c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Katowice

Miasto nocą


klik by powiększyć
fot. Mateo Katowice
www.dalekieobserwacje.eu

Archikatedra Chrystusa Króla w Katowicach, czyli wydobywam z życia sens

Ta nieznana nam dotychczas tak monumentalna katedra, calutka z jasnego dolomitu śląskiego, jest jednym z największych kościołów w Polsce (trzecia po gdańskim Mariackim i bazylice w Licheniu). Wstyd, bo sprawdziło się porzekadło „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”. Tacie nawet bardziej wstyd niż mnie – 80 lat krążenia pomimo, a dopiero musiała nas tam zaprosić… mama.

Pierwszy niezapomniany widok to nie tylko ogromna kolumnada, do której prowadzą dostojne na 20 metrów schody, nie tylko potężne drzwi frontowe, zdobione misternymi płaskorzeźbami, ale przede wszystkim urzekająca kopuła, przywodząca na myśl tą piotrową. Niestety słabo widoczna od dołu, gdyż co typowe „powojenne władze komunistyczne zezwoliły dokończenie prac wymuszając zmianę planów. Dlatego nie wybudowano wysokiego na 38 metrów cylindra, na którym miała osiąść kopuła. Mówi się, że powodem tej decyzji była obawa władz, by nad robotniczym miastem nie górował katolicki kościół”. Wielka szkoda.


Ale nagle okazało się, że ta niesamowita kopuła jest jeszcze piękniejsza od wewnątrz. Do tego sprawiające ogromne wrażenie sięgające jej obrzeża smukłe kolumny, okrągły ołtarz usadowiony tuż pod nią, a po bokach równie smukłe kaplice Chrztu Świętego i Najświętszego Sakramentu. W tej drugiej, z tabernakulum przypominającym Gorejący Krzew, w 1983 roku modlił się poprzedni papież, Jan Paweł II,  a przecudnej urody złotą mozaikę ufundował kardynał Ratzinger – papież obecny,  Benedykt XVI. Całości dopełnia nie tylko nietuzinkowa droga krzyżowa, ale przede wszystkim klimat regionu, czyli kaplica Św. Barbary – patronki górników, a na ścianach  liczne tablice poświęcone uznanym Ślązakom w tym Powstańcom Śląskim.

Ten wszechotaczający ogrom sprawia, że jest to doskonałe miejsce do kontemplacji, zadumy i pokory nad marnym, maluczkim życiem człowieczym… co udowodnia mój tato.

Uwagi na marginesie: Pytania o sens, dlaczego zło, cierpienie, śmierć?

Jeśli świat jest dziełem dobrego Boga, to dlaczego dzieje się na nim tyle zła? Od tego pytania Russell Stannard rozpoczyna swoje rozważania na temat fundamentalnych spraw naszego życia. Zaczyna od zła. Dlaczego co dzień zdarzają się rzeczy straszne, bulwersujące, wzbudzające trwogę? Zło powoduje cierpienie. Jednak czy tylko zło jest jego przyczyną? A co z trzęsieniami ziemi, powodziami , chorobami? Na koniec podejmuje temat śmierci. Każdy musi stawić jej czoło. Czy wobec tego wszystko nie traci sensu?… Opierając się na swej – chrześcijańskiej – wierze, a także korzystając z osiągnięć nauki, autor prezentuje dogłębną i wnikliwą analizę zagadnień, na które nie sposób dać jednoznaczną odpowiedź. Jasnym i prostym językiem dostarcza czytelnikowi wskazówek służących lepszemu zrozumieniu problemów, pomagając mu zastanowić się samodzielnie nad postawionymi pytaniami.

