c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Myślaki

Woda to skarb, kryptonim „Stop powodziom!”

Tak patrząc co się znów dzieje z podtapianą kolejny raz Polską, i tak na fali nie tylko nieustających deszczy, ale i rozmów o – nazwijmy to umownie – Darfurze, czyli miejscach gdzie ludzie umierają z pragnienia…


Żywiec

Znów Bielsko-Biała, bo jakżeby inaczej, ale nie tylko. Te graffiti jak się okazuje są w różnych częściach, i nie tylko naszego miasta. Jedne jakby profesjonalne, z podaną stroną www jak te na budynku bielskiego BWA,  inne wyglądające jak bohomazy, łączy je jedno – jest ich więcej, coraz więcej, jakby już cała sieć. Zrobiłam dwa nowe ujęcia  nomen omen wody, tym razem w Żywcu – 3 fala…

Trójka – Polskie Radio Program III

1 kwietnia Trójka, Program Trzeci Polskiego Radia, obchodziła, jak co roku w tym dniu, swoje urodziny. W tym roku były to 49 urodziny mojej ukochanej stacji radiowej.

W pierwszych latach działalności, w latach 60-tych, Program Trzeci Polskiego Radia emitował zaledwie dwie godziny audycji na dobę. Teraz wydaje się to niebywałe, ba wręcz nie starcza doby, tyle jest ciekawych audycji w ciągu całego dnia, a przede wszystkim masa dobrej muzyki.

Moja przygoda z Trójką rozpoczęła się od słuchania, a potem nagrywania piosenek z Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego w soboty w godz. 20.00–22.00. Listy Przebojów regularnie zacząłem słuchać (wpadając wręcz w uzależnienie) w kwietniu roku 1986. Do dziś pamiętam notowanie 210/211 z 5 kwietnia 1986 roku, w którym znalazły się takie hity jak „We Built This City” grupy Starship, „The Power of Love” Jennifer Rush, “West End Girls” Pet Shop Boys, “Mówię Ci, że” Tilt-u, “Rough Boy” ZZ Top czy debiutujący wtedy na liście Saxon z nieśmiertelnym “Broken Heroes”. Miejsce pierwsze okupował wtedy oczywiście Dire Straits z „Brothers in Arms”. Żeby oddać głos na swoich ulubionych 10 numerów trzeba było pójść na pocztę i wysłać kartkę ze swoimi typami. Teraz wystarczy odkliknąć swoich faworytów na stronie LP3 i już.

