c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Sandomierz

Polska z lotu ptaka – pałace i zamki

Dzięki uprzejmości  Jacka Marii Jelińskiego, oto kilka jego zdjęć – jak w tytule… Okazuje się, że z góry wszystko wygląda inaczej. Inaczej  tak, że nie poznałam nawet swej… Pszczyny! Wszystkich chcących  sprawdzić  znajomość topografii, na swoich znajomych terenach,  zapraszam na istną skarbnicę podobnych ujęć, na stronę autora: www.zlotuptaka.eu

Polska z góry jest… czerwona!

Wiśnicz – oficjalnie Nowy Wiśnicz i tak nazywają ten zamek. Stare domy rysował Matejko:

Pałac w Otwocku Wielkim:

Czersk – Królowa Bona założyła tu jeden z pierwszych ogrodów z włoszczyzną:

Janowiec – naprzeciwko, po drugiej stronie Wisły, Kazimierz Dolny:

Ale i tak znany i lubiany Chrisa Sandomierz…

…oraz Niedzica:

I jeszcze Przemyśl:

Szczytno – J. Wielkie i J. Małe, ta zielona woda to niestety dowód na taką sobie gospodarność miejscowych: przenawożone pola i/lub wylewanie szamba:

Reszel:

Toruń:

Zamek krzyżacki w Gniewie, wybudowany w gniewie?

Rogóźno blisko Grudziądza – siedziba komtura w latach 1285-1333… To co z zamku zostało, czyli wieża i pozostałości murów jest w bardzo dobrym stanie, czyżby dlatego, że w prywatnych rękach?

Na koniec wspomniana Pszczyna…

Oraz? Pana Wiesława zamek w Liwie nad Liwcem:


fot.  Jacek Maria Jeliński
www.zlotuptaka.eu

Zdjęcia pobrałam z FB – Polska z Lotu Ptaka – jak również ich opisy – szczątkowe fragmenty komentarzowych rozmów. Nie ja jedna jestem zauroczona  tą pasją autora, i razem z wszystkimi widzę już cykl jego zdjęć, w postaci wydanych albumów. Póki co, szczęśliwie korzystając z zezwolenia, chciałabym  pokazać jeszcze na ecodniu „regiony” – Polskę zieloną, a także… „ciekawostki” – ewolny

Zobacz również:
- Polska z lotu ptaka – regiony
- Polska z lotu ptaka – ziemia

Krzemień pasiasty – kamień rzadszy od diamentu

150 milionów lat temu ziemia sandomierska zrodziła niezwykły kamień, który 4 tysiące lat temu służył do wyrobu narzędzi a dziś świeci tryumfy na światowych salonach. Biżuterię z niego noszą m.in: Robbie Willams, Victoria Beckham czy Boy George. W swojej ofercie mają go najlepsze, renomowane sklepy jubilerskie. Krzemień pasiasty występuje na świecie tylko w jednym jedynym miejscu – na terenie Ziemi Sandomierskiej. Oto i niezwykła historia kamienia, który jest rzadszy od diamentu – najdroższego kamienia świata.

Za głównego popularyzatora i swoistego ambasadora krzemienia pasiastego w jubilerstwie uznaje się sandomierskiego artystę Cezarego Łutowicza. To on w latach 70-tych wprowadził ten niezwykły kamień jako element biżuterii. Ok. 4 000 tysiące lat temu używano go do wyrobu siekier i narzędzi, dziś sławi Ziemię Sandomierską nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. W swojej ofercie mają go najlepsze, renomowane sklepy jubilerskie.

Powstanie krzemienia
– W celu poznania historii krzemienia pasiastego cofniemy się do czasów jury, kiedy to ok. 150 mln lat temu w ciepłych lagunach morza żyły drobne skorupiaki. Budowały one w miękkim dnie całe systemy korytarzy i nor, w których magazynowały m.in. obumarłe fragmenty roślin. Krzemionka zawarta w wodzie i w gromadzonych szczątkach organizmów morskich wytrącała się w tych zagłębieniach pod wpływem zmian temperatury, ciśnienia i odczynu chemicznego wody. „Zastygająca” przez miliony lat krzemionka utworzyła charakterystyczne buły krzemienne, w których masie wewnętrznej występują pasma o różnym zabarwieniu, z fantastycznie ułożonymi wewnątrz „pasiakami”. Tak powstały kamienie, które dziś naturalnie występują tylko w jednym miejscu na świecie – na terenie Ziemi Sandomierskiej.

Odkrycie kopalń
– Na początku lat 20-tych XX wieku geolog z Państwowego Instytutu Geologicznego, Jan Samsonowicz w trakcie prowadzonych prac geologicznych odkrył kompleks kopalń w Krzemionkach Opatowskich. Wchodząc do jednego z podziemnych korytarzy zauważył ślady starożytnego górnictwa. Zaczął się trwający do dziś okres fascynacji naukowej jedynym tego typu kompleksem kopalnianym na świecie. Pierwsze badania wykopaliskowe rozpoczęły się w 1925 roku. W tym czasie odgruzowano podziemia siedmiu szybów, rozpoznano rozmiary, kierunek i sposób prehistorycznej eksploatacji. Na całym terenie naliczono ok. 500 szybów kopalnianych. Odkrywano nowe chodniki, szyby, odnajdywano coraz to nowe narzędzia i obiekty świadczące o funkcjonującej tu w neolicie kopalni krzemienia. W bieżącym roku archeolodzy z Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim prowadzili badania w wyniku których natrafili na kilka nowych, nieznanych dotąd szybów. Przebadali również ok. 2 600 odkrytych zabytków, z których 26 zasługuje na szczególną uwagę. Wśród nich są m.in. krzemienne kilofy i kliny górnicze o nieznanych dotąd formach.

