c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Muzyka ♫ ♪♫

Kokon

To jest tak niesamowite, tak brutalnie prawdziwe, tak obnażające nas – zadufanych w sobie maluczkich – poświęć chwilę i przeczytaj. Koniecznie jeszcze raz przekonaj się, jak porąbani jesteśmy, jak porąbany jest dzisiejszy świat. To część eksperymentu społecznego na temat percepcji, smaku i priorytetów ludzi, zorganizowana przez Washington Post. Czy naprawdę jesteśmy jeszcze w stanie s a m o d z  i e l n i e dostrzegać piękno? Czy żyjemy niestety  jak w kokonie i widzimy go już tylko wtedy, gdy zostanie podane na tacy – ew

This is so awesome. Please take a moment to read:

A man sat at a metro station in Washington DC and started to play the violin; it was a cold January morning. He played six Bach pieces for about 45 minutes. During that time, since it was rush hour, it was calculated that 1,100 people went through the station, most of them on their way to work.

Three minutes went by, and a middle aged man noticed there was musician playing. He slowed his pace, and stopped for a few seconds, and then hurried up to meet his schedule.

A minute later, the violinist received his first dollar tip: a woman threw the money in the till and without stopping, and continued to walk.

A few minutes later, someone leaned against the wall to listen to him, but the man looked at his watch and started to walk again. Clearly he was late for work.

The one who paid the most attention was a 3 year old boy. His mother tagged him along, hurried, but the kid stopped to look at the violinist. Finally, the mother pushed hard, and the child continued to walk, turning his head all the time. This action was repeated by several other children. All the parents, without exception, forced them to move on.

In the 45 minutes the musician played, only 6 people stopped and stayed for a while. About 20 gave him money, but continued to walk their normal pace. He collected $32. When he finished playing and silence took over, no one noticed it. No one applauded, nor was there any recognition.

No one knew this, but the violinist was Joshua Bell, one of the most talented musicians in the world. He had just played one of the most intricate pieces ever written, on a violin worth $3.5 million dollars.

Two days before his playing in the subway, Joshua Bell sold out at a theater in Boston where the seats averaged $100.

This is a real story. Joshua Bell playing incognito in the metro station was organized by the Washington Post as part of a social experiment about perception, taste, and priorities of people. The outlines were: in a commonplace environment at an inappropriate hour: Do we perceive beauty? Do we stop to appreciate it? Do we recognize the talent in an unexpected context?

One of the possible conclusions from this experience could be:

If we do not have a moment to stop and listen to one of the best musicians in the world playing the best music ever written, how many other things are we mis sing?

Przez  FB od: Josh Nonnenmocher. Do chwili obecnej, 16.02.2012 godz 08:57, udostępniono 109.056 razy!
Bez komentarza.

Trójka – Polskie Radio Program III

1 kwietnia Trójka, Program Trzeci Polskiego Radia, obchodziła, jak co roku w tym dniu, swoje urodziny. W tym roku były to 49 urodziny mojej ukochanej stacji radiowej.

W pierwszych latach działalności, w latach 60-tych, Program Trzeci Polskiego Radia emitował zaledwie dwie godziny audycji na dobę. Teraz wydaje się to niebywałe, ba wręcz nie starcza doby, tyle jest ciekawych audycji w ciągu całego dnia, a przede wszystkim masa dobrej muzyki.

Moja przygoda z Trójką rozpoczęła się od słuchania, a potem nagrywania piosenek z Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego w soboty w godz. 20.00–22.00. Listy Przebojów regularnie zacząłem słuchać (wpadając wręcz w uzależnienie) w kwietniu roku 1986. Do dziś pamiętam notowanie 210/211 z 5 kwietnia 1986 roku, w którym znalazły się takie hity jak „We Built This City” grupy Starship, „The Power of Love” Jennifer Rush, “West End Girls” Pet Shop Boys, “Mówię Ci, że” Tilt-u, “Rough Boy” ZZ Top czy debiutujący wtedy na liście Saxon z nieśmiertelnym “Broken Heroes”. Miejsce pierwsze okupował wtedy oczywiście Dire Straits z „Brothers in Arms”. Żeby oddać głos na swoich ulubionych 10 numerów trzeba było pójść na pocztę i wysłać kartkę ze swoimi typami. Teraz wystarczy odkliknąć swoich faworytów na stronie LP3 i już.

