, ukończyła budowę pierwszego podziemnego przejścia z dwoma windami na końcu słynnej promenady. Czy było to przejście potrzebne? – może zapytać ktoś ciekawie. A może bliżej prawdy byłoby zadać pytanie: kto na tym interesie cokolwiek zyskał? Budowa przejścia tradycyjnie przeciągała się utrudniając i tak niezbyt płynny ruch w mieście. Po odbiorze natomiast wyszły dodatkowo przeróżne prawne oraz techniczne nieprawidłowości. Przy czym po srogiej zimie okazało się, że kilka szyb osłaniających wejście nie wytrzymało górskiego klimatu.

„Nareszcie sami” – Okrzyk ten powtarzają ze szczęśliwym westchnieniem zakochani, częściej jednakże dobrzy ludzie, kiedy wreszcie goście szczęśliwie wyjechali. Można spokojnie pogadać i na niedawnych gościach powiesić kilka zdechłych psów, w przekonaniu słusznym i sprawiedliwym, że goście zrobią dokładnie to samo z niedawnymi gospodarzami. Jest to ceremoniał odwieczny i dotkliwa luka powstałaby w życiu towarzyskim, gdyby go zaniechano. Powtarza się on dwukrotnie w ciągu roku w Zakopanem, po obydwóch tak zwanych: sezonach. Przewali się przez nie kilkanaście tysięcy ludzi, wytęsknionych, wyczekiwanych, wymodlonych – i upragnionych. Ci, którzy żyją z tego najazdu, pragnęliby, aby ten ciąg nie ustawał przez cały rok. Rwetes jednakże, który czynią goście, napełnia goryczą mrukliwe dusze owych zakopiańców, co by pragnęli być sami w swoim górskim królestwie.

Zakopiańczyków, którzy bezpośrednio z turystyki nie żyją, męczy ten tłum. Goście, dzięki którym cały region się jako tako utrzymuje, liczyliby jednak na większą atencję ze strony gospodarzy terenu, a nie tylko „zdzierania haraczu” w postaci obowiązkowej opłaty miejscowej… Niemniej – nie narzekajmy – powoli jednak coś się zmienia na lepsze. Zakopane doczekało się po wielu, wielu latach w końcu gazyfikacji. Jest też (mająca być swego czasu panaceum na wszystko) geotermia. No ale co z tego, jak większość ludzi wybiera alternatywne źródła energii cieplnej: palenie śmieciami bądź węglem. Niestety geotermia (w trochę w większym zakresie gaz) znajduje się wyłącznie w obrębie ścisłego centrum i wcale nie jest taka tania jak niegdyś obiecywano. Dlaczego geotermia jest w cenie gazu i dlaczego zarządzająca nią spółka wciąż przynosi straty… – trudno doprawdy dociec. Od czasu do czasu pojawiają się też śmiałe koncepcje i bardzo pomysłowe wizje. Przed wojną takie odważne rozwiązania były z powodzeniem realizowane, dziś w tym względzie jest raczej gorzej niż źle. Proszę spojrzeć, tylko dzięki wspaniałemu wizjonerstwu pana Bobkowskiego i jego determinacji, przedwojenne Zakopane (a i z nim cała Polska) zawdzięcza postawienie w niecały rok, w trudnych warunkach zimowych kolejki z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Materiały o kolejce oraz przedwojennej turystyce są do ściągnięcia stąd, oraz stąd.

Przy czym warto podkreślić, że ww. pan Bobkowski niezadowolony ówczesnym tempem podróży pociągiem do Zakopanego z Krakowa wynoszącym 2,5 godziny (nomen omen absolutnie nie osiągalnym dzisiaj), miał w planach skrócić go do 1,5 godziny. I zapewne gdyby nie wojna, ten postulat już dawno byłby zrealizowany! Dziś do Zakopanego samochodem jedziemy częściowo całkiem znośnie (przynajmniej do Lubonia), ale do końca pozostało jednak dużo przeszkód, (w tym protesty niektórych grup) z którymi obecne władze dość kiepsko sobie radzą. Natomiast o szybkiej kolei z Krakowa, nadal można tylko słodko w wolnej chwili pomarzyć. Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce…