Prehistoryczne kopalnie – Kopalnie w Krzemionkach eksploatowane były ok. 4 – 3 tys. lat temu w okresie trwania kultury pucharów lejkowatych, kultury amfor kulistych oraz kultury mierzanowickiej. Wydobywane tylko tutaj krzemienie pasiaste szybko rozprzestrzeniły się w promieniu nawet 600 km, jako narzędzia niezbędne ówczesnemu człowiekowi. Był to doskonały „towar” eksportowy przynoszący duże bogactwo. Pole eksploatacyjne „Krzemionki” obejmuje obszar ok. 78 500 m2 . Liczbę kopalń szacuje się na ok. 4000. Na terenie pola eksploatacyjnego występują również pozostałości pracowni krzemieniarskich a na południe od niego w rejonie lejków krasowych ślady obozowisk. Wydobycie krzemienia przebiegało w bardzo trudnych warunkach. Górnicy pracowali w pozycji półklęczącej lub nawet leżącej. Problemem było odpowiednie oświetlenie i dostarczenie powietrza w głąb szybów. Wentylację uzyskiwano przede wszystkich poprzez palenie w wyrobiskach małych ognisk i wymuszony naturalny obieg ciepłego i zimnego powietrza. Problem oświetlenia rozwiązano za pomocą palących się łuczyw. Pod ziemią temperatura wynosiła od 5 do 9 stopni Celsjusza. Wstępną selekcję surowca przeprowadzano pod ziemią. Krzemień nadający się do obróbki wydobywano na powierzchnię i tam robiono z nich m.in. siekiery krzemienne oraz inne narzędzia. Cały rejon świętokrzyski obfituje w liczne krzemienionośne pola eksploatacyjne. Pasmo pradziejowych pól, zwane Prahistorycznym Zagłębiem Krzemienionośnym ciągnie się od Tomaszowa na zachodzie po Świeciechów na wschodzie. Wydobywane w licznych wyrobiskach krzemienie, ze względu na swoją barwę, właściwości czy miejscowość wydobycia mają różne nazwy takie jak: pasiasty, czekoladowy, ożarowski, święciechowski.

Rezerwat „Krzemionki Opatowskie”
– Pierwsze kroki do utworzenia rezerwatu poczyniono już z okresie międzywojennym, kiedy to wykupywano systematycznie grunty od mieszkańców istniejącej tam wówczas wsi. W latach 60-tych wysiedlono całą wieś – miejscowość znikła z mapy, a nazwa „Krzemionki” jest dziś przypisania znajdującemu się tam rezerwatowi archeologicznemu. Pierwszą formą ochrony na tym terenie był zarządzeniem Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa z dnia 27 czerwca 1995 r., powołany do życia rezerwat „Krzemionki Opatowskie”. W jego skład wchodzą prehistoryczne kopalnie krzemienia wraz z kompleksem leśnym, w którym znajduje się wiele stanowisk rzadkich gatunków roślin. W roku 1994 prezydent Lech Wałęsa w specjalnym Zarządzeniu uznał Krzemionki Opatowskie jako „Pomnik Historii”. Głównym celem rezerwatu jest ochrona kopalni krzemienia pasiastego, wyrobisk górniczych i śladów obozowisk górników. Od wielu lat trwają usilne starania, aby Krzemionki Opatowskie wpisać na listę światowego dziedzictwa UNESCO – niestety władzom powiatu nie jest to po drodze. W ostatnich latach słyszy się również o kłopotach finansowych, które uniemożliwiają rozwój tego niezwykłego i jedynego tego typu kompleksu kopalń na świecie. Jeśli nie wiadomo o co chodzi … to chodzi o pieniądze.

Ochrona krzemienia pasiastego – Biżuteria z krzemienia pasiastego z każdym rokiem staje się coraz popularniejsza, zdobywając nie tylko polskie, ale i światowe salony. Wzrost zainteresowania wyrobami krzemiennymi niesie za sobą również „rabunkową” gospodarkę tym niezwykle rzadkim, bo występującym tylko na ziemi sandomierskiej kamieniem. Od wielu lat sandomierski jubiler, który przywrócił do życia krzemień pasiasty stara się, aby wydobycie krzemienia pasiastego podlegało ochronie prawnej. Jego celem jest stworzenie z krzemieni pasiastych regionalnego produktu chronionego prawem patentowym. Jednym z pomysłów jest utworzenie, na wzór amerykańskiej Doliny Krzemowej, związku gmin o nazwie Dolina Krzemienna.

