c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Koniaków

O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 3

Z grefiną Prażma nigdy już się nie spotkał, aczkolwiek legenda twierdzi, że było inaczej. Za to spotkał się z hrabią Prażmą. I tu wykazał dziwnie rycerski swój honor. A to było tak..

Hrabia Prażma podczas polowania zapędził się za jeleniem, dognał go i zranił oszczepem. Jeleń rzucił się tedy na niego, rozdarł koniowi brzuch, a Prażma salwował się ucieczką. Jeleń dopadł go przy dębie i przygwoździł rogami do pnia. Rogi ominęły Prażmę, lecz zagwoździły się na pniu i zdychający jeleń nie mógł już ich wyciągnąć. Prażma byłby zginął, gdyby nie Ondraszek. Zwabiony narzekaniem hrabiego i jego wołaniem o ratunek przyszedł i uwolnił swego przeciwnika, odprowadził na drogę i pożegnał. Był to gest iście jaśniezbójnicki. Co z sobą rozmawiali, jak się ujednali, nikt nie wie. Że jednak doszło między nimi do jakiejś honorowej umowy, świadczy fakt, że hrabia Prażma, jako namiestnik śląski, przynaglany przez cesarza Karola IV pismami, by ujął Ondraszka, urządzał nań obławy celowo w tak nieudolny sposób lub uprzedzał go – a może to robiła grefina Prażma – o przygotowywanej obławie, że Ondraszek był zawsze nieuchwytny. Hrabia Prażma popadł za to w niełaskę u cesarza i dopiero judaszowskie talary stały się zgubą przesławnego „hajtmana” Ondraszka.

Chłopi mieli w nim swego obrońcę i protektora. Panowie bowiem lękami się Ondraszka. Dla świętej zgody, by z nim nie zadzierać, przyznawali swym chłopom pewne ulgi w pańszczyźnie i świadczeniach na rzecz dworu, a w duchu zaś przeklinali go i życzyli mu smażenia się w piekle w kociołku pełnym wrzącej smoły.Po śmierci Ondraszka panowie odetchnęli, chłopi zaś zapłakali gorzko, bo znów wróciły dawne srogie czasy i ciężoby. Pozostały tylko rzewne wspomnienia, elegie i powiarki. Elegie i wspominki sławiły Ondraszka, powiarki prawiły o zakopanych skarbach Ondraszka. Gdzie ich nie było? I w Raju pod Frysztatem, i w Kaczycach, i na Salmopolu w Beskidach, a przede wszystkim w Ochodzitej w Koniakowie. Tam utrzymywały się najdłużej.

Wiegułowie szukali owych skarbów, szeptali zaklęcia, lecz bezskutecznie, bo w owych zaklęciach brakowało zawsze tego ostatniego, najważniejszego słowa, zmuszającego jaroszków do wydania skarbów. Jaroszki zaś były podobne do małych diabełków, tym różniące się od zwykłej diablej hołoty, że miały ogonki prosięce zakręcone w precle i że sięgały dorosłemu człowiekowi do kolan. Poza tym były tak samo czarne, kudłate i rogate, jak zwykłe diabły. I byli tacy starzykowie w Koniakowie i w Istebnej, którzy szukali owych skarbów. Jeden z nich udał się nawet do ówczesnego księdza proboszcza Emanuela Grima, by wycyganić od niego okapki z paschalnej świecy:
- A na co wam te okapki, gazdo? – zapytał wielebny pan.
- Wielebny panie! Świeczkę sobie z nich ulepię i przy jej świetle pójdę o północy na Ochodzitą, odgonię tym światłem jaroszków i zbójnikowe dukaty będą nasze… Bo ja, wielebny panie, nie jest taki… Połowę dla wielebnego pana, połowę dla siebie…
Ksiądz proboszcz wygonił starego gazdę Kawuloka z wielkim krzykiem, a Kawulok potem opowiadał po Istebnej, że wielebny pan jest głupi, bo wzgardził Ondraszkowymi dukatami.

Starzy istebniacy i koniakowianie opowiadają, że jeżeli ktoś w noc świętojańską, o północy, idzie koło Ochodzitej, to widzi, jak na jej szczycie tańczą niebieskie płomyczki:
- Co to jest, gazdoszku? – pytają ci, co nie wiedzą.
- Tam suszą się Ondraszkowe dukaty, a te przegrzeszone marchy, te jaroszki czępią (kucają) nad tym ogniskiem i warzechami przewracają owe dukaty. Suszą je… I gdyby się znało to ostatnie słowo w zaklęciu, a które Ondraszek, Boże daj mu radość wieczną na tym drugim świecie, zabrał ze sobą, człowiek byłby bogaty, aże bogaty!…
Powiadają, że byli tacy śmiałkowie, którzy w świętojańską noc wydrapywali się na stromy szczyt Ochodzitej, by małowiele uszczknąć z tych skarbów, lecz jaroszki najpierw parskały na nich jak kocury, a potem wypadały z warzechami i goniły ich aż do karczmy „Na Rogowcu” w Istebnej.

Ja też się tam jednego razu wybrałem, a była to właśnie noc świętojańska. Wracałem w pojedynkę z Baraniej, patrzę się, a na szczycie Ochodzitej skaczą płomienie, a koło płomieni jaroszki. Wdrapałem się i przekonałem, że to nie były jaroszki a katowiccy harcerze tańczący koło ogniska.

