c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Góra Żar

Góra Żar z Przegibka

Zdjęcie do powiększenia.
fot. Ela Wolny

Komercja na szczytach gór, czyli bo „życie jest do życia”

Uważni Czytelnicy ecodnia, pamiętają wpis Moni  Komercja na Igle Południa „Aiguille du Midi – „Igła Południa” piękna, monumentalna, groźna góra i… zarazem najłatwiej dostępny szczyt w Alpach! A to za sprawą kolejki linowej, która wywiezie nas na 3842 m n.p.m. Bardzo komercyjne i gryzie się to z eko-obcowaniem z naturą. Dowód na to, że człowiek potrafi „ujarzmić” chyba już każdy skrawek ziemi. Restauracja, sklep z pamiątkami wewnątrz góry na wysokości 3842 m n.p.m. to dla mnie niemy hołd dla człowieka, nie dla gór. Fakt faktem – obłędne widoki, kilka tarasów dosłownie wbudowanych w zbocze góry, winda w skale, która wyniesie nas dodatkowe 40 m w górę na sam szczyt, pajęczyna lodowych korytarzy – to robi kolosalne i niezatarte wrażenie, ale i pozostawia lekki niesmak”.

Z kolei kilka dni temu, spotkałam się z ostrym protestem „ludzi gór” – alpinistów i himalaistów. Po słowach Aleksandra Lwowa na temat naszej Śnieżki „zakaz spożywania własnej żywności”, do tego obowiązkowo… ruch jednostronny – to prawda, niesmak.

Ale oto wczoraj wróciłam z Góry Żar, na który, po pierwsze gdyby nie kolejka górska, z pewnością bym nie weszła. Nie dlatego, że nie mogłam – byłam z dzieckiem, które dyktowało warunki. Po drugie będąc  kolejny raz na szczycie, tym razem w  wakacje, w weekend, w piękną pogodę,  przyjrzałam się kolorowej masie ludzi, dla których oscypki, ale i wełniane skarpety, kierpce, kapelusze wprost ze „służbowego”… samochodu! Wszelkiego rodzaju przedrogie krówki, włoskie lody w europejskiej cenie i wielkomiejski lokal, z kelnerkami w markowych fartuchach. Komercja na Igle Południa, komercja na Śnieżce, komercja i tu – ceny bandyckie! Na szczęście nie za obłędne widoki, nie za przestrzeń i pofalowany ostro horyzont, nie za monumentalny parawan z gór, nie za szybujące wesoło kolorowe ptaki…

I nagle schodząc już pieszo w dół, i mając nie tylko nad głową, ale i obok siebie zadowolone, kolorowe z emocji dziecko, poczułam z tymi wszystkimi ludźmi głęboką więź – obok Skrzycznego kolejna tak sportowa, zagospodarowana, ostro pracująca góra, i kolejna na której rozleniwiona gawiedź  zaczesuje ręką źdźbło traw, bo dla nich ten sposób spędzania czasu jest zwyczajnie d o b r ą alternatywą dla przepastnego fotela i cyfrowego TV.   Nie można im tego odbierać!

Przed chwilą skończyłam książkę Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont” (z dedykacją!). I naprawdę nie pamiętam już opisów innych wypraw na Mont Everest,  wypraw komercyjnych, gdzie na jednego uczestnika przypada  niejeden sherpa, gdzie namioty z dvd wyłożone są dywanami, gdzie znudzony wspinacz i na obiad do Katmandu… helikopterem wyskoczył (sic!). Pamiętam tylko przesuwanie Jej własnego horyzontu. Z różnych powodów. Bo ze szczytu świata na horyzoncie widać tylko kolejne  szczyty do p r z e s ko c z e n i a, bo  jedyne co nas ogranicza przy spełnianiu marzeń, to własna wyobraźnia, że jedyne co nas paraliżuje to myśl, że jest to możliwe. A mozolną pracą,  ciężką pracą, cierpliwością, pokorą i wiarą wszystko w życiu jest możliwe. Dlatego należy czerpać z niego jak najwięcej, i nie bać się ryzykować, nie bać się  ani płakać, ani być szczęśliwym, ani k o r z y s t ać z życia takim, jakie ono jest. Bo życie jest do życia. Bo najważniejsze to być w ciągłej drodze i każdego dnia robić chociaż maleńki krok do p r z o d u. Przesuwać niemożliwe i wciąż iść. Dokąd? Wyznaczać sobie cele do następnego szczytu, i nie ważne, że przy pomocy  tych wszystkich górskich kolejek, tych „kolejkowych sherpów”,  i nie ma znaczenia czy ktoś inny poprawia czapkę i wyciera nos, bo dopóki  się jest w ogóle w jakiejkolwiek swojej drodze,  się jest, się żyje…