Marek Niedźwiecki (współprowadzący obecnie listę z Piotrem Baronem) stwierdził, że głosowanie internetowe bije obecnie rekordy pod względem ilości oddawanych głosów. W roku 1988 wsiąkłem wręcz w celebrowanie programu Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Program obfitował w klasykę rocka oraz nowości, które zawsze słuchane były przez prowadzącego wraz ze słuchaczami po raz pierwszy i na bieżąco komentowane i opisywane przez pana Piotra. Legendarne jest już rozpakowywanie na antenie przez Piotra Kaczkowskiego płyt CD z szeleszczącej folii. Program Mini-Max ukształtował gust muzyczny wielu tysięcy młodych ludzi. W tym roku Pan Piotr Kaczkowski skończył 65 lat i mimo przebytej ostatnio ciężkiej choroby ciągle jest w świetnej formie. Od kwietnia roku 2009 w przygotowywaniu i prowadzeniu audycji pomaga mu Leszek Adamczyk. W latach siedemdziesiątych do Trójki trafiły tak znakomite osobistości jak Grzegorz Wasowski, Jan Chojnacki, Janusz „Kosa” Kosiński, Wojciech Mann. Grzegorz Wasowski współtworzył w Trójce doskonały program Nie tylko dla orłów oraz współpracował od 2006 roku z Wojciecham Mannem przy programie Tanie Granie. Wasowski odszedł ze stacji w dowód solidarności z odwołanym w roku 2009 dyrektorem Krzysztofem Skowrońskim i do tej pory nie daje się namówić, swojemu przyjacielowi Wojciechowi Mannowi, do powrotu. Jan Chojnacki, twórca i prowadzący audycję „Bielszy odcień bluesa” w latach osiemdziesiątych prowadził w telewizji z Wojciechem Mannem poświęcony muzyce rockowej „Non Stop Kolor”. Kolejnego wielkiego człowieka muzycznego radia nie ma już wśród Nas, Janusz „Kosa” Kosiński zmarł w 2008 roku. W Trójce w latach 1970-2008 prowadził autorski program Odkurzone przeboje. W ostatnich latach życia związał się również z Antyradiem, w którym prowadził między innymi Antykwariat i AntyGalerię. Bardzo aktywną osobowością był i jest Pan Wojciech Mann. Dziennikarz muzyczny od lat 60-tych związany z Rozgłośnią Harcerską, a potem z Trójką. Współtworzył, prowadził i prowadzi w Trójce m.in. Zapraszamy do Trójki, Radiomann, Manniak po ciemku, niedzielne Tanie granie (na śniadanie) przemianowane po odejściu Grzegorza Wasowskiego na „Piosenki bez granic”. W piątkowe ranki Wojciech Mann doskonale wprowadza słuchaczy w weekendowy nastrój programem Zapraszamy do Trójki – ranek. W Piosenkach bez granic wydatnie wspiera go zasługujący na szczególną uwagę Pan Antoni Piekut. Pan Piekut to duch niespokojny, radiowiec, perkusista, maniak samochodowy, mówiący o wszystkim „prosto z mostu”, a wybierana przez niego do programów muzyka często zaskakuje współprowadzącego, Pana Wojtka. Z Trójkowych radiowców zawładnęła moją duszą jeszcze czwórka. Jedna kobieta, Aleksandra Kaczkowska (tak, córka Pana Piotra Kaczkowskiego), prowadząca nocą z soboty na niedzielę program Ciemna strona mocy. Wypełnia go muzyka Trip-hop, Ambitne, Tempo/Dub i Elektronika. Drugi to Pan Wojciech Ossowski wielki zwolennik metalu i cięższego grania w Trójce. Swoją audycją czaruje słuchaczy co dwa tygodnie nocą ze środy na czwartek. Osobliwości muzyczne to w założeniu program z muzyką folkową z całego świata, często jednak bądącą osnową dla mocnego rockowego grania. Pan Ossowski już od kilku lat postuluje powołanie do życia na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia Heavy Metalowej Listy Przebojów (ja jestem za). No i jeszcze dwóch Panów Waglewskich, ojciec i syn. Pan Wojciech Waglewski i Fisz (Bartosz Waglewski) prowadzą we wtorkowe wieczory Magiel Wagli, audycję wymykającą się wszelkim kategoriom. Serwują i muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia jak i utwory do tańca z całego świata. Jeden program może być cały poświęcony muzyce refleksyjnej, a drugi hip-hopowi. Bywa też tak, że Panowie prowadząc audycję wspólnie „ostro” mieszają style i gatunki i to też jest piękne. Wszystkich wyżej wymienionych łączy jedno – ogromna wiedza muzyczna.

Od audycji muzycznych Trójka kipi i nie sposób wszystkiego omówić, zaprezentować. Program Trzeci wyznacza standardy nie tylko w dziedzinie muzycznego radia, ale również reportażu radiowego, programów sportowych, jak choćby niedzielna Trzecia strona medalu, oraz rozrywki. Opierając się na danych z marca 2011 roku Trójka bije kolejne rekordy słuchalności, wygrywa ze stacjami pełniącymi funkcję tzw. radia „towarzyszącego”, które ma tylko „brzęczeć” w tle. Program Trzeci Polskiego Radia jest jedyny i nie powtarzalny. Ma stale rosnące grono słuchaczy i to nie tylko czterdziestolatków jak mówią różni złośliwcy. Trójka ma fanów, którzy gotowi są dla niej na wielkie poświęcenie i nie znam innej stacji, która na lata wiązałaby ze sobą słuchacza tak jak Program Trzeci – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

Stolica welcome to

Warszawskie Łazienki a obok kawiarnia… Nie wiedzieć czemu skojarzyłam z żydowskim sklepikiem, jeśli nie z nim, to z Rzeckim, i jego epoką.

Małe, przytulne, mroczne pomieszczenie – tylko my i obsługa. Wysoka, drewniana lada z ciemnego, litego, starego drewna niczym kontuar polerowany przez lata tą samą ścierką. Szafliczki, kredensy, szufladki jakby ze starej apteki, półeczki a na nich filiżanki z kruchej porcelany, stoliki, obrazy, ikony wystrój jakby żywcem przeniesiony z wnętrza pierwszej z brzegu Desy. Pomieszane style, taki misz-masz antykwaryczny.