Ondraszek przeszedł z czasem z ludowych powiarek, wspominek i ballad do polskiej i czeskiej literatury pięknej. Hyr zaś o nim rozniósł po bardzo dalekim świecie Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”, śpiewający wspaniałą suplikację zbójnicką „Ondraszek”, skomponowaną po mistrzowsku przez dyrektora Zespołu, Stanisława hadynę. I gdy dzisiaj turysta zabłąka się do Istebnej czy Koniakowa, czy Brennej, a przypadnie gaździe do serca, to gazda zapyka sobie fajkę usiednie na progu i tak zaczyna:
- Wiecie panoczku, toż to było tak z tym naszym Ondraszkiem…
I wtedy snuje się przepiękna homerycka legenda o Ondraszku, wygłaszana językiem również homeryckim w gwarze cieszyńskiej. I można wtedy słuchać długo w noc, aż w końcu gazda powie:
- No, ale panoczku, trzeba iść spać… – a na dobranoc jeszcze doda – a niech się wóm, panoczku, Ondraszek Przyśni!… (…)
Gustaw Morcinek 1928
fot: ewolny Ochodzita, Koniaków: Koniaków Ochodzita kryptonim stringi

Zobacz również:
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 1
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 2

O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 2

Uciekł z domu i dostał się na frydecki zamek jako hajduk. Upatrzyła go sobie młodziutka grefini frydecka. Francuzica chyba z piekła rodem, łakoma miłostek i na zamku, jako hajduk, czyli coś w rodzaju pazia średniowiecznego, jął „prząść złe nici” z grefinią. A raczej ona przędła z nim złe nici. Skończyło się na tym, że stary hrabia zastał ich na owym przędzeniu, kazał go związać, wywieźć w głąb lasu, przywiązać do drzewa i wysmagać. Nieprzytomnego zostawiono na pożarcie niedźwiedziom czy wilkom. Wyratowała go czarownica Luca – tu znowu wkracza legenda – która kurowała, mazała maściami, okadzała ziołami, goiła jego rany, odczyniała, czarowała, aż w końcu Ondraszek wyzdrowiał.


widok z Góry Baraniej 1220 m n.p.m

Na zamek nie miał po co wracać, do ojca nie miał po co wracać. I jako infamis przystał do bandy przemytników, szwarcujących tytoń ze słowackiej strony na śląską. I z owej przemytniczej hołoty stworzył bardzo porządną familię zbójecką. Ogłosił się jej „hajtmanem” i jął ruszać na wyprawy w doliny.

Legenda głosi, że czarownica Luca  za to, że duszę zapisał diabłu ofiarowała mu zaczarowany obuszek, czyli ciupagę oraz dała mu taką moc, że w razie ciężkiej obieży, gdy będzie napastowany przez partaszy, czyli  ówczesną służbę bezpieczeństwa, wystarczy mu przewrócić kubek do góry dnem i postawić na stole, a w tym mgnieniu wszyscy jego wrogowie zasypiają. I nawet nie wrogowie. Obuszek zaś chronił go przed śmiercią z ręki wroga. Jak długo trzymał go w dłoni, mógł łapać kule wystrzelone doń z pistolca czy giwera i ciskać w przeciwnika. Zamierzał się ktoś nań swoim obuszkiem, kłonicą czy siekierą, obuszek, kłonica czy siekiera łupnęła w czerep przeciwnika. Zabić zaś mógł jedynie ten, któremu by użyczył obuszka z dobrej woli.

I tak też się stało. Rudy Juroszek, podobny do Judasza, zabił Ondraszka jego własnym obuszkiem otrzymanym z rąk Ondraszka z dobrej woli. A działo się to w karczmie w Śniadowie w roku 1715, gdy Ondraszek ze swoją zbójecką familią wracał z wyprawy i po drodze zatrzymał się w owej karczmie kiermaszowej zabawy wiejskiej. I tu się kończy jego hyrny żywot.

Poćwiartowane zwłoki Ondraszka zwierzchność kazała zawiesić na przydrożnej lipie przed Frydkiem, a gdy z tej lipy kiedyś po wielu latach zrobił pszczelarz ul, na wiosnę ul wypuścił pędy, zakwitnął lipowem kwieciem. Był to znak, że na lipie wisiał niewinny człowiek.

Juroszek otrzymał owych sto talarów, lecz zasmakowawszy w rzemiośle zbójnickim, zaczął teraz chodzić nie na zbóje, lecz na rozboje i schwytany zawisł na szubienicy w Cieszynie, w roku 1716.

Całe Beskidy Śląskie były zbójnickim państwem Ondraszka. Zwędrował je wszerz i wzdłuż, zakopał owe skarby na górze Ochodzita w Koniakowie, brał ślub zbójnicki na Kubalonce, Szyndzielnej i Baraniej, zapuszczał się w doliny, pukał po nocach do dworów i domagał się „po dobrej woli” tyle a tyle talarów lub dukatów. Dziedziczni panowie bardzo się nie ciągali. Wypłacali mu na stół żądaną sumę, a on grzecznie podziękował i potem część dzielił między kamratów, część sobie zostawiał, a większą część rozdawał wiejskiej biedocie.  Za to mu też wszyscy chłopi dobrorzeczyli, a panowie złorzeczyli. Wspaniałym jego wyczynem była wyprawa na zamek lanckoroński pod Kalwarią Zebrzydowską. Wylazł na mury zamku ze swymi kamratami po ściętych jodłach przystawionych do murów, służbę i strażników związał w kordegardzie i nabrał skarbów na wóz i pojechał. Po drodze  rozdawał je znowu chłopskiej biedocie. Mój pradziadek w Piotrowicach także otrzymał od niego garść dukatów. W każdej zaś wsi wianował dziewczyny mające w tym roku wyjść za mąż, wymawiał sobie jednak, że pierwszy syn, który jej się urodzi, musi nazywać się Ondraszek. I stąd cały ten jego szlak powrotu z Lanckorony przez Czechowic e, Pruchną, Zebrzydowice, Raj koło Frysztatu, Cierlicko aż na Łysą Górę, cały ten szlak był znany daleko i szeroko, gdyż, było w nim pełno Ondraszków. Innymi słowy fundował sobie w ten sposób żywe pomniki… CDN
Gustaw Morcinek 1928
fot. ewolny Beskidy

Zobacz również:
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 1
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 3

