el501a

3 CONTINUE, PLEASE CONTINUE!

Jak to jest, że pszonkowość najlepiej widać na cudzym zagonie? Obok swojego pszonkowego zadupia stoimy spokojnie podparci sztylem od kopaczki. Leniwie żując źdźbło trawy poprawiamy waciak i po rozrzuceniu obornika delektujemy się More »

P1020204

Magurka Wilkowicka zimą

Śniły mi się narty. Bielutkie, nowiutkie, jeszcze z ceną. Z niebieskimi napisami. Teraz już wiem dlaczego. Kobieto! Przecież Ty kochałaś zimę. Ona jest nie do zniesienia tylko w mieście, lecz jeśli wyściubać More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

P1010753

Międzybrodzie Bialskie zimą

Wiem, że żyję… Bo jeżeli jest jeszcze na ziemi raj, to jest nim bez wątpienia Porąbka, Międzybrodzie Bialskie, Czernichów, Międzybrodzie Żywieckie – Góra Żar, malownicze zapory i okoliczne masywy. Czegóż chcieć więcej? More »

P1010078

Wzgórze Trzy Lipki zimą

Nie przyszła góra do Mahometa,  Mahomet przyszedł do góry. Ponieważ Mikołaj nie przyszedł, co nie powinno wcale dziwić, dlatego sami pójdźmy do niego. Kierunek Laponia z tym, że już po kilku krokach More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

margaryna

Iść po margarynę, czyli trudne wybory

Chyba w życiu chodzi o to, by nie wykorzystywać skrzydeł li tylko do skakania po codzienną, zwyczajną margarynę. Jeśli już, to wyznaczyć sobie odległy o 700 km sklep. Tak prozę życia można More »

przeleczBrenneralpy

Czeluść

Wiatr ustaje przed świtem. Pokazują się gwiazdy. Z ziemi odbłyskują im wapienne płyty lapiazu. W piramidzie świerka błąka się świetlik. 26 sierpnia 1966 roku, plateau Sornin, 1000 metrów nad dachami Grenoble, 1460 More »

tarzanskie stawy 3

Żleb Drege’a i nic, tylko w dół

Bo czyż żleb Drege’a i po nim “nic tylko w dół”, to nie to samo co “równia pochyła w dół” w naszym życiu? Nijak zawrócić z niej przecież jeśli się zabrnie za More »

ecodzien

Galeria letkich duchów zakręconych pozytywnie

Wyliczmy – i bynajmniej nie jest to żart – jeżeli mądry żyje krócej jak nic musi chodzi o faceta. Bo przecież to mężczyzna, jak dowodzą statystyczne obliczenia, żyje ciut mniej niż kobieta. More »

Category Archives: Myślaki

Wewnętrzne przebudzenie, czyli o co chodzi z tą pomarańczą

Dziś wrócę do książki Colina P. Sissona Wewnętrzne przebudzenie, by podkreślić jak ważne jest zaprzestanie szukania soku w skórce pomarańczy, zamiast w jej soczystym wnętrzu.

Bowiem tak jak światło jest wytworem świecy, tak szczęście i miłość są wytworem właściwej własnej integracji. Ale uśpiona ludzkość szuka szczęścia i miłości na zewnątrz siebie, tworząc nietrwały ich byt i zupełnie nie myśląc o rozwinięciu swoich wyższych poziomów świadomości, zupełnie lekceważąc swe wnętrze.

A tymczasem mądrość polega na zjednoczeniu umysłu z bezwarunkową wewnętrzną ekstazą, która dopiero jest prawdziwą rzeczywistością i przeciwieństwem iluzji umysłu. Wystarczy tylko oczyścić umysł ze wszystkich uwarunkowań – przez przyzwolenie, akceptację, cieszenie się i kochanie… Miłość oczyszcza. Na początku lęk stłumił i wyparł wszystko, dlatego trzeba oczyścić umysł z tych uwarunkowań, by mógł stanowić doskonałe odbicie Prawdziwego Ja, tak jak w kropli rosy odbijającej w sposób doskonały słońce, nie może być ani odrobiny kurzu.

Bowiem stres i wyparte treści blokują zdolność umysłu do odbijania tej rzeczywistości znajdującej się wewnątrz nas. Można je zintegrować uwalniając się od tych przywiązań, tak jak można każde lustro… wypolerować  z kurzu. Bo Prawdziwe Ja jest ekstazą, jest doskonale czystą kroplą rosy, i tak oczyszczony umysł odbija JA jak zwierciadło.

Oczyszczony umysł z kurzu i brudu, które na zwierciadle umysłu są jak stłumione lęki, wytworzone przez iluzje umysłu patrzącego na życie przez pryzmat wytworów wyobraźni, przez ciemność podświadomości.  A przecież stres jest po prostu brakiem rozluźnienia, tak jak nieszczęście jest brakiem radości, lęk nieobecnością miłości, ciemność nieobecnością światła, a podświadomość nieobecnością ś w i a d o m o ś c i.