Nie Korona Świata i ukończone rajdy, nie choroby, nie blichtr i medialny flesz, a opis przesuwania swojego horyzontu, zmieniając moje wyobrażenie o Martynie, zmienił też moje o sobie. Głęboki respekt!

fot. Ela Wolny Góra Żar

Zobacz również:
- Góra Żar film

Beskidy w deszczu…

Czy z daleka lepiej widać, że i Paweł Yaho mówi „O Mamo! Chcę tam być – nawet w deszcz!”? Nie…  nie myli się – Beskidy w deszczu, w oparach mgieł, lśniące i skrzące to właśnie  to:

Prognoza pogody „w ten weekend będzie 30 stopni -  w sobotę  15  i w niedzielę 15″ nie sprawdza się, było mniej.  Jednak obietnice trza dotrzymywać -  umowa to umowa. Dlatego mimo ostrych protestów szybki skok na drugą stronę zaokiennej góry – widok z Przegibka:

Góra Czterech Wiatrów, po prostu

(…) Milcząc wracali pod górę, tylko motorek wyciągu transportowego warczał monotonnie. Już widać maszt na szczycie z bezwładnie opuszczoną flagą. Wiatru nie ma… I nagle w sercu Józka obudził się dojmujący żal za lotem, którego nie było, za zwycięstwem, którego nie dane mu było odnieść. Weszli na szczyt i wtem… poszum przebiegł przez las, drzewami wstrząsnęło drżenie. Na ścieżce wiodącej do domu uniósł się tuman kurzu. Flaga zatrzepotała, wypełnił się powietrzem pasiasty „rękaw” na hangarze i jego wyciągnięte ramię wskazało północ. Wicher dął z południa, uderzając gwałtownie o szczyt, wyrywał Weihe z rąk, zmuszał drzewa do bałwochwalczych ukłonów.
- Waja na start! – krzyknął instruktor odwracając się, na chwilę zawiesił głos i… dodał głośno, stanowczo:
- Józek, do maszyny!
Radość jak nikłe światełko rozbłysła w smutnych oczach pilota. Teraz już sam z pośpiechem wkładał kurtkę, pomagał zapinać pasy.

Weihe wyprysnęła na start, ale wiatr jakby igrał z pilotem, bo przycichł znów. „Rękaw” co prawda wydymał się jeszcze, ale co chwila opadał, przełamany w połowie. Józek jest znów nad przełęczą, szybowiec traci na wysokości, opada niżej, nadlatuje nad Wzgórze Miniera, ale niemal muska podwoziem czubki drzew. Oczy wszystkich mieszkańców Góry towarzyszą mu, jak gdyby siłą spojrzenia chcieli podtrzymać maszynę, jak gdyby od tego lotu miała zależeć Józkowa przyszłość.  Słońce zaszło. Mała, ruchoma sylwetka Weihe jaśniała nad lesistym pasmem Wzgórza Miniera. Ale czy długo potrafi utrzymać się Józek przy takim wietrze?

Pilot myślał o tym samym spoglądając w dół, na zielone morze drzew, rozpościerające się pod szybowcem. Dolinę wypełnił błękit – jak daleka woda za mgłą. Tuż pod Weihe sterczą czubki jodeł jak zielone gwiazdki, niżej – szerokie gałęzie. Na horyzoncie zamigotały pierwsze żółtawe światełka w niewidocznych domach, na niebie rozbłysły blade jeszcze gwiazdy. Wierzchołki drzew powoli poczęły się stapiać w jedno z kosmatą zielenią gałęzi. Zapadał mrok.

Józek z uwagą śledził zegary, z których mżyło zielone światło. Zapomniał już o tym, że nie chciał lecieć, że w pierwszej chwili miał zamiar odmówić instruktorowi, i tylko prośba w oczach przyjaciela zmusiła go do odpowiedzi: „dobrze, lecę…”. W tej chwili stało się ważne tylko to, żeby się utrzymać nad wzgórzem, nie pozwolić, aby warunki zmusiły do lądowania. Jedno okrążenie tuż, tuż nad drzewami, drugie, trzecie… naraz strzałka wariometru drgnęła, poruszyła się ku górze. Szybowiec „miał wznoszenie” – 3 metry na sekundę. Wysokość poczęła wzrastać: 50… 100… 150… Wiatr dął teraz równomiernie i jakby przezwyciężony uporem pilota, pokornie podtrzymywał szybowiec, unosił go coraz wyżej na ugiętych falach powietrza. Józek rozejrzał się. Gdzież jest niebo, a gdzie porzucona ziemia? Gwiazdy są nad nim i gwiazdy błyszczą w dole. Jest zawieszony w środku granatowej, rozgwieżdżonej kuli.