O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 1

Pójdźmy chłopcy kraść i zbijać
Bo ni momy za co pijać
Ej, bo sie zapocyno
Ej, bo sie zapocyno
Bucyna ozwijać

Panowie, panowie, będziecie panami,
ale nie będziecie rządzić góralami

Żywot beskidzkiego zbójnika Ondraszka był piękniejszy i bujniejszy oraz bogatszy w przygody, aniżeli żywot Janosika. Mało, postać Ondraszka urosła w legendzie i ludzkich sercach do roli herosa, do mściciela chłopskiej krzywdy i do zuchwałego rebelianta, który „równał świat, gdyż brał bogatym, a rozdawał biednym”.


według legendy, na górze Ochodzitej ukryte zostały skarby Ondraszka. Istnieją także podania, według których zbójnicy często odwiedzali tutejsze chaty a w koniakowskiej karczmie stał kamienny stół, w którym wycinali ilości złupionych pieniędzy

I tak pozostał do dzisiaj w ludowych wspominakach, przypowieściach i balladach śpiewanych jakby smętne elegie w czas jesiennych i zimowych szkubaczek na całym Podbeskidziu i w Beskidach Śląskich. Owe ballady można by nazwać zbójnickimi trenami, które trochę może chropowatymi rymami opiewają przedmioty wyróżniające Ondraszka spośród pospólstwa, przymioty tak niezwykłe, że graniczą z cechami nadprzyrodzonymi, sławią jego zbójnickie serce wrażliwe na ludzką krzywdę i boleją nad jego rychłym zgonem. Zginął bowiem, mając lat zaledwie 35 z ręki swego kamrata, Juroszka z Malenic na Słowaczyźnie, który złakomił się łajdak, na sto talarów wyznaczonych z carskiej szkatuły za głowę Ondraszka. Do Wiednia szły bowiem ustawiczne skargi panów, narzekania i skamlania domagające się od ówczesnego rakuskiego cesarza Karola IV położenia kresu swawoli przeklętego hultaja Ondraszka.

I wielce była osobliwa jego droga do owej zbójnickiej swawoli i sławy. Urodził się w roku 1680 jako syn wolnego chłopa i dziedzicznego wójta Andrzeja Szebesty w Janowicach pod Frydkiem. I już z tym jego przyjściem na świat nie było wszystko w porządku. Legenda prawi, że ojciec wielce zafrasowany, iż nie może doczekać się potomka, pątnikował do różnych miejsc odpustowych, płacił wielebnym panom, czyli książom proboszczom, by modlili się o tę łaskę dla niego, fundował grube świece na intencję doczekania się syna i stawiał je na ołtarzach lub w przydrożnych kaplicach i wszystko nadaremnie. Wtedy przyszła mu z pomocą… legenda, która twierdzi, że zatroskany Szebesta zwrócił się do diabła o ową łaskę. I to poskutkowało. Synek po 9 miesiącach urodził się. a wtedy wszystkie czarne koty zbiegły się za wójtową kalenicę i uczyniły tak srogi harmider, że je trzeba było kamieniami spędzać, a ognista kula skądciś nadleciała i pękła z hukiem nad wójtową chałupą. I wtedy ludzie już prorokowali uszczęśliwionemu wójtowi, że te znaki wróżą bez ochyby dziwną przyszłość malutkiemu Ondraszkowi.

Wścibscy poszukiwacze jego rodowodu chcą jednak suponować, że to „lipa” z tym diabłem. Że prawdopodobnie stary hrabia Prażma, pan frydeckiego państwa, kramarzył z urodziwą wójtową i nakramarzył jej synka. Jak tam było, to było. Dosyć na tym, że ojciec był szczęśliwy, Ondraszek był jego oczkiem, więc dawał mu zwólę, czyli folgował mu i życzliwie patrzył, jak jego synek śmiele sobie poczyna. Synaczek zaś był urodziwy nad podziw, bystry nad drugi podziw, zuchwały, odważny, silny i głośny w całej okolicy. Wszędzie w podfrydeckich wsiach mówiono o nim jako o psotniku i urwipołciu, który swymi psimi figlami i frantowskimi czynami dawał się we znaki żywemu, umarłemu.
- Na szubienicy skończy! – wieszczyli mu sąsiedzi.
Nie skończył na szubienicy, chociaż ocierał się o nią niejeden raz. Ojciec bowiem, największy bogacz janowicki, dumny ze swego jedynaka, polecił uczyć go abecedarii (sic!) staremu bakałarzowi we Frydku, gdyż chciał mieć syna edukowanego. Ondraszek jednak długo nie pobył  u bakałarza, gdyż zaczął mu bałamucić młodą żonę i skończyło się na wylaniu go z bakałarzowej szkółki. Wtedy ojciec wysłał go do szkoły średniej szlacheckiej w Przyborzu na Morawach, gdzie zasłynął jako skończony leń, niesłychanie uzdolniony, celujący w inteligencji, lecz srogi hałaburta, uganiający się za dziewczynami po mieście. W końcu i stamtąd go wylano, gdy pobił ciężko swego kolegę Żyda, aż mu z ucha ciekło. Wrócił więc do domu jako syn marnotrawny, ojciec jednakże nie przyjął go, jak ów biblijny ojciec, nie zabił wieprzka na jego przybycie, ani nie sprosił na ucztę sąsiadów, tylko narznął synkowi paskiem. I tedy synalek podniósł na ojca rękę z nożem!… CDN
Gustaw Morcinek 1928
fot. ewolny Koniaków

Zobacz również:
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 2
- O beskidzkim zbójniku Ondraszku cz. 3

Tatry kryptonim dalekie obserwacje

Dalekie Obserwacje

Tatry z Ochodzity / Koniaków – odległość do Gerlacha – 95 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=3172

Tatry Wysokie z Czarnorzek – odległość do Sławkowskiego – 135 km, do Gerlacha – 138,5 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5244