Stąd już skok do Cząstki, która wskazuje czas. „Koncepcji, że jedno z podstawowych praw fizyki mogłoby nie zachowywać dokładnej symetrii względem odwrócenia czasu, w ogóle nie rozważano wtedy, gdy Feynman doskonalił swoje pomysły dotyczące antymaterii i odwrócenia kierunku upływu czasu. Przypadek sprawił jednak, że odkryto wówczas nową cząstkę elementarną, która, jak się okazało, była kluczem do rozwiązania problemu symetrii względem czasu. Nazwano ją kaonem. Choć coś słyszałem o kaonach w szkole średniej – że są bardzo niestabilnymi i krótko żyjącymi cząstkami elementarnymi – pierwszy raz zwróciłem na nie uwagę w 1966 roku, gdy przeczytałem w londyńskiej prasie o pewnej dziwacznej teorii. Artykuł sugerował, że kaony mogłyby czasem prześlizgnąć się do innego Wszechświata, gdzie czas biegnie w przeciwnym kierunku, by wrócić później do naszego Wszechświata. Brzmiało to jak science fiction i bardzo mnie zaintrygowało, zwłaszcza że autorem teorii był Russell Stannard, jeden z moich wykładowców w University College. Rozważania Stannarda opierały się na zadziwiającym odkryciu sprzed lat, zgodnie z którym kaony mogły „wyczyniać dziwne rzeczy” z czasem. Jego wyjaśnienie wymaga pewnego wprowadzenia… ”

Jak taka tęga głowa może dywagować nad sensem i bezsensem, nad źródłem zła? Czyżby materia w sposób naturalny przeplatała się z duchowością ? To ciało z duszą stanowi o człowieku? Matematyka, fizyka i wzniesienia, uniesienia, upadki to pełne człowieczeństwo? – ew


Ta jasna, monumentalna budowla, ozdabiana kolorowymi refleksami światła padającymi przez wartościowe witraże, posiada do tego jedne z największych organów w kraju, których niestety nie usłyszałam.

Za to w podziemiach świątyni, w krypcie znajdującej się vis a vis Kurii Metropolitalnej,  usłyszałam nie tylko jedno z piękniejszych „studenckich kazań” i przecudnej urody chóralne wykonanie psalmu, ale i zobaczyłam  po raz pierwszy na wskroś nowatorskie wersje biblijnych motywów, zdobiących te ściany – Kościół Akademicki i wszystko jasne! Niestety, skupiona na profesjonalnym zadaniu, najpiękniejszej św. Weroniki z chustą  nie uwieczniłam… – ew

fot. ewolny Katowice

Katowickie Alpy

W jednym z odcinków „Świętej wojny”, Bercik wspominał piękno śląskich hałd. Oczywiście wtedy uśmiałem się z tego, bo i cóż może być pięknego w pokopalnianym nasypie?

I tak jakiś czas temu odwiedzając działkę znajomych w pobliżu Parku Wełnowieckiego koleżanka zabrała nas na spacer niedaleko, do tzw. „Katowickich Alp”.

Dochodzi się tam najpierw parkowymi alejami, a następnie wkracza do niewielkiego lasku by dotrzeć do polany prowadzącej na szczyt tamtejszej hałdy. Na krótki moment zapomina się wtedy, że to miejsce oddalone jest tylko kilkanaście minut drogi od ruchliwego centrum Katowic.

Szczyt hałdy przedstawia rozległy widok na obszar Chorzowa, Siemianowic, Grodźca z górą Dorotką w tle, Sosnowiec i Dąbrowę Górniczą.

Przy dobrej widoczności zza horyzontu zerkają też Beskidy – Tomek

Niestety dziś pogoda uniemożliwiła dalekie obserwacje.


Szkoda, bo fotografie nie oddają efektu a wręcz przeciwnie, ukazują w rozmytym tle przemysłowe budynki i blokowiska…

Mimo wszystko, cisza i spokój Katowickich Alp przyciągają zachęcając do częstszych spacerów.

fot. Tomek Katowice

Podróż z przesiadką

Pociąg wtoczył się na peron pierwszy Dworca Głównego w Katowicach. Powolne tempo jazdy spowodowane szkodami górniczymi sprawiało, że miarowe tuk tuk, tuk tuk towarzyszące pasażerom aż do zatrzymania składu, przy akompaniamencie wściekłego pisku kół, wprawiło wszystkich w senność podpartą znużeniem.

