Od pamiętnej wycieczki Niuńka, którego zdjęcia mogliśmy podziwiać jeszcze na Tymczasowie, prześladowała mnie jedna myśl, dlaczego ustawiali ją obok każdej miniatury, przez co obecność tego Guliwera, skutecznie zaburzała proporcje i tym samym wyobrażenie rzeczywistości. Chciałam to naprawić robiąc nowe, lepsze zdjęcia, tym bardziej, że Park Miniatur, stale jest rozbudowywany i uzupełniany o nowe budowle. Z wycieczki jestem zadowolona, ze zdjęć już mniej. Park Miniatur w Inwałdzie, umożliwia niespotykanej liczbie wielojęzycznych wycieczek „zwiedzić” miejsca, do których pewnie nigdy by nie dotarli. To musi i robi wrażenie, ale i męczący tłok. Wszystkich miniatur tu nie wymienię, skupię się jedynie na tych, które wywarły najbardziej pozytywne jak i negatywne wrażenia. Dwa bieguny. Zapraszam.
Zdjęcie lepsze niż replika budowli widzianej nawet z kosmosu – mur chiński. Ech…

Wita nas Statua Wolności i muszla koncertowa Opery w Sydney, których nie da się sfotografować bez zbędnego, zaśmiecającego tła. Takich miniatur niestety jest tu sporo, miniatur o naprawdę światowym, wielce historycznym znaczeniu, niestety na tle karuzel, barów, pergoli z pelargoniami. Komercja. Na szczęście tego problemu nie ma ulubiony pomnik Tomka – Chrystus Zbawiciel z Rio de Janeiro. 32 metrowy pomnik na górze Corcovado (Garbus) to symbol miasta i gościnności Brazylijczyków, którzy witają przybyszów otwartymi ramionami. Statua odslonięta w 1931 roku, miała upamiętnić setną rocznicę niepodległości Brazyli. Ciekawostką jest fakt, że pomnik zaprojektował Paul Landowski, francuski rzeźbiarz polskiego pochodzenia:

Wrażenie robi też jordańska Petra, ruiny starożytnego miasta Nabatejczyków z I-II w.n.e. Ta wykuta w skale piętrowa budowla, zwana przez Beduinów „Skarbcem Faraona”, jest od 2007 wpisana na listę nowych, siedmiu cudów świata:

Z niesmakiem mijamy londyński Big Ben, o którym piszą, że to kompleks łączący wieżę, dzwon i zegar, które to wchodzą w skład kompleksu brytyjskiego parlamentu. 96 metrowa wieża wykonana z ciosanego kamienia, jest niewątpliwie symbolem Wielkiej Brytanii, ale tu mała, skromna i samotna, budzi raczej niesmak. To samo z paryską Wieżą Eiffla, która raczej przypomina niepotrzebny słup wysokiego napięcia – brak zachowanych proporcji, otoczenia, tła – to się mści.
Zatrzymujemy się natomiast przy Tadż Mahal, indyjskim mauzoleum wzniesionym przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów. On to właśnie na pamiątkę przedwcześnie zmarłej, ukochanej żony Mumtaz Mahal, przy pomocy 20 tysięcy osób, z materiału sprowadzanego z odległości 350 km, wzniósł budowlę, ktora obecnie jest przykładem szczytowych osiągnięć architektonicznych Indii. Stąd słusznie wpisana na listę siedmiu nowych cudów świata. Na uwagę zasługuje sam bogato zdobiony grobowiec, którego marmurowe powierzchnie pokryte są tysiącem kamieni szlachetnych, półszlachetnych i dekoracją kaligraficzną z czarnego marmuru. Ot, po prostu miłość:

Wrażenie robi też Sfinks, posąg symbolizujący leżącego lwa. Niestety prosić musiałam o sekundę przerwy, bo każdy, ale to każdy koniecznie chciał mieć zdjęcie… jak siedzi na nim na oklep. Żal. Niewątpliwie, w części „zagranicznej”, najpiękniej i z rozmachem, odtworzona jest watykańska Bazylika św. Piotra. To miłe, gdyż to najsłynniejsza i jedna z największych świątyń chrześcijańskich na świecie, której początki sięgają 324 roku, kiedy to Konstantyn nakazał wybudowanie potężnej świątyni ku czci św. Piotra. Z biegiem lat przebudowywana i wzbogacana. Pracował przy niej m.in przez Bramante, Rafael, B. Peruzzi, A. Sangalo i Michał Anioł. W 1926 roku uroczyście poświęcono jej 15160 m² powierzchni i 119 metrów w kopule:


Tak samo jak uwielbiane przez nas każde Coloseum. Tu amfiteatr Flawiuszów, wybudowany w Rzymie w latach 72-80 naszej ery. Wysokość 55 metrów, szerokość 156 metrów, długość aż 188 metrów. Amfiteatr ten mieścił 50 tys. widzów siedzących i 6 tys. widzów stojących. Fasada tego Koloseum wykonana jest w trzech stylach: doryckim, jońskim i korynckim. Wykonanie miniatury zasługuje na pochwałę:

Darujemy sobie Łuk Triumfalny oraz Bramę Branderburską, kompletnie nie zajmuje nas Biały Dom, zatrzymujemy się natomiast na dłużej przed wenecką Bazyliką św. Marka. San Marco zbudowana została dla pochowania relikwii św. Marka, wykradzionych w 828 z Aleksandrii przez weneckich kupców. Pomysł ten, związany jest z legendą zgodnie, z którą Marek podczas podróży morskiej do Rzymu zatrzymał się na tej lagunie, gdzie anioł mu rzekł pax tibi, Marce evangelista meus wskazując miejsce pochówku. Św. Marek jest patronem niezależnej Wenecji a skrzydlaty lew, przytrzymujący otwartą księgę z wyrytymi słowami anioła, to herb republiki:


Omijamy meksykańską świątynię Kukulkana, „dzień dobry” mówimy moim ulubionym posągom z Rapa Nui, które z Wysp Wielkanocnych przywędrowały za nami aż w Beskidy:

Rezygnujemy z przejazdu nad tym światem w pigule „kołem młyńskim”, z odwiedzin w kinie 3D, z błądzenia po labiryncie, oddajemy swoje bilety obcym dzieciom i przechodzimy do niewątpliwie LEPSZEJ, cudownie wykonanej polskiej części parku.

fot. ewolny Inwałd
Zobacz również:
- Inwałd, czyli szlakiem polskich zamków cz.2