c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Myślaki

Synergia słowa pisanego czyli o Pulwach

Prognozy pogody przewidywały trochę słońca. Wybrałem się więc na Pulwy. Spece podają, że na tych przestrzeniach, o tej porze roku można spotkać wiele szponiastych. Tym razem niewiele zobaczyłem. Być może nie ta pora dnia i nie to miejsce. Trzeba będzie próbować dalej. Przy okazji zauważyłem, że amatorzy nart jakoś pasywni. Pewnie preferują sporty zimowe w wysokich górach.

Bagno Pulwy. Na mapie, w naturze – bo to tylko kilkanaście kilometrów od Wyszkowa, w opowieściach świadków jego meliorowania, przez lornetkę i w obiektywie aparatu fotograficznego, z rowerem, piechotą i z przeciwpożarowej wieży dozorowej leśników. Wiele o nim wiadomo; że torf, bo i w szkole w Porządziu można zobaczyć narzędzia do kopania torfu, że hodowla krów, że zlikwidowany PGR, że obfite zbiory siana.

Powieść „Siostry Opposto” Darii Galant sprowokowała do kolejnego zerknięcia do internetu.

Tyle razy szukałem czegoś o tych okolicach, apelowałem do czytelników mego bloga o jakieś kompetentne informacje o strukturze geologicznej tego terenu – i … nic. A w powieści; tajemne Jezioro Wypłynięte, drogi przez błota, karczmy, Utopce. Gdzie autorka wynalazła takie „cuda”? Sprawdzam w internecie. Klik i … ile tego jest! To chyba przez inną, ostatnio zainstalowaną, wyszukiwarkę.

SŁOWNIK GEOGRAFICZNY KRÓLESTWA POLSKIEGO I INNYCH KRAJÓW SŁOWIAŃSKICH. Wydany Pod Redakcyą Filipa Sulimierskiego, redaktora Wędrowca, magistra nauk fizyczno-matematycznych b. Szkoły Głównej Warszawskiéj, Bronisława Chlebowskiego, magistra nauk filologiczno-historycznych b. Szkoły Głównéj Warszawskiéj, Władysława Walewskiego, obywatela ziemskiego, kandydata nauk dyplomatycznych uniwersytetu dorpackiego.

Skład Główny w Redakcyi Wędrowca, ulica Nowy Świat Nr. 59
WARSZAWA. NAKŁADEM FILIPA SULIMIERSKIEGO i WŁADYSŁAWA WALEWSKIEGO
Druk „WIEKU” Nowy Świat Nr. 59. 1880. Дозволено Цензурою.Варшава, 24 Февраля 1890 г.

W słowniku znajduję „Pulwy” i czytam całość a tu cytuję tylko fragmenty:

Pulwy 1.) rozległe bagna, na dziale wodnym Bugu i Narwi, w pasie ich równoległego biegu ze wschodu ku zachodowi, w odległości około 3 mil. Bagna te ciągną się w pow. pułtuskim, na obszarze należącym do leśnictwa rządowego Wyszków, tudzież dóbr prywatnych: Przetycz, Lubiel, Wola Lubielska, Bielino i dóbr donacyjnych Rząśnik. (…) Rząd pruski zamierzał osuszyć Pulwy, o czem świadczą plany niwelacyjne z 1798 r., po rządzie tym pozostałe. Na planach tych oznaczone są linie, którędy kanał do rz. Narwi miał być prowadzonym, a mianowicie korytem rz. Pulewny. Rząd ks. warszawskiego nie mógł wykonać tego dzieła; (…) Kanał projektowany miał posiadać u spodu szerokości stóp 6, głębokości zaś 3 do 4 stóp. Koszt wybicia kanału obliczono: w części leśnictwa Wyszków na długości prętów pol. 1864 rsr. 2102 kop. 74; w części majoratu Rząśnik na dług. pręt. 1591 rsr. 1487 kop. 69; że zaś długość projektowanego kanału ku rz. Narwi, przez dobra prywatne Wincentowo, Gołystok, Woła Polewna, Cygany, Sokołowo, Gostkowo i Zambski Zastrużne wynosi pręt. 2722, to w stosunku powyższym koszta wybicia takowego czyniły około rsr. 2829, czyli razem kanał dług. pręt. 6177 kosztowałby rsr. 6419 kop. 43. (…)

I dalej o zasobach torfu, jego ilości i wartości rynkowej. Potrafili liczyć! O torfie, na naszych Pulwach, pisano też w 1905 r. w Chemiku Polskim”. Najważniejsze jednak, że mamy już Naturę 2000 na Pulwach. Wbrew tym, co to „są nękani” przez jakieś tam administracyjne ograniczenia. Ograniczenia w swobodnym niszczeniu środowiska.