Kobieta siedząca na jednym z niewygodnych plastikowych siedzisk nie kryła, że zmęczyła ją ta jazda wzdychając głośno a gdy tylko wagon zatrzymał się w miejscu wstała szybko przeciągając cierpiące, zastygłe w jednej pozycji ciało. Chwyciła za plecak i wyskoczyła na zewnątrz. Otoczenie spowił już mrok nadchodzącej letniej nocy a sączące się z reflektorów żółte światło nie oświetlało dostatecznie strefy peronu pierwszego. Był to duszny, gorący lipcowy dzień a noc zapowiadała się nawet o ciutkę nie mniej ciepła.

Spojrzała na tablicę odjazdów i obliczając w myślach czas doszła do wniosku, że następny pociąg do którego miała się przesiąść, odjeżdża za 45 minut. „Mało czasu” pomyślała marszcząc brwi. „Trzeba działać szybko”.

Na oko miała około czterdziestu pięciu lat, ale ktoś kto na nią patrzył musiał dojść do wniosku, że nieźle się trzyma. Była szczupła, energiczna i pewna siebie. Z taką też pewnością ruszyła przed siebie  po schodach w dół do dworcowego pasażu. Skierowała się tam gdzie było wejście od strony Placu Andrzeja. To niewielki plac na tyłach Dworca Głównego, z którego często odjeżdżają autokary biur podróży. Tuż przed schodami prowadzącymi do wyjścia umiejscowiony jest zionący pustką zaułek, w który aż strach wchodzić. Ona właśnie tam skierowała swe kroki.

Znalazła najdalszy kąt gdzie pewnie nikt się nie zapuści o tej porze. Rozejrzała się i wiedząc, że jest tutaj sama, zrzuciła na podłogę plecak i zaczęła w nim gmerać.

Plac Andrzeja od zawsze gdy przychodziła noc tonął w gęstych ciemnościach. Latarnie oraz hol wejściowy dostarczały znikome światło w niczym nie ułatwiające życia pieszym, którzy mieli tutaj coś do załatwienia. W tej dominacji mrocznych barw wychwycenie ruchu postaci, która tam się czaiła, graniczyło z niemożliwością. A ktoś tam z całą pewnością był. Ubrany w czarny długi płaszcz i kapelusz naciągnięty mocno na głowę. Postawiony kołnierz tworzył ostateczną barierę w rozpoznaniu twarzy tego dziwnego człowieka. Ale tego dnia teren świecił pustkami więc tajemnicza postać dosyć swobodnie i zręcznie chowająca się ciemnościach, bez większego wysiłku była niewidzialna dla świata.

Jak duch przesuwała się w kierunku pobliskiej wąskiej uliczki ciągnącej się aż do ulicy Kościuszki. Cel w jakim postać ta tutaj dotarła nie był bliżej sprecyzowany. Właściwie liczył się łut szczęścia. Muszka musiała wpaść w sieć sama. I po niedługim czasie wypatrywania owa muszka rzeczywiście wpadła w sidła eterycznej sylwetki.

W którejś z bram siedział bezdomny. Oparty o ścianę spał mocnym snem będącym wybawieniem od doli codzienności. Z daleka czuło się jego specyficzny smród. Długa siwa broda opadała na brudną, dziurawą koszulę a spodnie przewiązane sznurkiem morusały się w kurzu brukowanej bocznej uliczki. Tlący się blask latarni obnażał oblicze zaorane zmarszczkami umęczonego życiem starca.

Mroczna postać zatrzymała się tuż przed bezdomnym. Wpatrywała się z zaciekawieniem, dokładnie lustrując teraz już pewny cel wizyty tutaj. W ilu już miejscach dokonała tego co zrobi. Ten świat wymagał nieustającego leczenia, łatania pęknięć. Z kieszeni czarnego płaszcza wyłonił się przedmiot przypominający pistolet. Rurka z przodu a rękojeść poklejona plastrami. Broń wykonana została domowym sposobem. Postać wycelowała w tego brudnego, śmierdzącego, przegranego człowieka.

* Może robię źle ulepszając ten świat na siłę, ale wierzę w to co robię – powiedziała szeptem. – Wybacz mi człowieku, wybacz mi Boże.

Pociągnęła za spust. Z lufy wyleciała błyskawica. Niebieski promień trafiający w serce ofiary.

Mężczyzna zawył głośno a jego głos odbijał się echem w niemalowanych cegłach dostojnych kamienic. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno zobaczyłby jedną osobę tarzającą się po ziemi w konwulsjach a drugą mknącą w szybkiej ucieczce.

