c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Pomorze

Kocham morze…

… czyli my, niskopienni  górale, kategorycznie żądamy dostępu do morza!

Po raz kolejny okazuje się, że nasz Bałtyk potrafi opalić na czarno i samym porywistym wiatrem, że nigdzie indziej nie doceni się kilku godzin plażowania jak tu, że nie ma piękniejszych muszli niż nasze maleńkie, centymetrowe, że mokry i zimny piasek jest jednak nadal pod stopami piaskiem, że jod to nie tylko całoroczny kapitał, ale i… sprawca szczerego, radosnego uśmiechu:

Że nie tylko mewy, że nie tylko łabędzie i nawet nie  foki – tegoroczne wakacyjne znajomości to przede wszystkim…

Podróż w dół mapy  mija niepostrzeżenie. Niepostrzeżenie i lekko tak, że nawet po drodze bagatelizuje się hmm „drodzy łodzianie, jak to możliwe że Wasze miasto jest tak zapuszczone? Syf i urban decay jak w Prypeci albo Detroit”, w zamian czując jeszcze  smak soli,  zgrzyt piachu a przed oczami? – ew


fot. Nikola Mielno

Biedaczyna z Asyżu a Park Kasprowicza

To już 30 lat, jak 29 listopada Jan Paweł II ogłosił św. Franciszka patronem ekologów, chyba właśnie za tę jego miłość do „braci mniejszych”, ale nie tylko… Bo biedaczyna z Asyżu, św Franciszek, to piewca wielu mądrych prawd. Nauczał m.in że istotą porządku na ziemi jest współistnienie cierpienia i radości, godzenie się z tym. Cierpienie bowiem rodzi radość ukazując jej smak. Jak to możliwe? Pochwała cierpienia jest koniecznym uzupełnieniem radości, która idzie w parze z uwielbieniem piękna, urody świata, przyrody, porządku, rozumnego sensu kontrastów: ciepła i zimna, słońca i chłodu, nocy i dnia, pochwała pokory, umiejętności cieszenia się drobnymi radościami, wreszcie pełna harmonia tych kontrastów. I teraz rozumiemy, dlaczego cierpienie umożliwia zasmakowanie radości. W tym kontekście Hymn św. Franciszka z Asyżu nabiera zaskakujące, szczególnie dziś, brzmienie:

Bądź pozdrowiony, rozdawco cierpienia!
Ręceś mi przekłuł i nogi
i krew mi cieknie z głowy,
a oto z Krzyża
zstępuje ku mnie w przechwalebnych ogniach
biały Serafin
i radość w serce mi leje
i z duszy śpiewne wytwarza narzędzie,
ażebym śpiewał i grał,
ażebym sławił i wielbił
Rozdawcę bolesnych stygmatów,
z których się rodzi wesele
i Miłość…
J. Kasprowicz

Film z mojego pobytu w Asyżu z 1999 roku, zapisany na VHS, przetwarza się na cyfrówkę, a ja w tym czasie zabieram Was na spacer po szczecińskim Parku Kasprowicza. Skorzystamy ze skojarzenia z autorem wiersza, epoką, i odwiedzimy ten naprawdę najpiękniejszy i najrozleglejszy park, z racji swego dwustopniowego poziomu, nie porażający swym monumentalnym ogromem. Spory naturalny stok wykorzystano tu, by wznieść piękny amfiteatr letni. Spacer zaczniemy od ciągnącego się na niższym poziomie, wzdłuż deptaka, jeziorka Syreniego.

Do amfiteatru im. Heleny Majdaniec dochodzimy pokonując solidne wzniesienie. Odpoczywamy w miejscu, gdzie letnimi wieczorami Szczecin serwuje wspaniałe koncerty na świeżym powietrzu.

Teraz można wysłać umyślnego, który z pubu za naszymi plecami przyniesie piwo i szaszłyk. Z tym, że takich smacznych, zawiązanych mięsem już tu nie robią. Znów są na patyczku kawałki twardego łyka, poprzedzielane cebulą i słoniną. Dlatego chyba lepiej samemu usmażyć kiełbasę na wiecznie palącym się tu ogniu.