Rozglądam się ciekawie i nagle dostrzegam, że część stołów jest odkryta – to te ze starego drewna – a część ma fiołkowo-wrzosowe obrusy ułożone w kopertę. Nie pasowało to kompletnie do niczego i pomyślałam, że skrywać mają sklejkowe stoły z czasów PRL. Na naszym stała  uszczerbiona waza na zupę, a w niej dwa zeschnięte doniczkowe kwiaty, a oprócz tego tak od niechcenia rzucone… trzy gumowe podkładki w kolorze fiolet. Gdyby nie ten kolor, można by pomyśleć,  że to chodniczki samochodowe, bo wyglądały jak one i jak one były brudne niczym od butów.

Pani wniosła dwie kawy.

Jeden z białych kubeczków stał na równie białym podstawku z zeschniętą, starą kawą, śmietanka była w zwykłych kieliszkach a pani jakby mistrzyni w opróżnianiu tychże i bynajmniej nie ze śmietanki. Z wysuszonymi pośladkami, wąska w biodrach, bez talii, za to ze sterczącym lekko brzuchem, i opuchniętymi, nabrzmiałymi oczami. Jakby miała napisaną na plecach wizytówkę – „To ja, alkoholiczka”.


fot. Ela Wolny Złote Tarasy, Warszawa

Teraz już widziałam natychmiast więcej. Między obrazami zapalone światełka choinkowe, na stołach z litego drewna – stary popiół z papierosów, i zaschnięte piwne półkola odbite z mokrych szklanek, za kontuarem właśnie – wysokie szklanki i kranik na… piwo. Wreszcie za moimi plecami otwarte na oścież okno – wietrzenie kawiarenki z wieczornych godzin, gdy przepoczwarzała się w pub.

Ściszone głosy, konspiracyjny szept i szybka decyzja:
- Idziemy?
Lokal byłby całkiem, całkiem gdyby tylko panią wymienić. Mogliśmy zrobić  awanturę, mogliśmy zwrócić uwagę, kazać wymienić talerzyk lub zdjąć nieświeży obrus  – ostatecznie nie zapłacić. Nic z tych rzeczy – chociaż maleńka kawa kosztowała  znacznie więcej niż w górskim schronisku lub na nadmorskiej plaży (z podaniem wprost na kocyk),  nie mówiąc o naprawdę udanych, fajnych, miejskich miejscach…

Zostawić w zdziwieniu  z niedowierzaniem w oczach  „dlaczego zamówili, nie wypili, zostawili, zapłacili i wyszli?”  Rzecz bezcenna – ewolny

Guten morgen, czyli spokojnie, to tylko kobieta

Takie przemyślenia znów egzystencjalno-damsko-męskie, że aż wyciągnę tekst, który skleciłam tuż przed wyjazdem do Hamburgerowa. Miałam w nim pisać o fotografii komórkowej. Miałam pisać o tym  ulubionym skądinąd sprzęcie, do którego przekonali się nawet organizatorzy fotograficznego konkursu National Geographic, bo… Przecież łapiąc ulotną chwilę człowiek nie zawsze ma pod ręką super aparat z obiektywem. Dlatego myślałam wpleść kilka zasad dobrego fotografowania telefonem komórkowym, które to widziałam w CKM…

W niebyt odpłynął dwuznaczny tytuł ze starą góralską prawdą „pstrykać to nie  zawsze znaczy to samo”, bowiem moją uwagę przykuło:

- 575 rzeczy, które zmieniły męski świat

Nieprawdopodobne, że  ktoś to zliczył, cały magazyn aż pstrzy się od wyuzdanych zdjęć kobiet, więc może to łatwy dostęp do 575 zdjęć na szafkę w robocie zmienia mężczyznom ich świat? A potem już z górki:

- luksus Francja elegancja & wysoki połysk
- zakute łby
- jak nosić dres
- seks serwis a tam „moja żona twierdzi, że nie potrafi osiągnąć rozkoszy, jeśli podczas szczytowania nie kopnie mnie w jądra”
- CKM tworzy piłkarską drużynę marzeń
- extra – mistrz świata gier komputerowych

Po lekturze kierowanej do inteligentnego czytacza, od razu meritum:

- gorące usta 26 całujących się dziewczyn – oczywiście same z sobą
- mistrzyni celnego pchnięcia
- złoty cielec – i tu uwaga! zdjęcie blondynki
- seks grupowy – nie pytaj kim oni są zapytaj ilu ich jest
- itd itp

Można by zapełnić całe www samymi tylko takimi tytułami i leadami, seksistowskimi kalendarzami, gdzie każdemu dniu przypisana jest inna pozycja, komiksami z tychże, reklamkami z takichże i zdjęciami, zdjęciami, zdjęciami takowo roznegliżowanych pań.