Tatry Wysokie widziane z Izdebek – odległość do Gerlacha – 159 km, do Lodovego – 154 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5229

Widok na Tatry Wysokie z Jasła – odległość do Lomnicy – 109 km, do Lodovego – 113 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5087

Tatry Wysokie z Bierówki – odległość do Sławkowskiego – 121,5 km, do Rysów – 126 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=5083

Tatry Wysokie z Szebni – odległość do Lomnicy – 117 km, do Slavkowskiego – 120 km, do Lodovego – 119 km, do Rysów – 127 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=4186

Tatry ze wzgórza Kamionka – odległość do Gerlach 126 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=3165

Tatry z Pasma Odrzykońskiego (na północ od Krosna) – odległość do Lomnicy – 130 km, do Sławkowskiego – 133 km, do Gerlach 138 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=3124

Widok na Tatry i Beskidy z Lysej Hory – odległość do Szatana 124 km, do Krywania 120 km, do Barańca 102,5 km, do Wlk. Raczy 40,5 km:

Zobacz więcej: http://www.dalekieobserwacje.eu/?p=1862

Halny

Poprzedni wpis, zaczynający się od słów drzewa wyskakują z butów, zakończyłam:

- A hoj baco! Jaka będzie pogoda?
- A hoj to wie…

No i mamy. Okazuje się, że Polak nie tylko jak głodny to zły. Chcieliśmy słonka na Wszystkich Świętych, zaklinaliśmy deszcz, ale… nie prosiliśmy o wiatr! A wieje i to nieźle, stąd na myśl o udekorowanych pomnikach, automatycznie włączona psychoza: ukradną, czy samo zwieje?

A suche i ciepłe wiatry nie są rzadkością – występują w wielu okolicach na świecie. Włosi mają swe sirocco, Hiszpanie leveche, Egipcjan dręczy chamsin, Argentyńczyków zonda, na północnoafrykańskiej pustyni jest samsun, we Francji vent du midi, w Alpach jego brat bliźniak fen. A w Polsce? Właśnie chyba zaczynający się Halny zwiastujący zmianę pogody.

Dla uczniów mieszkających w górach bywa powodem pozostania w domu, turyści wspominają go latami, dla wszystkich jest fenomenem.

Na przełomie października i listopada, czyli teraz oraz na wiosnę, nagle na pogórzu zaczyna wiać silny i ciepły wiatr. Najsilniej wieje w Alpach, ale jest też odczuwalny i w niskich górach. Temperatury mogą dochodzić nawet do 20°C, powietrze jest przejrzyste a widoczność sięga kilku kilometrów – z daleka widać każdą jodełkę. Ten porywisty wiatr wieje ku dolinom i przynosi zniszczenia również w głębi kraju: zrywa dachy, niszczy lasy, łamie drzewa, które  rwą linie wysokiego napięcia, rujnują zaparkowane samochody, barykadują torowiska, wstrzymują ruch.

Może mieć i ma, niebagatelny wpływ na samopoczucie, ale reakcje są tu różne. Negatywne objawy to bezsenność, bóle głowy, poirytowanie, kołatanie serca. Bowiem kołysanie choin – czyli horyzontu – powoduje, że nadmiernie pobudzony błędnik z powodu zbyt szybko zmieniających się informacji nie nadąża. Organizm nie jest w stanie powiązać sprzecznych sygnałów – rozum informuje, że wszystko w porządku, a błędnik woła – coś się dzieje. Powstaje czynnościowy chaos, który może wytrącić z równowagi psychicznej nawet najsilniejszych.

Jednak niektórym dostarcza coś pozytywnego: odurzenie z euforycznymi nastrojami, chęcią działania i ochotą na seks. Ten dodatni objaw to z kolei nadmierna reakcja organizmu, który ze wszystkich sił stara uporać się ze stresem i stymuluje nadnercza do zwiększonego wydzielania adrenaliny. To właśnie ten „ratunkowy” hormon powoduje, że w sytuacjach stresowych wzrasta wydajność organizmu – adrenalina podwyższa ciśnienie krwi, przyspiesza tętno, przemianę materii i wyzwala w centralnym układzie nerwowym stan nadmiernego pobudzenia skłaniającego do działania.

Uwagi na marginesie - Chowado Jaśka Czauderny:
„To pan nie wie, co to prawdziwy wiatr. O, taki halniak beskidzki, to już coś. I to wcale nieprawda, że halniak w Beskidzie leci prosto jak strzelił. Halniaki rodzą się w dolinie za Koniakowem. Jak już taki halniak poczuje w sobie krzepę, to wspina się po stoku między chałpami wyżej i wyżej. Ale dopiero jak stanie na trakcie, na samym szczycie, wyrzuca ręce w niebo jak góral w tańcu, zadrobi, przytupie, zgarnie se chmur na głowę i kołując pędzi przez Istebną, hacząc dłońmi po czubkach smreków. A jak dostanie się na kubalońską przełęcz, to się przewraca na plecy i koziołkuje w dół, zakosami i wpada jak łyk spirytusu w otwarte w zachwyceniu usta Wisły.
Wtedy jeżą się potoki, pryskają pianą, a halniak wygwizdawszy pstrągi na jazach, drze na Czantorię, by z niej skoczyć w środek kępy drzew kryjących szczyt Kozińców. Chmury uciekają przed nim i wreszcie rozbija o Klimczok. Halniaki jak słonie, mają swoje cmentarze. Wszystkie halniaki idą umierać na Baranią, tam halniak stanie na szczycie, rozejrzy się dookolnie po groniach, oprze o drewnianą wieżę i ściąga ku sobie wietrzany płaszcz, co jeszcze drze się o chojaki. Zebrawszy go w całun, klęka tak jak stał i zaczyna pomału gasnąć. Płacze nad nim beskidzkie niebo ciepłymi łzami. I już jest po wszystkim… „
St. Broszkiewicz

Niestety, halny nie jest tylko „elementem, wystrojem górskich wnętrz”, ma  przede wszystkim istotne znaczenie klimatyczne. Ponieważ za jego przyczyną śnieg zbyt szybko topnieje – wywołuje powódź. Z kolei dłużej utrzymujący się ten suchy i ciepły wiatr, sprzyja powstawaniu posuch. A to już znaczne przesuszenie gleby, zmniejszenie lub całkowite zniszczenie upraw roślin, zmniejszenie zasobów wody pitnej, na koniec – zwiększone prawdopodobieństwo pożarów. Silne ocieplenie jakie niesie z sobą halny, może być również przyczyną powstawania groźnych w górach i niosących szkody ekologiczne – lawin.