Natura 2000 na Pulwach (wiadomość z Klubu Przyrodników, z dnia 28.10.09)
Na dzisiejszym posiedzeniu Rada Ministrów, oprócz listy obszarów siedliskowych, zatwierdziła wyznaczenie „Bagna Pulwy” jako obszaru specjalnej ochrony ptaków Natura 2000 Obszar „Bagno Pulwy” zajmuje 4112,3 ha i jest położony w województwie mazowieckim, w gminach Rząśnik i Długosiodło. Na tym łąkowo-bagiennym terenie mają siedliska cenne gatunki ptaków: derkacz, kulik wielki, bocian biały i podróżniczek. Ich liczba jest istotnym kryterium włączenia tego obszaru do Natura 2000. „Bagno Pulwy” będzie 142 obszarem specjalnej ochrony ptaków Natura 2000. Ogólnie powierzchni chroniona wyniesie 5 126 463 ha, to jest ok. 15,9 proc.powierzchni kraju.

Więc może czytelnicy powieści o siostrach Opposto, z innych stron Polski, zerkną też do internetu zaciekawieni tajemnym słowem „Pulwy”. Może tu przyjadą zobaczyć te błota? Może ktoś czytając coś np. o przyrodzie tego miejsca znajdzie informację, że ktoś to opisał w jakiejś powieści i zechce ją przeczytać. Może ktoś zechce, choć w niewielkiej części, odzyskać dla przyrody te zmeliorowane bagna.

I tak jedna informacja wspiera inną. Może więc na Pulwach będzie „interesem” postawienie prawdziwej karczmy, zarządzanej przez realne siostry?
fot. Wiesław Czapski Pulwy
www.owyszkowie.blox.pl

Zobacz również:
Bagno Pulwy czyli nastrój powieści „Siostry Opposto”

Wielki marsz srebrno-ekranowego cielca

Richard Bachman „The Long Walk” – Miałem wtedy piętnaście albo szesnaście lat. Był początek pięknego maja, kiedy w księgarniach ukazała się książka Richarda Bachman’a zatytułowana Wielki marsz.  Nie wiedziałem jeszcze, że przeczytam coś co dosłownie zdzieli mnie obuchem po głowie. Dziś ta książka nie wywarłaby takiego wrażenia, ale wtedy znajdowałem się na szczycie wyostrzonej wrażliwości nastolatka. Tylko ten jeden raz książka tak na mnie podziałała, że nie potrafiłem o niej nie myśleć, ba, nawet w snach nie dawała spokoju. Jeśli ktoś powie, że stworzył ją chory umysł to przyznam mu rację. Napisana przez młodziutkiego Stephena Kinga (wydana pod pseudonimem Bachman), który w swoich wczesnych dziełach cechował się najbardziej pobudzającymi wyobraźnię dziełami.

Rozpoczynają się zawody sportowe, w których stu chłopców wyrusza w drogę po prostu idąc przed siebie wyznaczoną przez organizatorów trasą. Idą do utraty sił. Bez przerw. Kto upadnie zostaje rozstrzelany przez wojskowych pilnujących regulaminu marszu. Zwycięzcą zostaje ten, kto wytrwa do upadku przedostatniego uczestnika.

Wszystko odbywa się przy udziale kamer telewizyjnych i tłumów „kibiców”, bo telewizyjne reality show w dawnej formie nie dostarczały już właściwych emocji. Historia zatoczyła koło i krew gladiatorów starożytnego Rzymu znowu stała się potrzebna dla zaspokojenia krwiożerczej ludzkiej natury. Maszerujący zaprzyjaźniają się, nienawidzą siebie nawzajem, upadają umierając w konwulsjach, a z ich głów płyną kałuże krwi. Widownia wtedy szaleje z ekstazy.

Kiedyś świat potrzebował ofiar i dostarczał ich. Później nastąpił „postęp” a rozwinięta technologia pozornie wyleczyła  ludzi z pierwotnej żądzy. Jednak krok po kroku rozrywka poprzez coraz bardziej wyszukane programy epatuje złośliwością, wykonywaniem obrzydliwych zadań za pieniądze (typu zjadanie robactwa), ringiem otwartym, w którym biją się na gołe pięści podczas transmisji telewizyjnej dla szerokiej publiczności, wypierającymi wszystkie inne, serialami kryminalnymi… Mam wrażenie, że śmiałość twórców w podnoszeniu poprzeczki agresji rośnie w sposób inteligentny, tak żeby oswoić z okrucieństwem nie wywołując sprzeciwu opinii publicznej.