Kloszard po chwili oszołomienia stanął na równe nogi. Otrzepał zakurzone ubranie.

Przez głowę przelatywały mu obrazy z jego życia, tylko te dobre. To co złe ulatywało w niebo w postaci smolistoczarnych robaczków.

Tabula rasa. Dostał nową szansę. I wiarę.

Pociąg odjechał. Kobieta przyłożyła głowę do szyby. Zasnęła.

Szlak architektury drewnianej – przystanki trzy

Borowa Wieś – kościół drewniany – Według kroniki obecnie istniejący kościół został zbudowany w Przyszowicach około  roku 1640. W latach 1937-1939 został przeniesiony do Borowej Wsi. Konstrukcji zrębowej, szalowany i pokryty gontem, od zachodu wieża czołowa. Od południa kruchta. Wewnątrz wyposażenie z XVIII w., w kaplicy ołtarz z 1600 r.

Borowa Wieś jako Nowa Wieś wzmiankowana była już w roku 1586. Założona została po okresie wojen husyckich, kiedy nastąpiło ożywienie gospodarcze, a długotrwały pokój w wieku XVI sprzyjał osadnictwu. Osadzono wówczas „pod borem” na małych działkach poddanych księcia pszczyńskiego. Początkowo mieszkało tu 10 zagrodników.

Chorzów
– Drewniany kościół parafialny pochodzący z 1599 roku, a przeniesiony tu z Knurowa w latach 1935-1938. Kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca ma konstrukcję zrębową, ściany szalowane gontem a wystrój wnętrza barokowy. Część najstarszych rzeźb, znajduje się w Muzeum Archidiecezjalnym w Katowicach.


Paniowy - kościół drewniany – Obecnie istniejący kościół zbudowany został w roku 1757, a jego fundatorką była Katarzyna Rozyna Bujakowska. Został zbudowany jako konstrukcja zrębowa z lisicami i dużym okapem. Ściany nawy i prezbiterium kryte są gontem. Wystrój wnętrza jest barokowy.

Przez lisice w budownictwie drewnianym rozumie się dwa pionowe ściągnięte śrubami elementy ujmujące obustronnie ścianę z bali i zabezpieczające ją przed wyboczeniem. Ze starego kościoła przeniesiono: organy, chrzcielnicę, dzwony, ołtarze i obrazy. Poprzedni kościół wybudowano w roku 1501. Pierwsza wzmianka o kościele w Paniowach i o jego proboszczu Wojciechu pochodzi z roku 1325.

fot. Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl

Szlak architektury drewnianej – przystanek Katowice

Ten zabytkowy kościół z XVI wieku, to nagroda za błądzenie w deszczu, w poszukiwaniu zupełnie innej kaplicy.

Park Kościuszki do małych nie należy. Czwarty raz, znowu w biegu, w pogoni z czasem, odkrywając jeden jedyny maleńki fragment parku…  znów jestem zaskoczona bardzo pozytywnie. Szlaki rowerowe, różnorodne znaki szlaków turystycznych, liczne aleje, leśne zaułki, mostki, ławki, ronda wieńczące pomniki, szum drzew, śpiew ptaków, schodki do nieba i nagle…

Drewniany zespół kościoła pod wezwaniem św. Michała Archanioła z Syryni. Nie trzeba czytać, że  o konstrukcji zrębowej i pokryty gontem. Jest piękny. Obok kościoła wolno stojąca dzwonnica,  czytamy, konstrukcji słupowej (1679). Naokoło zabytkowy parkan zrębowy i bramka. Cudo. Wchodzimy oszołomieni, ufając jeszcze, że to cel naszej marszruty. Niestety, krata chroniąca wejście do wewnątrz szybko rozwiewa złudzenia. Musimy zawracać, poświęcając jeszcze dosłownie chwileczkę na nawąchanie się prawdziwym zapachem historii. A jest czym, bowiem w maleńkim wnętrzu „śladowo zachowana średniowieczna polichromia”, niestety niezbyt widoczna w tym cudnym półmroku. Za to doskonale rzucają się w oczy gotyckie: kamienne chrzcielnica i kropielnica, obie z Jedłownika, obie budzące swą kamienną prostotą prawdziwy respekt. Chyba w bocznej nawie,  późnogotycka drewniana rzeźba Matki Boskiej z Dzieciątkiem z Dębieńska, po prawej  stronie ołtarza barokowa ambona,  po lewo maleńkie schodki, na chyba jeszcze mniejszy chórek, tuż przy wejściu skrzynia z okuciami z XVIII/XIX wieku. Na drzwiach tabliczka „z powodu małej powierzchni, wierni proszeni…”. Ta powierzchnia jest naprawdę niewielka, ale „w małym ciele – wielki duch!”.