Powstaje, gdy wskutek różnic ciśnienia między jedną a drugą stroną grzbietu gór powietrze przepływa przez dostatecznie wysoki łańcuch górski.Trwa od kilku godzin do sześciu dni, w tym czasie ciepły wiatr powstrzymuje napływ niżu, ale w końcu zimne powietrze i tak wygrywa zmieniając na diametralnie gorszą pogodę – ew
Źródło: A. Heßmann „Wpływ pogody na samopoczucie”
fot. ewolny

Koniaków Ochodzita kryptonim stringi

Do Koniakowa na Ochodzitę pojechałam po tą -> PANORAMĘ. Z Bielska-Białej wyjechałam z przepięknym słonkiem i wróciłam ze słonkiem nieśmiałym – niestety, pomiędzy  słonka nie było. Zresztą nie tylko słonka: nie było Ewy,  nie było koniakowskiego koniaku  ani kaktasiego juhasa, nie było też powrotnego PKSu do domu, za to były czerwone koniakowskie stringi i  niebieski szlak na… Zwardoń.

z Ochodzity
Dzień zaczęłam z książką na kolanach i dwóch wspaniałych godzin PKSem przez pętlę beskidzką, przez  Skoczów, Ustroń Polanę, Wisłę, Kubalonkę, Istebną, przez szeroko rozumiane Beskidy. W Korbielowie wysiadłam na przystanku Ochodzita, skąd tylko 10 marnych minut betonowym chodniczkiem wyniosło mnie na 895 m n.p.m. Byłam na szczycie Ochodzity, skąd nie tylko rozległa panorama Beskidów, a przy dobrej widoczności nawet Tatr, ale i możliwość kupienia koniakowskich stringów! Bez popytu nie ma podaży – koniakowskie koronczarki elastyczne są.


z Ochodzity
Obeszłam cały szczyt Ochodzity, a razem ze mną imponujące stado owiec i skromna para kaczek:


z Ochodzity
Widoki były przewspaniałe nawet przy tak mizernej pogodzie. Niestety mocno wiało, więc wreszcie zeszłam na szosę, skąd  jeszcze tylko parę kroków pod Koczy Zamek (847 m n.p.m) – nie tak spektakularną górkę jak Ochodzita, za to z cudowną legendą:

Uwagi na marginesie - Koci Zamek:
Na starych mapach austriackich widnieje nazwa Koczy Zamek. Tam gdzie wg legendy stał dwór ze szczytu można zobaczyć Tatry przy dobrej pogodzie. Sprzedają tu również koronki oraz stringi koniakowskie. Według tradycji stał w tym miejscu zamek węgierskiego grafa Kocsiego. Ponoć wbrew woli ojca pojął on za żonę piękną koniakowską góralkę. Ojcowscy słudzy młodą oblubienicę uprowadzili i z nadmiaru gorliwości pozbawili życia. Zrozpaczony graf uśmiercił swego rodzica i w wyniku tych przeżyć oszalał, puścił z dymem swój zamek, a sam przepadł bez wieści. Pewien organisty z Rycerki Górnej, śp. Czaniecki St. opowiadał mi kiedyś, że nazwa Koci Zamek pochodzi od tego, że z tej strony mieszkają wyznawcy prawdziwej wiary, a z tamtej strony kociej wiary – Psi Ząb

Na Kocim Zamku:

Zobacz więcej:
www.kazir.blog.onet.pl

Niestety, nie zrobiłam jej zdjęcia, ale od czego są przyjaciele?! Nie było tabliczki i nie sądziłam, że jest to ten mizerny wzgórek… prawie, że na parkingu! Koniaków to bardzo wysoko położona wieś.

Uwagi na marginesie: Ma davvero!!!, io non capisco di niente: da dove viene questa idea di mettere la musica italiana, congiunta alle paysaggi dalle montagne polacche? Delle immagini veramente stupende pero, meravigliose ! Vorrei sapere di che cosa parlano queste due anatre, nell’orecchio una al’altra, sono convinto che hanno una sola cosa nella testa: fare amore et scappare via direttamente nell’Egitto per passare l’inverno. Intanti, devo finire il mio piatto preferito della domenica, zuppa di pollo, oppure: brodo di pollo con le tagliattelle, mamma mia quant’è bona questa zuppa!!!
Arrivederci !

Post Scriptum:

Włoska musica w Twoim artykule jest szokująco dobrze dobrana!!! Dlatego zareagowałem ponieważ znam ten język jak mój własny i te słowa powaliły mnie na podłogę, myśląc sobie, skąd kurna taka zbieżność ze zdjęciami? I ze słowami? Kobieca to li tylko i wyłącznie intuicja? – MonsieurLaPadite

I teraz już zdecydowanie, rezygnując  z p i ę c i o g o d z i n n e g o oczekiwania na powrotny autobus, decyduję się na pieszą przebieżkę przez górki na PKP do… Zwardonia.