Owa książka Richarda Bachman’a (Stephena Kinga) nie  jest napisana pięknym językiem, nie poucza, ani nie przestrzega dosłownie przed groźbą łamiącej wszelkie tabu rozrywki. Jest jednak doskonała. Czytając ją jako nastolatek nie dostrzegłem tego co dostrzegłem po latach. Wtedy przewracałem kartki z ekstazą czekając jak to się rozwinie i… stałem się owym ponurym „kibicem” obserwującym fikcyjne zawody jak prawdziwe. To było niewinne? Przecież siedziałem w fotelu a to była tylko książka. Teraz wiem, że niewinne to nie było. King uderzył mnie w twarz podstępnie serwując niby czystą rozrywkę a złapał na ekscytacji – Tomek

Gałąź jemioły w historii i medycynie

Idąc dzisiaj przez plac kupiłem złotą gałąź jemioły. Dlaczego gałąź jemioły i dlaczego złotą. Ponieważ przynosi zgodę, miłość i szczęście. Kupuje się ją przed świętami bożego narodzenia i na ogół wiesza się nad drzwiami. Zimą, gdy drzewa są ogołocone z liści, jemioła staje się szczególnie widoczna. To jedyna w Polsce roślina nie zapuszczająca korzeni do ziemi.

W Polsce znany jest tylko jeden gatunek jemioły. Rośnie on na drzewach liściastych: topolach, lipach, klonach, wierzbach, a także na jabłoniach i gruszach. Jednakże za najwartościowszą uważana jest odmiana rosnąca na dębie. Jej owoce dojrzewają na początku zimy i są przysmakiem ptaków zimujących w kraju. Jemioła zamiast zwykłych korzeni ma specjalne ssawki, wrastające pod korę drzewa. Dzięki nim może podkradać swemu żywicielowi wodę. Jeśli są to pojedyncze krzaczki (chociaż czasem można się doliczyć aż dwustu), nie szkodzą one drzewu. A dla ludzi mają znaczenie szczególne.

Już celtyccy kapłani składali jej hołd jako lekowi na wszystkie choroby. Napój z jemioły miał uleczać samice z bezpłodności. Zwyczaj całowania pod jemiołą wywodzi się przypuszczalnie z XVII-wiecznej Anglii. Po każdym pocałunku mężczyzna zrywał z krzaku po jednej kulce. Wierzono, że gdy zerwie ostatnią, otrzyma dar płodności. Wiąże się to z lepkim sokiem z owoców, które traktowano jako boskie nasienie. Jemioła więc musiała mieć nieziemski rodowód i działanie. Jemioła jest rzeczywiście skutecznym lekiem. Ekstrakt z jemioły może pomóc osobom z nadciśnieniem, wzmacnia serce i koi nerwy. Uważana jest także za afrodyzjak.

W Górach Albańskich jest świątynia Diany z Nemi, której strzeże dzień i noc  kapłan, krążący z mieczem wokół przybytku. Kapłan wie, że go czeka śmierć, gdyż on też aby zostać kapłanem musiał zabić swego poprzednika i on także i zostanie zabity przez swego następcę. Ale przedtem musi zabójca ułamać gałąź jemioły, rosnącą na dębie. Kapłan jest symbolem dębu, który może zostać zabity, wtedy gdy ułamana zostanie jego gałąź.

Eneasz, gdy przekraczał Styks, pokazał Charonowi gałąź jemioły, dzięki czemu został przewieziony na drugi brzeg. Ma tutaj jemioła magiczną moc. W micie skandynawskim bóg Baldur zostaje zabity gałęzią jemioły a potem spalony na stosie. Pliniusz podaje, że najskuteczniejszym lekarstwem była jemioła rosnąca na dębie. W oczach druidów nie ma nic świętszego nad jemiołę i drzewo, na którym rośnie, pod warunkiem, że jest to dąb. Znane są także wypadki, gdy kobiety bezdzietne jedzą jemiołę, by mieć potomstwo. Również Ajnowie uważali jemiołę za lekarstwo na niemal wszystkie choroby. Wolofowie z Senegambii uważali szczególny gatunek jemioły, zwany tob. Noszą na sobie liście tej jemioły, gdy wybierają się na wojnę, tak jakby te liście były talizmanami. Chłopi piemonccy i lombardzcy szukają w dzień św. Jana oleju św. Jana, który leczy wszystkie rany. Jest nim prawdopodobnie wywar z jemioły. W Szwecji jemioła uchodzi za lekarstwo na padaczkę, a w Holsztynie jemioła uważana jest za panaceum na wszystkie rany. Wiara, że jemioła chroni przed pożarami panuje zarówno w Szwecji jak i we Włoszech, a w Szwajcarii i w Czechach nazywana jest miotłą piorunową – Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl
fot. ewolny Bielsko-Biała