Posileni udajemy się dalej, wyższym poziomem parku, z góry podziwiając jeziorko i zieloną ścianę drzew. Mijamy Ogniste Ptaki Hasiora. Wielka szkoda, że dysponuję tak małym zdjęciem tego  widoku.
O Hasiorze napisał nam Tomek, a ja chciałam tylko dodać, że Szczecin to naprawdę jedyne znane mi miasto, tak rozmiłowane w  rzeźbach i pomnikach. Władze przejęły i pielęgnują tę niewątpliwie udaną schedę po poprzednich właścicielach. Tu nawet anonimowa sztuka nowoczesna, znajduje swe miejsce, ku uciesze zwiedzających.

Niespodziewanie, zaraz powyżej, zostajemy powaleni widokiem największego „szaszłyka”, chyba nie tylko na Pomorzu. Ten powstały w latach siedemdziesiątych pomnik to hołd trzem pokoleniom Szczecinian, wrastających w tę skądinąd obcą sobie ziemię.

Zaraz za nim zaczynają się Jasne Błonia. Tu zamknięty z dwóch stron, ścianami drzew, deptak, wita nas wielką, otwartą przestrzenią, zieloną murawą, której oddolne podlewanie steruje komputer, dwoma rzędami ławek a w oddali, na wprost symbolu Trzech Pokoleń, jedyny pomnik ufundowany i odsłonięty za życia Jana Pawła II.  Jasne Błonia, od góry, wieńczy kompleks fontann, którego widok w Szczecinie nie jest specjalnym fenomenem. Na każdym kroku spotyka się tu zarówno fontanny, jak i pomniki, a w budownictwie germańską, czerwoną cegłę.

A na koniec gratka. Za budynkiem Urzędu Miejskiego, który widoczny jest za papieskim pomnikiem, a który od góry zamyka Jasne Błonia, jest Tiger Pub. Pub Michalczewskiego sąsiaduje z Urzędem Skarbowym, filharmonią i wiecznie żywym duchem Dzierżyńskiego, unoszącym się nad placem swego imienia – ew
fot. ewolny Szczecin

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdańsk cz. 2 Peryferie

Z okna pociągu, gdzieś w Polsce:

Najbliższe okolice noclegu:

Najbliższe miejsce na spacer:

Na wydmach obok noclegu, największe połacie dzikich róż jakie kiedykolwiek widziałam. Same się układały w wymyślne klomby i odurzały oszałamiającym, intensywnym zapachem:

Na koniec „najbliższa” plaża – 700 km:


fot. ewolny Gdańsk
Zobacz również:
- 700 km i trzy dni Gdańsk - film ewolny

Totengarten – ku słońcu…

Cmentarz Centralny w Szczecinie, budzi respekt swym wyglądem już na samym wejściu ukazując całe swe dostojeństwo. Nowoczesna sztuka ogrodniczo-parkowa, oparta na wzorach i doświadczeniach zebranych w dwóch wielkich nekropoliach, Hamburgu i Wiedniu, przyciąga tu dziś nie tylko szczecinian. Zauroczona tą nekropolią, zostałam wzbogacona o  dwie pozycje książkowe: „Szczecińskie cmentarze” Bogdana Frankiewicza, i „Cmentarz Centralny w Szczecinie” (wydanie albumowe, praca pod redakcją Macieja Słomińskiego).

Totengarten – ogród zmarłych – jest usytuowany nomen omen przy ulicy… Ku słońcu. Wita zwiedzających 77 metrowymi arkadami, które nie tylko są olbrzymią bramą – to ciąg usługowo-gospodarczy, a w nim sklepiki z akcesoriami cmentarnymi, kwiaciarnie, biuro cmentarza i (sic!) toalety. To nekropolia największa w Polsce, trzecia w Europie  i jedna z największych na świecie, która nawet po latach nadal spełnia swe pierwotne założenia. Na początku XX wieku pojawiły się bowiem nowe koncepcje urządzania cmentarzy jako miejsc łączących w sobie estetykę, piękno i kunszt sztuki nagrobnej. Prezentacja sztuki parkowej i ogrodowej, miała odtąd wzruszać i dostarczać artystycznych przeżyć. Z góry przyjęto zasadę wznoszenia pomników charakteryzujących się tylko  naprawdę wysokimi walorami artystycznymi. Na tym oto cmentarzu organizowano od zawsze wystawy pomników oraz projektów ich ozdabiania.