na szlaku
Z obiecywanych dwóch godzin szlakiem, robią się szybko trzy, ale i tak, mimo jeszcze dwugodzinnej jazdy pociągiem,  kuternoga w domu jest o kilka godzin wcześniej oraz bogatsza o przewspaniałe widoki z Sołowego Wierchu (848 m n.p.m.), a także świadomość, że jest bardzo, ale to bardzo odporna na ból – ew

widok na Koniaków i Ochodzitę
z Sołowego Wierchu


z Sołowego Wierchu
fot. ewolny Beskidy

Chowado Jaśka Czauderny

Jasiek Czauderna przybył na Bliski Wschód, przedarłszy się przez Czechy, Słowację, Węgry, Jugosławię i Grecję. Tak się złożyło, że góralowi wypadła droga przeważnie górami, więc nie zbłądził, jakkolwiek szedł bez mapy, kompasu, pieniędzy, broni, dokumentów i nie znając żadnego obcego języka z wyjątkiem paru plugawych przekleństw czeskich. A jednak przyszedł, trafiając na chwilę, kiedy Brygada Karpacka odpływała do Tobruku. Obszarpany i osłabły z głodu najpierw zażądał flinty, a kiedy dali mu już karabin, ładownicę, hełm dopiero wtedy poczłapał do kuchni.
Jasiek pochodził z Istebnej. Aby to wiedzieć, wystarczyło nań spojrzeć. Wysoki, zwięzły, żylasty, a przecie delikatny, miał podłużne bardzo jasne oczy, orli nos, śniadą cerę. Twierdził, że ma lat trzydzieści, ale choć wyglądał o pięć więcej, uwierzono mu na słowo. Gorzej było z zawodem, bo jakże wpisać do ewidencji kłusownik lub przemytnik? Napisano więc pasterz i Jasiek się z tym zgodził. Utrzymywał, że jeśli ktoś całe lata pędził bydło przez granicę, to ostatecznie może uchodzić za pasterza.
Jako górala, skierowano Jaśka do podhalańskiego batalionu, w którym oprócz niego nie było ani jednego syna gór. Toteż batalion ten zwykł śpiewać w marszu:
Ej, górol ci jo górol,
ej, z pirsego baonu,
ej, rodziłek sie w Gdyni,
ej, nie mówciez nikomu
Mógł się Jasiek przenieść do batalionu pomorskiego, w którym dla odmiany była cała kupa górali z Podhala i z Beskidu, ale Jasiek zżył się ze swoim oddziałem. Twierdził, że Pomorzacy to naród, z którym można żyć, a nawet wojować, jakkolwiek nie umywają się do chłopaków z Cieszyna, Bielska czy Karwiny. Pamiętam, jak raz, już po wylądowaniu we Włoszech, natknął się Jasiek na jednego z krajanów. Był to smukły jak on, ułan z Karpackiego Pułku, w czarnym berecie. Spojrzawszy na Jaśka ułan zawołał:
- Skądeś?
- Z Istebnej!
- A jo ze Szczyrku!
Nic już więcej nie gadali, tylko śmiali się radośnie, obmacując po ramionach, poklepując po plecach, ba, niemal obwąchując jak młode psy. Potem Jasiek poszedł odprowadzić ułana, a w godzinę potem przywiozła ich żandarmeria. Byli zalani w szrapnel i wykrzykiwali, że do dupy z takim wojskiem, w którym się beskidziaków zamyka za to, że kapkę wypili.

Długie miesiące spędziłem z Jaśkiem najpierw na pustyni, a potem wśród włoskich gór. Przegadaliśmy niejedną noc, choć ja odzywałem się raczej mało. Kiedyś, przy jakiejś stosownej okazji zwróciłem Jaśkowi uwagę na groźne piękno hamsinu, który rozśpiewał się przenikliwym tenorem i rzucał w niebo tonami piachu.
- To pan porucznik nie wie, co to prawdziwy wiatr. O, taki halniak beskidzki, to już coś. I to wcale nieprawda, że halniak w Beskidzie leci prosto jak strzelił. Halniaki rodzą się w dolinie za Koniakowem. Jak już taki halniak poczuje w sobie krzepę, to wspina się po stoku między chałpami wyżej i wyżej. Ale dopiero jak stanie na trakcie, na samym szczycie, wyrzuca ręce w niebo jak góral w tańcu, zadrobi, przytupie, zgarnie se chmur na głowę i kołując pędzi przez Istebną, hacząc dłońmi po czubkach smreków. A jak dostanie się na kubalońską przełęcz, to się przewraca na plecy i koziołkuje w dół, zakosami i wpada jak łyk spirytusu w otwarte w zachwyceniu usta Wisły.
Wtedy jeżą się potoki, pryskają pianą, a halniak wygwizdawszy pstrągi na jazach, drze na Czantorię, by z niej skoczyć w środek kępy drzew kryjących szczyt Kozińców. Chmury uciekają przed nim i wreszcie rozbija o Klimczok. Halniaki jak słonie, mają swoje cmentarze. Wszystkie halniaki idą umierać na Baranią, tam halniak stanie na szczycie, rozejrzy się dookolnie po groniach, oprze o drewnianą wieżę i ściąga ku sobie wietrzany płaszcz, co jeszcze drze się o chojaki. Zebrawszy go w całun, klęka tak jak stał na resztki śniegu i zaczyna pomału gasnąć. Płacze nad nim beskidzkie niebo ciepłymi wiosennymi łzami. I już jest po wszystkim…

