el501a

3 CONTINUE, PLEASE CONTINUE!

Jak to jest, że pszonkowość najlepiej widać na cudzym zagonie? Obok swojego pszonkowego zadupia stoimy spokojnie podparci sztylem od kopaczki. Leniwie żując źdźbło trawy poprawiamy waciak i po rozrzuceniu obornika delektujemy się More »

P1020204

Magurka Wilkowicka zimą

Śniły mi się narty. Bielutkie, nowiutkie, jeszcze z ceną. Z niebieskimi napisami. Teraz już wiem dlaczego. Kobieto! Przecież Ty kochałaś zimę. Ona jest nie do zniesienia tylko w mieście, lecz jeśli wyściubać More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

P1010753

Międzybrodzie Bialskie zimą

Wiem, że żyję… Bo jeżeli jest jeszcze na ziemi raj, to jest nim bez wątpienia Porąbka, Międzybrodzie Bialskie, Czernichów, Międzybrodzie Żywieckie – Góra Żar, malownicze zapory i okoliczne masywy. Czegóż chcieć więcej? More »

P1010078

Wzgórze Trzy Lipki zimą

Nie przyszła góra do Mahometa,  Mahomet przyszedł do góry. Ponieważ Mikołaj nie przyszedł, co nie powinno wcale dziwić, dlatego sami pójdźmy do niego. Kierunek Laponia z tym, że już po kilku krokach More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

margaryna

Iść po margarynę, czyli trudne wybory

Chyba w życiu chodzi o to, by nie wykorzystywać skrzydeł li tylko do skakania po codzienną, zwyczajną margarynę. Jeśli już, to wyznaczyć sobie odległy o 700 km sklep. Tak prozę życia można More »

przeleczBrenneralpy

Czeluść

Wiatr ustaje przed świtem. Pokazują się gwiazdy. Z ziemi odbłyskują im wapienne płyty lapiazu. W piramidzie świerka błąka się świetlik. 26 sierpnia 1966 roku, plateau Sornin, 1000 metrów nad dachami Grenoble, 1460 More »

tarzanskie stawy 3

Żleb Drege’a i nic, tylko w dół

Bo czyż żleb Drege’a i po nim “nic tylko w dół”, to nie to samo co “równia pochyła w dół” w naszym życiu? Nijak zawrócić z niej przecież jeśli się zabrnie za More »

ecodzien

Galeria letkich duchów zakręconych pozytywnie

Wyliczmy – i bynajmniej nie jest to żart – jeżeli mądry żyje krócej jak nic musi chodzi o faceta. Bo przecież to mężczyzna, jak dowodzą statystyczne obliczenia, żyje ciut mniej niż kobieta. More »

Category Archives: Proza

Spoiwo

Kto z nas nie zna pojęcia „silne hasło”? Pokuszę się wymienić silne konserwacje łączące dwojga ludzi, najlepiej gdy płci przeciwnej.

Otóż bezspornie wydaje się, że najlepiej konserwują parę wspólne dzieci, to metoda dozgonna, oparta bezsprzecznie na prawach wspólnej własności. Otóż nic bardziej mylnego, wspólne dzieci są dozgonnie, ale konserwa czasami (by nie rzec zbyt często) puszcza, nie trzymając tak, jak być w tym względzie powinna.

Znacznie lepiej od tego rodzaju wspólnoty konserwuje wspólny adres. Najlepiej gdy  spokometrażowy dom pod miastem lub apartament na ostatnim piętrze. Teraz bowiem  koniunktura sprzyjająca rozkonserwowywaniu, bo czasy gdy jeden z członków tworzących parę nie miał się gdzie wypodziać, dawno minęły i sam meldunek już nie wystarcza. Adres winien być zatem podparty ciężkim od mamony aktem notarialnym, na którym w dodatku koniecznie oba podpisy.

Równie dobrze jak nie lepiej – pokusiłabym się, że chyba najlepiej – konserwuje nasz modelowy związek, obracający się spory pieniądz, czyli wspólny interes. Zauważmy, że tu obaj partnerzy mogą nawet pomieszkiwać na osobnych tapczanach tyłem do siebie, ale żaden z nich nie odda drugiemu adresu z firmą.