W samym Zakopanem także jest sporo do zrobienia jeśli chodzi o komunikacje. Cały czas jest otwarty problem parkingów oraz komunikacji miejskiej. Niemniej, co warto podkreślić, interesujących pomysłów na szczęście nie brak. Ale cóż z tego, kiedy nie są one nawet w 10% realizowane. Swego czasu, był kiedyś odważny, futurystyczny i warty realizacji, pomysł na zastąpienie obecnej komunikacji podwieszaną kolejką gondolową, która rozwoziłaby pasażerów w różne zakątki miasta, a jednoczenie byłaby dla gości wielką atrakcją turystyczną. Niestety, nie został on chyba przez „miłościwie nam panujących” na serio potraktowany, a wielka szkoda… A tak btw, na fantastyczny pomysł aby „rozruszać” gospodarkę wpadło rumuńskie miasto Piatra Neamt – więcej o tym tutaj.

Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce… Zakopane ze względu na nieporównane swoje zalety, szczególnie zaś z powodu swoich cudów architektonicznych, jest tłumnie odwiedzane; przybysze oglądają ze zdumieniem wysokie domy wesoło przybudowane do kozich stajen i wspaniałe parkany, zygzakiem się wijące; objawia się w tym niezwykła artystyczna fantazja ludu i chęć utrzymania sielskiego charakteru Zakopanego. Nic dodać, nic ująć.
Wojciech Śliwiński
Zakopane dnia, 20 maja 2009
www.sliwinski.ws
fot1. Kinga Zakopane widok z Gubałówki
fot2. Psi Ząb Gubałówka

Zakopane, czyli dziennik z podróży

Silnie namawiana przez  rozkochanego w Tatrach Tomka, niskopienna góralka trzymająca się kurczowo swych pni jak upośledzony sznurówki, dała się w końcu namówić i w 2006 roku wylądowała w Zakopanem. Trzy pociągi, dwie przesiadki, i nagle gdzieś w okolicach Białego Dunajca, a na pewno przed Poroninem i Nowym Targiem,  niesamowity widok! Oto na horyzoncie, do którego powoli zmierzał pociąg,  majestatycznie wynurzył się koniec drogi, Polski, mapy. Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie „koniec mapy” przemawia do mnie najbardziej. Ściana stworzona jakby z obłoków odbijających słoneczny blask, wysoka do samego nieba, ostro zarysowana na kształt znajomej koronki Tatr - zobaczyć to i umrzeć!

Spostrzeżenie pierwsze to Giewont cały w bieli, leżący tu od wieków niemy rycerz, widoczny  prawie z każdej części Zakopanego. Śpię na Pardałówce, od której na Antałówkę tylko żabi skok,  gdzie nie tylko sterty noworocznych petard i korków z szampana, ale i sieczący mocno deszcz. Pogoda udowadnia wielokrotnie, że w górach potrafi się zmieniać diametralnie jak w kalejdoskopie, po kilka razy na dobę – nagle i nieoczekiwanie. To był kwiecień, a nie tylko w wysokich partiach zalegał śnieg, w dolinach również nadal leżały jego wielkie połacie, a zimno idące z gór dla takich zmarzluchów jak ja, to prawdziwa szkoła przetrwania. Cebulka wtedy nie działa, ani kilogramy pierza w kurtce, swoje trzeba wytrząść, bo nie ogrzewają nawet takie widoki, ani tym bardziej „sakramencko mocne spod samiutkich Tater”:

Idąc Krupówkami przyszła myśl, że oto Stanisław Witkiewicz, onegdaj zachwycający się sprawnością, zręcznością w posługiwaniu siekierkami góralskich cieśli, które w rezultacie zainspirowały go do stworzenia stylu zakopiańskiego, przewraca się teraz w grobie. Główna zakopiańska ulica zawsze była niejednorodna stylistycznie, bowiem ten tygiel artystyczno – góralsko – sportowy musiał dawać i daje, swe odbicie również w architekturze. Małe chałupki będące pozostałością wsi, a obok kamienice secesyjne, modernistyczne, to mieszanka trudna do strawienia dla purystów urbanistyki za to malownicza dla obrońców, wielbicieli i smakoszy tego zakątka. Ale dziś ten specyficzny wizerunek ulicy jest zagrożony, bowiem bakcyl regionalizmu rozprzestrzenia się na siłę po całym mieście. Na „chama” są przenoszone wiejskie chałupy do miasta, secesyjne kamienice obijane belami drewna i kryte daszkami z desek, które mają imitować góralską karczmę. Same Krupówki to świątynia pieniądza, wybieg dla rewii mody od tych co to są dopiero po nartach, do tych co w szpilach i płaszczach skórzanych, wyskoczyli tylko na balety swoim nowym BMW. Sklepy z logami najlepszych firm, cenami przyprawiającymi o zawrót głowy ukrywają się pod płaszczykiem regionalizmu, zbitego naprędce z kilku desek, a obok tandetne budki ze skarpetami, gazetami, oscypkami, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki. Nawet pies zbierający na kiełbasę jest już jedną z głównych atrakcji Krupówek A przecież są one jak jedna z ulic wychodzących z Rynku Głównego w Krakowie, gdzie zapach historii, kostka brukowa,  stylowe latarenki, plastycy, rzeźbiarze, mimowie, anonimowy tłum i atmosfera, którą tworzą ludzie zwiedzający, niespieszący się, obwieszeni aparatami, kamerami i mający czas tylko dla siebie:

Stanisław Witkiewicz marzył, aby Zakopane świeciło przykładem na całą Polskę, aby styl zakopiański stał się stylem narodowym. Dziś patrzyłby z przerażeniem jak powstają cudeńka, które nie tylko nie mają nic wspólnego ze stylową architekturą podhalańską, ale w ogóle z żadną. Dyskusyjne jest wstawianie w nowoczesny organizm miasta zabudowy i stylu życia z natury wiejskiej. A obok niej nowobogackie Pszonki dające jazdę nowobogackim mieszczuchom za całe 50 zł. To stymulator emocji, zakopiański Disney’land za parę groszy, a w zamian jak masz „szczęście”, w pakiecie ubicie konia na śmierć.  I tylko nad tym wszystkim skamieniały, wciąż taki sam, mający to co ludzie robią z tym miastem – głęboko gdzieś – Giewont:

Zostawiając go w spokoju, i idąc w dół Krupówkami, można dojść do rozległego targowiska tzw. Targowicy. Wszystko tu można kupić, od masowej tandety, do ręcznie haftowanych obrusów, kurek w zalewie, miodu, kożuchów i małych piesków. Spragnieni mogą spić też cud wynalazek – piwo a’la Ludwik (dla młodszych Czytelników Ludwik to zielony, miętowy płyn do naczyń). Piwo ma nie tylko ten sam kolor, ale nawet i smak – miętową nutę. A sama Gubałówka  mieszcząca się tuż nad targowiskiem, to prawdziwy raj dla mieszczuchów sprzed plazmowych telewizorów, bowiem z centrum miasta i suchą stopą zawozi na górę nowoczesna kolejka. I to daje możliwość, już w kilka minut, wspiąć się na wyżyny, gdzie masyw Tatr na wysokości oczu, oraz możliwość spotkania, również rozkochanego  w Tatrach, ducha Ojca Świętego. Ulubione miejsce zadumy i chwili skupienia, kontemplacji nad nicością życia. Na wprost Rysy, w dole Zakopane, a na stoku Gubałówki nad Budrysówką stary cmentarz, gdzie  między innymi miejsce spoczynku   wspomnianego i u nas Hasiora, ale i Kornela Makuszyńskiego, i wreszcie wielkiego piewcy Zakopanego – Stanisława Witkiewicza. To właśnie tu, na tym Pęksowym Brzyzku stoi nadal stary zabytkowy kościółek, ulubione miejsce zakochanych par. To tu zauroczeni krajobrazem chłopcy oświadczają się swym dziewczynom, a te, cierpiące na niedotlenienie mózgu z racji rozrzedzonego powietrza normalnego  przecież na tej wysokości,  mówią TAK:

Onegdaj zafascynowana dywagacjami na temat spontanicznego, czystego uśmiechu kobiety zacytowałam wypowiedź, że tego rodzaju serdeczne powitanie, można już tylko szukać na górskich szlakach. Będąc w Zakopanem i mając widok z okna nie tylko na wszechobecny Giewont, ale i Nosal i patrząc na ten popularny wśród narciarzy stok, nie sposób było nie pomyśleć o chamstwie, które niestety wdziera się na bezpieczne dotychczas pod tym względem,  turystyczne szlaki. Wolne od przestępstw, goszczące ciepłych, serdecznych, żądnych czystych, duchowych i fizycznych, wrażeń, na ogół służących sobie pomocą ludzi… Na ogół, bowiem akurat tu na Nosalu, została brutalnie pobita i okradziona turystka z Lublina.

Oczy wysłane w nieznane dotychczas tereny, przekazują  również widok jeszcze nieśmiało otwierających się, ale wychodzących już licznie spod połaci zalegającego wszem śniegu, zamkniętych fioletem kielichów. Dzikie krokusy wszechobecne na każdym nieużytku, każdym  nawet niezagospodarowanym zielonym terenie. A Dolina Kościeliska, dolina zakochanych? Być tam właśnie wiosną i patrzeć na te połoniny skute w fiolecie milionów krokusów, tak podobnych z dali do jesiennych wrzosów. Marzenie.

Jeszcze z Pardałówki mijając podnóże Nosala, przejść można przez rondo z odnogą Przewodników Tatrzańskich, i później skręciwszy w Bronisława Czecha minąć Ośrodek Sportowy w Zakopanem, by znaleźć się wprost pod skoczniami. Mała Krokwia i Wielka Krokwia – umiejscowione obok siebie - pusto, mokro, brzydko. Jednak to tłum, światła i kamery, oczekiwanie na rywalizację, głośny doping robią tą niepowtarzalną scenerię i godną oprawę wielkich międzynarodowych zawodów. To tu nasz Adam stawał na najwyższym pudle, to tu nasz prezydent bił mocne brawa, a teraz? Autobusy z turystami w złotych okularach, mocno tlenione blondynki, wysocy, szczupli panowie głośno szprechając kamerują i cykają cyfrówkami. To tabuny niemieckich turystów zjeżdża tłumnie, by nacieszyć oczy i powspominać czasy niemieckiej passy w skokach narciarskich. I to dla nich również tu stoją stragany z wełnianymi skarpetami, oscypkami i drewnianymi rzeźbionymi na tokarce góralami. Jeszcze raz okazuje się, że Zakopane to mocne logo w handlu, a wiadomo, że „lepsze deko handlu niż kilo roboty” i tu, jak nigdzie indziej,  potrafią to wykorzystać – ew
fot. ewolny Zakopane

W Dolinie Pięciu Stawów

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, tzw. „Piątka”:

W sąsiedztwie:

Szarotka:

Świtem zaczesać ręką źdźbło traw…

…albo nóżkami:

fot. Monia Tatry, Polska

Tomek w krainie Czerwonych Wierchów – Ciemniak 2096 m n.p.m.

 


Ciemniak (slov. Temniak 2096 m n.p.m.) – to zwieńczenie Czerwonych Wierchów, oczywiście idąc od strony Kuźnic. Może sam Ciemniak nie poraża swoim pięknem i oryginalnością, ale widoki z niego są doskonałe. Tatry widziane z tego punktu widokowego to poezja, finezja, to niemal obrazy malowane pędzlem geniusza. Schodząc już w dół, żal było żegnać to piękne, bajkowe miejsce. Co chwilę odwracałem głowę na niknące szczyty. Giewont znowu zaczął górować…
Czerwone Wierchy na zawsze pozostaną w moim sercu:

Widoki:

Zerkający Giewont:



fot. Tomek Tatry
Grafika: Chris Miekina