Na koniec perełka. Już nie doszłam do „jak przeżyć w górach lub robić zdjęcia komórką”, bowiem po drodze napotkałam na sesję dwóch skąpo ubranych pań w tonacji black & white, zdjęcia w różnych pozach przed kompletnie ubranym, znudzonym deczko rozkosznym rozwalaniem w fotelu panem, aż brakowało zdjęć gdzie jawnie ziewa, za to był niezły dopisek:

- masz święte prawo obejrzeć w komfortowych warunkach to, co kobiety kupują za (uwaga!) twoje pieniądze

O’żesz #wyraz jego mać, jeżeli w ten sposób panowie stawiają sprawę to niech się nie dziwią, że potem sami muszą się pocieszać:

- spokojnie, to tylko kobieta – żelazna dziewica najpierw cię wykorzysta a potem pomści

I tak jej dopomóż Bóg!

Dlaczego? W dzisiejszym świecie, jak się okazuje, nawet nie trzeba iść z człowiekiem aż na szlak wysoko w góry, by go  lepiej poznać. I w dolinie, siedząc sobie w wygodnym fotelu, można się przekonać, że nie ma partnerstwa, że nie ma nic za darmo. Kapitalizm wdarł się nam w relacje nawet popracowe, międzyludzkie, międzypłciowe. Przyjaźń? A co to jest? Twarde warunki: coś za coś. Najbardziej, gdy przetarg damsko-męski. Tylko co z tymi, co w to nie wchodzą? Najwyraźniej auf wiedersehen.  Po raz enty – ewolny
fot. ewamalcher.com

Kargyu-pa – szkoła zabijania ego

Mieszkając w Keylongu, stolicy Lahoul, wybraliśmy się do gompy Szaszur, należącej do szkoły Drugpa Kargyupa, dość licznie reprezentowanej w tej krainie zamieszkanej przez ludność tybetańską. Obiekcje miał Rembecki, gdyż umówił się z kupcem, reflektującym na jego wibramy. Mówił:

- Umówiłem się na 3-cią po południu i nie wiem czy zdążymy?
Odpowiedziałem:
- Jest teraz 9-ta. Tam pójdziemy 2 godziny, z powrotem jedną i na zwiedzanie 2, to razem 5 godz., czyli o 2-giej wrócimy.

No to wyruszamy. Droga pięła się łagodnie serpentynami, aż do samego klasztoru, gdzie zaskoczyły mnie tam rosnące strzeliste cyprysy jak na włoskich cmentarzach.  Następnie oddaliśmy się zwiedzaniu i poznawaniu tajników życia klasztornego.


Szaszur gompa

Specjalnością szkoły Kargyupa jest obok sześciu nauk Naropy, praktyka tantryczna czöd, której celem jest pozbycie się własnej jaźni, czyli ego. Za inicjatorów tej praktyki przyjmuje się Phadampę Sangje, indyjskiego jogina i Maczing Labdrome, tybetańską mniszkę. Praktyka ta polega na prowadzeniu medytacji przy wykorzystaniu kang-ling, czyli trąbki z kości piszczelowej, damaru, czyli małpiego bębenka, dzwonka dril-bu i sztyletu magicznego phurbu. Na miejsce akcji zazwyczaj wybiera się cmentarz lub miejsce kremacji zwłok, gdzie praktykant zwołuje głodne duchy, aby pożarły jego ciało.

Aleksandra David-Neel przedstawia to sugestywnie w swej książce „Mistycy i cudotwórcy Tybetu”:

„Wyobraża sobie, że bóstwo przedstawiające jego własną wolę, wydostaje się z czubka jego własnej głowy i staje przed nim z mieczem w dłoni. Jednym uderzeniem ścina mu głowę, a gdy demony zbiegną się na ucztę, obcina mu członki, obdziera ze skory i rozpruwa brzuch, z którego wypadają jelita, krew toczy się strumieniami a szkaradni gości szarpią mu ciało, żrąc chciwie i głośno. Ten akt misterium nazywa się czerwoną ucztą, a po niej następuję czarna uczta, której mistyczne znaczenie ujawnia się tylko adeptom wyższego stopnia. Z kolei orgia ustępuje ponuremu nastrojowi samotności, a egzaltacja naljorpy stopniowo słabnie.”