Marek Niedźwiecki (współprowadzący obecnie listę z Piotrem Baronem) stwierdził, że głosowanie internetowe bije obecnie rekordy pod względem ilości oddawanych głosów. W roku 1988 wsiąkłem wręcz w celebrowanie programu Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Program obfitował w klasykę rocka oraz nowości, które zawsze słuchane były przez prowadzącego wraz ze słuchaczami po raz pierwszy i na bieżąco komentowane i opisywane przez pana Piotra. Legendarne jest już rozpakowywanie na antenie przez Piotra Kaczkowskiego płyt CD z szeleszczącej folii. Program Mini-Max ukształtował gust muzyczny wielu tysięcy młodych ludzi. W tym roku Pan Piotr Kaczkowski skończył 65 lat i mimo przebytej ostatnio ciężkiej choroby ciągle jest w świetnej formie. Od kwietnia roku 2009 w przygotowywaniu i prowadzeniu audycji pomaga mu Leszek Adamczyk. W latach siedemdziesiątych do Trójki trafiły tak znakomite osobistości jak Grzegorz Wasowski, Jan Chojnacki, Janusz „Kosa” Kosiński, Wojciech Mann. Grzegorz Wasowski współtworzył w Trójce doskonały program Nie tylko dla orłów oraz współpracował od 2006 roku z Wojciecham Mannem przy programie Tanie Granie. Wasowski odszedł ze stacji w dowód solidarności z odwołanym w roku 2009 dyrektorem Krzysztofem Skowrońskim i do tej pory nie daje się namówić, swojemu przyjacielowi Wojciechowi Mannowi, do powrotu. Jan Chojnacki, twórca i prowadzący audycję „Bielszy odcień bluesa” w latach osiemdziesiątych prowadził w telewizji z Wojciechem Mannem poświęcony muzyce rockowej „Non Stop Kolor”. Kolejnego wielkiego człowieka muzycznego radia nie ma już wśród Nas, Janusz „Kosa” Kosiński zmarł w 2008 roku. W Trójce w latach 1970-2008 prowadził autorski program Odkurzone przeboje. W ostatnich latach życia związał się również z Antyradiem, w którym prowadził między innymi Antykwariat i AntyGalerię. Bardzo aktywną osobowością był i jest Pan Wojciech Mann. Dziennikarz muzyczny od lat 60-tych związany z Rozgłośnią Harcerską, a potem z Trójką. Współtworzył, prowadził i prowadzi w Trójce m.in. Zapraszamy do Trójki, Radiomann, Manniak po ciemku, niedzielne Tanie granie (na śniadanie) przemianowane po odejściu Grzegorza Wasowskiego na „Piosenki bez granic”. W piątkowe ranki Wojciech Mann doskonale wprowadza słuchaczy w weekendowy nastrój programem Zapraszamy do Trójki – ranek. W Piosenkach bez granic wydatnie wspiera go zasługujący na szczególną uwagę Pan Antoni Piekut. Pan Piekut to duch niespokojny, radiowiec, perkusista, maniak samochodowy, mówiący o wszystkim „prosto z mostu”, a wybierana przez niego do programów muzyka często zaskakuje współprowadzącego, Pana Wojtka. Z Trójkowych radiowców zawładnęła moją duszą jeszcze czwórka. Jedna kobieta, Aleksandra Kaczkowska (tak, córka Pana Piotra Kaczkowskiego), prowadząca nocą z soboty na niedzielę program Ciemna strona mocy. Wypełnia go muzyka Trip-hop, Ambitne, Tempo/Dub i Elektronika. Drugi to Pan Wojciech Ossowski wielki zwolennik metalu i cięższego grania w Trójce. Swoją audycją czaruje słuchaczy co dwa tygodnie nocą ze środy na czwartek. Osobliwości muzyczne to w założeniu program z muzyką folkową z całego świata, często jednak bądącą osnową dla mocnego rockowego grania. Pan Ossowski już od kilku lat postuluje powołanie do życia na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia Heavy Metalowej Listy Przebojów (ja jestem za). No i jeszcze dwóch Panów Waglewskich, ojciec i syn. Pan Wojciech Waglewski i Fisz (Bartosz Waglewski) prowadzą we wtorkowe wieczory Magiel Wagli, audycję wymykającą się wszelkim kategoriom. Serwują i muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia jak i utwory do tańca z całego świata. Jeden program może być cały poświęcony muzyce refleksyjnej, a drugi hip-hopowi. Bywa też tak, że Panowie prowadząc audycję wspólnie „ostro” mieszają style i gatunki i to też jest piękne. Wszystkich wyżej wymienionych łączy jedno – ogromna wiedza muzyczna.

Od audycji muzycznych Trójka kipi i nie sposób wszystkiego omówić, zaprezentować. Program Trzeci wyznacza standardy nie tylko w dziedzinie muzycznego radia, ale również reportażu radiowego, programów sportowych, jak choćby niedzielna Trzecia strona medalu, oraz rozrywki. Opierając się na danych z marca 2011 roku Trójka bije kolejne rekordy słuchalności, wygrywa ze stacjami pełniącymi funkcję tzw. radia „towarzyszącego”, które ma tylko „brzęczeć” w tle. Program Trzeci Polskiego Radia jest jedyny i nie powtarzalny. Ma stale rosnące grono słuchaczy i to nie tylko czterdziestolatków jak mówią różni złośliwcy. Trójka ma fanów, którzy gotowi są dla niej na wielkie poświęcenie i nie znam innej stacji, która na lata wiązałaby ze sobą słuchacza tak jak Program Trzeci – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