Pytanie brzmi: czy w dzisiejszych czasach nie da się zakonserwować uczucia samym li tylko prawdziwym uczuciem? Czy ktoś kto przeszedł przez szczebla silnych konserw i wierzy już tylko w uczucie jest chory z urojenia? Czy to snujące się za nim nieszczęsne widmo Don Kichota z tandetną kopią kopii?

Uwagi na marginesie, czyli tzw. silne argumenty: – O Boże! Ale prowokacja! Oswojenie, przyzwyczajenie, dopełnianie się, obowiązek, związek podwiązek, Związek Walki Zbrojnej, port, sport, tort (ciacho-krem-ciacho-krem-ciacho-krem-różyczki – jak pomieszasz, to gwałtownie brzydnie), WYGODNICTWO obustronne… Czego chcesz jeszcze? Jaka kopia! A jeszcze: kopia kopii! Kolejne wcielenie zweryfikowane przez osobisty rachunek przed lustrem! No nie! Prowokacja i tyle!

Myślę, że opisane w uwagach konserwowanie polega na czynnościach oswajania, przyzwyczajania, dopełniania, obowiązkowania, wojowania aż do zawieszenia broni z wygodnictwa obustronnego co rzeczą pewną. I argumenty obalają się  same, bowiem jakby w tym łańcuchu pokarmowym zabrakło jednego, jedynego najistotniejszego elementu jakim jest  spoiwo, czyli uczucie, o które pytam.

Uczucie, które potrafi załagodzić, które potrafi uleczyć, które potrafi upiększyć, dzięki któremu się ufa, ma nadzieję, które przebacza i znosi, wznosi, unosi. Dodaje sił, niespożytej wiary i energii – skrzydeł.

Pomiędzy oswajaniem, przyzwyczajaniem, dopełnianiem a obowiązkiem jest jeszcze miejsce na ciacho, krem, różyczki i tort, którym niewątpliwie jest przyjemne skądinąd uczucie? Czy da się tak policzyć, odmierzyć oczka w rosnącym łańcuchu, by nie dotrzeć do obowiązku, podwiązku i Związku Walki Wręcz lub Podchodów?

Jeśli przyjmiemy, że nic nie jest w przyrodzie materią, jeśli po rozbiciu wszystkiego na atomy, a po rozbiciu atomu dojdziemy w końcu do energii kwantów, to w życiu powinno się liczyć tylko i wyłącznie, właśnie niematerialne, energetyczne aczkolwiek niezniszczalne jak owa energia u c z u c i e!

Uczucie, które broni się poprzez swoją bezwarunkowość,  bowiem nie da się tu nic wykalkulować z ołówkiem, albo się płynie, albo nie. Jak w teatrze, gdy mamy dobrą sztukę, to staramy się o jak najlepszą scenerię. Jednak dobrze dobrani aktorzy, z efektem sztukę odegrają i… w stodole. Podczas gdy przecież dobra sceneria nigdy nie przesłoni braków złej sztuki. Zatem „Fajnometraż” jest tylko elementem sceny dla uczuć. Uczucie może się zakonserwować tylko samym sobą. Skoro miłość jest prawdziwa tylko wtedy kiedy jest bezwarunkowa – to czemu do jej konserwacji miałyby być potrzebne np. auto lub mieszkanie?

Po co długi materialny łańcuch, który pęta nogi, rdzewieje, poprzez który gubi się krok we wspólnej marszrucie, po co lata pracy utopione w betonie i kamieniu, czy nie lepiej stworzyć małą aczkolwiek niekłopotliwą, lekką błyskotkę, opartą na niewidzialnym, niezrywalnym, nienamacalnym niczym? Lekkość bytu ciesząca oko, zaspokajająca dobry smak, która nie ciąży, nie wiąże aczkolwiek jak nic innego najlepiej spina konserwując na wieki wieków amen (toczka):

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
Dżony zarobiony
pokochać nie zdąży

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
iście bezwarunkowa Mery
pieje do zarobionej Cholery…

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
Dżony zarobiony
Mery sczeznąć zdąży

Wiatr wieje, deszcz leje
czas płynie i ciąży
Dżony zniknięty na wikuiste
banany nadal te same – z a i s t e.
ewolny