Po zwiedzeniu klasztoru i zapoznaniu się z praktykami tantrycznymi postanowiłem wrócić, ale Rembecki poszedł ku wierchom. Nawet mi do głowy nie przyszło, że to może skończyć się źle, chociaż były ku temu powody, ale mądry Polak po szkodzie. Wróciwszy do rest house’u i odpoczynku zabrałem się do gotowania ryżu, licząc, że Rembecki wróci za godzinę, najwyżej za dwie. O 3-ciej przyszli kupcy, którym szybko sprzedałem bez targowania wibramy Rembeckiego za ustaloną z góry cenę. Zjadłem swoją porcję ryżu i czekałem, wiedząc, że o 6-tej nagle zrobi się ciemno. Minęła 6-sta, 7-dma, a Rembeckiego nie było. Miałem kłopot czy robić alarm, czy czekać. Postanowiłem czekać, licząc z wyrachowaniem, że biwak na mrozie bez śpiwora dobrze zrobi na przyszłość memu towarzyszowi. Czekałem. Na szczęście o 10-tej ściągnął Rembecki. Co się stało? Okazało się, że przyczyną były sandały, w których wybrał się na zdobywanie Himalajów.
www.kazir.blog.onet.pl

Walentynkowo – „Krótki film o miłości”

Wzrok kusi napis „Konkurs walentynkowy! Opowiedz nam o swoich walentynkach i wygraj Kosmetyki AA”. Ale co tu opowiadać? Skoro wszystko na to wskazuje, że wysłanie drugiemu serduszka to nie jest wyraz uczuć, a modna komercja. Zatem serduszka z głębi serca nie dostaję, za to kanadyjski mail od licealnego kolegi „Happy V Day chickie!! ♥”. Serduszko od osoby, po której mogłabym się  wszystkiego spodziewać, ale nie tego znaczka.. Zaściankowy prowincjonalizm trawi me samotne trzewia.

Dlatego jak co roku zimny prysznic stawiający w pion – „Krótki film o miłości”. Tak bardzo pasujący w ten walentynkowy czas, że chyba warto go w tym właśnie dniu,  ponownie razem obejrzeć.

W 2007 roku  zdarzyło się tak, że zostało mi kilka ukraińskich zdjęć, ze spływu Dniestrem brata Jarka. I jakby nie bardzo wiedziałam jak je pokazać. Niby niespójne, bez wspólnej osi, czekały na bingla, który nagle zaświecił  i… napisałam scenariusz. Uwaga – film z napisami w języku polskim. Zapraszam – ew

„Miłe złego początki” – Poznali się i nagle niebo spadło im na głowy, a  swym zapachem  odurzył księżyc. Krew się zagotowała w naczynkach,  jej uderzając do głowy, aż przestała trzeźwo myśleć, jemu wręcz przeciwnie – spłynęła całkiem w dół, aż do „mózgu”:

„Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą” – Zdarzyło się im drwa rąbać nie raz, aż miło, zatem na świat przyszły niebawem dzieci:

„Proza życia zastała ją w kuchni” – Z radością spozierała tęsknie za nim w okno, śliniąc 156 pieróg. Jak nie pierogi, to  gotowanie wory kartofli. On stale był głodny. Ona nie nadanżała, ale starała się,  i uwijała jak w ukropie, by mu jakoś dogodzić:

„A tak w przerwie” – W przerwie między jedną kuchnią a drugą, biegła truchtem, aby zarobić kilka kopiejek do marnie płatnej pracy:

„Jestem kobietą” – Za te kopiejki on kupował benzynę i czasami litościwie brał ją na przejażdżkę, wtedy ona czuła się naprawdę prawdziwą kobietą, lubiła te dni:

„Miłość” – Kochała go za to i cieszyła się, że jej trud w rychtowaniu pierogów i kartofli nie idzie na daremno, przecież tak bardzo podniecał ją swym wielkim brzuchem. Z tej radości, aż przebierała nogami a potem biegła szybko do kapliczki, by się pomodlić za jego dobre zdrowie:

„Modlitwa” – By jak najdłużej jej żył i by mogła nadal gotować wielkie gary tylko dla niego, a potem namiętnie prać nad rzeką, jego bardzo brudne gacie:

„Meritum” – A nade wszystko, gdy już przyjdzie  kres żywota, aby mieć przed czym przestrzegać swą wnuczkę…


Fine – ewolny
fot. J. Kroplewski Ukraina

 

Kafiristan kryptonim brunetki, blondynki

Wg opowiadania R. Kiplinga do redaktora dziennika bombajskiego przyszedł pewien obdartus i powiedział, że chce mu coś pokazać. Po odwinięciu zawiniątka ukazała się na wpół rozkładająca się  głowa ludzka, na której tkwiła złota korona:

- To jest głowa króla Kafiristanu – obwieścił włóczęga.
Redaktor rozpoznał w niej człowieka, którego widział kiedyś w pociągu:
- To jest Daniel Dravot – rzekł.

Kafiristan leży gdzieś w Afganistanie, w górach Hindukuszu. Na mapie trudno jednak znaleźć go, ewentualnie można znaleźć dolinę Kalaszów, jak też inaczej nazywa się Kafirów, którzy słynni byli ze swej waleczności. Pierwszą wzmiankę o nich zawdzięczamy Mohamedowi z Ghazni, temu, który jako  pierwszy najeźdźca muzułmański dotarł do Indii. W XV wieku starli się z hordami Timura i odnieśli zwycięstwo. Pamiętamy, że książę litewski Witold poniósł klęskę w starciu z wojskami Timura, nad Worsklą, w roku 1399.

W 1893 r. Wielka Brytania wytyczyła granice swojej posiadłości Indii z Afganistanem na szczytach pasma górskiego, odcinając w ten sposób wschodnie doliny zamieszkane przez Kalaszów od reszty Kafiristanu.

Kafirka
Oni wszyscy tam uważają się za potomków żołnierzy…  Aleksandra Macedońskiego.
Czy to jest prawda?? W jakimś linku, wspominano o przeprowadzeniu  badań, które to potwierdziły – marzenia tych ludzi się spełniają.

Zaledwie 2 lata później w roku 1895 emir Afganistanu Abd al-Rahman Khan z Kabulu (zwany „Żelaznym Emirem”) zajął zbrojnie Kafiristan i brutalnym terrorem (wymordował ponad 60% ludności) zmusił Czerwonych Kafirów do przyjęcia islamu. Od tej chwili Kafiristan został nazwany Nuristanem (Krajem Oświeconych). Kalasze po brytyjskiej stronie granicy uniknęli tego losu, jednak trudne warunki życia powodowały, że ich liczba stale malała.

Kalaszka
Podziwiam jej uśmiech i urodę, prawdziwie kafirską.

Kim właściwie są Kafirowie? Oni sami uważają się za potomków żołnierzy Aleksandra Macedońskiego, ale uczeni tego nie potwierdzają. Wprawdzie mają oni jaśniejszą karnację i spotkać wśród nich można blondynów z jasnymi oczami, jednak język ich wskazuje na pochodzenie indoeuropejskie z gałęzi dardyjskiej.

Wracając do Bombaju, redaktor dziennika bombajskiego zapytał włóczęgę:
- O ile pamiętam był jeszcze jeden człowiek, który wyruszył razem z Danielem Dravot. Co stało się z tym drugim?
- Peachey został ukrzyżowany – odrzekł obdartus – Ale przeżył i został uwolniony, gdyż Kafirowie uznali go za boga z powodu przeżycia ukrzyżowania.

Dwa dni później włóczęga umarł w azylu dla bezdomnych.
www.kazir.blog.onet.pl

Robert Plant – Band of Joy

W listopadzie wspomniałem Roberta Planta przy okazji nowej płyty Bryana Ferry, bo jest on dla mnie obok Ferry-ego najbardziej rozpoznawalnym wokalistą.