Niczym zagranica nie umiała zaimponować Jaśkowi. Na widok Wezuwiusza, wzruszył ramionami:
- Co to za góra, co mo dziurę na wierchu i smród z niej idzie, jakby się kozy parzyły? A takie Apeniny czymże są przy Beskidach? Gołe to, puste, bezleśne, nawet wiatr nimi nie chadza, bo i na czym by se pograł? A Rzym? No, owszem ma ten swój Kapitol, ale piastowska wieża, to jest w Cieszynie i basta.
A papieża Jasiek oglądać nie chodził bo jest protestantem i katolickiej pompy nie ciekawy. Pojechał też Jasiek raz do Pompei, ale wrócił rozczarowany:
- Nie ma co oglądać, same gruzy, wszystko zbombardowane… O, w taką noc panie poruczniku, chowado dobrze idzie. Samo wiedzie przez granicę, myląc czujność strażników. A w Czechach płacą po dwie i pół korony za funt żywca, a jak Niemcy zajęli Czechy, to i po trzy marki się dostawało…
Jak się Jaśkowi znudziło, to brał obrzynek, stary austriacki karabin z krótko obciętą lufą i szedł w las. A jak poszedł, to nigdy z pustymi rękami nie wracał. Raz strzelili mu w tyłek solą i szczeciną, wyleczył się i dalej chadzał po swoich szlakach. Dobrze mu szło, bo nigdy nie chybiał.
To była święta prawda. W wojsku był Jasiek snajperem, czyli, jak się wtedy mówiło, strzelcem wyborowym. W Afryce narysował trzydzieści karb na kolbie, we Włoszech prawie dwa razy tyle. Od dowódcy dywizji dostał piękny karabin wykładany srebrem, ale przehandlował go w amerykańskiej kantynie za 15 butelek sherry.
Jasiek chadzał na zasadzki zawsze sam. Sadowił się najchętniej na drzewie. Siatkę hełmu szpikował gałęziami, twarz smarował błotem i zieloną maścią, strój maskowniczy mazał gliną i oblepiał liśćmi. Potrafił tak siedzieć dziesięć i więcej godzin. Do byle kogo nie strzelał, zawsze wybierał oficerów lub gońców sztabu, sunących łącznikowymi rowami.
Wtedy składał się i strzelał. Raz. I natychmiast zmieniał stanowisko. W miejsce, z którego zlazł Jasiek, rypały moździerze i armaty, a on już piął się na inne drzewo. I czekał. Na jednego niemieckiego pułkownika czekał Jasiek 14 godzin, by strzelić w momencie, gdy ten postawił nogę na stopniu pancernego wozu.
Niecierpliwie czekał końca wojny. Zagadywał mnie czasami:
- Po wojnie panie poruczniku, to przez ten Krzyż walecznych więcej mi za kłusownictwo nie dadzą jak rok, prawda? Może i za przemyt też będzie taka ulga…
Obserwując Jaśka i rozmawiając z nim, doszedłem do wniosku, że kult zwierząt powszechny był nie tylko w starożytnym Egipcie czy współczesnych Indiach, ale także w słowiańskim Beskidzie. Do ludzi rypał Jasiek jak do kaczek, bez zmrużenia oka. Kiedy zaś, korzystając z chwilowej przerwy na froncie, wybraliśmy się w góry na kozice i Jasiek strzelił młodego capka – miał łzy w oczach, gdy przyszło dobić ranne zwierzę.
Nie przeszedł koło krowy, muła czy osła, aby go nie pogłaskać, a raz sprał serdecznie włoskiego chłopa, który okładał muła powrozem. Umiał gadać z owcami na halach. Brał łeb owcy między kolana i szeptał jej w nozdrza słowa dobre i czułe. Zwierzę patrzyło nań okrągłymi, ciemnymi oczami i z lubością odchylało do tyłu sterczące uszy. Nie zwracał uwagi na straszliwie porozrywane ludzkie zwłoki, ale potrafił przystanąć nad ścierwem zabitej krowy czy muła z wywalonymi trzewiami. Ta miłość do zwierząt omal nie zakończyła się tragicznie…

Było to wczesną wiosną roku 1945, na jakie dwa tygodnie przed ostatnią naszą ofensywą. Było już dobrze zielono i słońce przygrzewało mocno. Trzymaliśmy wtedy front nad Senio, wojsko zbierało siły do walnej bitwy bolońskiej, gazety pisały o „ożywionej działalności patroli i artyleryjskich pojedynkach”. W taki jeden dzień wybrał się Jasiek Czauderna na swe snajperskie polowanie.
Zasadził się na stoku, w rzadkim młodniaku, opodal ścieżki w polu minowym, którą często chodziły hitlerowskie patrole. Wystawił Jasiek umazany maścią pysk do słońca, odbezpieczony karabin przełożył przez kolana i czekał. Po jakiejś godzinie posłyszał człapanie. Wziął broń na oko i zastygł w bezruchu.
W pewnej chwili rozchyliły się krzaki i wyszła z nich chuda krowina z nabrzmiałymi wymionami. Jasiek zebrał spod nóg garść trawy i zaczął ją wabić. Bo niech tylko zejdzie ze ścieżki, wpadnie na miny i wyleci w powietrze!
Cmoknał więc Jasiek i prawił krowie najbardziej wyszukane komplementy, ale bydlę stanęło w miejscu i gapiło się na Jaśka nieufnymi oczami.
Sytuacja była niebezpieczna, w każdej chwili mogli pojawić się Niemcy, a tu bydlę stoi jak zaklęte i widać cierpi bardzo, bo nie wydojone. Sięgnął Jasiek do torby, dobył z niej krążek sznurka i najciszej jak tylko umiał, jął skradać się ku krowie, która ni stąd ni zowąd otwarła pysk i zaryczała żałośnie. Jednym susem dopadł Jasiek krowy, zarzucił jej pętlę na kark i zaczął ciągnąć z całej siły.
Krowa, choć wymizerowana, miała jednak krzepy niemało. Zaparła się racicami, że aż przysiadła na zadzie i tylko głośnym rykiem protestowała przeciwko bezprawiu. Nie wiadomo jak długo by się tak przekomarzali i nie wiadomo, jak długo trwałyby te Jaśkowe zaloty wokół gadziny, gdyby nagle spod nóg Jaśka i krowy nie prysła ziemia od nisko położonej serii RKM-u. Zdążył jeszcze Jasiek naprzeć na bydlę, że się wywróciło wysoko zadzierając nogi, a sam jął walić w krzaki, repetując raz po raz.
Położenie było o tyle kiepskie, że Niemcy widzieli Jaśka i krowę jak na dłoni, on zaś bił w nich na ślepo. Gdy przestrzelili mu hełm, doszedł do wniosku, że dłużej czekać niepodobna, bo go tu zadziobią razem z krową. Podkurczył więc nogi, wysunął przed siebie lufę i skoczył na kierunek strzałów, rycząc ile sił w płucach:
- Haende hoch!!!
Przemknął przez gęstwinę i stanął naprzeciw dwóch Niemców, którzy wyrzucili ręce do góry. Na wszelki wypadek źgnął Jasiek kulą w brzuch stojącego najbliżej, a do drugiego odezwał się z wymówką:
- Do chowada, gnoju będziesz strzelał? Nie widzisz, że nie dojone???
Przerażony feldwebel bąkał jakieś usprawiedliwienia, szarpał kieszeń na piersiach, wydobył z niej fotografię kobiety i dziecka i podtykał Jaśkowi pod nos skomląc:
- Nich schiessen, Kammerad, nich schiessen!
- Nich schiessen – przedrzeźniał go Jasiek – a do gadzinyś strzelał, germańskie nasienie! Chcesz w mordę?!
Okazało się, że Niemiec nie chce w mordę. Wobec tego Jasiek odpiął mu pas z ładownicami, wziął do lewej ręki RKM i z troską spojrzał na gramolącą się z ziemi krowę…

