c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Książki

Pogranicza

P1070917

Zazdroszczę zawsze tym, którzy nie mają wątpliwości, jakże wszystko wydaje im się łatwe, ale nie zamieniłbym się z nimi. Pogranicza są trudne, lecz pełne niespodzianek. Raz cofają mnie w inny czas, to znów przenoszą w inne miejsce, łączą się lub zderzają, przeobrażają z przeciwności w nową rzeczywistość. To kolejny fragment najnowszej książki, który zwyczajnie mnie zelektryzował. Uniwersalna, ponadczasowa prawda. Oczywista oczywistość, którą i ja mam,  o zgrozo! Lecz kto jest bez winy niech pierwszy… A zaczytywane przeze mnie  Góry mojego życia w ogóle  udowadniają, że każde z nich – bezpośredni kontakt z nimi – nieprawdopodobnie wzbogacają. Uwrażliwiając uczłowieczają. Podczas wielogodzinnych górskich wspinaczek, wentyluje się bowiem nie tylko dolne partie płuc, wyciskając z mięśni, niczym sok z cytryny, hektolitry toksyn – idzie się tak naprawdę „sam na sam”, co doskonale umożliwia sięgnięcie do dna zastanych i skamieniałych  przemyśleń – rozwijając swą samoświadomość – ew


Bielsko-Biała fot. Ela Wolny

Zarzuciłem na ramiona mój plecak, z którym jeszcze wyszedłem z Polski i który wbrew zakazom Lagerkommando miałem zawieszony w widocznym miejscu na łóżku (dzięki temu właśnie nie zauważono go w czasie wielu rewizji), i ruszyłem w górę doliny Anzasca. Trzydzieści jeden kilometrów do Macugnaga to dokładnie tyle, ile d Morskiego Oka przez Capowski Las bez skrótów. Tylko, że co krok to dla mnie niespodzianka.

Nie idą ze mną lasy, lecz południowe sady, pinie, kasztany, orzechy i Bóg wie co jeszcze, potem pełne narcyzów łąki, a właściwie hale, jeszcze wyżej bajeczne stoki rozdarte wąwozami, a potem tunel śniegu i góry rażące światłem i zapachem lodów.

Ale przedtem niekończąca się pogwarka z potokiem, nad którym skrzypią młyny i rozpryskuje się piana wodospadów. Na kamiennym moście ktoś wielkimi literami napisał: No piange picina mia cuando io vado via – ritornero (Nie płacz, maleńka, kiedy odjadę – powrócę). A więc i tu ludzie czują tak samo, jak u nas, kochają się i rozstają, łudzą się i znów wierzą. Mieszkają w domach z kamienia pod dachami krytymi łupkiem, rodzą się i umierają tak samo jak u nas. Z dachów sterczą kominy, a że są z kamienia, więc trwają od paru wieków. Na jednym z nich wyraźna data budowy 1675. Takich domów u nas we wsiach pod górami nie ma. (…) Bo tu wokoło wszystko śpiewa – potok młyny, ludzkie głosy i ptactwo. Zdaje mi się, że w Ceppo Morelli usłyszałem klekotanie owczych dzwonków. Hale leciały w dół i jakby kołysały się w słońcu i chmurach, bo górą, gdzieś bardzo wysoko, wiał chyba szybki wiatr i hale mieniły się to światłem, to cieniem. Stada owiec raz widziałem wyraźnie, gdy były w cieniu, to znów jakby we mgle utkanej ze słońca. Brzęk był inny niż u nas, ale ten nasz słyszałem na tle tamtego. Byłem więc znowu na dziwnym pograniczu, i w naszych górach, i w Alpach włoskich. Wcale mnie to nie dziwiło, bo zawsze czułem w sobie rozdwojenie, zawsze błąkałem się na pograniczu.

Gdy już w coś wierzyłem, zaczynałem wątpić i roztrząsałem w sobie przeciwieństwa i kontrasty. Gdy przekonałem się do jakiejś prawdy, wynajdywałem ostateczne niepewności. Zazdroszczę zawsze tym, którzy nie mają wątpliwości, jakże wszystko wydaje im się łatwe, ale nie zamieniłbym się z nimi. Pogranicza są trudne, lecz pełne niespodzianek. Raz cofają mnie w inny czas, to znów przenoszą w inne miejsce, łączą się lub zderzają, przeobrażają z przeciwności w nową rzeczywistość.
Wł. Krygowski „Góry mojego życia”
1987

Góry mojego życia

P1020203

Nie, to nie jest wstęp do kolejnego Myślaka, a jeśli już, to nie mojego, a autora książki pod tym właśnie tytułem. Książki, którą znalazłam… pod choinką. Od syna – jak on mnie zna. Już po tytule, już  po lekturze samego wstępu, wiem na pewno, że będzie znów ulubioną.  Bo jak to było? Cudownie gdy w cudzych literach można odnaleźć siebie, swoje wspomnienia, swoje przemyślenia, swój czas… I właśnie czytając ją, siedzę teraz w wyimaginowanym oknie i oprócz bożonarodzeniowego deszczu widzę siebie, po raz kolejny maszerującą w stronę zarysu gór…

Wewnętrzne przebudzenie, czyli o co chodzi z tą pomarańczą

Dziś wrócę do książki Colina P. Sissona Wewnętrzne przebudzenie, by podkreślić jak ważne jest zaprzestanie szukania soku w skórce pomarańczy, zamiast w jej soczystym wnętrzu.