Dlatego prawdziwym nieszczęściem jest iluzja stworzona przez umysł wierzący, że ta iluzja jest rzeczywistością. Gdy szczelnie zasłonimy firanki w oknie, przesłonią nam one słońce i z czasem rzeczywiście zaczniemy wierzyć, że nie istnieje.

Dlatego taplając się w skórce pomarańczy zamiast wgryzać w jej wnętrze, nie zrozumiemy, że żadna zewnętrzna rzecz, żadna sytuacja i żaden człowiek nie zawiera dla nas sam w sobie ani szczęścia, ani nieszczęścia.  To jest w nas. A zrozumieć to na poziomie świadomości, to nauczyć się jednej z najcenniejszych lekcji życia, pozwalającej się oczyścić ze wszystkich iluzji i złudzeń, osiągając prawdziwą wolność. Na głębszym poziomie świadomości, każdy o tym wie, trzeba po prostu oczyścić się na tyle, żeby wiedza ta stała się bardziej ś w i a d o m a.

Patrzymy na świat przez brudną szybę i świat jest tylko szary i brudny? Czujemy się nieszczęśliwi, gdy porównujemy nasz obecny stan do poprzedniego? Byliśmy zdrowsi, była z nami droga osoba, byliśmy szanowani mając stanowisko? Tak postrzegając świat wszyscy są młodsi, zdrowsi, bogatsi i bardziej atrakcyjni, a świat jest smętny i ponury. Wszyscy są mądrzejsi i wszystkim się lepiej powiodło. Nasz domek jest mniejszy niż innych? Jest on tym czym jest – ciepłym,  przytulnym schronieniem, wystarczy mu tylko wymyć okna!  I wtedy jeśli spojrzymy  na coś do wewnątrz w blasku padającego jasno światła (nie starając się porównywać z iluzorycznym zewnętrzem),  zobaczymy sprawy takimi jakie naprawdę są, a one same staną się przyjemnym doświadczeniem, doskonałym i jedynym w swoim rodzaju, nie sprawiającym  bólu, który jest przecież niczym innym jak intensywną energią odbieraną zupełnie niesłusznie jako bolesną przykrość – ewolny
Rysunek: Nikola

Wielka Racza, czyli o tym jak sika lis

Na moim przystanku w stronę pracy, ktoś na chodniku napisał „dlaczego to robisz codziennie”. No właśnie, trybiki w maszynce.

 I zdarzyło się tak, że wracając z górskiej przebieżki,  i przysypiając w busie ze zmęczenia, nieoczekiwanie wysłuchałam  audycji Cejrowskiego, o tym… jak zwolnić obroty tejże…


Veľká Rača (Wielka Racza) 1236 m n.p.m.

Wolniej, wolniej, kochani wolniej. Siedzę na balkonie i patrzę na sąsiada z działki obok. Jest sobota, on dopija kolejną kawę a między nimi wszystkimi zaciekle bejcuje dom. Czym różni się jego dzień od dnia powszedniego? Ludzie wolniej. Nie musisz przeczytać wszystkich książek, i tak wszystkich nie przeczytasz, przeczytaj jedną, ale ze smakiem, nie musisz obejrzeć każdego filmu, i tak wszystkich nie obejrzysz, obejrzyj jeden, ale z uczuciem. Żyjąc szybko, szybciej dobiegniesz do mety!  Czy życie polega na tym, żeby nocować  w najdroższym mieszkaniu? A może na tym, żeby urlop spędzać  jak najdalej od tego domu? W jak najdroższym hotelu, przed najdroższym drinkiem, na który zresztą trzeba  zarabiać pracując po 12 godzin dziennie? WOLNIEJ, bo tylko wtedy można zobaczyć ile odcieni ma dziś niebo. Wolniej, bo tylko wtedy można znaleźć czas, żeby się zwyczajnie całować…

Sąsiad nadal bejcuje domek, a ja? Do mojego ogrodu podkradł się lis i na moich oczach w y s i k a ł! To niebywałe! Teraz zaciekle myślę dlaczego sikał jak kotka a nie jak pies? A może to była po prostu lisiczka? Ale dlaczego się wysikała właśnie u mnie? Znaczyła teren, czy chciała odstraszyć… No właśnie, kogo? Czaplę, która zrobiła mi przed nosem na b i a ł o?

Dlaczego o tym piszę?  Cejrowski wstrząsnął mną. Dogłębnie. Ja o tym wszystkim bardzo dobrze wiem, ale on p o b u d z i ł moją świadomość:

Może właśnie sika nam lis, a my tego nie widzimy - Ela Wolny

Wielka Racza:

Widok na Małą Fatrę:

Widok na  Babią Górę i Pilsko:

Na szlaku – jest prościej. Jest wolniej:

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- Wielka Racza vel Veľká Rača
- Veľká Rača (Wielka Racza) 1236 m n.p.m.

Woda to skarb, kryptonim „Stop powodziom!”