Wielu domorosłych jubilerów widząc „krzemienną żyłę złota” postanowiło szybko zarobić. Zdarza się, że pod nazwą „krzemień pasiasty” sprzedawane są ozdoby z innych rodzajów krzemienia, imitującego tylko „pasiaka”. Jeśli zależy nam na oryginalnej biżuterii krzemiennej, polecam zakup u znanych i zasłużonych twórców, do których zalicza się sandomierski artysta Cezary Łutowicz. Zakupione u niego wyroby posiadają stosowny certyfikat poświadczający autentyczność kamienia i wysoką jakość wykonania całego wyrobu. Pracownia artysty znajduje się w Sandomierzu na Starówce przy Pl. Poniatowskiego 4 (obok Urzędu Miasta) – PK
Fragmenty „Krzemień pasiasty – kamień rzadszy od diamentu” z cyklu „Artykuł na weekend”
www.mojesandomierskie.pl

Pałac Karskich we Włostowie

Jadąc z Sandomierza do Opatowa, mniej więcej w połowie drogi przejeżdżamy przez wieś Włostów, znaną do niedawna ze znajdującej się tam cukrowni. Mało kto wie, że w tej niewielkiej wsi znajdują się ruiny niezwykle ciekawego pałacu, należącego niegdyś do rodziny Karskich.

Niestety pałac znajduje się w ogromnej ruinie, ściany porasta dzikie wino, wokół jest mnóstwo śmieci, a sądząc po zapachu same ruiny służą jako….. ubikacja. Cały teren to raj dla botaników zajmujących się badaniem „roślinności ruderalnej”. Status pałacu nie jest do końca uregulowany, formalnie należy do skarbu państwa, obecnie zarządza nim stowarzyszenie „Nasz Włostów”, a inne ubiega się o zakup terenu i odbudowę pałacu z przeznaczaniem na hotel.

Neorenesansowy pałac rodziny Karskich wzniesiono w latach 1854-60 na zlecenie Stanisława Karskiego. Autorem projektu był Henryk Marconi – polski architekt włoskiego pochodzenia, jeden z najwybitniejszych architektów polskich XIX wieku. Pałac otaczał 10 hektarowy park. Obok znajdowały się oficyny oraz „lamus” – zbudowany w XVI wieku przez braci polskich (arian) budynek do przechowywania cennych przedmiotów – przed powstaniem pałacu był tam prawdopodobnie zbór ariański.

Przez długie lata pałac tętnił życiem. Włostowski pałac gościł między innymi Stefana Żeromskiego, który we Włostowie właśnie pracował nad „Popiołami”", a także Achillesa Ratti, który gościł tu jako nuncjusz apostolski (późniejszy papież Pius XI). O wizycie tego ostatniego świadczy znajdujący się przy głównej drodze obelisk, upamiętniający wizytę znamienitego gościa. W 1929 roku gościł tu również prezydent Ignacy Mościcki, którzy przybył na odsłonięcie pomnika poległych pod Konarami legionistów podczas słynnej „Bitwy pod Konarami” w 1914 roku. II wojnę światową pałac szczęśliwie przetrwał, ale w kolejnych latach, kiedy teren został własnością PGR-u, szybko popadł w ruinę. Ucierpiał również przypałacowy park, w którym wycięto wiele zabytkowych, wiekowych drzew.
Przez lata pałac był systematycznie plądrowany i dewastowany. Wyrywano podłogi, zdzierano kafelki kominkowe, zdejmowano cynkową blachę dachową – jednym słowem wszystko to co można było jeszcze wykorzystać.

Dziś odwiedzający pałac mogą oglądać resztki ścian, które są w tak złym stanie, że za kilka lat nawet po nich nie będzie śladu. Przypałacowy park również nie jest zbyt reprezentatywny, służy raczej jako miejsce spotkań okolicznych „miłośników” taniego wina – PK
Fragmenty „Pałac Karskich we Włostowie” – z cyklu „Artykuł na weekend”
www.mojesandomierskie.pl

Sandomierz zaprasza… po 2020 roku

- Dzień dobry, poproszę bilet na pociąg pośpieszny do Sandomierza.

- Najbliższy pociąg do Sandomierza odjeżdża po 2020 roku. – Taką odpowiedź usłyszymy jeśli zaplanujemy podróż do Sandomierza pociągiem. W tym 27 tysięcznym miasteczku nie ma od kilku lat stacji kolejowej dla ruchu pasażerskiego. Modernizacja tego odcinka kolejowego planowana jest dopiero po 2020 roku.

W ostatnim czasie Sandomierz przeżywa prawdziwy renesans. Tysiące turystów dostrzegło uroki tego malowniczego miasteczka za sprawą bijącego rekordy popularności serialu „Ojciec Mateusz”. Sandomierski PTTK organizuje wycieczki śladami filmowego bohatera – detektywa w sutannie.

Wzrost liczby turystów to także konieczność rozbudowy infrastruktury. Sandomierskie parkingi w weekendy są pełne samochodów, turyści wykorzystują każdy fragment pobocza aby zaparkować auto jak najbliżej Starego Miasta. A mogłoby być zupełnie inaczej gdyby do Sandomierza dojeżdżały pociągi pasażerskie. Niestety, z końcem roku 2006 zawieszono ostatnie regularne połączenie pasażerskie. Stacja PKP Sandomierz zniknęła z kolejowego rozkładu jazdy.

Sandomierska stacja kolejowa od dziesiątków lat była bardzo ważnym węzłem kolejowym, zarówno pasażerskim jak i towarowym. Zelektryfikowana, dwutorowa na całym odcinku. To tu jadące z północy na południe pociągi kierowane były na dwa rozwidlające się tory; na południowy-wschód przez Stalową Wolę do Przeworska i Przemyśla, oraz na południe do Tarnobrzega i dalej w stronę Rzeszowa. Patrząc na mapę kolejową Polski widać, że jest to najkrótsze połączenie między Warszawą, Skarżyskiem-Kamienną a południową częścią naszego kraju.