Bowiem tak jak światło jest wytworem świecy, tak szczęście i miłość są wytworem właściwej własnej integracji. Ale uśpiona ludzkość szuka szczęścia i miłości na zewnątrz siebie, tworząc nietrwały ich byt i zupełnie nie myśląc o rozwinięciu swoich wyższych poziomów świadomości, zupełnie lekceważąc swe wnętrze.

A tymczasem mądrość polega na zjednoczeniu umysłu z bezwarunkową wewnętrzną ekstazą, która dopiero jest prawdziwą rzeczywistością i przeciwieństwem iluzji umysłu. Wystarczy tylko oczyścić umysł ze wszystkich uwarunkowań – przez przyzwolenie, akceptację, cieszenie się i kochanie… Miłość oczyszcza. Na początku lęk stłumił i wyparł wszystko, dlatego trzeba oczyścić umysł z tych uwarunkowań, by mógł stanowić doskonałe odbicie Prawdziwego Ja, tak jak w kropli rosy odbijającej w sposób doskonały słońce, nie może być ani odrobiny kurzu.

Bowiem stres i wyparte treści blokują zdolność umysłu do odbijania tej rzeczywistości znajdującej się wewnątrz nas. Można je zintegrować uwalniając się od tych przywiązań, tak jak można każde lustro… wypolerować  z kurzu. Bo Prawdziwe Ja jest ekstazą, jest doskonale czystą kroplą rosy, i tak oczyszczony umysł odbija JA jak zwierciadło.

Oczyszczony umysł z kurzu i brudu, które na zwierciadle umysłu są jak stłumione lęki, wytworzone przez iluzje umysłu patrzącego na życie przez pryzmat wytworów wyobraźni, przez ciemność podświadomości.  A przecież stres jest po prostu brakiem rozluźnienia, tak jak nieszczęście jest brakiem radości, lęk nieobecnością miłości, ciemność nieobecnością światła, a podświadomość nieobecnością ś w i a d o m o ś c i.

Dlatego prawdziwym nieszczęściem jest iluzja stworzona przez umysł wierzący, że ta iluzja jest rzeczywistością. Gdy szczelnie zasłonimy firanki w oknie, przesłonią nam one słońce i z czasem rzeczywiście zaczniemy wierzyć, że nie istnieje.

Dlatego taplając się w skórce pomarańczy zamiast wgryzać w jej wnętrze, nie zrozumiemy, że żadna zewnętrzna rzecz, żadna sytuacja i żaden człowiek nie zawiera dla nas sam w sobie ani szczęścia, ani nieszczęścia.  To jest w nas. A zrozumieć to na poziomie świadomości, to nauczyć się jednej z najcenniejszych lekcji życia, pozwalającej się oczyścić ze wszystkich iluzji i złudzeń, osiągając prawdziwą wolność. Na głębszym poziomie świadomości, każdy o tym wie, trzeba po prostu oczyścić się na tyle, żeby wiedza ta stała się bardziej ś w i a d o m a.

Patrzymy na świat przez brudną szybę i świat jest tylko szary i brudny? Czujemy się nieszczęśliwi, gdy porównujemy nasz obecny stan do poprzedniego? Byliśmy zdrowsi, była z nami droga osoba, byliśmy szanowani mając stanowisko? Tak postrzegając świat wszyscy są młodsi, zdrowsi, bogatsi i bardziej atrakcyjni, a świat jest smętny i ponury. Wszyscy są mądrzejsi i wszystkim się lepiej powiodło. Nasz domek jest mniejszy niż innych? Jest on tym czym jest – ciepłym,  przytulnym schronieniem, wystarczy mu tylko wymyć okna!  I wtedy jeśli spojrzymy  na coś do wewnątrz w blasku padającego jasno światła (nie starając się porównywać z iluzorycznym zewnętrzem),  zobaczymy sprawy takimi jakie naprawdę są, a one same staną się przyjemnym doświadczeniem, doskonałym i jedynym w swoim rodzaju, nie sprawiającym  bólu, który jest przecież niczym innym jak intensywną energią odbieraną zupełnie niesłusznie jako bolesną przykrość – ewolny
Rysunek: Nikola

11 wrzesień, czyli „Where did the Towers go?”