Tak patrząc co się znów dzieje z podtapianą kolejny raz Polską, i tak na fali nie tylko nieustających deszczy, ale i rozmów o – nazwijmy to umownie – Darfurze, czyli miejscach gdzie ludzie umierają z pragnienia…


Żywiec

Znów Bielsko-Biała, bo jakżeby inaczej, ale nie tylko. Te graffiti jak się okazuje są w różnych częściach, i nie tylko naszego miasta. Jedne jakby profesjonalne, z podaną stroną www jak te na budynku bielskiego BWA,  inne wyglądające jak bohomazy, łączy je jedno – jest ich więcej, coraz więcej, jakby już cała sieć. Zrobiłam dwa nowe ujęcia  nomen omen wody, tym razem w Żywcu – 3 fala…

Trójka – Polskie Radio Program III

1 kwietnia Trójka, Program Trzeci Polskiego Radia, obchodziła, jak co roku w tym dniu, swoje urodziny. W tym roku były to 49 urodziny mojej ukochanej stacji radiowej.

W pierwszych latach działalności, w latach 60-tych, Program Trzeci Polskiego Radia emitował zaledwie dwie godziny audycji na dobę. Teraz wydaje się to niebywałe, ba wręcz nie starcza doby, tyle jest ciekawych audycji w ciągu całego dnia, a przede wszystkim masa dobrej muzyki.

Moja przygoda z Trójką rozpoczęła się od słuchania, a potem nagrywania piosenek z Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego w soboty w godz. 20.00–22.00. Listy Przebojów regularnie zacząłem słuchać (wpadając wręcz w uzależnienie) w kwietniu roku 1986. Do dziś pamiętam notowanie 210/211 z 5 kwietnia 1986 roku, w którym znalazły się takie hity jak „We Built This City” grupy Starship, „The Power of Love” Jennifer Rush, “West End Girls” Pet Shop Boys, “Mówię Ci, że” Tilt-u, “Rough Boy” ZZ Top czy debiutujący wtedy na liście Saxon z nieśmiertelnym “Broken Heroes”. Miejsce pierwsze okupował wtedy oczywiście Dire Straits z „Brothers in Arms”. Żeby oddać głos na swoich ulubionych 10 numerów trzeba było pójść na pocztę i wysłać kartkę ze swoimi typami. Teraz wystarczy odkliknąć swoich faworytów na stronie LP3 i już.

Marek Niedźwiecki (współprowadzący obecnie listę z Piotrem Baronem) stwierdził, że głosowanie internetowe bije obecnie rekordy pod względem ilości oddawanych głosów. W roku 1988 wsiąkłem wręcz w celebrowanie programu Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Program obfitował w klasykę rocka oraz nowości, które zawsze słuchane były przez prowadzącego wraz ze słuchaczami po raz pierwszy i na bieżąco komentowane i opisywane przez pana Piotra. Legendarne jest już rozpakowywanie na antenie przez Piotra Kaczkowskiego płyt CD z szeleszczącej folii. Program Mini-Max ukształtował gust muzyczny wielu tysięcy młodych ludzi. W tym roku Pan Piotr Kaczkowski skończył 65 lat i mimo przebytej ostatnio ciężkiej choroby ciągle jest w świetnej formie. Od kwietnia roku 2009 w przygotowywaniu i prowadzeniu audycji pomaga mu Leszek Adamczyk. W latach siedemdziesiątych do Trójki trafiły tak znakomite osobistości jak Grzegorz Wasowski, Jan Chojnacki, Janusz „Kosa” Kosiński, Wojciech Mann. Grzegorz Wasowski współtworzył w Trójce doskonały program Nie tylko dla orłów oraz współpracował od 2006 roku z Wojciecham Mannem przy programie Tanie Granie. Wasowski odszedł ze stacji w dowód solidarności z odwołanym w roku 2009 dyrektorem Krzysztofem Skowrońskim i do tej pory nie daje się namówić, swojemu przyjacielowi Wojciechowi Mannowi, do powrotu. Jan Chojnacki, twórca i prowadzący audycję „Bielszy odcień bluesa” w latach osiemdziesiątych prowadził w telewizji z Wojciechem Mannem poświęcony muzyce rockowej „Non Stop Kolor”. Kolejnego wielkiego człowieka muzycznego radia nie ma już wśród Nas, Janusz „Kosa” Kosiński zmarł w 2008 roku. W Trójce w latach 1970-2008 prowadził autorski program Odkurzone przeboje. W ostatnich latach życia związał się również z Antyradiem, w którym prowadził między innymi Antykwariat i AntyGalerię. Bardzo aktywną osobowością był i jest Pan Wojciech Mann. Dziennikarz muzyczny od lat 60-tych związany z Rozgłośnią Harcerską, a potem z Trójką. Współtworzył, prowadził i prowadzi w Trójce m.in. Zapraszamy do Trójki, Radiomann, Manniak po ciemku, niedzielne Tanie granie (na śniadanie) przemianowane po odejściu Grzegorza Wasowskiego na „Piosenki bez granic”. W piątkowe ranki Wojciech Mann doskonale wprowadza słuchaczy w weekendowy nastrój programem Zapraszamy do Trójki – ranek. W Piosenkach bez granic wydatnie wspiera go zasługujący na szczególną uwagę Pan Antoni Piekut. Pan Piekut to duch niespokojny, radiowiec, perkusista, maniak samochodowy, mówiący o wszystkim „prosto z mostu”, a wybierana przez niego do programów muzyka często zaskakuje współprowadzącego, Pana Wojtka. Z Trójkowych radiowców zawładnęła moją duszą jeszcze czwórka. Jedna kobieta, Aleksandra Kaczkowska (tak, córka Pana Piotra Kaczkowskiego), prowadząca nocą z soboty na niedzielę program Ciemna strona mocy. Wypełnia go muzyka Trip-hop, Ambitne, Tempo/Dub i Elektronika. Drugi to Pan Wojciech Ossowski wielki zwolennik metalu i cięższego grania w Trójce. Swoją audycją czaruje słuchaczy co dwa tygodnie nocą ze środy na czwartek. Osobliwości muzyczne to w założeniu program z muzyką folkową z całego świata, często jednak bądącą osnową dla mocnego rockowego grania. Pan Ossowski już od kilku lat postuluje powołanie do życia na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia Heavy Metalowej Listy Przebojów (ja jestem za). No i jeszcze dwóch Panów Waglewskich, ojciec i syn. Pan Wojciech Waglewski i Fisz (Bartosz Waglewski) prowadzą we wtorkowe wieczory Magiel Wagli, audycję wymykającą się wszelkim kategoriom. Serwują i muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia jak i utwory do tańca z całego świata. Jeden program może być cały poświęcony muzyce refleksyjnej, a drugi hip-hopowi. Bywa też tak, że Panowie prowadząc audycję wspólnie „ostro” mieszają style i gatunki i to też jest piękne. Wszystkich wyżej wymienionych łączy jedno – ogromna wiedza muzyczna.