13 września 2010 roku wydany został dziewiąty studyjny, solowy, album Planta „Band of Joy”. Robert Plant jest muzykiem, który nie musi niczego udowadniać, nie musi się z nikim ścigać, nie musi podążać za modą – wystarczy, że śpiewa, a nieustannie jest w znakomitej formie wokalnej. Nowa płyta brytyjskiego wokalisty nie jest materiałem autorskim, jest to zbiór różnych klasycznych mniej lub bardziej znanych utworów, tylko jeden, Central Two-O-Nine, jest autorstwa Planta i Buddy-ego Miller-a (gitara elektryczna, produkcja płyty). Płyta to taka podróż w przeszłość Roberta Planta do czasów przed zeppelin-owych kiedy Plant wraz z John-em Bonham-em występował w kapeli o nazwie właśnie Band of Joy. Zespół działał w latach 1966-1968 i grał głównie cudze, soulowe i bluesowe kompozycje. Na „Band of Joy” Planta znajdziemy dużo country, folka, bluesa, a nawet coś na irlandzką nutę. Brzmienie płyty przywodzi również na myśl brzmienia płyt Led Zeppelin z ich akustycznych okresów. „Band of Joy” pełne jest łączenia i przenikania się ze sobą muzyki elektrycznej i akustycznej, rytm utworów potęguje dodanie dodatkowej sekcji rytmicznej wspomagającej bas i perkusję. Moje ulubione utwory na tej płycie to zeppelinowski Angel Dance, country-owy House of Cards, niepokojący i przygnębiający Monkey (doskonale wspiera w nim Roberta Pani Bekka Bramlett), oparty na motywie pieśni tradycyjnej Satan Your Kingdom Must Come Down oraz skoczny prawie beatlesowski You Can’t Buy My Love. Robert Plant we wszystkich utworach śpiewa spokojnie, bez popisów wokalnych, na które z pewnością jeszcze go stać. Słychać, że zależy mu na melodii i przekazaniu nastroju słuchaczowi. Plant cały jest z muzyki i po jaki repertuar nie sięga to wprowadza świeżość, ale i klasyczny sznyt. Nie bez przyczyny w 2006 roku piosenkarzowi przyznano pierwsze miejsce na liście 100 najlepszych wokalistów wszech czasów (Hit Parader) – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

Video do Angel Dance, singla promującego album:

Mój ulubiony – Monkey, z koncertu w BBC Radio 2:

Obcozwierzęcy język

Tak siedzę  sobie z córeczką i słucham angielskich piosenek. Moja mała Madzia z zainteresowaniem wsłuchuje się w melodie i choć ma dopiero pół roku to takie mam wrażenie, że w dziecku jest już wyrobiony jakiś gust. Przy niektórych melodiach bardziej się skupia a przy innych wręcz denerwuje. I tak oto piosenka o pięciu małpkach skaczących po łóżku, stała się faworytem Madzi i moim.

Jest też taka piosenka o dźwiękach wydawanych przez zwierzątka. Super. Ale najważniejsze, że mimo swojej prostoty wprawiła mnie w myślakowy nastrój.

Zastanowiło mnie w niej, jak różnie człowiek może interpretować zwierzęce odgłosy. To wręcz zadziwiające, że my słyszymy te same odgłosy „nieco” inaczej niż dajmy na to tacy Amerykanie.

Jeśli coś napisałem nie tak, to proszę o korektę. Rzuca się w oczy, że nasz język w tej kwestii jest niestety uboższy. No chyba, że tam gdzie wstawiłem znaki zapytania istnieją jakieś odpowiedniki.

Dźwięki wydawane przez zagraniczne zwierzęta to:

pies – woof (łuf)
krowa – moo
kaczka – quack (kłak)
sowa – to whit to whoooo
kot – meow (miał)
ptaszek – tweet (tłit)
świnka – oink (oink)
myszka – squeak (skłik)
koń – neight (nejjj)
baranek – baa (ba)
królik – thump thumpety thump
wąż – hiss
kura – cluck (klak)
żaba – ribbit
pszczoła – buzz
osioł – hee haw (iha)
słoń – pawoo
niedźwiedź – growls grrr
lew – roarrrr

Dźwięki wydawane przez nasze rodzime zwierzęta to:

pies – chał
krowa – muuu
kaczka – kwa
sowa – uuuuu
kot – miał
ptaszek – ćwir
świnka – kłiii
myszka – piiii
koń – iaaaaa
baranek – beeee
królik – (?)
wąż – ssss
kura – koo – kooo
żaba – kum
pszczoła – bzzz
osioł – iooo
słoń – (?)
niedźwiedź – (?)
lew – (?)

fot. Tomek Madzia