12 km wyasfaltowanych dróg przejezdnych i 60 km pieszych ścieżek, musi budzić spodziewany respekt. Układ kwater dopracowany i przestrzegany jakoś niezgodnie z polskimi manierami. 450 ujęć wodnych i 21 km sieci wodociągowej przywodzi na myśl solidnych budowniczych niemieckich. Zadrzewienie cmentarza na obszarze 167 ha jest różnorodne i pod względem dendrologicznym bardzo imponujące. Od początku istnienia cmentarza dokonuje się licznych dosadzeń drzew i krzewów, często bardzo egzotycznych, dzięki czemu jest on ciekawym parkiem charakteryzującym się zróżnicowanym drzewostanem. W latach 50-tych odnotowano ok. 360 gatunków, w tym 54 rzadko spotykanych. Panuje  tu niespotykany ład – każda „kwatera” otoczona jest parkanem z tujek.


Szczególny nacisk budowniczowie położyli na układ i wygląd wewnętrzny cmentarza. Ciągi perspektywicznych alei, liczne baseny, wielka fontanna a wokół ławeczki. Pozostawiono również naturalne cieki wodne Cichą i Jasną Wodę. Dokupiono teren obok starego wiatraka, który jest teraz zabytkiem architektury wiejskiej. Spokojem napawa neoromańska kaplica z dobudowanym krematorium.

A na wprost, na wzniesieniu, usytuowane są kwatery wojenne żołnierzy Armii Czerwonej, Wojska Polskiego, nieopodal działaczy ruchu robotniczego, wśród nich uchodźców politycznych z Grecji. Stoi tu pomnik „Tym, którzy nie wrócili z morza”, a na nim 175 tabliczek z nazwiskami marynarzy. Są również groby osób zabitych w czasie wydarzeń Grudnia 1970 r.  Stoi Krzyż Katyński… To tu spoczywa serce „Heluni”, żołnierza AK, więźnia Majdanka, pierwszej polskiej pani architekt-urbanistki w powojennym Szczecinie – Heleny Kurcyusz. I to właśnie jej miasto zawdzięcza swe obecne oblicze, gdyż odbudowane zostało w myśl dawnego charakteru.


Szczecin jest miejscem pochówku obywateli różnych nacji – Niemców, Polaków, Żydów, Rosjan, Francuzów, Szwedów. Historia tutejszych cmentarzy obrazuje wybitnie wielonarodowy charakter miasta. Stąd groby nawet wyznawców mojżeszowych. Cała architektura Cmentarza Centralnego została podporządkowana myśli przewodniej, aby uczynić z niego park o walorach artystycznych, miejsce spotkań rodzin, odwiedzin międzynarodowych turystów, zakochanych przechadzających się w cieniu starych Katakumb i… to się udało.

I bardzo dobrze, bowiem doświadczenia narodów wskazują, że przetrwały tylko te cywilizacje, które dbały o swe nekropolie – ew
fot. ewolny Szczecin

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdańsk cz.1 Miasto

Nie potrafię zrobić wpisu o Gdańsku, takiego jakbym chciała. Przepiękny dworzec, który jak wypasiona wizytówka, kusił już po „gazetowej” Juracie… A tu? Gdańsk wymarzony, wyśniony, wytęskniony, tak odległy dał mi popalić długą, bo blisko trzynastogodzinną i wyczerpującą doń podróżą, dodatkowym, prawie trzygodzinnym szukaniem po lesie zabukowanego noclegu i powitał serią olbrzymich burz oraz zadziwieniem personalnym. Gdyby nie dziewczyny, pewnie zwinięta w kłębek, z bolącym brzuchem z GŁODU i niepotrzebnych emocji, przespałabym pierwszy  z trzech dni, pobytu nad morzem. Na podobieństwo marynarza od żółwi na Galapagos, chciałam rzec  „kamieniczki to ja już widziałam i tu, i tam. Spadajcie!”