Ten unikatowy zespół został zakupiony (sic!) w 1938 roku, przez władze miejskie Katowic od parafii w Syryni. Dlaczego sprzedali? Nie wiem. Natomiast wiadomo, że został on przeniesiony do Parku Kościuszki, jako element organizowanego tu przed wojną parku etnograficznego. W pośpiechu wychodzimy zerkając jeszcze na lapidarium utworzone z inicjatywy Muzeum Historycznego Katowic, w którym m.in. graniczny kamień  górniczy z piaskowca, z rejonu Górnego Śląska. Jeszcze tylko ostatni rzut oka  na stylizowane ławeczki -  brawo dla miasta!





fot. ewolny K-ce

Park Kościuszki, czyli kolejowe klimaty

Uwielbiam jeździć koleją, dlaczego? Może dla takich zaokiennych pejzaży:

Może dla odkrywania kolejnych miejsc, wartych odwiedzenia? Wzrokowcami wszak jesteśmy, dlatego  jak pogoda dopisze, w czwartek tam będę:

“Tu czuję świata pędzący rytm. To nic, że pociąg nie jedzie z New Yorku, że sam nie jestem na dworcu w Chicago. Ten sam w New Yorku tragarz znosi worki, ten sam w Maladze, spija się malagą…”

Po wyjściu z pociągu,  brynowska wieża ciśnień, cokolwiek to znaczy:

Cel marszu, to  Park Kościuszki, któremu myślę, że warto poświęcić znacznie więcej uwagi.  Kto się zgłasza?  Widziałam tam szlaki, pomniki – to prawdziwy, gęsty las mający na pewno swoją historię:

Historię, z której Brynów słynie na cały świat:

Kopalnia Wujek, gdzie pod starą wiatą  obok całkiem nowych skuterów, kompletnie zardzewiałe składaki. Przychodzi myśl, że oto któryś z górników… nie wyjechał na górę i nie wrócił do domu:

„A kto się zbudzi – ogień pochwali. A którzy zginą – ogień podsycą… ”

Czy tylko starsze pokolenie tak tą pamięć ceni, pieści i pielęgnuje? Na zdjęciu mój Tata:

Kopalnia Wujek, obok której przechodziliśmy, była  chyba w porze zmiany szychty, bo przed wejściem kręciła się  tam masa młodych i roześmianych chłopaków. Czy mieszkają oni przy takich ulicach jak ta – Dobrego urobku?

Czy mieszkają oni w takich… no właśnie, czy są to jeszcze familoki?

Uwielbiam jeździć koleją, choćby dla takich widoków:

fot. ewolny Goczałkowice, K-ce

Portfolio Doliny Trzech Stawów – Katowice

Po Dolinie Trzech Stawów spacerujemy często w weekendy. Dużo zieleni rekompensuje widoczny w tle krajobraz przemysłowy i blokowiska. Dolina jest bardzo dobrym miejscem wypoczynku, gdy nie można wybrać się gdzieś dalej:




fot. Tomek Katowice

Odwiedziny

Była wiosna roku chyba 1939 gdy odwiedził nas p. Wolfram, wytworny starszy mężczyzna z elegancką walizeczką, w której miał próbki towarów galanteryjnych i inne rzeczy. Moja matka prowadziła  bowiem sklep galanteryjny, wtedy zwany składem, w Załężu, dzielnicy Katowic. Nie były to zresztą jego pierwsze odwiedziny. Co najmniej raz do roku można się go było spodziewać. Mama zapraszała go do pokoju, gdzie rozkładał on swoje skarby i zachwalał ich zalety. W tym czasie miałem zwyczaj wślizgiwania się niepostrzeżenie do pokoju, ukrywania się gdzieś pod stołem i podsłuchiwania rozmowy starszych. Gdy jednak zostawałem wykryty przechodzili na język niemiecki, tak bym nie mógł ich zrozumieć. Wprawdzie z niemieckim językiem spotykałem się na co dzień, gdyż niektórzy klienci naszego sklepu mówili po niemiecku, np.” ham zi di strumpfe?”, albo „gejben zi mir di fuszekle?” Ale tego co mówiła mama z p. Wolframem nie rozumiałem, zwłaszcza, że sposób  wymowy tego ostatniego był dość śmieszny mówił np. iś, diś, miś. To ostatnie słowo kojarzyło mi się z niedźwiadkami. Na zakończenie wizyty zawsze zostawiał jakiś prezent, przeważnie butelkę likieru lub wina.

Katowice ul. Zamkowa 100 lat temu
W styczniu 1940 złożyliśmy mu rewizytę w Krakowie, gdzie mieszkał razem ze swoja rodziną. Wracając z Tarnopola, dokąd rzuciły nas losy wojenne, poprzez Przemyśl, w którym spędziliśmy kilka miesięcy w oczekiwaniu na przepustkę do strefy okupacyjnej niemieckiej, dotarliśmy do Krakowa. Nie mając innych znajomych zostaliśmy przyjęci przez państwo Wolframów, którzy dysponowali obszernym mieszkaniem i tam rozgościliśmy się na okres dwóch miesięcy. Był to najtrudniejszy okres naszej tułaczki wojennej. Nie będąc zameldowanymi w Krakowie nie mieliśmy kartek żywnościowych. Na pomoc naszych gospodarzy nie mogliśmy liczyć, bo jako Żydzi mieli sami mniejsze racje żywnościowe niż Polacy. Wtedy dopiero pojęliśmy co to jest głód. Sytuacja poprawiła się, gdy znaleźliśmy własne mieszkanie i otrzymaliśmy kartki RGO na zupę i kromkę chleba.

W roku 1942 mieszkaliśmy przy ulicy Skawińskiej, która prowadzi od ulicy Krakowskiej do Wisły i kończyła się wówczas czworobokiem z dziedzińcem, zwanym Krajewskim i wsławionym przed wojną tym, że  mieszkał tam znany bandyta Maruszeczko, który ujęty został w moim rodzinnym Załężu , dzielnicy Katowic. W tymże roku wprowadziła się do naszego mieszkania rodzina pewnego zegarmistrza z żoną i dzieckiem, oseskiem jeszcze. Sprawa nie byłaby warta wspomnienia gdyby nie to, że pewnego dnia  żona zegarmistrza zwróciła się do mnie z prośbą, bym poszedł do getta i zaniósł jej bratu obiad. Nie powiem żebym był bohaterem, ale odmówić też nie mogłem. Czułem do niej pewną nic sympatii. czasem, gdy byłem w pobliżu wyciągała swoją pierś i zaczynała karmić synka czarnego jak król Dawid, lecz nie obrzezanego, bo ona przyjęła katolicyzm. I jak tu katoliczce nie pomóc i to jeszcze z taką obnażona piersią.. Oczywiście zgodziłem się. Do getta trzeba było przejść przez most Piłsudskiego i na rynek podgórski, gdzie  była brama, mój cel.

Gdy wszedłem na wartownię policjant żydowski w mundurze i z żółtym otokiem na czapce zapytał: czego? Powiedziałem, ze przyszedłem do Mońka. Na to policjant krzyknął: „Moniek chodź tu”! Za chwilę Moniek przybiegłszy zdyszany, zapytał tylko co tam masz i zaczął pochłaniać w przerażającym tempie najpierw zupę, potem drugie danie. Widać było, że dawno jadł; znałem to uczucie i rozumiałem go. Przychodziłem jeszcze kilka razy do niego, a gdy byłem ostatni raz, nie wiedziałem zresztą, że to jest ostatni podarował mi krawat czerwony w białe ciapki, krawatkę jak się wyraził. Miałem go długo, aż do lat sześćdziesiątych,  do przeprowadzki podczas której moja żona wyrzuciła go, co czyniła zawsze z wielką lubością, włączając w to książki, ubrania i buty. Po kilku miesiącach getto zostało zlikwidowane, a rodzina zegarmistrza przeniosła się na wieś. Zaczął się nowy etap w naszym życiu.