Jak stalowa cienka struna

Jak to jest, gdy podsuwają ci pod nos talerzyk z przepysznym ciasteczkiem? Czujesz zapach świeżej śmietany, gorycz czekolady, słodycz lukrowanej wisienki. Przełykasz lubieżnie ślinę, ale mówisz:
- Nie. Dziękuję.
Talerzyk mimo to nadal kręci piruety pod twym nosem, drażni ci kubki smakowe, zanęca:
- A może jednak?
- Nie!
Odwracasz się i wskazujesz:
- Daj tej, albo tamtej. Ja nie chcę.
Dopóki cię proszą jest szansa, że skorzystasz. Lecz nagle ciasteczko odpływa w głąb sali. Nadal masz go w zasięgu wzroku, więc widzisz jak cudza ręka bez namysłu sięga i podnosi do ust. Pozostaje ci zamknąć oczy czując smak  soli w ustach – zaś się udało…

Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.  Z tym, że czasami kamyk rzucony w nasz ogródek to nie jest kawałek pustaka, tylko  maleńkie ziarenko piasku. Podrzucone niepostrzeżenie gryzie, drażni, uwiera – „kamienie krzyczeć będą” ma tu nieprawdopodobny sens, gdyż krzyczy się na ogół  z bólu. O ziarenku tym myśli się stale, bo zwyczajnie tuż pod skórą się go fantomowo wyczuwa. A skóra ta, z każdym rokiem coraz twardsza, bezpiecznie chroni niczym immunologiczny parasol. Na oko niby pancerna skorupa okazuje się czasem bezczelnie nieszczelna. Bo takie ziarenko jak w trybikach maszyny – szkodzi zwiastując jej rychłe zepsucie. I tu nagle wydarza się coś szczególnego – przed uwieraniem tym, organizm broni się samoistnie tworząc substancję zwaną potocznie p e r ł ą. Czyżby więc rzucający kamieniem był najnormalniej sztukmistrzem, cudotwórcą, poławiaczem pereł, a nie potworem chcącym niszczyć, szkodzić i psuć?

Bo czyż to nie jest tak, że to nie oswajacz oswaja nieoswojonego, tylko oswajany sam bez przyzwolenia nieświadomego niczego oswajacza, oswaja się powoli ze światłem bijącym od, karmiąc w ten sposób jego obecnością?  Bowiem mimochodem, poza uwagą, świadomością oraz wiadomością oswajacza, każdorazowe wduszenie przez niego „enter” wyzwala delikatne światło i ciepło, które emituje pełzające napięcie zwane przez niektórych – prąd, liżący delikatnie zmysły dzikusa. Niefortunne może, aczkolwiek jedyne z możliwych znane porównanie do Małego Księcia mówi, by nie emitować blasku, gdy nie zamierza się oświetlać nim dłużej, cudzej części miasta. Użyty guzik „anuluj” i nagłe jego zgaszenie, spowoduje bowiem tzw czarną rozpacz, czarną dziurę, odcięcie narządu, wyrwanie tkanek, wielkie auu na nieobecność. Żal po stracie.

A tymczasem wystarczyłoby zwykłe, codzienne „The Essence of a Good Day”.  Z najbrzydszą, z najgorszą nawet z możliwych filiżanką. Najlepiej z uszczerbionym brzegiem, bez uszka, z pajęczyną pęknięć, które niczym linie papilarne lub bruzdy na twarzy bezlitośnie odliczałyby wiek. Stara, ale z tych co to tylko z nich chciałoby się pić swą codzienną kawę.

Jak Tania i Alonka, chodzące wiecznie w przydużych, niezgrabnych walonkach – dwie biedne przyjaciółki od serca. Ten barwny opis sielskiego wschodu, życia na jeszcze biedniejszej wsi, w zmieniającej się na przestrzeni roku przebogatej za to aurze. I ich jeszcze bogatsze przygody związane z cyklem wiejskiego życia uzależnionego od czterech pór roku, z matką pracującą w kołchozie, zamiast gospodarza dziadkiem, bo… co znamienne brak było ojca. I przez wszystkie wieczory w roku, codzienne mycie w metalowej, pełnej wody miednicy, swych statków. Celebrowanie tej czynności: delikatne mycie uszczerbionej filiżanki po herbacie mamy, jeszcze ostrożniejsze obchodzenie się ze szklanką po mleku dziadka i na koniec dopiero zamaszyste, wręcz byle jakie opłukanie swojego cynowego garnuszka.