Zobacz również:
- Pod jemiołą

Wzgórze Trzy Lipki zimą

P1010078

Nie przyszła góra do Mahometa,  Mahomet przyszedł do góry. Ponieważ Mikołaj nie przyszedł, co nie powinno wcale dziwić, dlatego sami pójdźmy do niego. Kierunek Laponia z tym, że już po kilku krokach okazuje się, że jakby tkwimy w niej po uszy.

Otóż ocieplenie klimatu (którym straszono nas tak uczenie), odczuwamy, ale w ostrym biciu  kieszeni, że tak  tylko wspomnieć coraz wyższe rachunki za prąd, które płacimy już co miesiąc, mnożąc przy okazji opłaty stałe razy dwa.  Ale jest pewien sprytny sposób na zaniżenie tych świadczeń – zdecydowanie w swoim komputerze, telewizorze lub tapczanie program POWER OFF i… w Polskę idziemy drodzy Panowie! W Polskę,  której brak tylko reniferów i Laponia jak trza!

Znane nam z lata urokliwe  Wzgórze Trzy Lipki, posiadające przy tym ciekawą historię, to wymarzone miejsce do całorocznych spacerów,  medytacji, kontemplacji lub… pobijania „wyników” Dalekich Obserwacji.  Przełamałam złe wspomnienia i stwierdziłam z zachwytem, że… jest chyba nawet piękniejsze zimą.  A samotni narciarze przywiedli na myśl nie tak odległe tęgie zimy, śnieżną Alaskę i  Zew Krwi, Biały Kieł, Londony, Curwoody… ech.

Nawet kilka razy udało mi się  zapaść w śnieg po pas i nawet znalazło się gotowe igloo – niestety, zarazem bezlitosny probierz wieku. Z biegiem zim sztywniejący kręgosłup? Nie. Za bardzo dorosła w jakby za krótkiej koszulce dzieciństwa swojego…

Nic to.  Najważniejsze jest oderwanie myśli od prozy dnia codziennego, poprawienie nie tylko humoru, ale i swojej kondycji, a przy tym hartowanie, doświetlenie dna oka i przewentylowanie dolnych warstw płuc, „poprzebywanie” z samym sobą.

Dojście:


Na wzgórzu:


Powrót:


fot. ewolny Bielsko-Biała

Wspomnienie o Kitonie z Lublina

* Trzeba mieć marzenia do gwiazd, wtedy te mniejsze też się spełniają – Mirosław Olszówka (1960-2010)

Dowiedziałem się o tym 2 grudnia, dowiedziałem się o tym, że we wtorek 30 listopada zmarł człowiek, który w moim widzeniu świata zrobił najwięcej dla jego części jaką jest moje miasto, Lublin. Zmarł w wieku 50 lat Mirosław „Kiton” Olszówka. Człowiek orkiestra animator  kultury, aktor, mim, reżyser, menadżer zespołów Voo Voo i Osjan, producent płyt. Ożywił Zamek w Janowcu organizując na nim od 2002 roku wiele imprez artystycznych i promując go wśród turystów polskich jak i zagranicznych. Jak się okazuje jego koronnym przedsięwzięciem był  INNE BRZMIENIA ART’N'MUSIC FESTIVAL  w Lublinie, który jak sam mówił stworzył dla Lublina, miasta ubiegającego się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w roku 2016. Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w 2008 roku, w tym roku była już (dopiero) trzecia edycja. Na Inne Brzmienia Art’n’Music Festiwal w 2008 i 2009 roku byłem na wszystkich koncertach i wystawach na jakie dałem radę pójść. W roku 2010 niestety, niestety nie byłem na koncertach festiwalowych, ale kręciłem się po starym mieście i robiłem zdjęcia około festiwalowe oraz zdjęcia wystaw fotografii na ścianach kamienic lubelskich. Główną atrakcją tegorocznej edycji był urodzinowy koncert zespołów Voo Voo i Raz Dwa Trzy, a dla mnie również obecność na lubelskim festiwalu Programu Trzeciego Polskiego Radia w osobie Piotra Stelmacha. Mirek Olszówka jako ideę Innych Brzmień postawił przenikanie się kultur z całego świata, spotkań artystów w trakcie aranżowanych wspólnych koncertów, wreszcie spotkań artystów z publicznością. Każdego roku cieszyłem się na lipiec w Lublinie bo wiedziałem, że będą Inne Brzmienia i że Mirek Olszówka znów Nas czymś zaskoczy. Kiton wpisał się już na stałe do historii miasta, do historii muzyki. Kolejny festiwal w 2011 roku zapewne będzie, może otrzyma jego imię? Jednak parafrazując piosenkę myślę, że Inne Brzmienia bez Kitona to jak Yoko Ono bez Lenona.