Przez długie lata Sandomierz miał regularne połączenia kolejowe z Warszawą, Przemyślem, Helem, Kielcami czy Rzeszowem. Pociągi osobowe jeździły regularnie do Przeworska na południu i Skarżyska na północy. Zanim zawieszono ostatnie połączenie pasażerskie, każdego miesiąca powoli zabierano po jednym, dwa pociągi. Na kilka miesięcy przed zamknięciem stacji kursował tylko jeden pociąg pośpieszny dziennie i jeden osobowy. Stacja ożywała tylko dwa razy dziennie. Zbyteczne było utrzymywanie kasy biletowej – otwierano ją tylko 30 minut przed odjazdem pociągu, a w ostatnich tygodniach okienko zamknięto całkowicie. Bilety kupowało się u konduktora.

Oficjalnym powodem zamknięcia stacji był fatalny stan torowiska pomiędzy Sandomierzem a Ostrowcem Świętokrzyskim. W wielu miejscach ograniczono prędkość do 20 km / h dla pociągów towarowych – fatalny stan torów uniemożliwił przewożenie nimi ludzi.

Dziś przez sandomierską stację przetacza się 2-3 składy towarowe dziennie. Większość jedzie bocznicą kolejową do sandomierskiej huty szkła. Przy tak małym ruchu bocznice kolejowe nie są w ogóle wykorzystywane. Stacja zarasta i niszczeje. Perony stacji pełne są porozbijanych butelek. Ściany dworca usiane są pamiątkami po bywających tu wandalach. Dawny budynek dworca został zamieniony na dyskotekę. Co weekend zjeżdżają tu rzesze młodych ludzi aby przy rytmach muzyki o wątpliwych walorach bawić się w najlepsze. Wejście na perony zostało odgrodzone metalową bramą – grube kraty chronią resztki i tak już zdewastowanych peronów.

Władze PKP nie uznały tego odcinka torów za ważny i priorytetowy dla infrastruktury kolejowej południowo-wschodniej Polski. Z informacji jakie można wyczytać z mapy zamieszczonej na stronie PKP wynika, iż modernizacja odcinka Skarżysko-Kamienna – Sandomierz nastąpi po 2020 roku. Nie wiem czy słowo „modernizacja” jest trafnym określeniem, bo za 11 lat odcinek ten trzeba będzie odbudowywać na nowo, gdyż praktycznie nie wykorzystywany podda się upływowi czasu – PK
www.mojesandomierskie.pl

***

A tymczasem między innymi…

Zamek królewski wzniesiony przez króla Kazimierza Wielkiego, siedziba Muzeum Okręgowego:

Ratusz z 1349, w którym m.in. najstarsze szachy w Europie:

Kawałek rynku:

Studnia na rynku:

I LO im.  Długosza, Collegium Gostomianum z 1602 – moja szkoła:

Kościół św. Pawła, jedna z najstarszych świątyń Sandomierza, z 1226 roku – moja parafia:

Bazylika katedralna Narodzenia NMP z XIV wieku:

Brama Opatowska – gotycka brama wjazdowa z XIV wieku, element murów obronnych:

Widok z Bramy Opatowskiej:

fot. Chris Miekina Sandomierz
www.nowaatlantyda.com

Królewska gra w królewskim mieście

Niewiele osób wie, że w zbiorach sandomierskiego muzeum znajdują się najstarsze szachy w Europie. Zostały one odkryte w latach 60-tych w okolicach kościoła św. Jakuba. Jest to doskonały „atrybut”, który można wykorzystać do promowania królewskiej dyscypliny w królewskim mieście Sandomierzu.

Szachy sandomierskie odkryte zostały 9 października 1962 r. na Wzgórzu Świętojakubskim, przez Eligię i Jerzego Gąssowskich z Instytutu Kultury Materialnej PAN. Figurki leżały w chacie ziemiankowej w jednym z narożników. Są unikatem na skalę europejską. Dotychczas znajdowano pojedyncze piony z XIV wieku w różnych częściach kraju. Sandomierskie szachy są prawie kompletne. Znane jest również ich przybliżone datowanie – chata w której ją znaleziono była zamieszkana między około 1080 a 1260 rokiem (powstały na przełomie XII/ XIII wieku). Na skarb składa się 16 figur i 13 pionków szachowych, wystruganych z jeleniego rogu. Figury mają od 17-25 mm wysokości, a pionki od 15-19 mm. Zestawy nie różnią się barwą, a tylko ornamentyką. Znalezienie szachów w półziemiance świadczyć może o tym, że grą zajmowali się nie tylko duchowni i rycerstwo, ale także i ludzie z niższych grup społecznych.