Crazy Loop ♫ ♪♫

P1030663a


Graffiti  fot. ewolny Bielsko-Biała

Kundalini, czyli energia wewnętrznej przemiany cz. 2 – Karma

Kundalini to ukryty potencjał, który każdy z nas ma. Oto w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia zdarza się, że odczuwamy nagły przypływ jakichś dodatkowych sił – fizycznych i psychicznych. To właśnie Kundalini. A gdy  tylko zagrożenie mija, to wszystko nieoczekiwanie wraca do normy. I pozostaje tylko zdziwienie tą mocą, która drzemie gdzieś głęboko  w nas…  Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Dlatego dziś kolejne spotkanie z książką od Aldony, z której tylko kilka słów o tak ważnym pojęciu  -  karma:

Jak na górze, tak na dole.
Co posiejesz, to zbierzesz.
Każdej akcji towarzyszy reakcja.
Natura nie znosi próżni.
Wszystko się zmienia.
Daj, aby otrzymać.
Przeciwieństwa się przyciągają.

Karma to słowo sanskryckie oznaczające „reakcję towarzyszącą każdej akcji”. A to oznacza, że cokolwiek  się wysyła, to  i wraca z nawiązką.

Karma sytuacyjna – wszystko co w poprzednim życiu  (reinkarnacja) zrobiło się dla innej osoby, wraca w czynach tej osoby w życiu obecnym. Może się to ciągnąć przez wiele wcieleń – nie wystarczy aby jedna osoba dojrzała do zmiany, potrzebny jest czas, aby zatrzymało się rozpędzone już w pokoleniach koło interakcji.
Karma postawy życiowej – cała złość na życie i ludzi wyniesiona z poprzedniego wcielenia, rzutuje na wszystko, co robi się w obecnym. To utrzymanie dawnego gniewu, lęku lub niepokoju. Rozwiązaniem jest uświadomienie sobie nie służących postaw i pracowanie nad ich usunięciem, otaczając się miłością.  Ponieważ najlepszym rozwiązaniem każdego konfliktu, jest szukanie konkluzji dla obu stron, dlatego trzeba pracować nad sytuacją, w której nikt nie jest przegrany.
Karma cudza – większość z nas nieopatrznie wplątuje się w karmiczne problemy innych. Mamy chrześcijańską postawę niesienia pomocy  w rozwiązywaniu  problemów innych osób, jednak musimy być bardzo ostrożni wkraczając w cudze życie. Najważniejsza jest złota równowaga – ludzie, u których Kundalini przepływa przede wszystkim przez czakrę położoną w tylnej części głowy (czakra pokory), mają tendencję do unikania cudzych problemów, ludzie, u których Kundalini płynie najsilniej przez  punkt z przodu głowy (czakra  siódmego oka), mają skłonność do pomagania i życia dla innych, i aby osiągnąć równowagę w tej sferze,  energia powinna płynąć dokładnie przez czakrę korony.
Karma grupowa – praca nad uzyskaniem równowagi prowadzona w grupie może przynieść lepsze rezultaty niż praca indywidualna. Funkcjonując w w perspektywie szerszej świadomości łatwiej ocenić, czy należy pogłębić, czy ograniczyć daną interakcję oraz zrozumieć jej karmiczny sens.
Świadomy wybór karmy – już przed narodzinami pomagamy w podjęciu decyzji, z jakim rodzajem karmy chcemy pracować i na jakiej płaszczyźnie chcemy się rozwijać. Niektórzy planują swe życie z taką ilością karmy, że przez całe życie uginają się pod jej ciężarem, woląc obrywać po uszach niż marnować czas na zbijanie bąków. Inni natomiast,  wybierają trudną chorobę jako drogę doskonalenia wytrwałości, duchowej siły, zrozumienia i przeniknięcia istoty tejże. Wreszcie czyjaś choroba, może być wręcz częścią rozwoju całej grupy, jak np. Helen Keller, która mogła wybrać takie a nie inne życie w celu ukazania możliwości  funkcjonowania  w świecie nie dysponując ani wzrokiem, ani słuchem.
Pozytywny aspekt karmy – ludzie często tęsknią za osiągnięciem określonych celów, których nie udało się osiągnąć w poprzednim wcieleniu. Może to dotyczyć kontaktów uczuciowych,  kariery zawodowej, wzrostu i rozwoju, podróży, twórczości artystycznej czy innych dziedzin życia. Ponieważ energia tych tęsknot, nie znalazła swego spełnienia, dlatego wciąż czeka ona na sposobność realizacji. Zatem wybory jakich dokonujemy  w swym obecnym życiu, w dużej mierze są zdeterminowane przez to właśnie karmiczne pragnienie.