Mijały godziny. Weihe, prowadzona znakami zegarów, zataczała ósemki nad lesistym wzgórzem, gdzie błyszczały światła latarń, wskazujące trasę lotu. Znużenie ogarniało pilota. Wstrząs, jakiego doznał po przeczytaniu listu donoszącego, że stracił całą rodzinę, bezsenne noce – nadwątliły jego siły. Sam nie wiedział, że pochyla się nad tarczą zegarów, usypia w ciszy, której nie mąci żaden głośniejszy dźwięk.

Wydawało mu się, że wyrasta przed nim jakaś potężna brama. Nie może jej minąć, musi przelecieć przez nią. Nie wie dlaczego, ale musi. Leci więc naprzeciw, ale brama zwęża się, staje się tak wąska, że nie przez nią dwuskrzydła Weihe. Pomimo to mknie naprzód i dech mu zapiera myśl, że za chwilę szybowiec roztrzaska się o mury bramy.

Obudził się jak od nagłego wstrząsu. Dokoła ciemna noc. W dole za nim pozostało ostatnie światło latarni. Trzeba zawracać. Przyjaźnie mrugają zielone światła zegarów: wszystko w porządku – zdają się mówić – wszystko w porządku, lecimy dalej!
- Byle nie zasnąć – powtarza Józek przez zaciśnięte zęby.
Ta cisza aż dzwoni, ta cisza tak usypia. Ale wytrzymaj! Czeka cię przecież to samo w życiu: ciemna noc dokoła. Nikogo obok. Jesteś sam.

Zgasły dawno światła w dalekich domach. Na ziemi leżała aksamitna, przytulna ciemność. Może wylądować? Po co krążyć bez celu w tę bezksiężycową noc, po co zmuszać siebie do skupienia? Czyż nie wszystko jedno, co się z nim stanie, skoro jest tak bardzo, tak okrutnie sam. Lepiej wylądować! Byle gdzie. I mieć nareszcie spokój.

Skierował maszynę nad szczyt. Jeszcze raz, bodaj poprzez mrok, spojrzy na Górę Czterech Wiatrów tak bliską mu i kochaną, na której przeżył wiele dobrych dni wierząc, że przeszłość wróci. Wychylił się z kabiny. Na zasnutym mrokiem lotnisku błyskały kwadratem zapalone światła. Pośrodku świeciła litera „T”, wskazując mu kierunek wiatru. Od oświetlonych okien domu kładą się na szczyt smugi światła. Jak rój świętojańskich robaczków migocą zapalone latarki. Wszyscy wybiegli przed dom i dają mu znaki. Czuwają wraz z nim ci, o których zapomniał, przejęty własnym bólem, pochłonięty myślami o przeszłości. Przebywał z nimi „tymczasem”, szkolił ich z obowiązku. A przecież co wieczór ich ręce splatały się w „braterski krąg”, który zamykał się nie tylko nad jego samotnym sercem, ale nad całym krajem, obejmował sobą – wielki świat. bez słów pomagali sobie wzajemnie, bo każdy czuł jedność gromady połączonej bezinteresowną, rozumiejącą miłością. Nie jest sam!

Może na zakręcie oczekuje na niego ktoś jeszcze słabszy, nieszczęśliwszy niż on. Nie jest sam, nie jest niepotrzebny i dopóki żyje, nie wolno mu wymykać się samolubnie z braterskiego kręgu. To co człowiek czuje, jest jego prywatną własnością, ale to, czego potrafi dokonać, może się stać sprawą ogółu, może nawet całej ludzkości. Nie jest sam. Musi opanować swój ból. Musi iść naprzód. Józek zawrócił nad wzgórze. (…)
M. Kann
Góra Czterech Wiatrów
fot. Janek Góra Żar, Beskid Mały

Tresna

Otóż pamiętać należy, że malownicza Góra Żar i nie mniej malownicze obie zapory, w Porąbce i właśnie ta -  Elektrownia Wodna Tresna, zbierająca wody Soły i wykorzystująca naturalny przepływ Jeziora Żywieckiego – czemuś służą, tylko pozornie szpecąc krajobraz:

Pozornie, bowiem kaskada na rzece Sole – i w weneckim lustrze można sprawdzić sobie… makijaż:

A tak poważnie, można się przejrzeć w lustrze przepastnej wody:

Po czym na widnokręgu sprawdzić, czy jeszcze stoją góry, bo parafrazując „tyś jest jezioro moje, niczego mi nie brak” – I Love Mountains:

A od 9 -19 stej, można w 45 minutowy rejs stateczkiem, właśnie po ten spiętrzony horyzont,  za raptem 15/10 złotych – płynęłam, polecam – z wody naprawdę  lepiej czuć, lepiej  widać:

Nie znam piękniejszego zakątka niż właśnie ten. Miłości moja, w każdej porze roku codziennie inna, zmieniająca swe sukienki niczym płatna dziewczyna. Dziś twa  przejrzysta woda upstrzona błękitem nieba, między którymi wielkie ryby, i nowe błyszczące tym samym błękitem rowery. Okolonaś nie tylko nabrzmiałymi od zieleni drzewami, ale i dojrzałymi jak scałowane usta… poziomkami – trudna kochanka, by pojąć ten ogrom samotnie – ew


fot. ewolny Tresna

Porąbka

P1040449

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka.

Ze swoim mostem na Sole, przypominającym łódź Wikingów, wprowadza nas w urok i piękno tej części Beskidów:

W niej uwielbiam wstępować na sobotnie targowisko. Gdzie nie tylko można kupić gustowny kapelusz na górskie przebieżki, albo jak dziś szykowne różowe trampki, ale przede wszystkim można poczuć delikatny klimat wsi. „Panie, dobre to ziarno, bo to dla gołębi”. I rzeczywiście, można tam kupić nawet gołębie:

Ale i króliki, kaczki, a przede wszystkim kury – 20 złotych  za szczęśliwą kurę znoszącą pozytywem naładowane jaja,  to naprawdę mało. Bo czym się różni kura w klatce od kury w klatce? Ano poziomem szczęścia, bowiem jedna spędzi w niej całe życie, druga tylko czas, w drodze do swojego nowego domu. Są piękne:

Tak jak jest piękna  kaskada na rzece Sole – zapora:

I nieśmiało rozpoczynające swój sezon, monstrualnych rozmiarów płócienne łabędzie:

Podczas, gdy  niebo od dawna penetrowane przez stalowe ptaki dogłębnie – dziś nad Bielskiem samolot, który uciekł z kadru, z szarfą - PODBESKIDZIE EKSTRAKLASA!


I to jest piękne – ewolny
fot. ewolny Porąbka

Zobacz również:
- Porąbka – film

Szlak architektury drewnianej, przystanek Czernichów

Nieoczekiwanie od zeszłego roku poszukiwana kapliczka, okazuje się być dzwonnicą – tylko raz widziana z autobusu   jest zabytkową dzwonnicą na szlaku architektury drewnianej. Oto dzwonnica wiejska z XIX wieku obok murowanej kapliczki z wieku XVIII, konstrukcji słupowej, szablowana deskami, kryta hełmem z latarnią. Respekt!

A sam Czernichów jak zwykle, urzekający! Jak zawsze czaruje malowniczą Sołą…

…i równie malowniczymi zaroślami:

Urzeka również widokiem na wspaniałą, majestatyczną Górą Żar, u stóp której nawet samotworzące się kwietniki!

Przede wszystkim jednak urzeka takimi bajecznie rozległymi widokami ze swojego mostu. O każdej porze dnia, o każdej porze roku zupełnie inny obraz – za każdym razem b o s k i…

…między innym również dzięki tym nisko latającym wspaniałym… pterodaktylom:

Uratowałam życie zrzuconej z auta tui. Zrozpaczonemu właścicielowi (jeśli tylko doliczył się jej braku), solennie obiecuję, że zamiast zostać rozjechaną, dożyje sędziwych dni na moim balkonie. :)
fot. ewolny Beskid Mały

Cudowna Góra Żar

Dzień wcześniej dwa razy wychodziłam z domu,  i stale coś stało na przeszkodzie  nie pozwalając zrealizować górskich zamierzeń. Pogoda była  fatalna, ale mimo to bardzo chciałam iść. Dziś wiem dlaczego przeznaczenie tak mnie powstrzymywało, grożąc mi tylko małym paluszkiem -  majestatyczna Góra Żar, na której szczycie wstyd przyznać, jeszcze nigdy nie byłam z a u r o c z y ł a mnie. Nigdy nie weszłam nań pieszo tylko z pozycji auta, wielokrotnie sprawdzając na szosie „samoistne kulanie  przedmiotów pod górę”, nie znałam jej.