Od audycji muzycznych Trójka kipi i nie sposób wszystkiego omówić, zaprezentować. Program Trzeci wyznacza standardy nie tylko w dziedzinie muzycznego radia, ale również reportażu radiowego, programów sportowych, jak choćby niedzielna Trzecia strona medalu, oraz rozrywki. Opierając się na danych z marca 2011 roku Trójka bije kolejne rekordy słuchalności, wygrywa ze stacjami pełniącymi funkcję tzw. radia „towarzyszącego”, które ma tylko „brzęczeć” w tle. Program Trzeci Polskiego Radia jest jedyny i nie powtarzalny. Ma stale rosnące grono słuchaczy i to nie tylko czterdziestolatków jak mówią różni złośliwcy. Trójka ma fanów, którzy gotowi są dla niej na wielkie poświęcenie i nie znam innej stacji, która na lata wiązałaby ze sobą słuchacza tak jak Program Trzeci – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

Sztuka konwersacji – językowy koktail

Over.  Bo sztuką jest w ogóle się dogadać. Bo sztuką jest starać się przekazać swe intencje w sposób prosty, szczery,  i przede wszystkim zrozumiały – by nikt nikogo nie gryzł i nie zjadał jego… ekskrementów.

Każdy z nas jakby używa swojego kodu znaków, nie zastanawiając się czy inni mają do niego… słownik! Dlatego szczególnie gdy mówi się w tak różnych, poznawanych przez się  dopiero językach, sztuką jest móc rozumieć rozmówcę,  sztuką jest  przekazać mu swe prawdziwe  intencje tak, by i on je zrozumiał.

Zrozumiały jest tylko międzynarodowy język ciała.

W naszym biurowcu, na naszym piętrze, w sąsiedniej firmie był remont. Pracowali tam chłopcy podobni do pamiętnego „eksportowego hydraulika”, a my musiałyśmy przechodzić obok nich, chcąc skorzystać z toalety. Ciężkie to było wyzwanie, zważywszy, że jeden miał na koszulce napis… „Kiss me”. I zdażyło się, że koleżance przypięłyśmy na plecy kartkę „Kiss me też”. Oni osłupieli widząc ją maszerującą środkiem korytarza, bowiem napis na kartce był aż nazbyt czytelny.

Mniej podobał mi się dialog wielopokoleniowej rodzinki drepczącej wzdłuż Białki, świątecznym, leniwym dniem. Nagle usłyszałam kobietę jak  coś mówi do dziecka wskazując palcem:
- Patrz. Tam jest twoje name.
Mój wzrok poszedł za palcem kobiety i dostrzegł reklamę z napisem Nicole. Dziewczynka odpowiedziała:
- Nie mamo. To nie moje name.
Bądź mądry i pisz wiesze.

Tomek przypomniał przeczytaną gdzieś radę – jak rozmawiać z Bogiem – wystarczy konkretnie i jasno precyzować zdania.

I chyba najlepiej w języku, który rozmówca… rozumie.