Judy Wood jest byłym profesorem inżynierii mechanicznej i specjalizuje się w analizach wytrzymałości rozmaitych materiałów i konstrukcji budowlanych, mechanice strukturalnej i analizach deformacji materiałów. Judy jest z wykształcenia inżynierem strukturalnym a pracę dyplomową napisała na temat inżynierii mechanicznej, która aplikuje prawa fizyki, takie jak np termoekspansje stali użytej do budowy podczas pożaru budynku. Praca doktorska Judy Wood dotyczyła inżynierii materiałowej. Trudno sobie więc wyobrazić osobę bardziej kompetentną do wyjaśnienia zjawisk, które przyczyniły się do upadku wież WTC w Nowym Jorku.

W swoich badaniach nad tym tematem zebrała wiele anomalii we wszystkich zakątkach USA, lecz na najbardziej zdumiewające natrafiła przy analizowaniu upadku Twin Towers w Nowym Jorku, 11 września, 2001 roku. W swoich wnioskach na ten temat, uznała ona, że wieże w Nowym Jorku nie zostały zniszczone na skutek uderzenia przez samoloty ani też przez podłożony uprzednio termit, o którym wspomina wiele teorii konspiracji, lecz poprzez użycie nieznanego rodzaju broni wykorzystującej fizykę hiperprzestrzenną. Judy Wood napisała o tym książkę pt. „Where did the Towers go?” (Co się stało z Wieżami?”).

Judy Wood do wypadków 9/11 podeszła niezwykle serio. Przeprowadziła szereg badań forensycznych, aby stwierdzić raz na zawsze co naprawdę wydarzyło się tamtego dnia. Jest ona osobą która posiada wszelkie możliwe kwalifikacje, aby uzyskać konkretną odpowiedź na to pytanie.

Najbardziej zdumiewającą rzeczą jaką odkryła Judy Wood podczas swoich analiz był fakt, że większość rozpadającej się konstrukcji potężnych wież po prostu…  zniknęła!!! Wieże były konstrukcjami bardzo solidnymi. Nie tylko wymagała tego ich wysokość ale także to, że stały one w miejscu, które było poniżej poziomu wody w płynącej nieopodal rzece Hudson. Architekt, znając ten fakt, siedem pierwszych pięter zbudował w taki sposób, aby oparły się one napływającej wodzie, jeśli z jakichś katastroficznych przyczyn rzeka wystąpiłaby z brzegów i zalała Nowy Jork.

Kiedy wieże rozpadały się jakby były domkami z kart, miażdżąc swoim ciężarem wszystko pod sobą, pozostawiły w magiczny sposób te pierwsze siedem pięter nietknięte! Nie zanotowano także odpowiednio silnego sejsmicznego sygnału, jaki niewątpliwie musiała wywołać taka masa sypiącego się w dół szkła i metalu. Najbardziej interesujący był jednak budynek nr  7, który rozpadając się nie wytworzył w ogóle żadnego sygnału sejsmicznego.

Judy Woods porównuje to co się stało w Nowym Jorku z Twin Towers z planowym wyburzaniem hali sportowej Kingdomes w Seattle. Podczas tego wyburzania sejsmografy zanotowały wstrząsy o sile 2.3 na skali Richtera. Dla porównania budynek nr 7 w Nowym Jorku był 7 razy większy od hali sportowej i sejsmografy zanotowały zaledwie 0.6 w skali Richtera. Niektóre ze stacji nie zanotowały żadnego wstrząsu. Podczas zapadania się wież nie słychać było także charakterystycznego dźwięku jaki towarzyszy takiemu zjawisku.

Następnym nietypowym zjawiskiem jakie towarzyszyło upadkowi wież, były spalone samochody. Samochody były spalone, stopione i w wielu brakowało silników. Spalone samochody znajdowano nie tylko w bezpośrednim pobliżu wież, ale także prawie kilometr dalej. W okolicy budynku nr 7 każdy stojący samochód został spalony. Natomiast nie został nawet nadpalony żaden kawałek papieru, których miliony pokrywały ulice!!! Nietknięte zostały także drzewa i znaki drogowe. Spłonęły tylko samochody.

Samochody także płonęły w nietypowy sposób. Np. w wielu przypadkach połowa samochodu była zwęglona a druga jego część wyglądała tak, jakby wyjechała prosto z salonu. Pożar w samochodzie z pewnością nie przebiega w taki sposób, że jedna część samochodu jest zniszczona a druga jakby ktoś użył magicznej różdżki – w perfekcyjnym stanie. W zniszczonych samochodach nie dało się zauważyć nadpalonej strefy, gdzie pożar z pewnością musiał dogasać, aby pozostawić resztę nietkniętą. Nie było też zniszczeń wywołanych przez temperaturę jaką wytworzył ogień palącego się samochodu.

Pył, który wypełnia powietrze podczas zapadania się budynku, potrzebuje jakiegoś czasu, aby opaść. W przypadku hali sportowej Kingdome, było to zaledwie 20 minut. W przypadku Twin Tower pył opadał przez 3 miesiące! Pył podczas upadku wież podnosił się do góry w błyskawicznym tempie co oznacza, że był niewielkich rozmiarów i był przy tym niezwykle lekki.