Sandomierski MOSiR działa prężnie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby było jeszcze lepiej. Z tego co udało mi się ustalić organizuje on również turnieje szachowe. Dodałem 1 (turniej szachowy) + 1 (szachy sandomierskie) i wyszło mi, że Sandomierz ma szansę stać się Polską Stolicą Szachów. Nie jest to proces, który można przeprowadzić w ciągu roku, ale żeby cokolwiek osiągnąć trzeba chcieć. Sandomierz ma bardzo duży atrybut jakim są najstarsze europejskie szachy, znajdujące się w zbiorach Muzeum Okręgowego. Mamy coś czego inne miasta nie posiadają. To właśnie pod sztandarem tego wyjątkowego zabytku można stworzyć w mieście klub szachowy z prawdziwego zdarzenia, w wakacje natomiast organizować na Sandomierskim Zamku (gdzieżby indziej jak nie w „mieszkaniu” króla) prestiżowe turnieje szachowe dla amatorów i zawodowców, w których jedną z nagród byłaby wyjątkowa replika starych szachów i specjalnie zaprojektowany puchar na kształt jednej z zabytkowych figur.
Ciekawym pomysłem byłoby również zorganizowanie we współpracy z Polskim Związkiem Szachowym wakacyjnych warsztatów i kursów szachowych dla młodzieży. Uczestnicy poza treningami mogliby zwiedzać piękne zabytki czy podziwiać wyjątkową przyrodę. Dla dzieci i młodzieży chcących zdobywać szachowe doświadczenie powinno się stworzyć Sandomierski Klub Szachowy, będący członkiem Polskiego Związku Szachowego. Odpowiednio stworzony program szkolenia, treningi, turnieje, dostęp do potrzebnej literatury i klimat samego Sandomierza, za którym stoją najstarsze europejskie szachy w niedługim czasie zaprocentuje mistrzami w tej dyscyplinie a Sandomierzowi doda prestiżu i jeszcze bardziej spopularyzuje królewski gród nad Wisłą.
ps.
Jeśli inicjatywa ta spotka się z zainteresowaniem sam jestem gotów zasponsorować kilka zestawów szachowych a przede wszystkim wesprzeć marketingowo ten ciekawy projekt (na który mam przygotowaną na razie ogólną strategię i chętnie się nią podzielę). zainteresowanych proszę o kontakt: moje.sandomierskie@gmail.com

Za kolebkę szachów uznawane są Indie. W VI wieku n.e. gra dotarła do Persji pod nazwą czatrang, potem za pośrednictwem Arabów rozprzestrzeniła się w Europie. Początkowo była to gra dla 4 osób, z czasem jej reguły ulegały zmianom. Dopiero po VII wieku przyjęły formę podobną do dzisiejszej, znanej nam wersji szachów.

Sandomierskie szachy są wyrobem „tutejszym”. Wskazuje na to materiał z jakiego został wykonany oraz wzór na nich, nawiązujący do stylistyki słowiańskiej. Skąd jednak w Sandomierzu pomysł na zrobienie szachów? Przypuszcza się, że miejscowych zapoznali z nią duchowni (najprawdopodobniej dominikanie, którzy mają tu swój klasztor), lub rycerze którzy wraz z Henrykiem Sandomierskim wrócili z wypraw krzyżowych.

W Ratuszu, będącym oddziałem Muzeum Okręgowego w Sandomierzu można oglądać kopie szachów – oryginalne znajdują się w skarbcu muzealnym.

Jako ciekawostkę dodać należy, że wzdłuż jednej z alejek w sandomierskim parku Piszczele ustawione są kamienne wiernie odtworzone rzeźby sandomierskich szachów (każdy z nich o wysokości około 70-80 cm) – PK
www.mojesandomierskie.pl

Zobacz również:
- Różne odcienie miłości – sandomierska

Kazimierz nad Wisłą, czyli powrót do edenu

Mój fetysz to zielono, mokro, słonecznie i ślady constansu – dowody na ciągłość ludzkiego bytu – historia. Kazimierz Dolny to przestrzeń, słońce, woda, powietrze i życie – przyroda i człowiek, ten obecny i miniony.

Nie znam obecnie piękniejszego zakątka  Ziemi niż Kazimierz Dolny, dlatego zadziwiła mnie przewodniczka swą odpowiedzią, gdy zapytałam ją czy jest już objęty lub czy są jakieś kroki, zmierzające do objęcia go ochroną UNESCO:
- No wie pani, my tu tak prawdę powiedziawszy niewiele mamy. Nie zachowały się plany, zapiski, kamienice są z odtworzenia, zamek zburzony przez Szwedów, niewiele mamy. Za mało.
No ludzie! Konwencja o Ochronie Dziedzictwa Przyrody (1972) dotyczy ochrony przyrody i skarbów kultury, ale na liście co ważne, znajdują się także krajobrazy kulturowe świadczące o ścisłym, ciągłym, nierozerwalnym związku człowieka z przyrodą. Chyba zatem kwalifikuje się i Kazimierz, któremu sam Pan Bóg nie poskąpił. Takiego ścisłego kontaktu: zalesione wzgórza – miasto  – człowiek – czas – rzeka, nie ma chyba żadne inne miejsce jak to:

Nazwę swą zawdzięcza Kazimierzowi Sprawiedliwemu, ale już budowę zamku, legendarnie przypisuje się Kazimierzowi Wielkiemu, za to prawa lokacji… Władysławowi Jagielle. To właśnie tędy biegły trakty kupieckie. Nad miastem a wzdłuż Wisły góruje wzgórze, które niczym bocianie gniazdo, daje baczenie jak przez domowego “judasza”, na cały teren:

Na nim świetnie zachowana 20 metrowa  baszta zamku górnego, z której widok na najbardziej wysunięte na wschód, zakole Wisły. Dalej na wschód już nigdzie indziej Wisła nie płynie:

W historycznych zaroślach willa, ponoć zakupiona przez  prezydenta K. a zbudowana przez człowieka, który dorobiwszy się fortuny, zwiózł z RPA niesamowitą kolekcję złota. Złożone w depozycie w miejscowym muzeum dało podwaliny wystawie, a honorowy mieszkaniec miasta, dostał nie tylko zezwolenie na budowę na historycznym wzgórzu, ale i zgodę na zabudowę wbrew architektonicznym planom zagospodarowania miasta. Druga willa, również widoczna wśród gęstych drzew z baszty, to już tzw. „antyzamek” Pruszkowskiego – malarza, człowieka renesansu, profesora, wychowanka młodzieży. Ten wiecznie chodzący na czarno ubrany pan, spowity obszernym płaszczem, kapeluszem, spodniami wsuniętymi w wysokie, czarne buty, był nawet piewcą krzewienia świata widzianego… z góry. Rzecz się dzieje przed wojną a kupuje on awionetkę i kończy spokój kazimierzan, gdy oblatuje te strony, lądując na nadwiślańskich plażach i bezzębny, (bo przy różnych próbach awaryjnego lądowania doznał już kilku uszczerbków) mówi:  „BYCO JE!”.

Kazimierz to zapach, idąc uliczkami czujesz się jak we wnętrzu starego kościoła, strychu, czujesz zapach starego drewna. Przewodniczka, rodowita mieszkanka Kazimierza, mówi  mi „eee mnie się to kojarzy z obozami zagłady, tak pachną obozy koncentracyjne, jak nasze płoty i obejścia”. Mnie nie, ja UWIELBIAM ten zapach!

Kazimierz to kamieniczki, drewniane i murowane na kształt haftu richelieu. Celejowska tzw. ciemna, bo zakurzona od ulicy. To kamieniczki z całymi historiami na fasadzie, ja ta na Rynku. Bliźniacza, zbudowana przez dwóch braci Przybyłów, gdzie można stać godzinami opowiadając co się widzi. Tam nie tylko małżeństwa, z których mąż zerka na cudzą żonę, ona na niego, a ich partnerzy – pani pokazuje gest Kozakiewicza a pan po męsku ściska pięść w kułak. To historia o św. Krzysztofie, patronie kierowców i podróżników, który w bród przenosi na ramieniu maleńkie dziecię. Ono z każdym krokiem przysparza mu coraz większych trudności, robi się coraz cięższe aż podpiera się święty konarem lipy, by jakość przejść. Drzewo puszcza pąki, a Krzysztof mówi „czułem się jakbym cały świat dźwigał” na co słyszy „dźwigałeś więcej, bo i tego, co ten świat stworzył”. Tam wiele innych historii, na przykład Salome z męską głową na tacy…

To w Kazimierzu znajdują się najstarsze w Polsce organy w kościele… słuchajcie, kościół ufundowany przez… Władysława Łokietka! Respekt! Tu również nietuzinkowa, zabytkowa chrzcielnica:


To tu studnia na Rynku, na którym galerie obrazów, malarze, karykaturzyści. Rynek z niezabudowanym jednym skrzydłem, co daje podgląd na kościół i zamek, czyniąc go kolejnym  obiektem malarskich plenerów. Dla studni niestety nie zbudowano żadnej legendy. Jedynie anegdota o tym, jak to przed ślubem warto zrobić naokoło niej kilka rundek wozem. Wtedy ważnym jest, by przyszła panna młoda, z bojaźni, uchwyciła się łokcia swego narzeczonego. Jednak zazwyczaj jest tak, że, łapie się łokieć woźnicy :)

Legendy za to tworzyli  bliźniacy Efraim i Menaszy Seidenbeutl, uczniowie „Pruszcza”, których obrazy kosztują  dziś na przykład, bagatela 150 000 zł. Wpadali do fryzjera, u którego teraz klimatyczna knajpka, miejsce scenerii dla Kayah i Bregovica. O nią zapytał mnie Mike w SMS „byłaś u fryzjera?”. Myślałam, że zwariował.  Tak jak wariowali bracia, jeden się ostrzygł, ogolił, a po kilku godzinach wpadał z pretensjami drugi i robił karczemną awanturę, za niedokładne przystrzyżenie. To oni próbowali zbudować mit, że spod baszty wiedzie podziemny tunel na zamek dolny:

Jeden siedział w pozornie pustej beczce, gdy drugi wchodził do drugiej. Na placu zamkowym organizowali  liczne imprezy i spektakle, by wspomóc finansowo studentów mieszkających w oddali. Bo Kazimierz proszę państwa, to od zawsze miejsce dla artystycznych dusz, z powodu cudownych plenerów malarskich. Bliźniacy byli jak dzisiejszy Szymon Majewski Show, dość powiedzieć, że przykładowo  na „Wystawę osobliwości”, sprzedający bilety bali się o swe zdrowie. Po wejściu za kotarę, zwiedzający mogli obejrzeć m.in. szklankę brudnej wody z podpisem „tak wygląda woda w Wiśle, po przyjeździe letników”. Działały tu bractwa, zakładane przez studentów Pruszkowskiego, nie mogących się z sobą po skończeniu nauki rozstać. Na przykład Bractwo św. Łukasza. Do dziś miejsce to, jest skrzętnie wykorzystywane na wszelkie studenckie imprezy.
Raj dla oczu to nadwiślana, nieprawdopodobnie długa promenada, gdzie ławeczki ale i przycumowane wycieczkowe statki:

Można powtórzyć „Rejs” Piwowskiego, i tak zrobił w czasach studenckich kolega, gdy tylko za pół litra, załadował się z paczką na statek płynący na zimę do Puław. Całą ostatnią ciepłą noc bawili się na pokładzie. I tak dalej i tym podobnie, o Kazimierzu można nie tylko książki pisać. Ech życie, kocham cię życie…  W Kazimierzu  mogłabym zrobić to, co inne na Pęksowym Brzyzku, (z racji rozrzedzonego powietrza). Ustami szarpie, ale tu mogłabym rzec: TAK!