A my mamy tendencję do traktowania przyjemnej karmy jako DOBREJ, nieprzyjemnej zaś jako ZŁEJ. W rzeczywistości karma jednak nie jest ani dobra, ani zła. Bo nawet bolesna pomaga w rozwoju. Karma nie zawsze dogadza i skupienie się na czynieniu dobra tylko po to, by je potem odzyskać w tej czy innej postaci, przesłania prawdziwy cel i sens rozwoju. Bowiem istotą procesu karmicznego jest to, żeby w różnych sytuacjach życiowych  zrozumieć uniwersalne prawa, umożliwiające  nauczenie się właściwego działania podczas ich występowania.

Ucząc się praw karmy i działania w zgodzie z nimi, zmniejsza się możliwość tworzenia nowej karmy.

Okazuje się, że czynnikiem, który tworzy najwięcej karmicznych napięć, jest system pragnień i nawyków ego. Dlatego tak ważne jest rozwinięcie postawy wewnętrznej wolności, co wcale nie oznacza pogardy dla świata – nowotestamentowe przesłanie wybaczającej miłości bliźniego, ma  bowiem moc rozwiązywania najbardziej skołtunionych karmicznych węzłów.  Jednak po rozwiązaniu, którego, koniecznie  trzeba się zmienić, aby w przyszłości nie trzeba było przeżywać tego samego na nowo. Energia takiej „nie odrobionej lekcji” da bowiem znać o  sobie przy najbliższej okazji, i to  za każdym razem niestety w sposób dotkliwszy.

Ci, którzy wyciągają nauki ze swych doświadczeń i posługują się w sposób prawidłowy swymi energiami a także nie przywiązują się do rzeczy zewnętrznych (vide Psiego Zęba „życie to jest most, który należy przejść, ale nic na nim nie należy budować”), kroczą   po znacznie wyższej, duchowej ścieżce.

Ucząc się rozpoznawać różnice między karmą a szansą, można zmienić swoje działanie i sposób reagowania na każde bodźce. Stojąc przed możliwością szansy czuć się POPYCHANYM do wzrostu, odkrywania, próbowania czegoś nowego, można mieć poczucie przygody lub przekraczania granic, tego, co uważało się do tej pory za niemożliwe. Jeśli natomiast dana sytuacja ma charakter karmy, czuje się zmieszanie i WCIĄGANIE do akcji… Można nigdy nie dowiedzieć się o co chodziło w danej sytuacji, dlatego właśnie najlepiej w każdej z nich, podążać za intuicją. Bo intuicja pomaga nam wyczuć, kiedy powinniśmy działać, a kiedy od działania należy się powstrzymać. Intuicja rozprasza wątpliwości, przynosi jasność i uwalnia od napięć pozwalając spojrzeć na siebie i całą sytuację w perspektywie miłości.

Niezależnie od tego, która droga wydaje się lepsza, ważne jest, aby robić co  tylko w  mocy i nie zapominać o wnioskach płynących z kolejnych lekcji życiowych – ew
Kundalini i czakry Genevieve Lewis Paulson

Zobacz również:
- Kundalini, czyli energia wewnętrznej przemiany cz. 1

Gary Moore 1952-2011 ♫ ♪♫

Odszedł od Nas człowiek, muzyk, artysta, wokalista. 06.02.2011 r. podczas wakacji w Hiszpanii zmarł Gary Moore. Moore był gitarzystą niebywale uzdolnionym, otwartym na różne gatunki muzyczne. Jego kariera i aktywność artystyczna spina ze sobą ponad trzy epoki rock-a i blueas-a.


Solowe wykonanie Parisienne Walkways przez Gary Moore-a, aż łza się w oku kręci jak się słucha tej gitary.