A to już udowadnia nam sprawa trzech psów, do których został wezwany psi psycholog, skądinąd kobieta. Jeden z nich miał tendencję do zjadania odchodów kolegów, drugi nagminnie gryzł przy byle okazji właścicielkę, trzeci nie pamiętam.
Głowa rodziny mówiła tylko po niemiecku, czystej krwi prawdziwie nordycka rasa faceta, pani domu Polka, mówiąca do wezwanej po polsku i nagle psi psycholog pyta:
- W jakim języku zwraca się pani do psów?

No tak. Zatem sztuką jest mówić do kogoś dużymi, drukowanymi i wymalowanymi jego językiem literami, tak aby rozmówca zrozumiał. Hieroglify tak, ale  jak mawiają starzy Indianie -  nadające na tej samej fali – Howgh!

Stolica welcome to

Warszawskie Łazienki a obok kawiarnia… Nie wiedzieć czemu skojarzyłam z żydowskim sklepikiem, jeśli nie z nim, to z Rzeckim, i jego epoką.

Małe, przytulne, mroczne pomieszczenie – tylko my i obsługa. Wysoka, drewniana lada z ciemnego, litego, starego drewna niczym kontuar polerowany przez lata tą samą ścierką. Szafliczki, kredensy, szufladki jakby ze starej apteki, półeczki a na nich filiżanki z kruchej porcelany, stoliki, obrazy, ikony wystrój jakby żywcem przeniesiony z wnętrza pierwszej z brzegu Desy. Pomieszane style, taki misz-masz antykwaryczny.

Rozglądam się ciekawie i nagle dostrzegam, że część stołów jest odkryta – to te ze starego drewna – a część ma fiołkowo-wrzosowe obrusy ułożone w kopertę. Nie pasowało to kompletnie do niczego i pomyślałam, że skrywać mają sklejkowe stoły z czasów PRL. Na naszym stała  uszczerbiona waza na zupę, a w niej dwa zeschnięte doniczkowe kwiaty, a oprócz tego tak od niechcenia rzucone… trzy gumowe podkładki w kolorze fiolet. Gdyby nie ten kolor, można by pomyśleć,  że to chodniczki samochodowe, bo wyglądały jak one i jak one były brudne niczym od butów.

Pani wniosła dwie kawy.

Jeden z białych kubeczków stał na równie białym podstawku z zeschniętą, starą kawą, śmietanka była w zwykłych kieliszkach a pani jakby mistrzyni w opróżnianiu tychże i bynajmniej nie ze śmietanki. Z wysuszonymi pośladkami, wąska w biodrach, bez talii, za to ze sterczącym lekko brzuchem, i opuchniętymi, nabrzmiałymi oczami. Jakby miała napisaną na plecach wizytówkę – „To ja, alkoholiczka”.


fot. Ela Wolny Złote Tarasy, Warszawa

Teraz już widziałam natychmiast więcej. Między obrazami zapalone światełka choinkowe, na stołach z litego drewna – stary popiół z papierosów, i zaschnięte piwne półkola odbite z mokrych szklanek, za kontuarem właśnie – wysokie szklanki i kranik na… piwo. Wreszcie za moimi plecami otwarte na oścież okno – wietrzenie kawiarenki z wieczornych godzin, gdy przepoczwarzała się w pub.

Ściszone głosy, konspiracyjny szept i szybka decyzja:
- Idziemy?
Lokal byłby całkiem, całkiem gdyby tylko panią wymienić. Mogliśmy zrobić  awanturę, mogliśmy zwrócić uwagę, kazać wymienić talerzyk lub zdjąć nieświeży obrus  – ostatecznie nie zapłacić. Nic z tych rzeczy – chociaż maleńka kawa kosztowała  znacznie więcej niż w górskim schronisku lub na nadmorskiej plaży (z podaniem wprost na kocyk),  nie mówiąc o naprawdę udanych, fajnych, miejskich miejscach…

Zostawić w zdziwieniu  z niedowierzaniem w oczach  „dlaczego zamówili, nie wypili, zostawili, zapłacili i wyszli?”  Rzecz bezcenna – ewolny

Guten morgen, czyli spokojnie, to tylko kobieta

Takie przemyślenia znów egzystencjalno-damsko-męskie, że aż wyciągnę tekst, który skleciłam tuż przed wyjazdem do Hamburgerowa. Miałam w nim pisać o fotografii komórkowej. Miałam pisać o tym  ulubionym skądinąd sprzęcie, do którego przekonali się nawet organizatorzy fotograficznego konkursu National Geographic, bo… Przecież łapiąc ulotną chwilę człowiek nie zawsze ma pod ręką super aparat z obiektywem. Dlatego myślałam wpleść kilka zasad dobrego fotografowania telefonem komórkowym, które to widziałam w CKM…

W niebyt odpłynął dwuznaczny tytuł ze starą góralską prawdą „pstrykać to nie  zawsze znaczy to samo”, bowiem moją uwagę przykuło:

- 575 rzeczy, które zmieniły męski świat

Nieprawdopodobne, że  ktoś to zliczył, cały magazyn aż pstrzy się od wyuzdanych zdjęć kobiet, więc może to łatwy dostęp do 575 zdjęć na szafkę w robocie zmienia mężczyznom ich świat? A potem już z górki:

- luksus Francja elegancja & wysoki połysk
- zakute łby
- jak nosić dres
- seks serwis a tam „moja żona twierdzi, że nie potrafi osiągnąć rozkoszy, jeśli podczas szczytowania nie kopnie mnie w jądra”
- CKM tworzy piłkarską drużynę marzeń
- extra – mistrz świata gier komputerowych

Po lekturze kierowanej do inteligentnego czytacza, od razu meritum:

- gorące usta 26 całujących się dziewczyn – oczywiście same z sobą
- mistrzyni celnego pchnięcia
- złoty cielec – i tu uwaga! zdjęcie blondynki
- seks grupowy – nie pytaj kim oni są zapytaj ilu ich jest
- itd itp

Można by zapełnić całe www samymi tylko takimi tytułami i leadami, seksistowskimi kalendarzami, gdzie każdemu dniu przypisana jest inna pozycja, komiksami z tychże, reklamkami z takichże i zdjęciami, zdjęciami, zdjęciami takowo roznegliżowanych pań.

Na koniec perełka. Już nie doszłam do „jak przeżyć w górach lub robić zdjęcia komórką”, bowiem po drodze napotkałam na sesję dwóch skąpo ubranych pań w tonacji black & white, zdjęcia w różnych pozach przed kompletnie ubranym, znudzonym deczko rozkosznym rozwalaniem w fotelu panem, aż brakowało zdjęć gdzie jawnie ziewa, za to był niezły dopisek:

- masz święte prawo obejrzeć w komfortowych warunkach to, co kobiety kupują za (uwaga!) twoje pieniądze

O’żesz #wyraz jego mać, jeżeli w ten sposób panowie stawiają sprawę to niech się nie dziwią, że potem sami muszą się pocieszać:

- spokojnie, to tylko kobieta – żelazna dziewica najpierw cię wykorzysta a potem pomści

I tak jej dopomóż Bóg!

Dlaczego? W dzisiejszym świecie, jak się okazuje, nawet nie trzeba iść z człowiekiem aż na szlak wysoko w góry, by go  lepiej poznać. I w dolinie, siedząc sobie w wygodnym fotelu, można się przekonać, że nie ma partnerstwa, że nie ma nic za darmo. Kapitalizm wdarł się nam w relacje nawet popracowe, międzyludzkie, międzypłciowe. Przyjaźń? A co to jest? Twarde warunki: coś za coś. Najbardziej, gdy przetarg damsko-męski. Tylko co z tymi, co w to nie wchodzą? Najwyraźniej auf wiedersehen.  Po raz enty – ewolny
fot. ewamalcher.com

Starówka

P1040391

Jak to jest gdy zrywa się, przegryza wędzidło w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy jesteśmy na środku ruchliwej drogi, na placu defilad, gdy oczekujemy wzrokowego porozumienia napotykając na mur niezrozumienia i obojętności? Po czym kręcimy się w niemocy jak ślepcy bez swego psa przewodnika. Ile to już razy nos zahamował na tym murze? Długi, haczykowaty nos coraz bardziej na kwintę. A przecież nie o to chodzi by stale nim orać podłoże.

Moje ulubione zejście ze Starówki, sypie się z roku na rok chyba nawet lepiej niż ja. To tymi schodami schodziłam z liceum na swój przystanek autobusowy. To nadal jest mój przystanek! Czas zatrzymał się w miejscu, sporo się zmienia, nie zmieniam się ja, moje marzenia i moje ulubione wciąż te same, od lat bez dalszego ciągu wspomnienia. Bo przecież jakby w każdym z nas,  mieszka wewnątrz – przez zasiedzenie -  ta sama, dobrze nam znana osoba. I znamienne, że tylko my ją czujemy -  inni nie dostrzegając tego błysku w oku, tego wewnętrznego blasku stłamszonego zmęczoną  posturą – widzą tylko dowód osobisty, który tworzy barierę ograniczając niczym niezgorszy, rzemienny, mocny, nie do przegryzienia kaganiec.


fot. Ela Wolny Bielsko-Biała

To tu na Podzamczu paliło się na wieczornych randkach pachnące papierosy. Dlaczego dziś tam nie siedzę? Czy tylko dlatego, że nie palę? Dlaczego nie wziąć ołówka i nie nanieść na papier tego co oczy nie widzą?  Wejść na wysoki murek, gdzie młodzież z Plastyka od lat, od pokoleń ucząc się rysunku, oddaje zarysy stale tych samych, cudnie wypoziomowanych chodników. W miejscu gdzie jak nigdzie indziej pachnie zaprzeszłą, minioną historią, gdzie wieczorem tylko przysiąść z piwem na schodach, gdzie gwiazdy spadają na plecy, a księżyc do znudzenia  powtarza swą mantrę, przypominając jak było i sugerując jak  być może.