* motto życiowe Pana Miroslawa „Kitona” Olszówki. Tacy ludzie zostawiają po sobie puste miejsce w przestrzeni w jakiej żyli.

Załączam moje zdjęcia z otoczenia trzeciej edycji festiwalu oraz film o jednym z dni festiwalowych INNE BRZMIENIA 2010 ART’N'MUSIC FESTIVAL LUBLIN – LVIV. A pod linkiem sam Mirosław Olszówka, który mówi o swoim życiu w Lublinie o ciągłym realizowaniu coraz to nowych pomysłów artystycznych.


www.madabautmusic.blogspot.com

Moc modlitwy a medycyna

Więcej rzeczy jest osiąganych przez modlitwę niż świat jest w stanie wymarzyć – Alfred, Lord Tennyson.

Niektórzy z nas wiedzą, że się modlą. Inni myślą, że nie – ponieważ nie padają na kolana rano i wieczorem. Ale przecież siedzą całą noc przy chorym dziecku, robią zakupy dla starszych rodziców, borykają się trudnym życiem z alkoholikiem, wspierają marzenia tych, których kochają, swą ciężką pracą lub pomocą przy ich dzieciach. Pomagają przyjacielowi w rozpaczy, towarzyszą przyjaciółce w radości, troszczą się o swoje ciało i duszę. To też jest modlitwa.

Bez względu na to, czy zdajemy sobie sprawę czy nie – to modlimy się każdym oddechem, uderzeniem serca, uśmiechem. Modlimy się pragnieniem, oczekiwaniem, tęsknotą, głodem, wzrokiem, żalem. Modlimy rozczarowaniem, zniechęceniem, desperacją, niewiarą. Modlimy się złością, wściekłością, zazdrością. Modlimy przyjemnością, zadowoleniem, szczęściem, radością, uniesieniem. Modlimy wdzięcznością, uznaniem, docenieniem, akceptacją, ulgą. Modlimy się, kiedy pocieszamy, kiedy wspieramy. Modlimy, kiedy się śmiejemy i kiedy płaczemy. Modlimy się, kiedy pracujemy i kiedy bawimy. Modlimy się, kiedy kochamy ukochanego partnera i kiedy przygotowujemy komuś posiłek.

Modlitwą jest choroba. Modlitwą jest nasze życie. Modlitwa to dzieło sztuki, namalowana mandala, zapalona świeczka, napisana książka, wiersz lub utwór muzyczny.

Tak czy inaczej ciągle się modlimy. To jak żyjemy, celebrujemy, szanujemy jest modlitwą. Po prostu jedne modlitwy są lepsze od innych, a świadome modlitwy są najlepsze, bo świadome życie jest najpiękniejsze… Inspiracją tych pięknych rozważań, są luźne zapiski od rozmodlonej Helenki, która jest już 3 lata po operacji onkologicznej i wszystko OK!

Ale oto kolega napisał „Oburzający eksperyment: za tych się modlimy, żeby udowodnić, że modlitwa pomaga, a więc Bóg czuwa, a za tamtych, to się nie modlimy, żeby to samo udowodnić i dla dobra eksperymentu niech ich skręcą powikłania. To mógł tylko katolik wymyślić. Jarek – ateista”. A ja chciałam tylko zaznaczyć, że nauka rządzi się swoimi prawami. Tam, by coś stwierdzić na pewno, potrzebne jest szkiełko, oko, linijka, suwmiarka i liczby. Cynizm? Nie cynizm tylko potwierdzenie tezy. Moc podświadomości, możliwości ludzkiego mózgu – przecież ci chorzy nie wiedzieli, że biorą udział w eksperymencie, nie wierzyli w moc modlitwy, bo zwyczajnie nie mieli o niej pojęcia. To się działo poza nimi, nad nimi. Więc? Nigdy nie zaszkodzi a może pomóc – szczególnie gdy zawodzą sprawdzone metody..