Także gigantyczne, 3 piętrowe kolumny ze stali topiły się jak lody w upalny dzień i zniknęły zanim zwaliły się na ziemię, co było kolejnym niezwykłym zjawiskiem. Resztki stali szybko wybrano z ruin po WTC i wywieziono do chińskich hut, gdzie zostały przetopione. Nikt nigdzie nie podał, ile stali zostało wydobyte z ruin zniszczonych wieżowców.

Analiza tych niecodziennych faktów daje bardzo niepokojącą odpowiedź na to, co stało się z Twin Towers tego pamiętnego dnia. Z pewnością wieżowce nie runęły od uderzenia samolotów a zostały zaatakowane potężną bronią, być może użytą wprost z przestrzeni kosmicznej, która dosłownie „odparowała” większość atakowanych budynków.

Kto za tym stoi i kto posiada w swoich rękach tak straszliwie niszczącą siłę? Są to z pewnością ci sami ludzie o których pisałem w art. „Ziemia – planeta więzienna”. Ludzie ci, których Richard Dolan nazywa odrywającą się cywilizacją, będąc pod każdym względem bardziej zaawansowani od nas, chcą przejąć nie tylko kontrolę nad światem, ale także pozbyć się większości z nas. Użycie egzotycznego rodzaju broni wykorzystującej najprawdopodobniej fizykę pola torsyjnego wydaje się być jedynym rozsądnym wytłumaczeniem tego, co zniszczyło nowojorskie wieże prawie 10 lat temu – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Zobacz również:
- Krajobraz po bitwie

Komercja na szczytach gór, czyli bo „życie jest do życia”

Uważni Czytelnicy ecodnia, pamiętają wpis Moni  Komercja na Igle Południa „Aiguille du Midi – „Igła Południa” piękna, monumentalna, groźna góra i… zarazem najłatwiej dostępny szczyt w Alpach! A to za sprawą kolejki linowej, która wywiezie nas na 3842 m n.p.m. Bardzo komercyjne i gryzie się to z eko-obcowaniem z naturą. Dowód na to, że człowiek potrafi „ujarzmić” chyba już każdy skrawek ziemi. Restauracja, sklep z pamiątkami wewnątrz góry na wysokości 3842 m n.p.m. to dla mnie niemy hołd dla człowieka, nie dla gór. Fakt faktem – obłędne widoki, kilka tarasów dosłownie wbudowanych w zbocze góry, winda w skale, która wyniesie nas dodatkowe 40 m w górę na sam szczyt, pajęczyna lodowych korytarzy – to robi kolosalne i niezatarte wrażenie, ale i pozostawia lekki niesmak”.

Z kolei kilka dni temu, spotkałam się z ostrym protestem „ludzi gór” – alpinistów i himalaistów. Po słowach Aleksandra Lwowa na temat naszej Śnieżki „zakaz spożywania własnej żywności”, do tego obowiązkowo… ruch jednostronny – to prawda, niesmak.

Ale oto wczoraj wróciłam z Góry Żar, na który, po pierwsze gdyby nie kolejka górska, z pewnością bym nie weszła. Nie dlatego, że nie mogłam – byłam z dzieckiem, które dyktowało warunki. Po drugie będąc  kolejny raz na szczycie, tym razem w  wakacje, w weekend, w piękną pogodę,  przyjrzałam się kolorowej masie ludzi, dla których oscypki, ale i wełniane skarpety, kierpce, kapelusze wprost ze „służbowego”… samochodu! Wszelkiego rodzaju przedrogie krówki, włoskie lody w europejskiej cenie i wielkomiejski lokal, z kelnerkami w markowych fartuchach. Komercja na Igle Południa, komercja na Śnieżce, komercja i tu – ceny bandyckie! Na szczęście nie za obłędne widoki, nie za przestrzeń i pofalowany ostro horyzont, nie za monumentalny parawan z gór, nie za szybujące wesoło kolorowe ptaki…

I nagle schodząc już pieszo w dół, i mając nie tylko nad głową, ale i obok siebie zadowolone, kolorowe z emocji dziecko, poczułam z tymi wszystkimi ludźmi głęboką więź – obok Skrzycznego kolejna tak sportowa, zagospodarowana, ostro pracująca góra, i kolejna na której rozleniwiona gawiedź  zaczesuje ręką źdźbło traw, bo dla nich ten sposób spędzania czasu jest zwyczajnie d o b r ą alternatywą dla przepastnego fotela i cyfrowego TV.   Nie można im tego odbierać!