W latach siedemdziesiątych grał w irlandzkim zespole Skid Row, wtedy już osiągnął reputację zdolnego i bardzo sprawnego gitarzysty. Wtedy też poznał Phil-a Lynott-a, basistę, tekściarza i lidera Thin Lizzy. Panowie szybko się zaprzyjaźnili. W roku 1974 Gary Moore zostawił nawet swoje piętno w postaci utworu Still In Love With You (gra w nim na gitarze prowadzącej) na albumie „Nightlife”. Irlandzki gitarzysta często występował przy boku Lynott-a, ale krótko był stałym muzykiem Thin Lizzy. Druga połowa lat siedemdziesiątych to Moore gitarzysta i wokalista Colosseum II – drugiej odsłony brytyjskiej kapeli jazzrockowej. Lata osiemdziesiąte to początek kariery solowej Gary Moore-a, w której pomogł koledze Phil Lynott. W latach osiemdziesiątych gitarzysta zafascynowany muzyką heavy metal nagrał trzy doskonałe albumy iskrzące się od wystrzałowych, błyskotliwych solówek i pięknych melodii. Te albumy to Run for Cover (1985), Wild Frontier (1987) i After the War (1989). W 1990 roku Gary Moore wydał album „Still Got The Blues”. Płyta ta przyniosła mu nie tylko sławę, ale i pieniądze. Porzucił na niej ostre, pełne szalonych temp granie na rzecz stonowanych melodyjnych blues-rockowych utworów. Bluesowemu graniu pozostał wierny już do końca. Szerokiemu gronu słuchaczy z pewnością znane są jego rockowe ballady, w których wymyślaniu i wykonywaniu był mistrzem. Najbardziej znane to Parisienne Walkways (jeszcze z lat siedemdziesiątych zarejestrowany pierwotnie z Phil-em Lynott-em na wokalu) – obowiązkowy na koncertach Moore-a, Empty Rooms (album Victims of the Future 1983 r.), Still Got the Blues (album Still Got The Blues 1990 r.). W roku 1994 został zaproszony przez Jack-a Bruce-a i Ginger-a Baker-a, czyli 2/3 Cream do projektu muzycznego nazwanego później BBM, którego głównym zadaniem było granie na koncertach utworów Crem. Panowie nagrali nawet razem bardzo dobry premierowy album „Around the Next Dream”. Na początku XXI wieku Moore nadal pozostawał bardzo aktywnym wykonawcą, nagrywał nowe płyty dużo koncertował na całym świecie.

W 2008 roku wydał album „Bad for You Baby”. Moją ulubioną bluesująca płytę i chyba najostrzejszą wśród blues-rockowych dzieł Gary-ego. Już początek tego albumu to mocny, „kroczący” blues, którym rozbuja nas Irlandczyk na czas trwania całego albumu. Po nim mamy „grzałkę” w postaci utworu Down The Line. Cały album wypełniony jest utworami w rytmach bluesa, boogie, jakby już gdzieś słyszanymi, tak dużo w nich odniesień i szacunku dla klasycznego rocka i bluesa. Jedyną odskocznią i pieczęcią (znakiem firmowym Moore-a) na tym dziele jest ponad 10-cio minutowy I Love You More Than You’ll Ever Know. Oczywiście jest to ballada, oczywiście o miłości, z piękną gitarową solówką zaczynającą się w połowie numeru i doprowadzającą słuchaczy do samego jego końca, aż żal, że się kończy… tak jest cudowny. Cóż album Bad for You Baby to ostatnia płyta z premierowymi piosenkami Gary Moore-a. Straszna strata dla muzyki, tym bardziej, że pozostawał do końca aktywny, miał plany na przyszłość, pewnie jeszcze kilka ładnych lat cieszyłby Nas swoimi nowymi nagraniami. Dobrze, że zostawia po sobie taką masę różnorodnej muzyki, bo to ponad 20 albumów solowych (ponad 30 wraz z płytami koncertowymi) nie licząc wydawnictw z wymienionymi już wyżej zespołami. Gra teraz pewnie dalej, w lepszym miejscu i na pewno spotkał się ze zmarłym w 1986 r. przyjacielem Phil-em Lynott-em. A na wieki pozostanie tylko muzyka.

Ciężko wybrać coś z tak bogatego dorobku artystycznego. Zamieszczam więc trzy materiały wideo, a pod nimi polecam jeszcze trzy linki do zarejestrowanych występów Gary Moore-a, w różnych odsłonach, z różnymi kapelami.
www.madabautmusic.blogspot.com

 

Gary Moore & Phil Lynott – Out in the fields ( duet przyjaciół z albumu Moore-a Run For Cover):

Gary Moore – I Love You More Than You’ll Ever Know (perła z ostatniej płyty – polecam):

Linki do dodatkowych materiałów video:
Thin Lizzy – The Rocker (rok 1974) – Gary Moore w videoclipie z Phil-em Lynott-em, jakość obrazu słaba, ale ile czadu i emocji.
Colosseum II – Inquisition (rok 1978) – Gary Moore z występu telewizyjnego z Colosseum II
Gary Moore – Whiskey In The Jar (rok 2005) – Gary Moore, członkowie Thin Lizzy i przyjaciele w hołdzie Phil-owi Lynott-owi.

Fish & Marillion

Fish-a poznałem oczywiście jako wokalistę Marillion w roku 1987, właśnie w tym roku zacząłem swoją przygodę z Marillion od albumu „Clutching at Straws”.


Fish (solo, Marillion) – 23.10.2007

Album ten uważam za najlepszy w dorobku zespołu. Znalazły się na nim piękne kompozycje jak między innymi Hotel Hobbies, White Russian, czy też „hit” Incommunicado. „Cluthing At Straws” była również ostatnią płytą Marillion nagraną z Fish-em. Na osłodę dostaliśmy jeszcze w 1988 r. album koncertowy „The Thieving Magpie (La Gazza Ladra)”, który jest w mojej osobistej „top ten” rockowych albumów koncertowych świta. W 1988 roku Derek William Dick (Fish) zdecydował się opuścić zespół. Podobno zadecydowały o tym różnice w spojrzeniu na drogę artystyczną jaką powinien obrać zespół i jak ma wyglądać kolejny album Marillion.