A kto rano wstaje temu… nie tylko nie jedzie niedzielny autobus. Na PKS idę zatem pieszo, dzięki czemu zadziwiona wielce, odkrywam w biegu, w samym centrum  Piotrkowe Retro, po czym z  autobusu bez zbędnych sensacji wysiadam w Czernichowie:

Na Górę Żar wspinam się początkowo zakazanym lotniskiem, a później już narciarską trasą, z połaciami  śniegu ułożonymi ruchem konika szachowego. Widoki zapierające dech w piersiach i zapierające dech w piersiach… znajdywane monety! Okazuje się, że nie tylko plażowicze mają dziurawe kieszenie,  więc w sumie znalazłam tyle, że podróż miałam za jeden uśmiech. :)

I jeszcze tylko spojrzenie z wietrznego szczytu na obie strony…

… i na górny zbiornik elektrowni szczytowo-pompowej:

Po czym już spokojne zejście do Międzybrodzia  szosą, bo kto powiedział, że górskie ulice są gorsze niż leśne szlaki?

Magnolie już kwitną, a póki co tkwię w oszołomieniu – opalona ale i zziębnięta,  potwornie zmęczona i  ze „złamaniem podstawy nasady bliższej paliczka środkowego palca piątego ręki lewej” mam kłębowisko myśli –   podczas wycieczki  intuicyjnie w ułamku sekundy znalazłam coś, co niczym igłę w stogu siana, a przyciągnęło jak… magnes.
fot. ewolny Beskid Mały

The hang-gliding, czyli rzecz o lataniu

Lotniarstwo jest bardziej fizyczne, wtedy mam mózg wolny jak ptak.

The hang-gliding is more physical – when I’m flying I have my mind free as a bird.

Marzenie o lataniu budzi się w każdym dziecku, od małego. Stajemy na szczycie góry z szeroko rozłożonymi ramionami i pędzimy w dół po stoku, wyobrażając sobie ten moment, kiedy nasze stopy oderwą się od ziemi, albo kiedy stoimy nad oceanem z mewami szybującymi bez wysiłku wzdłuż brzegu, wysoko ponad klifami. Czas biegnie i niektórzy z nas przekonują się, że doświadczenie życiowe zmienia nasz punkt widzenia, realizują się potencjalne katastrofy, a wysokie oczekiwania przytłaczają; lęk wysokości może odstraszać od stania na wysokim budynku, a nawet od wspinania się po drabinie!
The desire to fly is born in most of us as children from an early age. Standing on top of a hill with our arms out streached, running fast down the slope imagining the moment when our feet leave the ground or standing beside the ocean with seagulls soaring effortlessly along the shore high above clifftops. Time passes and some of us find that lifes experience alters our view, realisation of the potential disasterous effect of falling from great hight proves to be an overwelming deterant, vertigo can prevent standing on tall buildings for some people – even climbing a ladder becomes impossible!

Obaj – mój dziadek i ojciec byli pilotami więc może mam to we krwi. Zanim skończyłem 10 lat latałem wiele razy. Pamiętam jak siedzę w szybowcu z moim instruktorem, wysoko nad angielską wsią i cieszę się tym, co nadal wydaje się bardzo naturalnym doświadczeniem dla mnie. To były wczesne lata 70-te, byłem w drodze do klubu szybowcowego, kiedy zobaczyłem lotniarzy. Idea, by zbiegać w dół zboczem góry i oderwać się od ziemi stała się realna.
Both my grandfather and father were pilots so maybe it is in my blood, before I was ten years old I had flown many times and remember sitting in an open canopy glider with my instructor high above the English countryside enjoying what still feels like a very natural experience to me. It was the early 1970′s on the way to the gliding club that I first saw a hang glider, the idea that it might be possible to run down the side of a hill and actually leave the ground was now a reallity.

Góra Żar:

To normalna niedziela na Górze Żar, kiedy widać, że paralotnie są bardzo popularne dziś i jeśli pogoda jest tak dobra, jak była tamtego popołudnia, to niebo może być zatłoczone.
This is a normal Sunday on Mount Żar as you can see paragliding is for more popular these days and if the weather is good as it was on this afternoon it can be quite crowded.

Devils Dyke:

Firle:

Bo Peep:

Beskidy:

Na południe widać Czechy, w prawym górnym rogu Skrzyczne, poniżej dwa jeziora, używane do generowania energii, a także do połowów i żeglarstwa każdego rodzaju.
Her eye view southward toward Czech Republic, top right shows Skrzyczne, both of the lakes below are used to generate hydro-electric power, also fishing and boating of all kinds.


fot. Janek Anglia, Beskid Mały
tłum. ewamalcher.com