Przed chwilą skończyłam książkę Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont” (z dedykacją!). I naprawdę nie pamiętam już opisów innych wypraw na Mont Everest,  wypraw komercyjnych, gdzie na jednego uczestnika przypada  niejeden sherpa, gdzie namioty z dvd wyłożone są dywanami, gdzie znudzony wspinacz i na obiad do Katmandu… helikopterem wyskoczył (sic!). Pamiętam tylko przesuwanie Jej własnego horyzontu. Z różnych powodów. Bo ze szczytu świata na horyzoncie widać tylko kolejne  szczyty do p r z e s ko c z e n i a, bo  jedyne co nas ogranicza przy spełnianiu marzeń, to własna wyobraźnia, że jedyne co nas paraliżuje to myśl, że jest to możliwe. A mozolną pracą,  ciężką pracą, cierpliwością, pokorą i wiarą wszystko w życiu jest możliwe. Dlatego należy czerpać z niego jak najwięcej, i nie bać się ryzykować, nie bać się  ani płakać, ani być szczęśliwym, ani k o r z y s t ać z życia takim, jakie ono jest. Bo życie jest do życia. Bo najważniejsze to być w ciągłej drodze i każdego dnia robić chociaż maleńki krok do p r z o d u. Przesuwać niemożliwe i wciąż iść. Dokąd? Wyznaczać sobie cele do następnego szczytu, i nie ważne, że przy pomocy  tych wszystkich górskich kolejek, tych „kolejkowych sherpów”,  i nie ma znaczenia czy ktoś inny poprawia czapkę i wyciera nos, bo dopóki  się jest w ogóle w jakiejkolwiek swojej drodze,  się jest, się żyje…

Nie Korona Świata i ukończone rajdy, nie choroby, nie blichtr i medialny flesz, a opis przesuwania swojego horyzontu, zmieniając moje wyobrażenie o Martynie, zmienił też moje o sobie. Głęboki respekt!

fot. Ela Wolny Góra Żar

Zobacz również:
- Góra Żar film

Fotografia krajobrazu – na spotkanie chmur

Dziś ponowne spotkanie z moim gwiazdkowym prezentem. „Fotografia krajobrazu” Tim’a Fitzharris’a, z której nie bez powodu omówię akurat ten właśnie rozdział – nawet w zwyczajnej okolicy można bowiem stworzyć ciekawe zdjęcie,  wystarczy tylko odpowiednie światło i… chmury!

Chmury, na które  ostatnio jakby stale możemy liczyć. I okazuje się, że wcale nie ma czego żałować, bo kiedy niebo jest bezchmurne, to ostre światło padające z nieba – nadmiernie akcentując cienie – pozbawia krajobraz szczegółów. I to bez chmur niebo nie ma charakteru, a wschody i zachody słońca pozbawione są  swych arcyciekawych kolorów. Zatem  obecność chmur to gwarancja ciekawych, niepowtarzalnych kadrów. Dlatego nawet jeśli widok oglądany był przez nas już setki razy,   zachmurzone niebo może zaserwować nam iście prawdziwy spektakl!

Niestety… najbardziej fotogeniczne są tylko niezbyt gęste chmury, za to rozsiane po całym niebie. Poniżej w skrócie abc  ich fotografowania:

  • Jako element podkreślający krajobraz – horyzont winien być na 1/3 lub 2/3 wysokości kadru
  • Jako światło punktowe – rozstępujące chmury tworzą tunele, przez które padają na ziemię wąskie snopy światła
  • Jako dyfuzory – obecność chmur zmiękcza światło słoneczne co poprawia odwzorowanie najciemniejszych i najjaśniejszych elementów zdjęcia
  • Jako reflektory odbijające światło – słońce tuż spod horyzontu oświetla cumulusy i nimbusy, które działają jak lustro odbijające ciepłe i miękkie światło
  • Jako część perspektywy powietrznej – mgła dająca niesamowite efekty i możliwość fotografowania słońca na wprost obiektywu, redukuje kontrast i i działa jak dyfuzor oraz szary filtr (przyciemniając słońce i wprowadzając atmosferę niesamowitości)

Reasumując, chmury nie tylko zmieniają warunki oświetleniowe (prawie zawsze na lepsze!), ale są przede wszystkim  atrakcyjnym elementem równoważącym kompozycję i wprowadzającym do kadru e m o c j e.

I na koniec, nie omówione przez Tima odbicia chmur, które możemy oglądać w taflach stawów, rzek i jezior… Kroplewski  kiedyś napisał „na Bugu jest więcej nieba” – w rzeczy samej – w s z ę d z i e,  gdzie tylko spokojna woda, tam z a w s z e więcej nieba – ewolny

fot. Ela Wolny Magurka (Sucha Beskidzka), staw rybny (Stara Wieś)

Zobacz również:
- Fotografia krajobrazu – wschód i zachód słońca
- Fotografia krajobrazu – odbicie lustrzane