Gdańsk jawi mi się zatem nadal jak sen, bowiem wyciągnięta na siłę, zwiedzałam na wpół przytomna i niczym zombi w letargu robiłam te zdjęcia.
Gdańsk jest piękny. Czuję olbrzymi niedosyt i nieprawdopodobne pragnienie, by znów tam być. Tym razem na dłużej i na spokojniej.

Ten czas, który dałam sobie na zrobienie wpisu, spowodował, że jak u Steincbecka, odleżały się wrażenia i mogłam wybrać już tylko te nader istotne.

Motława.
Na dzień dzisiejszy, to najpiękniejsze moje gdańskie wrażenie. Najpiękniejsza, jak dla mnie, miejska rzeka – nieprawdopodobny klimat, wielojęzyczny gwar na podobieństwo tego spod Wawelu. Klimat, który tworzy nie tylko masa przytulnych knajpeczek, sąsiedztwo malowniczych, zabytkowych zabudowań, ale i niespotykana nigdzie gra światła na tej miejskiej przecież  wodzie. Wymarzony, lustrzany plener dla każdego artysty malarza.  To tu jadłyśmy na wodzie drugie śniadanko przed Gdynią i kolację po Sopocie.  To tu na Żurawiu, najstarszy w Gdańsku zegar słoneczny odmierzał nam czas, gdy podziwiałyśmy zacumowane jednostki, z galionami i bez. Na przykład Sołdek, który onegdaj gościł pod prysznicem, nagie pośladki mojego najlepszego przyjaciela… Te bajeczne zdjęcia robiłam zwykłym telefonem, bo piękna bajka, tworzy się sama. Zdjęcie pierwsze mam na wyświetlaczu swojego telefonu. Niesamowite miejsce:





Starówka.
I rzeczywiście, skąpana w deszczu jakby piękniejsza, bo bez tego wielkomiejskiego kurzu złocenia lśniły, a asfalt jak w Daleko od szosy, zamienił się w rzeczne lustro a’la Motława. Mara to czy sen? Ale i rycerze tam to jak chleb powszedni. A Neptun spod prysznica, z równie zabójczymi pośladkami, zapamiętałam bardzo pozytywnie nie tylko z tego powodu. Dał odsapnąć, bo dosłownie pod nim, zjadłyśmy pierwszy od blisko doby ciepły posiłek – pyszny obiad:



Wielki młyn.
A wraz z nim ławeczka internetowa, gdzie siedziałam machając do Aj Laf Ju! Wielki młyn, a na jego podobieństwo, równie wielkie połacie wszechobecnej czerwonej cegły, która jest po prostu wszędzie. Bowiem Gdańsk to nie tylko budynki, kamienice, obiekty sakralne, ale i resztki pieczołowicie chronionych  starych murów. „Czerwony jak cegła” to budzi respekt:



Ulica Mariacka.
To chyba właśnie tam skierowałyśmy swe pierwsze kroki po wyjściu z taryfy. Ewidentnie coś dla mieszczuchów, którzy w swoich maleńkich eMileś, z mini balkonów, tworzą substytut otwartej przestrzeni, tarasu, ogrodu. Niewątpliwie najpiękniejsza gdańska ulica, i to tu  nazwano mnie zombi, bo właśnie tu ożyłam, na widok tych kompletnie, w sposób cudowny odrestaurowanych nadproży, sunących niemo w stronę Mariackiej Bazyliki, i przeciwną, Mariackiej… Bramy.  Na nadprożach nie tylko motywy roślinne ale i kształtne pomidorki:



Heweliusz.
Na koniec „bliżej nieba, bliżej gwiazd”. Śpimy pod tym samym niebem, jak pod wspólną kołdrą.  Podróż do Gdańska sprawiła, że jeszcze pewniej stąpam po tych rozbujanych w marzeniach obłokach…
„Na sprzedaż”, „For Sale” – kupujemy? – ew


fot. ewolny Gdańsk

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Sopot

Najwięcej kłopotów sprawia mi Sopot. Niespodziewanie bezwarunkowo piękna Gdynia Orłowo, od której zaczęłam spacerek po „powyjazdowych wspomnieniach”, to była czysta radość, przyjemność, relaks. Jeszcze Gdańsk i „ostatni będą pierwszymi”, a Sopot? Z nim mam problem, bo jakby wszystko w nim OK, a jednak – nie ujął mnie, jednakowoż ujmując. Na zasadzie „chcę, ale boję się”…  sama nie wiem.
Nie tak dawno Tips w Sopot, czyli po białoruską wizę do Gdańska, wymienił jego walory, to może ja kilka słów anty?