Gdzie ta łączność z minionym, z zaprzeszłym a nieodkrytym, nieodgadnionym? Gdzie ta smycz od pokoleń, od wieków jak nić lekko, niezauważalnie  spinająca? Starówka to takie miejsce gdzie czuję tą nić całą sobą. Dotykam, muskam między palcami i nie puszczam. Dzierżę. I jak ślepiec podążam… Nie będę robić podsumowań, mimo, że wypadałoby choćby z racji sporego przebiegu. Mija kolejne święto, które znów wgniata w ziemię – nic nie widziałam, nigdzie nie byłam i zapewne już nigdy nie będę – ewolny

Spoiwo

Kto z nas nie zna pojęcia „silne hasło”? Pokuszę się wymienić silne konserwacje łączące dwojga ludzi, najlepiej gdy płci przeciwnej.

Otóż bezspornie wydaje się, że najlepiej konserwują parę wspólne dzieci, to metoda dozgonna, oparta bezsprzecznie na prawach wspólnej własności. Otóż nic bardziej mylnego, wspólne dzieci są dozgonnie, ale konserwa czasami (by nie rzec zbyt często) puszcza, nie trzymając tak, jak być w tym względzie powinna.

Znacznie lepiej od tego rodzaju wspólnoty konserwuje wspólny adres. Najlepiej gdy  spokometrażowy dom pod miastem lub apartament na ostatnim piętrze. Teraz bowiem  koniunktura sprzyjająca rozkonserwowywaniu, bo czasy gdy jeden z członków tworzących parę nie miał się gdzie wypodziać, dawno minęły i sam meldunek już nie wystarcza. Adres winien być zatem podparty ciężkim od mamony aktem notarialnym, na którym w dodatku koniecznie oba podpisy.

Równie dobrze jak nie lepiej – pokusiłabym się, że chyba najlepiej – konserwuje nasz modelowy związek, obracający się spory pieniądz, czyli wspólny interes. Zauważmy, że tu obaj partnerzy mogą nawet pomieszkiwać na osobnych tapczanach tyłem do siebie, ale żaden z nich nie odda drugiemu adresu z firmą.

Pytanie brzmi: czy w dzisiejszych czasach nie da się zakonserwować uczucia samym li tylko prawdziwym uczuciem? Czy ktoś kto przeszedł przez szczebla silnych konserw i wierzy już tylko w uczucie jest chory z urojenia? Czy to snujące się za nim nieszczęsne widmo Don Kichota z tandetną kopią kopii?

Uwagi na marginesie, czyli tzw. silne argumenty: – O Boże! Ale prowokacja! Oswojenie, przyzwyczajenie, dopełnianie się, obowiązek, związek podwiązek, Związek Walki Zbrojnej, port, sport, tort (ciacho-krem-ciacho-krem-ciacho-krem-różyczki – jak pomieszasz, to gwałtownie brzydnie), WYGODNICTWO obustronne… Czego chcesz jeszcze? Jaka kopia! A jeszcze: kopia kopii! Kolejne wcielenie zweryfikowane przez osobisty rachunek przed lustrem! No nie! Prowokacja i tyle!

Myślę, że opisane w uwagach konserwowanie polega na czynnościach oswajania, przyzwyczajania, dopełniania, obowiązkowania, wojowania aż do zawieszenia broni z wygodnictwa obustronnego co rzeczą pewną. I argumenty obalają się  same, bowiem jakby w tym łańcuchu pokarmowym zabrakło jednego, jedynego najistotniejszego elementu jakim jest  spoiwo, czyli uczucie, o które pytam.

Uczucie, które potrafi załagodzić, które potrafi uleczyć, które potrafi upiększyć, dzięki któremu się ufa, ma nadzieję, które przebacza i znosi, wznosi, unosi. Dodaje sił, niespożytej wiary i energii – skrzydeł.

Pomiędzy oswajaniem, przyzwyczajaniem, dopełnianiem a obowiązkiem jest jeszcze miejsce na ciacho, krem, różyczki i tort, którym niewątpliwie jest przyjemne skądinąd uczucie? Czy da się tak policzyć, odmierzyć oczka w rosnącym łańcuchu, by nie dotrzeć do obowiązku, podwiązku i Związku Walki Wręcz lub Podchodów?

Jeśli przyjmiemy, że nic nie jest w przyrodzie materią, jeśli po rozbiciu wszystkiego na atomy, a po rozbiciu atomu dojdziemy w końcu do energii kwantów, to w życiu powinno się liczyć tylko i wyłącznie, właśnie niematerialne, energetyczne aczkolwiek niezniszczalne jak owa energia u c z u c i e!