Góra Czterech Wiatrów, po prostu

(…) Milcząc wracali pod górę, tylko motorek wyciągu transportowego warczał monotonnie. Już widać maszt na szczycie z bezwładnie opuszczoną flagą. Wiatru nie ma… I nagle w sercu Józka obudził się dojmujący żal za lotem, którego nie było, za zwycięstwem, którego nie dane mu było odnieść. Weszli na szczyt i wtem… poszum przebiegł przez las, drzewami wstrząsnęło drżenie. Na ścieżce wiodącej do domu uniósł się tuman kurzu. Flaga zatrzepotała, wypełnił się powietrzem pasiasty „rękaw” na hangarze i jego wyciągnięte ramię wskazało północ. Wicher dął z południa, uderzając gwałtownie o szczyt, wyrywał Weihe z rąk, zmuszał drzewa do bałwochwalczych ukłonów.
- Waja na start! – krzyknął instruktor odwracając się, na chwilę zawiesił głos i… dodał głośno, stanowczo:
- Józek, do maszyny!
Radość jak nikłe światełko rozbłysła w smutnych oczach pilota. Teraz już sam z pośpiechem wkładał kurtkę, pomagał zapinać pasy.

Weihe wyprysnęła na start, ale wiatr jakby igrał z pilotem, bo przycichł znów. „Rękaw” co prawda wydymał się jeszcze, ale co chwila opadał, przełamany w połowie. Józek jest znów nad przełęczą, szybowiec traci na wysokości, opada niżej, nadlatuje nad Wzgórze Miniera, ale niemal muska podwoziem czubki drzew. Oczy wszystkich mieszkańców Góry towarzyszą mu, jak gdyby siłą spojrzenia chcieli podtrzymać maszynę, jak gdyby od tego lotu miała zależeć Józkowa przyszłość.  Słońce zaszło. Mała, ruchoma sylwetka Weihe jaśniała nad lesistym pasmem Wzgórza Miniera. Ale czy długo potrafi utrzymać się Józek przy takim wietrze?

Pilot myślał o tym samym spoglądając w dół, na zielone morze drzew, rozpościerające się pod szybowcem. Dolinę wypełnił błękit – jak daleka woda za mgłą. Tuż pod Weihe sterczą czubki jodeł jak zielone gwiazdki, niżej – szerokie gałęzie. Na horyzoncie zamigotały pierwsze żółtawe światełka w niewidocznych domach, na niebie rozbłysły blade jeszcze gwiazdy. Wierzchołki drzew powoli poczęły się stapiać w jedno z kosmatą zielenią gałęzi. Zapadał mrok.

Józek z uwagą śledził zegary, z których mżyło zielone światło. Zapomniał już o tym, że nie chciał lecieć, że w pierwszej chwili miał zamiar odmówić instruktorowi, i tylko prośba w oczach przyjaciela zmusiła go do odpowiedzi: „dobrze, lecę…”. W tej chwili stało się ważne tylko to, żeby się utrzymać nad wzgórzem, nie pozwolić, aby warunki zmusiły do lądowania. Jedno okrążenie tuż, tuż nad drzewami, drugie, trzecie… naraz strzałka wariometru drgnęła, poruszyła się ku górze. Szybowiec „miał wznoszenie” – 3 metry na sekundę. Wysokość poczęła wzrastać: 50… 100… 150… Wiatr dął teraz równomiernie i jakby przezwyciężony uporem pilota, pokornie podtrzymywał szybowiec, unosił go coraz wyżej na ugiętych falach powietrza. Józek rozejrzał się. Gdzież jest niebo, a gdzie porzucona ziemia? Gwiazdy są nad nim i gwiazdy błyszczą w dole. Jest zawieszony w środku granatowej, rozgwieżdżonej kuli.

Mijały godziny. Weihe, prowadzona znakami zegarów, zataczała ósemki nad lesistym wzgórzem, gdzie błyszczały światła latarń, wskazujące trasę lotu. Znużenie ogarniało pilota. Wstrząs, jakiego doznał po przeczytaniu listu donoszącego, że stracił całą rodzinę, bezsenne noce – nadwątliły jego siły. Sam nie wiedział, że pochyla się nad tarczą zegarów, usypia w ciszy, której nie mąci żaden głośniejszy dźwięk.

Wydawało mu się, że wyrasta przed nim jakaś potężna brama. Nie może jej minąć, musi przelecieć przez nią. Nie wie dlaczego, ale musi. Leci więc naprzeciw, ale brama zwęża się, staje się tak wąska, że nie przez nią dwuskrzydła Weihe. Pomimo to mknie naprzód i dech mu zapiera myśl, że za chwilę szybowiec roztrzaska się o mury bramy.

Obudził się jak od nagłego wstrząsu. Dokoła ciemna noc. W dole za nim pozostało ostatnie światło latarni. Trzeba zawracać. Przyjaźnie mrugają zielone światła zegarów: wszystko w porządku – zdają się mówić – wszystko w porządku, lecimy dalej!
- Byle nie zasnąć – powtarza Józek przez zaciśnięte zęby.
Ta cisza aż dzwoni, ta cisza tak usypia. Ale wytrzymaj! Czeka cię przecież to samo w życiu: ciemna noc dokoła. Nikogo obok. Jesteś sam.