Fish chciał aby był to album z utworami artystów, których podziwiał w wykonaniu Marillion, a całość miała wyglądać tak, że ktoś przeszukuje fale radia i trafia na nich na kolejne znane progresywne i rockowe utwory m.in. The Moody Blues, T-Rex, Genesis oraz Yes. Prawdopodobnie nie spotkało się to z zainteresowaniem pozostałych członków grupy i Fish aby móc realizować bez skrępowania swoje pomysły zdecydował się na karierę solową.

Zadebiutował w roku 1989 albumem „Vigil in a Wilderness of Mirrors”, do tej pory uznawanym za najlepszy w jego dorobku. Natomiast pomysł na następcę marillionowego „Clutching at Straws” zrealizował w roku 1995 na albumie „Songs from the Mirror”. Marillion zaś nagrał kompozycje skomponowane pod Fish-a, zmieniając ich tonację, z nowym wokalistą Stevem Hogarth-em, tak powstał „Seasons End”. Dla fanów klasycznego (starego) Marillion tytuł oznaczał początek końca zespołu. Pierwszy album nagrany z Hogarth-em był dla mnie przez dziesięciolecia (naprawdę) jedynym wartym uwagi i najlepszym z tym wokalistą. Może dlatego, że muzyka była jeszcze taka klasycznie i melodycznie pod dawny Marillion, ale jak potwierdził Fish, a byłem tego świadkiem w roku 2007 w Lublinie, wykluczony jest jego powrót do grupy. Teraz powstają dwie osobne historie i dwa razy więcej muzyki.

Marillion ze Stevem Hogarth-em dotarł do moich uszu i serca ponownie w roku 2008 wraz z naprawdę dobrą i wyjątkową płytą „Happiness Is the Road” (Essence i The Hard Shoulder). Na mnie działa najbardziej tekst i muzyka w Whatever is Wrong with You. Fish w 2008 roku wydał znakomitą „13th Star”, którą promował na koncertach w 2007 (trasa Clutching At Stars) w aż dziesięciu miastach w Polsce. W tym roku też przyjeżdża do naszego kraju, między 27 marca a 8 kwietnia da 11 koncertów. Polską trasę otworzy koncert w Warszawie, w studio im. Agnieszki Osieckiej w Trójce. Niestety brak jest Lublina na liście FISH HEADS ACOUSTIC TOUR 2011.
Trasa FISH HEADS ACOUSTIC TOUR 2011
Official FISH Site

Pozytywna informacja od Fish-a jest tez taka, że wkrótce będzie nowa płyta. Dodatkowy smaczek to to, że Fish muzycznie wraca mocno do emocji, form i treści z początków działalności w Marillion. Czym to zaowocuje? Może już niedługo dane nam będzie posłuchać.
www.madabautmusic.blogspot.com

Fish i piękny „Arc Of The Curve” z albumu 13th Star:

Robert Plant – Band of Joy

W listopadzie wspomniałem Roberta Planta przy okazji nowej płyty Bryana Ferry, bo jest on dla mnie obok Ferry-ego najbardziej rozpoznawalnym wokalistą.

13 września 2010 roku wydany został dziewiąty studyjny, solowy, album Planta „Band of Joy”. Robert Plant jest muzykiem, który nie musi niczego udowadniać, nie musi się z nikim ścigać, nie musi podążać za modą – wystarczy, że śpiewa, a nieustannie jest w znakomitej formie wokalnej. Nowa płyta brytyjskiego wokalisty nie jest materiałem autorskim, jest to zbiór różnych klasycznych mniej lub bardziej znanych utworów, tylko jeden, Central Two-O-Nine, jest autorstwa Planta i Buddy-ego Miller-a (gitara elektryczna, produkcja płyty). Płyta to taka podróż w przeszłość Roberta Planta do czasów przed zeppelin-owych kiedy Plant wraz z John-em Bonham-em występował w kapeli o nazwie właśnie Band of Joy. Zespół działał w latach 1966-1968 i grał głównie cudze, soulowe i bluesowe kompozycje. Na „Band of Joy” Planta znajdziemy dużo country, folka, bluesa, a nawet coś na irlandzką nutę. Brzmienie płyty przywodzi również na myśl brzmienia płyt Led Zeppelin z ich akustycznych okresów. „Band of Joy” pełne jest łączenia i przenikania się ze sobą muzyki elektrycznej i akustycznej, rytm utworów potęguje dodanie dodatkowej sekcji rytmicznej wspomagającej bas i perkusję. Moje ulubione utwory na tej płycie to zeppelinowski Angel Dance, country-owy House of Cards, niepokojący i przygnębiający Monkey (doskonale wspiera w nim Roberta Pani Bekka Bramlett), oparty na motywie pieśni tradycyjnej Satan Your Kingdom Must Come Down oraz skoczny prawie beatlesowski You Can’t Buy My Love. Robert Plant we wszystkich utworach śpiewa spokojnie, bez popisów wokalnych, na które z pewnością jeszcze go stać. Słychać, że zależy mu na melodii i przekazaniu nastroju słuchaczowi. Plant cały jest z muzyki i po jaki repertuar nie sięga to wprowadza świeżość, ale i klasyczny sznyt. Nie bez przyczyny w 2006 roku piosenkarzowi przyznano pierwsze miejsce na liście 100 najlepszych wokalistów wszech czasów (Hit Parader) – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