Co rusz nowe rysy na coraz starszej porcelanie. Te rysy nadające jej niepowtarzalny charakter sprawiają, że dba się o swe kruche naczynko z każdym dniem coraz bardziej, mocniej i lepiej niczym o.. perłową masę. Jakby chcieć zatrzymać czas, powstrzymać nieuniknione, sprawić by  ten nie odszedł. Prościej  byłoby korzystać z nietłukącego, aluminiowego, pewnego kubka, którym wręcz można o ścianę, ale czy to co łatwe i proste jest na pewno najlepsze?

Hiperwzroczność powoduje pomroczność jasną. Czyni niewidzialnym realne i każe dostrzegać to co nie istnieje – ew
fot. ewolny Bielsko-Biała

Camping zimą, czyli saszetkowy rycerz

Ja Jestem

Camping zimą? Czemu nie!!!

- HALO! HALO!! HALO!!! CZY KTOŚ MNIE SŁYSZY!!! Kur..a gdzie ja jestem??? Co ja tu robię?…. OTWÓRZCIE TE DRZWI!!! Kurna, ale zimno, łeb mi pęka! JA MUSZĘ DO ROBOTY!!! Szef mi chyba jaja urwie, dobrze że TIRA zaparkowałem na strzeżonym w Słubicach. A MÓWIŁEM WŁADKOWI, ŻE PO LITRZE NA GĘBĘ WYSTARCZY!!! Mają głowy te rumuńskie autostopowiczki… Zaraz?… Zaraz?… Gdzie mój portfel?… Zaraz?… Zaraz?… Gdzie mój portfel?!… Gdzie moje kluczyki?!!


fot. ewolny Międzybrodzie Bialskie

- Kluczyki są tu!!!
Przez wymalowane mrozem okienko pokazała się wykrzywiona twarz zadowolonej z siebie bezzębnej staruszki.
- Tyle czasu polowałam na takiego szwarnego chłopaczka, tyle czasu. I sam mi w ręce ptaszek wpadł. Już ja cię utuczę mój robaczku, będę sobie ciebie doglądać i zabawiać się tobą kruszynko, że ho ho! – tak mrucząc odchodziła od przyczepy człapiąc nawet dość zgrabnie jak na jej lata w tym wysokim przecież śniegu.
Pojmanemu nagle zamiast projekcji z przechlastanego życia, stanęła w oczach twarz Misery! I cały ten jej niecny plan, by jak Paula Sheldona zatrzymać sobie, każąc przesterować scenariusz…

- Teraz to mam przechlapane, pomyślał Józio przyklejony do zamrożonego zakratowanego okienka. To prawdziwa MIZERIA!!! Camping ze stali! Nigdy się stąd nie wydostanę – Zamyślił się głęboko… Do ELI zadzwonić też się nie da, bo i komórę wcięło… TO KONIEC!!!!

A przecież miał już w życiu ostrzeżenie, wtedy gdy przy ognisku zatańczył…

Saszetkowy rycerz

Klapeczki ubrane, spodenki krótkie,
wczasowo wyglądasz tak nie rozrzutnie.
„W Polskę idziemy drodzy panowie!!!”
- kobiety nasze, nikt się nie dowie.

I ramba camba w żyłach buzuje,
saszetki miłość nami kieruje.
A okularki co srebrnym błyskiem,
mówią: BIZNESMEN! – dzielę się zyskiem.

Na imię mam: JÓZEK!!! Błysk zębów tak czysty,
drapieżca przygód żądny, w grupie bardzo bystry!
A zęby jak perły, owoc chorych kasy.
ON za nie nie płacił, za to płacą masy!

„A jego zysku tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku!”

Saszetka z paskiem, trzymają brzuszek.
I wciąga oddech… tak zostać muszę!
I te rumieńce tak wciąż czerwone,
mówią o zdrowiu?… Wspomina żonę!

„JÓZIU TWE NADCIŚNIENIE!!!”
- ja blaskiem oczu przecież to zmienię.
A oczy patrzą widzą otyłość,
może saszetka zmieni ją w miłość?
Ogień w ognisku rozgrzewa dusze.
Józek nasz poczuł – „NAPIĆ SIĘ MUSZĘ!!!!”

„A jego zysku tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku!”