No nie, były przecież momenty, które powalały na kolana, na przykład zmyślny drogowskaz 710 km Zakopane. 700 km pisało na naszych biletach, a przecież do Sopotu musiałyśmy jeszcze podjechać z Gdańska.
Jakaś chwytająca za serce nostalgia, na wspomnienie odległego, nie tylko domu…

Jechałyśmy zajefajną SKM, czyli Szybką Koleją Miejską, która chodzi nie tylko wzdłuż wybrzeża, po skosie między miastami Trójmiasta, ale i w bliski głąb kraju, na przykład do Tczewa, Elbląga, Wejherowa co… 15 minut przez… 24 godziny na dobę, w dodatku za… grosze! Respect!
Zatem za marne 3 złote, już po kilkunastu minutach jesteśmy w Sopocie, który urzeka nie tylko wspomnianym drogowskazem, ale i cudnym kościołem w jego tle:

Skrajne uczucia, bo tuż za nim wykorzystywanie zwierząt do żebrania. „Zbieram na karmę”, no nie wiem, jakiś niesmak:

Po nim kolejny, papużka wyciągająca wróżby… Pamiętamy wpis Animals?

Patrząc na wystrojone tłumy, marki samochodów, rejestracje przychodzi konkluzja, że dzisiejszy Sopot to świątynia pieniądza, która przyćmiła sobą, jego historyczne walory. I chyba niestety tylko to, wciskające się w oczy, naj molo. Molo, na które każdy musi za 3,20 wejść, zrobić sobie foto i wrócić. Też weszłam, bo to jak obsikanie terenu – „ja tu byłem”. Po drodze XXI wiek z 1928 roku – widok na morze odgrodzone szkłem i zaproszenie do wygodnej konsumpcji:

Molo obwarowane bramkami, kasy z dłuuugimi, zakręconymi kolejkami, bo masa chętnych, w tle Grant Hotel, Sheraton, na samym molo już szkło, chrom i… „gdzie się podziały tamte prywatki”?



Jeszcze tylko, wspomniany przez Tipsa drugi, niższy poziom, jakoś koresponduje z brakiem komercji:

Jeszcze tylko bogato rozbudowana latarnia morska przyprawia o zachwyt z zadziwienia:

Kamieniczki, z których przecież nie tylko Krzywy domek, sprawia, że przystajesz w zachwycie:


Karykaturzyści, śpiewacy, malarze – współczesna łączność ze sztuką:

A mimo to mieszane uczucia. 710 km od Zakopanego, a jakby ten sam blichtr pieniądza co tam, Krupówki a Monciak, żadnej różnicy. Z podróży do Sandomierza, przypomina mi się  gdzieś na naszej, południowej trasie, pijane BMW, i  wesołe okrzyki do kolejki pod WC na stacji benzynowej, „która dziewczyna jedzie z nami do (sic!) Sopotu”.
Jeszcze tylko ostatni rzut oka, jeszcze tylko zachwyt nad łabędziami i wracamy…

… czytając na PKP, o obietnicy rekonstrukcji zabytkowej stacji:

Może to sprawka alergii na kasę, kasę, kasę? Wszechobecny zalew konsumpcyjnego podejścia do życia? A może za krótko byłyśmy? Może zabrakło dobrego przewodnika? A może miasto zyskuje  dopiero przy bliższym poznaniu? Ale są przecież miejsca, w których do „miłości od pierwszego wejrzenia”, wystarczy rzeczywiście jeden rzut oka, i w których nie byłyśmy wcale dłużej… nie wiem. Być może należy  z Sopotem „pochodzić” dłużej? Zatem to bardzo dobra motywacja, by ponownie „zmierzyć” Polskę.
fot. ewolny Sopot