Video do Angel Dance, singla promującego album:

Mój ulubiony – Monkey, z koncertu w BBC Radio 2:

Miłośnikom opery ♪♫

Przy Miejsko – Gminnej Bibliotece Publicznej w Wyszkowie działa nieformalne Stowarzyszenie Miłośników Opery i Baletu. Niestety nie mogę uczestniczyć w częstych operowych wyprawach, ale mam niespodziankę dla tych licznych miłośników opery. Oto strony tytułowe programów oper Norma…

… i La Traviata w St. Petersbourg z połowy XIX w. Wewnątrz libretta w języku włoskim i francuskim.

Uwagi na marginesie: La Traviata libretto – Opera rozgrywa się w Paryżu i w podparyskiej posiadłości w 2. połowie XIX wieku. Spektakl poprzedza prolog. Alfred Germont przybywa już po śmierci ukochanej Violetty Valery. Młoda kurtyzana pod koniec swoich dni została odrzucona przez Alfreda, opuszczona przez przyjaciół. Umarła w biedzie, ale pogodzona z Bogiem. Jej ukochany nie może już nic zrobić. Pozostały mu łzy i wspomnienia.

Akt I – Scena balu na cześć Violetty. Baron Douphol uczynił ją swoją utrzymanką, w zamian za „wyłączność”. Violetta ma opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania i rozpocząć nowe życie w nieco „wyższych sferach”. Chora i nieszczęśliwa Violetta udaje, że raduje ją jej życie, w którym jedynym celem jest nieustająca zabawa. Na przyjęciu zjawia się Gaston i młody poeta Alfred Germont. Alfred, kochający skrycie Violettę wznosi toast na cześć miłości i ujawnia swoje uczucia. Violetta doświadczona okrutnymi kolejami swojego losu nie wierzy w miłość. Prosi Alfreda, by o niej zapomniał. Ale w samotności rozważa usłyszane słowa, które zapadły w jej serce. Postanawia rozpocząć nowe życie u boku Alfreda.

Akt II – Violetta nie przyjęła propozycji barona Douphol. Wyjeżdża wraz z Alfredem do swojej wiejskiej posiadłości. Przeżywa z nim szczęśliwe dni ale jej zdrowie coraz bardziej pogarsza się. Na wspólne życie wydaje swoje oszczędności. Alfred nie wie nic o jej kłopotach finansowych dopóki Annina nie uświadomi mu sytuacji Violetty. Alfred chce jej pomóc i wyjeżdża do Paryża by zdobyć pieniądze. Pod jego nieobecność do posiadłości przyjeżdża ojciec Alfreda – Giorgio Germont. Chce doprowadzić do zerwania. Początkowo oskarża Violettę o wykorzystywanie młodzieńca. Ona mówi o miłości. Giorgio wyjaśnia Violetcie sytuację – siostra Alfreda ma poślubić bogatego człowieka. Kompromitujący związek Violetty i Alfreda dotyczy całej rodziny. Gdyby prawda o o związku brata narzeczonej z byłą kurtyzaną dotarła do narzeczonego, ten zerwałby zaręczyny. Odwołuje się do sumienia Violetty i jej wiary w Boga, powołuje się na jej miłość, której obcy powinien być egoizm. Długo przekonuje Violettę, w końcu ona postanawia z nim zerwać dla jego własnego dobra. Zostawia list do Alfreda, w którym informuje go o powrocie do dawnego stylu życia i wyjeżdża do Paryża. Alfred jest zaskoczony decyzją ukochanej. Zagniewany i zazdrosny nie chce słuchać wyjaśnień ojca i wrócić do rodzinnego domu. Jedzie do Paryża.

Akt III – Paryż. Przyjaciółka Violetty, Flora Bervoix wydaje przyjęcie na jej cześć dla dam z półświatka i ich promotorów. Violetta pojawia się u boku barona Douphol. Uśmiecha się ale cierpi. Choroba jest coraz bardziej widoczna. Na przyjęciu zjawia się także Alfred. Wygrywa w karty od barona dużą sumę pieniędzy. Szukając zwady obraża Violettę i wyzywa barona na pojedynek. Violetta pragnie zapobiec nieszczęściu. Okłamuje Alfreda, że kocha barona i z nim chce pozostać. Alfred publicznie płaci Violetcie za szczęśliwe, pełne miłości dni rzucając jej pod nogi wygrane pieniądze. Wszyscy są oburzeni jego zachowaniem a Violetta mdleje. Podczas tej sceny obecny jest ojciec Alfreda, który w ślad za synem dotarł do Paryża. Nawet on przy wszystkich wyrzuca synowi niegodziwość zachowania. Baron Douphol wyzywa upokorzonego Alfreda na pojedynek.