Zgasły dawno światła w dalekich domach. Na ziemi leżała aksamitna, przytulna ciemność. Może wylądować? Po co krążyć bez celu w tę bezksiężycową noc, po co zmuszać siebie do skupienia? Czyż nie wszystko jedno, co się z nim stanie, skoro jest tak bardzo, tak okrutnie sam. Lepiej wylądować! Byle gdzie. I mieć nareszcie spokój.

Skierował maszynę nad szczyt. Jeszcze raz, bodaj poprzez mrok, spojrzy na Górę Czterech Wiatrów tak bliską mu i kochaną, na której przeżył wiele dobrych dni wierząc, że przeszłość wróci. Wychylił się z kabiny. Na zasnutym mrokiem lotnisku błyskały kwadratem zapalone światła. Pośrodku świeciła litera „T”, wskazując mu kierunek wiatru. Od oświetlonych okien domu kładą się na szczyt smugi światła. Jak rój świętojańskich robaczków migocą zapalone latarki. Wszyscy wybiegli przed dom i dają mu znaki. Czuwają wraz z nim ci, o których zapomniał, przejęty własnym bólem, pochłonięty myślami o przeszłości. Przebywał z nimi „tymczasem”, szkolił ich z obowiązku. A przecież co wieczór ich ręce splatały się w „braterski krąg”, który zamykał się nie tylko nad jego samotnym sercem, ale nad całym krajem, obejmował sobą – wielki świat. bez słów pomagali sobie wzajemnie, bo każdy czuł jedność gromady połączonej bezinteresowną, rozumiejącą miłością. Nie jest sam!

Może na zakręcie oczekuje na niego ktoś jeszcze słabszy, nieszczęśliwszy niż on. Nie jest sam, nie jest niepotrzebny i dopóki żyje, nie wolno mu wymykać się samolubnie z braterskiego kręgu. To co człowiek czuje, jest jego prywatną własnością, ale to, czego potrafi dokonać, może się stać sprawą ogółu, może nawet całej ludzkości. Nie jest sam. Musi opanować swój ból. Musi iść naprzód. Józek zawrócił nad wzgórze. (…)
M. Kann
Góra Czterech Wiatrów
fot. Janek Góra Żar, Beskid Mały

Bielska Rospuda


fot. ewolny rz. Biała

Do chrztu

Już jest ciepły krajobraz
chrztu wiklinowego nad rzeką rytuał.
Czekam Cię, Janie w słonecznych zakolach
Jordan nieba odpływa w horyzont bez ujścia.

Pochylam się w kaczeńców niemowlęce śpioszki:
tu czas odpada tu wieczności zanik
szumi ulewą trzmieli wśród zielonych godzin
świecąc od deszczu zegar mrówek – trawnik.

Papieżu słoneczników z wróblami na tiarze
podnieś ku słońcu  cztery strony cienia
aż kamieniom na moment złagodnieją twarze
aż śnić przestaną swe życie z kamienia.
Stanisław Gola bielszczanin
„Biblia lasu”
1979

„Przed sklepem jubilera” – dramat

ANNA

Teraz jest brzeg trotuaru. Krawężnik. Idę samym krawężnikiem, jak chodziłam gdy byłam małą dziewczynką. Umiałam wówczas biec po krawężnikach ulic i nigdy noga nie spadła poniżej – na jezdnię. To była ulubiona zabawa koleżanek, po której przekomarzałyśmy się nieraz: „a ja ani razu, widzisz, kto lepiej…”

Teraz idę znów krawężnikiem, nie biegnę. Mam oczy wprawdzie suche, ale wiem, że błyszczą. Oto samochód, wytworny model.

Szyba z lekka uchylona, mężczyzna przy kierownicy. Przystanęłam.

ADAM

Miłość to nie jest przygoda. Ma smak całego człowieka. Ma jego ciężar gatunkowy. I ciężar całego losu. Nie może być chwilą. Wieczność człowieka przechodzi przez nią. Dlatego odnajduje się w wymiarach Boga, bo tylko On jest wiecznością.

Człowiek wychylony w czas. Zapomnieć, zapomnieć. Być tylko chwilę, tylko teraz – i odciąć się od wieczności. Wziąć wszystko w jednej chwili i wszystko zaraz utracić. Ach, przekleństwo chwili następnej i wszystkich następnych chwil, w ciągu których będziesz poszukiwał drogi do tej, która minęła, aby ją mieć znów na nowo, a przez nią mieć „wszystko”.

ANNA

Przystanęłam i wzrok utkwiłam w modelu, w szybie, w człowieku. Pamiętam jak Stefan mówił: „kochana, kiedyś kupię samochód, będziemy sunąć w nieznane, piękni, wytworni”. Mężczyzna spojrzał. Podeszłam. Opuścił niżej szybę. Głos miał niski i ciepły, gdy przemówił „czy pani pozwoli…”

…czy pani pozwoli?…

ANNA

Wskazał miejsce obok. Potem chwila, zapali motor. Ruszymy. Będziemy sunąć w nieznane. Męskie dłonie na kierownicy. Można się oprzeć z lekka o to ramię, które rozwija wstęgę drogi. Potem światła z góry… Będę znów kimś. On raz jeszcze powtórzył te słowa.