Tym bardziej, że większość tradycji religijnych od dawna utrzymuje, że modlitwa zawiera potencjalną siłę leczniczą. Jednak medycyna naukowa nigdy nie uważała wiary w modlitwę za coś innego niż zabobon, do czasu gdy pojawili się badacze modlitwy…

Ci naukowcy – kliniści przedkładają nam znaczące dowody na to, że umysł nie jest strukturą wyłącznie umiejscowioną i może wpływać na materię w sposób decydujący – sposób, który może być dla osoby chorej, kwestią życia lub śmierci – dr Larry Dossey.

A konkluzją raportu przedstawionego podczas kongresu kardiologów (Dallas na początku lat 90) było zdanie – Pacjenci chorzy na serce szybciej wracają do zdrowia, jeśli inni się za nich modlą. Zaprezentowane przez lekarzy wyniki nowych eksperymentów, zdaniem wielu naukowców, graniczą z czarną magią, szarlatanerią lub łagodniej, to dowód wiary a nie przypadek medyczny. Poruszenie lekarzy było ogromne, zważywszy, że pamiętali dokładnie treść raportu sprzed 13 lat dr Randy Byrda, kardiologa, profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego, który podczas seminarium naukowego w Miami, przedstawił wyniki swych badań prowadzonych w szpitalu w San Francisco. Badania te miały miano Naukowej oceny działania Pana Boga.

W testowanej grupie było 192 pacjentów, w zespole kontrolnym 210. Obserwowani byli przez jeden rok nie wiedząc o prowadzonym eksperymencie. Dr Byrd, praktykujący katolik, polecił obcym osobom w różnych miastach Stanów Zjednoczonych modlić się o zdrowie tych chorych, których nazwiska im podał. Grupy modlitewne wyposażone w imiona, krótkie info o ich stanie zdrowia, były proszone o codzienne modlitwy – bez wytycznych jak się modlić. Za każdego chorego biorącego udział w badaniach modliło się 5 – 7 osób. Badanie było przeprowadzone zgodnie z najsurowszymi kryteriami stosowanymi w badaniach klinicznych, co oznacza, że: było losowe, prospektywne, podwójnie ślepe – w którym ani pacjenci, ani personel nie wiedzieli, do jakiej grupy, który chory należy.

Zatem rygorystycznie kontrolowane badania kliniczne wykazały, że modlitwa może być skuteczną siłą w procesie leczenia, albowiem wyniki badań zaskakiwały – pacjentów, za których się modlono omijały poważne komplikacje pooperacyjne i różnili się oni od pozostałych w wielu zakresach. Eksperyment dokładniej opisano w Medical Tribune.

Bryan Ferry – Olympia

W muzyce rock-owej czy jak ktoś woli popowej istnieją dla mnie dwaj najbardziej rozpoznawalni wokaliści, są nimi Robert Plant i Bryan Ferry. Ich głos i styl śpiewania nie pozwala mylić ich z kimkolwiek innym. Obaj geniusze muzyki wydali niedawno swoje nowe płyty. 25 października światło dzienne ujrzała „Olympia” Bryana Ferry. Jak sam Ferry mówi jest to album dla niego bardzo szczególny. Po pierwsze nagrany po ponad siedmiu latach nieobecności na rynku fonograficznym z autorskim materiałem, a to zawsze stawia pod osąd formę wokalisty. Po drugie na albumie u boku Bryan-a pojawiają się po raz pierwszy przy okazji nowego materiału koledzy z Roxy Music: Phil Manzanera (gitara), Andy macka (saksofon) i Brian Eno (klawisze).