Letnia kanikuła zimą


Jarek szybko zareagował na wpis, po naszym powrocie – Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdynia. Leżą przede mną Jego zdjęcia i tak sobie myślę, że może „upalne” lato to dobry czas, by razem ochłodzić się widokami nadmorskiej zimy? Jeśli górale na resztę świata mówią Cepry, to Kaszubi jak? „Turystyczna stonka ziemniaczana”? :) Jak wygląda zimą letni, nadmorski kurort, gdy nie ma już w nim letników? Ten obraz raczej niedostępny dla turystycznych mas. Nie tak dawno, zdarzyło mi się spędzać Wielkanocne Święta nad morzem i pamiętam to zadziwienie bezludną pustką, brakiem letniego gwaru, wszechobecną, komercyjną ciszą. Zimą nad morzem nie byłam. A tu te zwały zlodowaciałego śniegu, zamiast ciepłego piasku na którym dopiero co drzemałam. Nieprawdopodobne:

Klif widziany przez sople:

Trasa W-zet:

U nas Z daszku świata, przez sople patrzy się na wierchy, a tu proszę, molo inaczej. Cudowne:

Na koniec moje ulubione zdjęcie. To na pewno nie Grenlandia? Przecież myśmy tam były, ale… jak zwykle latem. Człowiek powinien stawiać sobie wyzwania. Morze zimą? Dlaczego nie? – ew

fot. Kroplewski Jarek Gdynia Orłowo

Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdynia

A dokładniej Gdynia Orłowo. Przy okazji, za wskazanie tego zakątka na Ziemi,  dziękujemy braciszkowi Kropli. Ostatni Sprawiedliwy rzekł bowiem „koniecznie jedźcie do Gdyni Orłowo” i jak się okazało, słusznie.

Bo kto pamięta jeszcze moje zauroczenie Kazimierzem Dolnym, ten zrozumie, dlaczego relacji z podróży marzeń, nie zaczynam od starego Gdańska ani wypasionego Sopotu – Gdynia Orłowo, a przynajmniej jej nabrzeże, ma ten sam urok, ten sam klimat, ogromnie ujmujący, bo podobny do kazimierskiego  czar…

To tu właśnie, chciałam spać na plaży, podczas gdy Ewa nakręcała film:

Czas się zatrzymał. Nic się nie liczyło,  nie było ważne nic. Niczym białe grzbiety fal, cicho unosiły się nań bielutkie łabędzie, był tylko szum morza, lekki wiatr i jeszcze lżejsze promienie słońca. Bosko:

Co tak urzeka w tym Orłowie?

Molo, wcale nie gorsze od sopockiego, nie wszystko piękne co duże:

A na jego zwieńczeniu dwie lunety:

Bo pejzaż, w Gdyni Orłowie, zaiste nietuzinkowy:

Nabrzeże wypełnione cudowną Promenadą Królowej Marysieńki:


Wzdłuż niej nie tylko skwer imienia Antoniego Suchanka,  nie tylko pomnik tego artysty malarza, przy którym już tylko Aj Laf Ju:

Ale i krajobrazy, które malował. Morze, dla którego nawet replika Chrystusa „Błogosławieństwo morza”, postawionego w 1924 roku, przez orłowskich rybaków… morze:



Ale i domorosłe „Rospudy” lub klify, jak parawan zamykające horyzont, nieprawdopodobnie czystych plaż:


Ta Kępa Redłowska, z przyprawiającą o zawrót w głowie szaloną wysokością 86 m.n.p.m., jest zarazem rezerwatem przyrody. Osiemdziesiąt sześć metrów…  „Rezerwat jest unikatowym obiektem przyrodniczym w skali kraju, o pow. 118,16 ha i ustanowiony w 1938 roku.  Obejmuje wschodnią część Kępy Redłowskiej wraz z kompleksem leśnym i urwistymi brzegami wybrzeża klifowego.  Celem ochrony jest zachowanie naturalnego krajobrazu nadmorskiego, lasu bukowego i mieszanego, form abrazyjnych oraz stanowiska jarząbu szwedzkiego Sorbus Intermedia. Jako relikt epoki lodowcowej jest on osobliwością florystyczną rezerwatu. Kępa Redłowska jest jednym z nielicznych rezerwatów, który umożliwia obserwację naturalnych procesów geofizycznych zachodzących na styku lądu i morza„. Tyle tablica…

Jeden z nielicznych takich zakątków… zatem nie dziwi, patrząc na postać Antoniego i na te cudne krajobrazy, że tuż przy plaży, usytuowany jest budynek Zespołu Szkół Plastycznych:

Budynek sam w sobie jakby stworzony przez uzdolnionych uczniów, a w ogrodzie masa, ale to masa rzeźb:

A tuż za płotem?  Bez komentarza:

Wiem, że wrócę. Troszkę ponad 700 km, to nie koniec świata… ew
fot. ewolny

Byłam w Kamieniu Pomorskim!