…czy pani pozwoli?…

ANNA

Chcę, chyba bardzo chcę.

Właściwie już położyłam dłoń na klamce. Trzeba było tylko nacisnąć. Nagle poczułam męską dłoń na mojej dłoni. Podniosłam oczy. Nade mną znów stał Adam. Widziałam jego twarz, która była zmęczona; zdradzała przejęcie. Adam patrzył mi prosto w oczy. Nic nie mówił. Trzymał tylko swą dłoń na mojej ręce. W pewnej chwili powiedział „nie”.

ADAM

Nie.

ANNA

Poczułam, że samochód przesuwa się koło nas. Za chwilę już go nie było. Adam puścił moją rękę. Musiałam powiedzieć: „ależ to dziwne, że wróciłeś, a ja myślałam, żeś już znikł bezpowrotnie. Gdzie byłeś przez ten czas?

ADAM

Powróciłem, ażeby ci pokazać ulicę. Jest dziwna. Jest dziwna nie przez to, że jest pełna sklepów, neonów i architektury, ale – przez ludzi. Popatrz, tamtą stroną ulicy przechodzą dziewczęta. Idą roześmiane i głośno rozmawiają z sobą. Ach, ty na pewno nie wiesz, dokąd one idą.

Pogasły im lampy, więc idą kupić oleju. Nasączą oleju do lamp i znów będą świeciły.

ANNA

Ach tak…

ADAM

To są panny mądre. Policz, ile ich jest. Powinno być pięć. Przeszły. Zdziwiłaś się na pewno, że nie mają długich wschodnich szat. Są ubrane stosownie do klimatu i do zwyczajów naszej ojczyzny. Mają jednak w rękach lampiony i ludzie dziwią się, dokąd je niosą. Może się zresztą tak bardzo nie dziwią, bo ludzie naszej epoki odzwyczaili się od zdziwienia.

A teraz popatrz tam. Tam są głupie panny. Śpią one, a lampy leżą z boku oparte o mur. Jedna potoczyła się nawet w poprzek chodnika i spadła poza krawędź.

Tobie się zdaje, że one śpią w tych niszach, ale właściwie i one również idą ulicą. Idąc śpią. Chodzą w letargu – tkwi w nich jakaś uśpiona przestrzeń. Ty teraz czujesz tę przestrzeń w sobie, bo ty również miałaś usnąć. Przyszedłem cię obudzić. Zdaje mi się, że zdążyłem na czas.

ANNA

Po co mnie zbudziłeś? Po co?

ADAM

Zbudziłem cię dlatego, że tą ulicą ma pójść Oblubieniec….

ANNA

…Oblubieniec  … przejdzie szybko. Jest to na pewno mężczyzna młody  i nie będzie czekał.

ADAM

…On czeka właściwie wciąż. Wciąż żyje w oczekiwaniu. Widzisz – tylko, że to jest jakby po drugiej stronie tych różnych miłości, bez których człowiek nie może żyć. O, choćby na przykład ty. Nie możesz żyć bez miłości. Widziałem z daleka, jak szłaś tą ulicą i próbowałaś wzbudzić dla siebie zainteresowanie. Prawie, że słyszałem twoją duszę. Wołałaś z rozpaczą o miłość, której nie masz. Szukałaś kogoś, kto by cię wziął za rękę, przygarnął… Ach Anno, jak mam ci tego dowieść, że po drugiej stronie wszystkich tych naszych miłości, które wypełniają nam życie JEST MIŁOŚĆ. Oblubieniec idzie tą ulicą i chodzi każdą z tych ulic! Jakże mam ci dowieść tego, że jesteś oblubienicą? Trzeba by teraz przebić jakąś warstwę twojej duszy, tak jak przebija się warstwę poszycia i gleby poszukując źródła wody pośród zieleni lasu. Słyszałabyś wtedy, jak mówi: „umiłowana, nie wiesz, jak bardzo należysz do mnie, jak bardzo jesteś własnością mojej miłości i mego cierpienia – bo miłować znaczy dawać życie poprzez śmierć, miłować znaczy wytryskać zdrojem wody żywej w głębinach duszy, która się pali lub tli, a spłonąć nie może”. Ach, płomień i zdrój! Nie czujesz zdroju, a płomień cię trawi. Prawda?

ANNA

Nie wiem. Wiem tylko, że mówiłeś do mojej duszy  – nie bój się. Idzie razem z ciałem. Jakże można  ją bez ciała ogarnąć  lub posiąść?  Ja jestem  panna głupia. Ja jestem jedna  z głupich panien. Po co mnie  zbudziłeś???
(…)

Przed sklepem jubilera (fragmenty)
Karol Wojtyła