Uczucie, które broni się poprzez swoją bezwarunkowość,  bowiem nie da się tu nic wykalkulować z ołówkiem, albo się płynie, albo nie. Jak w teatrze, gdy mamy dobrą sztukę, to staramy się o jak najlepszą scenerię. Jednak dobrze dobrani aktorzy, z efektem sztukę odegrają i… w stodole. Podczas gdy przecież dobra sceneria nigdy nie przesłoni braków złej sztuki. Zatem „Fajnometraż” jest tylko elementem sceny dla uczuć. Uczucie może się zakonserwować tylko samym sobą. Skoro miłość jest prawdziwa tylko wtedy kiedy jest bezwarunkowa – to czemu do jej konserwacji miałyby być potrzebne np. auto lub mieszkanie?

Po co długi materialny łańcuch, który pęta nogi, rdzewieje, poprzez który gubi się krok we wspólnej marszrucie, po co lata pracy utopione w betonie i kamieniu, czy nie lepiej stworzyć małą aczkolwiek niekłopotliwą, lekką błyskotkę, opartą na niewidzialnym, niezrywalnym, nienamacalnym niczym? Lekkość bytu ciesząca oko, zaspokajająca dobry smak, która nie ciąży, nie wiąże aczkolwiek jak nic innego najlepiej spina konserwując na wieki wieków amen (toczka):

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
Dżony zarobiony
pokochać nie zdąży

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
iście bezwarunkowa Mery
pieje do zarobionej Cholery…

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
Dżony zarobiony
Mery sczeznąć zdąży

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
Dżony zniknięty na wikuiste
banany nadal te same – z a i s t e.
ewolny

ONA

Każdy z nas toczy z sobą maleńką wojnę. Tworzy zasieki, zdobywa fortyfikacje i znów wznosi obronne mury. Przynajmniej powinien. Bo  chyba chodzi o to, by stale przełamywać swe maleńkie słabości, zmierzać się z paraliżującym lękiem, wychodzić na zewnątrz poza wzmocnienia łamiąc zastane bariery, szablony i strach. Siedząc okrakiem na poręczy nieśmiało, ale patrzeć lękowi w twarz. Bowiem to jednostki idą na barykady, bo przecież nikt nie rodzi się stricte bohaterem.

Późną porą, bardzo zmęczona wracałam z pracy i nagle dostrzegłam ją – wrak człowieka. Siedziała na wprost mnie, co ja mówię na wprost wszystkich podróżnych w autobusie. Nie wiem skąd wiedziałam, że to kobieta. Może dlatego, że kiedyś nieopatrznie widziałam zdjęcie N.N. – zwłok samobójczyni z chorzowskiego ZOO. Ta wyglądała tak samo. Twarz napuchnięta jak u topielca napitego nadmiarem wody. Oczy, nie oko, ale oczy, podbite, sinografitowe, jeden łuk brwiowy strzelony z zakrzepłą krwią, bez szwu, warga rozcięta, nabrzmiała… Była jak to się mówi zbita na kwaśne jabłko. I nagle wyjęła Colę, gdybym nie była dalekowidzem nie dostrzegłabym napisu „Wiśniak”. Sięgnęła ręką poprzez przejście między siedzeniami i podała facetowi ze słowami:
- Pij.
Przy niej wyglądał jak okaz zdrowia, jak nie uzależniony facet. Zaciągnął się… fajką (w autobusie!) po czym podał jej papierosa a sam sięgnął po nalewkę. Z lubością wciągnęła w płuca dym i powiedziała troskliwie jak tylko Matka Polka potrafi:
- Ja się ciebie nie pytam ile wypiłeś, mówię pij.
To w zasadzie mógłby być koniec opowieści – skierowali się oni w stronę opuszczonych kortów tenisowych. Tam w budynkach mimo wybitych okien było doskonałe lokum dla takich  bezdomnych, ale i dla takich sytuacji, że człowiek człowieka zbije, zabije bez świadków na śmierć.

Moje pytanie brzmi – ile trzeba czasu by się odczłowieczyć, przepoczwarzyć, by dać sobą pomiatać, zrobić z siebie lniany wór godzący na wszystko. Jak daleko my, ludzie, jak łatwo, głęboko i szybko uzależniamy się nie tylko od używek i sytuacji, ale nade wszystko beznadziejnych współbratymców, z którymi już tylko w dół. Najgorszym zagrożeniem, gdy poświęcamy się temu bez reszty. Bez reszty. Dobrze, gdy natrafi się na poletko do realizacji, gdzie można się piąć, zdobywać szczyty, a co gdy partner nami toczy nie w górę, a w dół? Ta kobieta nie była starsza ode mnie, nie sądzę, a wyglądała jak N.N. za życia – zombi.

ONA  to tylko pretekst, aby popatrzeć jak jest z Tobą, ze mną, z nim, z nią, z nami wszystkimi. Bo jednak wchodząc na tę barykadę wspólnie, w towarzystwie, każdy i tak naprawdę powinien myśleć tylko o swojej d..e. Nie cudzej, nie wszystkich, a swojej.  I dla każdego barykada jest zbudowana z innych cegiełek. Ja wiem z czego moja i z czym walczę. Jeszcze – ewolny
fot. ewolny Bielsko-Biała