Kazimierz trzeba bronić, zanim go całkiem warszawka nie połknie. Dzięki  posłowi P.  wolno kupować już, zastrzeżone dotychczas działki. Dość powiedzieć, że znajdują się młodzieniaszkowie, co kupują tu ziemię, za całkiem ciężkie miliony, by… stawiać osiedle mieszkaniowe. Wzgórze, podobne jak nadmorski klif z Trzęsacza, na którym łysa Góra Trzech Krzyży:

Z nieprawdopodobnym widokiem na całe miasto, lasy i Wisłę, nogi „spuszczasz” i siedzisz nad miastem:

To tu pary zakochanych podziwiają zachody słońca, skąd  na wprost dęby, pod którymi spoczywają Kuncewiczowie, a obok ruiny zamku dolnego zburzonego przez Szwedów i wymieniona już baszta. To wzgórze zostaje wydzierżawione przez człowieka, który zaczyna od… postawienia stoliczków, oscerwek jak dla bydła i bileterek zbierających kasę za podejście. Wycina w pień nieprawdopodobnie bujnie rozrośnięty, już ponad 60 letni powój, który swoimi lianami, dochodzącymi do średnicy nawet 10 cm, oplatał gęsto rosnące tu drzewa, by gdy zazieleniony, dawać cień spacerującym, tworząc naturalne, rozrośnięte fantazyjnie parasole. Teraz przewodniczka nie ma gdzie chodzić z dziećmi na spacer, bo przecież nie będzie za każdym razem, za każdego płacić złotówki.
Czyżby ostatnim ratunkiem dla tego zakątka to jednak UNESCO? – ew
fot. ewolny Kazimierz Dolny
Zobacz również:
- Kazimierz nad Wisłą (Dolny), czyli powrót do edenu – film ew

Różne odcienie miłości – sandomierska

Łódzkie wikipedystki muszę zmartwić, bowiem nie znajdą tu żadnych informacji stricte podręcznikowych, one do zgooglowania we wspomnianej wikipedii. Żadnego też pikantnego smaczku – no, może tylko ten, że głową chciałam utrącić stopę, zabytkowej figurze. Eteryczna podróż, w trakcie której Kopiec Wandy ale i Pacanów, a potem? Cudowny Kazimierz nad Wisłą. Ale najpierw ziemia sandomierska, cudownie pofalowana, pełna wzniesień, wzgórków,  pagórków a nawet Gór Pieprzowych (sic!), słynna z walorów historycznych, turystycznych i… owocowych. Zielona ziemia tak urodzajna, że pyszne, dorodne jabłka, na które niestety skończył się już  zbyt wschodni, rok temu kosztowały tu 15 groszy za kilogram!

Zwiedzanie zaczynamy w strugach deszczu, ja w firmowym woreczku na głowie,  i spiesząc się, by nie zamienił się w wartki potok szybko oglądamy  Wąwóz Królowej Jadwigi – stare, lessowe, rzeczne koryto. Królowej Jadwigi… bo Sandomierz to naprawdę królewskie miasto – dość powiedzieć, że sam Kazimierz Wielki gościł w nim aż 18 razy. My pierwszy, ale śmiem twierdzić, że nie ostatni. Zamek, który dyskretnie zerkał z wysokiego wzgórza na nasz autokar, analogicznie przywiódł mi na myśl moją pierwszą pracę w Krakowie, Rynek Główny 6.

Już mniej dyskretnie powitał celą tortur i dybami. Idziemy, od teraz będzie się powtarzało określenie „doskonale zachowany”:

A  w nim cudnie wyposażone muzeum z „dla każdego coś dobrego”. Ale i novum, to nie to, że nie można fotografować z uwagi na lęk o strukturę eksponatów, można, za jedyne 5 – 7 zł. Zatem korzystamy  cichcem bezbłyskowo, ale i bezpieniężnie. A tu od Sasa do lasa a wszystko w  gatunku Q: od doskonale zachowanych kości zwierząt z okresu paleolitu, mezolitu, poprzez strój Ludwika Solskiego, wielkie okazy krzemieni pasiastych – kamieni optymizmu (sic!),  z których zaraz obok wystawa przepięknej biżuterii.  Są tu stałe wystawy Iwaszkiewicza, oraz byłego burmistrza miasta zarazem malarza; Salonik artysty Mazurkiewicza składa się z 50 eksponatów. Jest kolekcja srebrnych łyżeczek, na przykład z wizerunkiem Indianina a przywieziona z zaprzeszłej Ameryki, jest izba Pszonki, szlubanka na której zmęczona już kapka nyny,  są przecudowne  krzyże i przydrożne kapliczki, doskonale zachowany szkielet w pozycji embrionalnej „z dostojeństwem inwentarza” składanym podczas pochówku ale i szklana pułapka… na muchy. Uwagę przykuwa męski żupan z bardzo praktycznym, czytelnym informowaniem niewiast o zamożności właściciela – ilością zakładek w pasie. Jeszcze  tylko srebrna cukiernica zamykana na klucz przed lepkimi łapami służby i wreszcie wielkie ściany z inscenizacją rzemiosł, z których słynął ten właśnie region. Z nich urzeka mnie o dziwo nie garncarstwo, skorupy czy rolnictworybołówstwo – toć onegdaj były w tej Wiśle dorodne łososie. Wyrywkowy przegląd zamykam eksponatem K. Frycza, zadomowionego tu na ostatnim piętrze. Na obrazie wejście do kościoła św. Pawła, w którym ochrzczono mojego przyjaciela:

Jeszcze tylko zerknięcie z zamkowego okna na Wisłę oraz z dziedzińca zamkowego na bazylikę katedralną, w której nie tylko piękne organy, remont cudownego ołtarza, wspomniany zamach głową na zabytkową stopę, ale i niepowtarzalne obrazy Karola de Prevot, ukazujące w całej okazałości chrześcijańskie barbarzyństwo. Katedra widoczna z przelotowej drogi, i właśnie m.in. ją mogłyśmy podziwiać  wieczorem, będąc   nieoczekiwanie drugi raz w Sandomierzu – w drodze powrotnej:

A potem już mówiąc „dzień dobry” Kadłubkowi zmierzamy do św. Jakuba, u którego przy cudownie  oświetlonej naturalnym światłem barokowej kaplicy, jest dowód na to, jak to powściągliwość nie zawsze popłaca. Pięćdziesiąty pierwszy zakonnik, który bojaźliwie skrył się na chórze podczas najazdu tatarskiego, mimo, że w końcu i tak zginął męczeńską śmiercią, nie został wpisany na listę 50 błogosławionych. Tu także dowód na to, jak nie popłaca i cwaniactwo. Otóż jeden z darczyńców, od którego chciano pozyskać ziemię pod budowę kościoła, przebiegle rzekł „oddam ją, gdy posadzone lipy do góry nogami zakwitną”. Na co ułyszał „dobrze, ale jak już stanie kościół, ty go nie zobaczysz”. I cóż się dzieje? Posadzone do góry nogami lipy przyjmują się, kwitną, ale jedna z pszczół zbierających z nich nektar kąsa „darczyńcę” wprost w oko, ten ślepnie sprawiając, że przepowiednia staje się faktem. U św. Jakuba, między cegłami a tuż obok bliźniaczego do bazyliki w Asyżu, wyjątkowego portalu, urzeka mnie maleńka, może wielkości sporej śliwki węgierki, główka księżniczki Adelajdy:

Dochodzimy do przycupniętego ot tak sobie domu Długosza, gawędząc o długich po łokcie, wykonanych z cieniutkiej irchy i dających się zwinąć w kuleczkę wielkości orzecha, rękawiczkach Królowej  Jadwigi. Albo o młodej pannie, która swą męską, odważną postawą, sama skazując się na pewną śmierć, ratuje miasto przed Tatarami. A tuż obok, na ulicy tegoż samego, Collegium Gostomianum z 1602, liceum ogólnokształcące dla bardzo zdolnych uczniów. No commentary:

„Czym skorupka za młodu nasiąknie… ” nie dziwi już nic. Bo jak się nasiąka zapachem aż tak starych murów, atmosferą aż tak historycznych kocich łbów, świadomością, że oto pod miastem, nie tylko fenomenalna podziemna trasa składająca się z piwnic magazynów średniowiecznych kupców, gdzie zaprawa w sklepieniu pamięta nadal z tamtych czasów białko, ale i obok współczesnych wystaw na przykład porcelany, cel skazańców, znów doskonale zachowane szczątki, tym razem CZASZKI BLIŹNIĄT (nie, niestety nie tych) Z OKRESU NEOLITYCZNEGO, III TYSIĄCLECIE PRZED N.E. ZŁOTA. Respekt!

A na Starówce kamieniczki, kamieniczki a między nimi studnia ale i chłopcy przebrani w rycerskie stroje:

Obok ratusza łańcuch do nieba, ściągający ponoć dla turystów dobrą pogodę. I rzeczywiście, jedyny w swoim rodzaju przewodnik, posuwający się ruchem konika szachowego po historii i swoich nieokiełznanych myślach, rdzenny sandomierzanin, emerytowany nauczyciel języka angielskiego, cudownie cudowny,  w sposób niespotykany już dziś, pozytywnie zakręcony inaczej – uroczy Pan Henryk, robi mi zdjęcie obok niego. Od tej pory o dziwo do końca dnia zapanowało wymarzone słonko:

A ono przychodzi  naprawdę w odpowiednim czasie, gdy wchodzimy podziwiać panoramę miasta i zakole Wisły…

…z wieży Opatowskiej Bramy:

Wyprawa udana, pogoda dopisała więc zdjęcia udane (Mike zamilcz!) i nie trzeba „pożyczać” plakatu z wystawy reklamującej produkcję serialu „Ojciec Mateusz”…

Krótko. Wrażenia? Po nieprzespanej nocy, pięciu godzinach doń jazdy, czterech spędzonych na  sandomierskim spacerku:

…i po dalszej podróży, kolejnym aż do wieczora zwiedzaniu i wreszcie na koniec  po ostatecznym, prawie siedmiogodzinnym powrocie „z dalekiej podróży”, zapamiętałam tyle: Sandomierz AJ LAF JU! – ew
fot. ewolny Sandomierz