Wtedy spadło na Jaśka olśnienie. Odezwał się do jeńca:
- Będziesz ją doił, bo tak nie zalezie. Cycken, verstanden? So cycken! – tu odłożył karabin i pokazał palcami jak się powinno doić.
- No to co, że nie ma wiadra?  – perorował Jasiek widząc, że Niemiec chce coś powiedzieć – Na ziemię, hier! I ruszaj się, bo ci przypier…!
Jeniec przykucnął i trzęsącymi się palcami zaczął doić jak umiał. Gdy skończył, Jasiek zmacał królewskie wymię, czy wypróżnione i rozkazał:
- A tera bier postronek i naprzód, ale powoluśku. I nie próbuj wiać, bo ci cały magazynek w rzyć wsadzę!
Poszli. Przodem jeniec na uginających się ze strachu nogach, za nim na naciągniętym postronku potulna już krowa, Jasiek gładził ją po zadzie i czule zachęcał do wytrwania, gdy ustawał Niemiec, popędzał go lufą RKM-u wpieraną między żebra.
Tak zbliżyli się do linii naszych placówek. Z rowów, ze szczelin przeciwpancernych zaczęło wyłazić bractwo, aby popatrzeć na cyrk. Żołnierze aż piali z uciechy, klepiąc się po udach. Jasiek przyglądał się temu z nieprzyjaźnią.
- I co się tak chichracie jak głupie? Chowadaście nie widzieli?!
Udobruchali go łykiem wina z manierki i papierosem, którego niedopałek wręczył Jasiek Niemcowi.
- Do chowadaś strzyloł, świński cycku, ale masz pal i niech cię szlag trafi!
Potem ruszyli w dalszą drogę i wreszcie dotarli do dowództwa batalionu. Akurat jedliśmy obiad w kasynie: zupę jarzynową z puszek i nieśmiertelny „corned beef” również z puszki. Nagle drzwi kasyna otworzyły się i wszedł autentyczny niemiecki feldwebel. Jedni chwycili za pistolety, inni wyskakiwali oknem. Ale zaraz za fledweblem weszła do kasyna krowa, a za nią Jasiek…
- Panie pułkowniku – rozpoczął Jasiek z namaszczeniem – kapral Czauderna melduje…
- Po cholereście tutaj to bydło wpędzili?! – wrzasnął pułkownik. Jasiek poskrobał się po głowie, poczem chwycił Niemca za kark i wypchnął za drzwi, chowado zostawił. Zaraz też dokończył meldunku:
…powrót z zasadzki. Jeden szkop zabity, jeden wzięty z RKM-em. Mamy też chowado. Jak pan pułkownik nie każe jej zabić, to będziemy mieli świeże mleko codzień. Dużo to nie da, bo zabiedzona i rasę też ma mizerną. Jakby pan pułkownik zobaczył nasze beskidzkie krowy, to nad tą tutaj by się pan popłakał. To ma być chowado? – pytał Jasiek obmacując chude boki krowiny.
- Ale lepsza taka jak żadna. Pan pułkownik pozwoli, że już ją zaprowadzę, bo zdaje się, że zaczyna się gnoić…
Krowa rzeczywiście zaczęła się gnoić. Za krową i Jaśkiem wybiegł na dwór pułkownik. Słyszeliśmy jego bas:
- Czauderna co ja wam złego zrobiłem, że mnie chcecie do grobu wpędzić? Ciekaw jestem, co wy jeszcze przyprowadzicie do kasyna? No, co się tak na mnie patrzycie? Przecież nie powiedziałem wam złego słowa. Jeśli was dotknąłem, to przepraszam. Macie tydzień urlopu i niech wam kwatermistrz wyda butelkę whisky. I idźcie już, bo mnie szlag trafi.
***
W bolońskiej bitwie Jasiek Czaudena zdobył krzyż Virtuti Militari. Niedługo się nim jednak cieszył. Padł w  ostatnim dniu wojny. Wymacali go na ostatniej zasadzce i rozerwali na strzępy granatami. Dowodziłem plutonem honorowym, który nad grobem Jaśka oddał honorową salwę.
Jej echo porwał górski wiatr idący od Apeninów i poniósł hen za Alpy, prościutko tam, gdzie na kubalońskiej przełęczy przewraca się beskidzki halniak narodzony w koniakowskiej dolinie.
Na koniec przyszli Podhalanie i zagrali Jaśkowi na kobzie. A potem pieśń umarła. Jak halniak na Baraniej…
St. Broszkiewicz
(Kalendarz Beskidzki 1963)