Nie tylko byłam, ale i uwielbiam. A kto jeszcze nie był niech żałuje i póki całkiem nie spalon niech planuje… To przeurocze, maleńkie miasteczko leżące raptem na 10 km². Już w XI w Kamień Pomorski był dużym grodem, siedzibą książąt pomorskich, ale jego historia sięga nawet 142-147 n.e. – kiedy to Rugium zostało naniesione na mapę Klaudiusza Ptolemeusza…

Leży na brzegu Zalewu Kamieńskiego i tylko 8 km dzieli go od wybrzeża bałtyckiego. Nie dziwi zatem bosmanat portu w mieście i widok akwenu nawet ze ścisłego centrum, jakim jest przecież centralnie położony Ratusz. Ratusz wart obejrzenia, to późnogotycki budynek pochodzący z XV/XVI w:

Tam wszystko jakby zatrzymane w czasie, nowe budownictwo na kształt starych kamienic, a między tym domy z XVIII/XIX w, okalające je murki jakby ze średniowiecznego kamienia, właz do kanału żeliwno-drewniany, nawet ptak niczym żywcem wyjęty z legendy, wszechobecny zapach historii:

Stare mury obronne a na wzniesieniu trawnika bloki mieszkalne:

Wychodzimy przez bramę w murze, mijamy wspomniany bosmanat portu, chwilę pniemy się wzdłuż ulicy a brzegiem Zalewu i już jesteśmy pod Wieżą Piastowską mieszczącą obecnie Muzeum Kamieni i przylegającą doń Bramą Wolińską:

To nie jedyne atrakcyjne zabytki Kamienia Pomorskiego, dość wymienić jeszcze:

* Kościół gotycko-renesansowy pw. WNMP XIV-XVI pierwotnie dwór Warcisława I
* Pałac biskupi z XVI w. z renesansowym tylnym wykuszem (wychodzącym na równie zabytkową dawną kanonię) i zabytkowymi schodami wewnątrz
* Kościół pw. św. Mikołaja – z pięciokątną wieżą – świątynia rybaków z okolicznych wiosek, niewpuszczanych przez średniowiecznych rajców miejskich do Katedry
* A Katedra robi wrażenie, to granitowo-ceglana bazylika romańsko-gotycka z przełomu XII/XIII w, miejsce pochówku biskupów i książąt pomorskich:


Wewnątrz Katedry wystrój barokowy, wzrok przykuwają zabytkowe organy wybudowane w latach 1669-1672 (ponad 2 500 piszczałek-podział na 47 głosów melodycznych) oraz bogato zdobiona ambona:

W bocznych nawach ławeczki a w nawie północnej przy Chrzcielnicy Krata z 1684r:

Równie bogato zdobiona Krata Lektoryjna (1684) znajdująca się za gotyckim ołtarzem przedstawiającym tryptyk ze scenami z biblii, prawdopodobnie dzieło jednego z uczniów Wita Stwosza. Swoje zdjęcie z całym tryptykiem niechcący wysłałam w kosmos, zatem jego część centralna stąd:

Katedra jest jedyną w Europie budowlą, do której przylega otwarty wirydarz północny będący miejscem pochówku – dziś oaza spokoju i kontemplacji. Kamień Pomorski to godny polecenia przerywnik w podróży nad morze. Bliskość głównych tras, niewielka powierzchnia a na niej skupione blisko siebie warte obejrzenia zabytki, umożliwiają zwiedzenie tego przepięknego miasta w jedną, jedyną godzinę.  Żywię nadzieję, że tym krótkim spacerem przybliżyłam miejsce tragicznego pożaru… ew
fot. ewolny Kamień Pomorski