Osobiście muzyka pop pasuje mi jedynie wtedy gdy jest najwyższej próby. Utwory na płycie „Olympia” są bardzo wyrafinowane, pięknie zaaranżowane i mają w sobie to coś, co nie pozwala się oderwać od słuchania płyty po pierwszym utworze. Bryan Ferry zawsze uwielbiał w muzyce elegancję. Przejawiała się ona właśnie w kompozycjach, ale i strojach Ferry-ego, a wcześniej całego Roxy Music. Dla Bryana Ferry zawsze ważna była oprawa zarówno występów jak i okładek płyt na których pojawiały się piękne kobiety, modelki. Tak jest i tym razem. Okładkę albumu „Olympia” zdobi zdjęcie Kate Moss, którą wokalista uważa za symbol urody całego współczesnego pokolenia. To nie koniec niespodzianek personalnych jakie wiążą się z powyższą płytą. Oprócz panów z Roxy Music zagrali na niej David Gilmour (solo w Song to the Siren), Marcus Miller (bas), Scissor Sisters (muzyka w Heartache By Numbers) , Nile Rodgers, Groove Armada (muzyka w Shameless), Jonny Greenwood of Radiohead, Flea ( bas w Song to the Siren), etatowym zaś gitarzystą w zespole Bryan-a Ferry jest zaledwie 22-letni Oliver Thompson, który dowodzi, że wiek nie ma znaczenia gdy ludzi łączy miłość do muzyki.

Płyta zawiera zarówno piosenki do tańca jak i utwory melancholijne. Każdy utwór brzmi niezwykle przestrzennie i zawiera całą masę mniej lub bardziej uwypuklonych szczegółów brzmieniowych, ukrytych motywów, solówek poszczególnych instrumentalistów, które można z radością odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach. Mimo to nagrania są niezwykle wyważone, wręcz klasyczne. Moimi faworytami na „Olympii” są: singlowy You Can Dance, Shameless brzmiący jakby unowocześniony klasyk Roxy Music, Song to the Siren – utwór Tima Buckley-a z gwiazdorską obsadą i odgłosami wielorybów w tle oraz przedostatni, będący jedną z w pełni autorskich kompozycji Ferry-ego, transowo – hipnotyczny Reason or Rhyme. Płyta doskonała, nagrana przez człowieka, który cały jest muzyką. Z pewnością wyciągnę ten album przy okazji imprezy sylwestrowej, karnawałowej, bo pasuje do zabawy z przyjaciółmi, ale pasuje też do słuchania we dwoje. 

Świetny video-dokument z prac nad albumem „Olympia”:

www.madabautmusic.blogspot.com

Manhattan

Spacerując ulicami Manhattanu, ma się wrażenie bycia częścią gigantycznej termitiery, która szczelnie wypełniła przestrzeń pomiędzy obiema odnogami Hudson River. W cienistych korytarzach ulic tłoczą się ludzie  przemieszani z samochodami, podążając w sobie tylko znanym kierunku. Dookoła strzelają w górę wieżowce jakby naśladując świat roślin w odwiecznym wyścigu ku słońcu. Ich elewacje – żółte, brunatne, czasem szare przypominają kolor skał, inne jednak z pogardą odrzuciły te materie powierzając swą wysokość tonom szkła i metalu.


Manhattan jak na dżunglę przystało nie jest jednolity. Jest pełen bogactwa form i niezwykłych czasem kształtów, gdzie tuż obok siebie stoją 3 piętrowy domek z czasów kolonialnych i szklano-aluminiowy kolos AEtny.
Największa jednak niespodzianka czeka w samym centrum wyspy, w jej zielonym sercu, którym jest Central Park. To niezwykła oaza i wytchnienie dla wszystkich zmysłów, zmęczonych walką z potęgą molocha. Central Park to luksus, coś co mogło przyjść do głowy tylko najbardziej ekstrawaganckiemu urbaniście, który nagle, w centrum ściśniętego do granic wytrzymałości miasta, pozostawił wolną i niezakłóconą żadną architekturą przestrzeń.

To dookoła Parku, otaczając go szczelnym wianuszkiem rezydencji, zamieszkali najznamienitsi, najbardziej wpływowi i wreszcie najbardziej majętni obywatele miasta. 5 Aleja jest osią i liczy się tylko ten, kto mieszka w jej pobliżu, gdzie tumult miasta ginie skutecznie tłumiony przez soczystą zieleń Parku.