Akt IV – Violetta opuściła paryskie salony i pozbawiona przyjaciół, w samotności zmaga się z nieuleczalną chorobą. Zbliża się kres jej życia. Wspomina miłość i szczęśliwe dni. Alfred wraca do Paryża z dalekiej podróży. Już wie o poświęceniu Violetty. Uzyskał od ojca zgodę na ślub z Violettą. Obaj przybywają do mieszkania umierającej Violetty. Alfred błaga o przebaczenie. Violetta próbuje ukryć przed nim ciężką chorobę i zgadza się na wyjazd z Paryża. Ale śmierci nie można oszukać. Violetta umiera w objęciach ukochanego prosząc go, aby odnalazł szczęście w objęciach młodej dziewczyny, a ona będzie się za nich modlić z nieba.
giuseppeverdi.blog.onet.pl

Bryan Ferry – Olympia

W muzyce rock-owej czy jak ktoś woli popowej istnieją dla mnie dwaj najbardziej rozpoznawalni wokaliści, są nimi Robert Plant i Bryan Ferry. Ich głos i styl śpiewania nie pozwala mylić ich z kimkolwiek innym. Obaj geniusze muzyki wydali niedawno swoje nowe płyty. 25 października światło dzienne ujrzała „Olympia” Bryana Ferry. Jak sam Ferry mówi jest to album dla niego bardzo szczególny. Po pierwsze nagrany po ponad siedmiu latach nieobecności na rynku fonograficznym z autorskim materiałem, a to zawsze stawia pod osąd formę wokalisty. Po drugie na albumie u boku Bryan-a pojawiają się po raz pierwszy przy okazji nowego materiału koledzy z Roxy Music: Phil Manzanera (gitara), Andy macka (saksofon) i Brian Eno (klawisze).


Osobiście muzyka pop pasuje mi jedynie wtedy gdy jest najwyższej próby. Utwory na płycie „Olympia” są bardzo wyrafinowane, pięknie zaaranżowane i mają w sobie to coś, co nie pozwala się oderwać od słuchania płyty po pierwszym utworze. Bryan Ferry zawsze uwielbiał w muzyce elegancję. Przejawiała się ona właśnie w kompozycjach, ale i strojach Ferry-ego, a wcześniej całego Roxy Music. Dla Bryana Ferry zawsze ważna była oprawa zarówno występów jak i okładek płyt na których pojawiały się piękne kobiety, modelki. Tak jest i tym razem. Okładkę albumu „Olympia” zdobi zdjęcie Kate Moss, którą wokalista uważa za symbol urody całego współczesnego pokolenia. To nie koniec niespodzianek personalnych jakie wiążą się z powyższą płytą. Oprócz panów z Roxy Music zagrali na niej David Gilmour (solo w Song to the Siren), Marcus Miller (bas), Scissor Sisters (muzyka w Heartache By Numbers) , Nile Rodgers, Groove Armada (muzyka w Shameless), Jonny Greenwood of Radiohead, Flea ( bas w Song to the Siren), etatowym zaś gitarzystą w zespole Bryan-a Ferry jest zaledwie 22-letni Oliver Thompson, który dowodzi, że wiek nie ma znaczenia gdy ludzi łączy miłość do muzyki.

Płyta zawiera zarówno piosenki do tańca jak i utwory melancholijne. Każdy utwór brzmi niezwykle przestrzennie i zawiera całą masę mniej lub bardziej uwypuklonych szczegółów brzmieniowych, ukrytych motywów, solówek poszczególnych instrumentalistów, które można z radością odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach. Mimo to nagrania są niezwykle wyważone, wręcz klasyczne. Moimi faworytami na „Olympii” są: singlowy You Can Dance, Shameless brzmiący jakby unowocześniony klasyk Roxy Music, Song to the Siren – utwór Tima Buckley-a z gwiazdorską obsadą i odgłosami wielorybów w tle oraz przedostatni, będący jedną z w pełni autorskich kompozycji Ferry-ego, transowo – hipnotyczny Reason or Rhyme. Płyta doskonała, nagrana przez człowieka, który cały jest muzyką. Z pewnością wyciągnę ten album przy okazji imprezy sylwestrowej, karnawałowej, bo pasuje do zabawy z przyjaciółmi, ale pasuje też do słuchania we dwoje. 

Świetny video-dokument z prac nad albumem „Olympia”:

www.madabautmusic.blogspot.com