Pewnego dnia do domu nie wrócił jeden z lokatorów naszego mieszkania. Sprawa była podejrzana. Mogło wchodzić pod uwagę aresztowanie, zresztą każdy był wtedy podejrzany. I faktycznie na drugi dzień odwiedziło nas dwóch policjantów niemieckich, po cywilu z policji celnej. po krótkim przesłuchaniu przeprowadzili rewizje, podczas której znaleźli w szafie pół torebki tytoniu, w sam raz  tyle, aby pójść na rok do obozu koncentracyjnego. Wizyta zakończyła się wymianą zdań między policjantami, z której zapamiętałem:
- Was machen wir jetzt? – powiedział ten niższy rangą.
- Sie hat drei kindern. Lassen wir das – Odpowiedział ten drugi.
I tak skończyła się ta groźna wizyta.
Ale nie dla naszego lokatora, który jak na razie miał zapewnione mieszkanie w areszcie śledczym przy ul. Wielickiej, a przede mną otwarła nowa perspektywa odwiedzin i noszenia obiadów tamże. Tym razem wchodząc do budynku więziennego wyciągałem na powitanie rękę, w której miałem ukryte pięćdziesiąt złotych, a strażnik skwapliwie ją podejmował i wrzeszczał: „złodziej taki a taki” ma zejść na dół. Wtedy pojawiał się nasz lokator i spożywał przyniesiony obiad. Jednakże po procesie, na którym nasz lokator otrzymał najniższy możliwy wyrok, mianowicie jeden rok obozu koncentracyjnego, zmieniło się miejsce noszenia obiadów a strażnikami byli tam esesmani z potwornym psami.

Pierwsze moje spotkanie z nimi mogło się skończyć dla mnie tragikomicznie. Podchodząc do obozu, widziałem z daleka druty kolczaste i postać rosłego esesmana z psem. Skierowałem się więc w jego stronę, przygotowując sobie pięćdziesiąt złotych w ręce. Gdy podszedłem bliżej na odległość wyciągniętej ręki, zastosowałem wyuczony manewr i z ufnością podałem rękę. Wtedy nastąpiła rzecz nieprzewidziana, ten esesmański pies skoczył w kierunku mojej ręki i tylko mój szybki refleks i przytrzymanie psa przez strażnika uratowało mi palce u rąk. Jak się później okazało strażnikiem był Słoweniec z Lublany, który rozumiał i mówił trochę po polsku. Później przynosił też wiadomości z obozu i zanosił paczki, oczywiście za odpowiednią opłatą; tak wyglądała moja pierwsza wizyta w obozie koncentracyjnym.

Na zakończenie chciałbym dodać, że mieliśmy jeszcze jedną wizytę, może najgroźniejszą. Jakieś dwa tygodnie po tzw. wyzwoleniu przez armię sowiecką, ktoś zapukał pod wieczór do naszych drzwi. Krzyknąłem: „proszę” ale nikt otwierał, więc podszedłem i otworzyłem sam i zamarłem z wrażenia. Przede mną stał nieznajomy  człowiek z omotaną szalem  twarzą i zapytał mnie czy jest mama. Zawołałem mamę, która dalej sama z nim rozmawiała.

Okazało się, że był to ten Słoweniec, który chciał uzyskać jakąś pomoc od nas. Na szczęście mama umiała mu sugestywnie wytłumaczyć, iż o żadnej pomocy nie ma mowy, gdyż sami nie mamy żywności, a przy okazji wskazała mu na niebezpieczeństwo, jakie mu grozi, gdyby chciał tu pozostać. Nam zresztą też groziło, gdyż na pewno był uzbrojony i bez skrupułów. Ile razy przypomnę sobie te odwiedziny, przechodzi mnie dreszcz.
www.kazir.blog.onet.pl