Przystanąłem na jego skraju, vis-a-vis 70-tej ulicy. Przeglądam książki rozłożone bezładnie na zaimprowizowanym straganie. Wszystkie niemalże dotyczyły sztuki. Powoli przekładam więc kolejne tomy wyłapując w nich reprodukcje El Greco, Bosha, Caravaggia i wreszcie mojego ulubionego Vermeera. Nie ma nic wyjątkowego w tym, że lubi się prace właśnie tego malarza, z dalekiego jak droga na księżyc holenderskiego Delft. Docenił go, cały wrażliwy na sztukę świat, snobując się w egzaltowanej kontemplacji otaczającej artystę rzeczywistości, której symbolika tak uniwersalna, pozostała nienaruszona i aktualna do dziś. Powoli kartkuję  solidny tom, wydany przez szacowne wydawnictwo Taschen i w tym samym tempie rośnie we mnie pragnienie posiadania choćby takiej właśnie namiastki dzieł malarza, bo o oryginałach wiszących nad moim łóżkiem nie mógłbym chyba zamarzyć, nawet w najbardziej szalonych snach. Szukam wzrokiem sprzedawcy, który nie musi wcale się wysilać, żeby udowodnić, że w całym swoim życiu nie otworzył jakiejkolwiek ze  sprzedawanych na straganie książek. Cena jaką mam do zapłacenia jest raczej skromna i jej uiszczenie nie podlega najmniejszej dyskusji, bądź rozterce. Szybko odliczam więc potrzebną ilość banknotów i po chwili  siadam na pierwszej napotkanej w parku ławce, zanurzając się w lekturze.

Po raz wtóry tego dnia ostrożnie przekładam stronice albumu, ciesząc oczy widokiem tak dobrze znanych mi obrazów. Kiedy wreszcie zamykam opasły tom, mój wzrok bezwiednie odpływa gdzieś przed siebie, by zatrzymać się na chłodnych murach neogotyckiego pałacyku po drugiej stronie ulicy. Był to kiedyś dom jednego z najbardziej możnych ludzi amerykańskiego świata, stalowego magnata, Henry’ego Fricka. Jego pasją było nie tyle zdobywanie pieniędzy, co wydawanie ich na najwspanialsze dzieła światowej sztuki, by w ten właśnie sposób, zaspokoić swoją próżność. Jego surowo i ascetycznie wyglądająca rezydencja kryje do dziś w swych murach setki dzieł, z których każde z osobna, mogłoby być główną atrakcją najlepszych galerii na świecie. To tam znalazły dla siebie dom obrazy Vermeera, których reprodukcje oglądałem w albumie. Wystarczyło przekroczyć hałaśliwą i ruchliwą ulicę, by znaleźć się w miejscu po brzegi wypełnionym skarbami, przy których bladły te odnalezione w Sezamie przez Alibabę – Chris Miekina
fot. Chris Miekina Nowy Jork, USA
www.nowaatlantyda.com

Zobacz również:
- Krajobraz po bitwie

Opole, czyli rocznica przyjazdu zza Buga

Przez wiele lat miałem wpisaną, w dowodzie osobistym, informację o zameldowaniu. Był to wpis potwierdzający zamieszkanie w Opolu od 15.11.1945.


Obóz repatriacyjny 1945 r. w Katowicach. („Karta” nr 47/2005)
To jest właśnie rocznica przyjazdu do Opola. Ale „zza Buga” przyjechaliśmy na Śląsk wcześniej, w lipcu lub w sierpniu. Wiele wpisało się, do mojej pamięci 5-cio latka, z tej podróży. Doskonale pamiętam koczowanie na jakiejś stacji kolejowej. Przez kilka dni, moknąc wraz ze wszystkimi wiezionymi bagażami, mieszkaliśmy między torami kolejowymi, pod prowizorycznie skleconymi zadaszeniami. Sześcioosobowa nasza rodzina, w tłumie innych podróżnych, ciągle na coś czekała!

To była stacja kolejowa w Ligocie w Katowicach. W „Karcie” nr 47 z 2005 r. opublikowano kilka zdjęć z TEJ stacji kolejowej, z tamtego czasu. Oto potęga fotografii. Zobaczyłem na nich moją wizję tamtej podróży.

Jeżeli z tym miastem związany byłem przez prawie pół życia i dalej jest to „moje miasto” to zrobienie kilku zdjęć jest wskazane.

Obwarowania Opola, zbudowane przez Bolesława I ok. 1285 r. Pozostałości po baszcie Barbary, zachowane na dziedzińcu katedry. Zdjęcie sprzed kilku lat:


Uniwersytet Opolski:

Młynówka:


fot. Wiesław Czapski Opole
www.owyszkowie.blox.pl

Zobacz również:
- Wspomnienia z powojennego Opola
- Wycieczka rowerowa sprzed pół wieku
- Opole jakiego nie znacie