Nagle bohater nasz w swej wielkiej mocy
PIWA! się napił…  spojrzał w cud oczy.
Krzyknął do siebie: „JAM MŁODY BÓG!”
Poczuł saszetkę u własnych stóp.

Saszetka z paskiem ograniczała,
wolność myślenia i jego ciała.
Swe nadciśnienie zamienię w nic!
Ja chcę tu tańczyć, ja chcę tu być!

„A być w tym zysku, tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku!”

Po drugim piwie w samczej naturze,
krzyk się odzywa: „JA TO POWTÓRZĘ!”
Swe terytorium tak jak przystało
w krzakach zaznaczył – tak też się stało.

Klapki zmoczone są chyba rosą?
Męska decyzja „POCHODZĘ BOSS…O!!!”
Bo przecież stopy PRZYSTOSOWANE!
Pięty naroślą obwiankowane!
Depczą i gładzą traw młode pędy:
„JÓZIU TU PRZESZEDŁ!!!  – Nie chodźcie tędy.”

„A tego zysku tyle co w pysku,
Józek pilnuj się przy ognisku.”

Drogę udeptał, skarczował trawę.
Mocno zakrzyczał: „CZAS NA ZABAWĘ!!!”
Na Józia patrzą – w tańcu się wije:
„za wasze zdrowie PIWO WYPIJĘ!!!”

Moc koncentracji wstąpiła w Józia.
Grymas na twarzy przyjęła buzia.
Męska decyzja! TO JEST OLŚNIENIE!!!
Ja żar z ogniska  w drogę zamienię.

Męska decyzja! Tak się też stało.
Ktoś krzyknął głośno… „BĘDZIE BOLAŁO!!!”
Lecz Józio zastygł po drugiej stronie.
Popatrzył w niebo… wspomniał o żonie.

W krzyku pozostał tak przenikliwym!!!
…każdy zrozumiał, ból jest wnikliwy.
ŁZAMI NIE ZGASI!… DAJCIE MU WODY!!!
…Czarne spodenki – szyk nowej mody?

Koszula w kratkę też okopcona,
prezent od żony, CO POWIE ŻONA?
ELU kochanie, Ja oszaleję!!!
Po co tak chciałem?  Niech wiatr zawieje.

Ostudzi stopy, bólem zorane…
nie ma Cię ELU, zawołam mamę!
Tak o powrocie pomyślał Józio,
tego wszystkiego jest mi za dużo.

Bólem przeszyty szuka saszetki
OJ! Nie obędzie się bez karetki.
Tak jak wykrzyczał, tak też się stało,
i odwieziono zranione ciało.

Lekarz popatrzył, poruszał głową…
- Panie Józefie dam panu słowo,
tańczyć nie będzie pan roczek cały.
JA PROPONUJĘ MIĘKKIE SANDAŁY.

Spuścił swe oczy Józio zmartwiony,
ja chcę jednego, ja chcę DO ŻONY!
„A tego zysku tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku.”  :)
Ja Jestem

Wisznia Come Back! bo dziś prawdziwych idoli już nie ma

Wisznia siedział zapatrzony pustym wzrokiem, w pustą przestrzeń i nie udawał nawet, że myśli. Jestem jaki jestem i nikomu nic do tego. Podążaj za sercem to moja dewiza, znak firmowy singla. A singlem nie będę, o nie! To mój lek na chorobę sierocą – żadnych singli w życiu.
Starą szczoteczką do zębów nakładał kolejno nowe warstwy czerwonej farby firmy Joanna. Te cholerne odrosty tak szybko wyłażą ‘”nienadanżam” zarabiać na farbki, chyba se zostawię kilka białych pasemek to zaoszczędzę troszeczkę – próbował myśleć.
- Taaaaaaad! – krzyknął.
- Taaaaaaaaaad!!! – powtórzył – Gdzie podział się ten cholerny kamerdyner, za co mu płacę? Niech  ktoś go poszuka i tu sprowadzi, ale migiem, migiem, migiem kochani… – zaklaskał dłońmi jak na próbie nędznego przedstawienia, upuszczając przy tym swą starą szczoteczkę do zębów na glebę.
- O żesz qrwa, niech mi się na oczy nie pokazuje, żebym ja musiał się schylać, to są szczyty nad szczytami!

Tad zziajany biegł szybko po schodach. Taka kura znosząca złote jaja nie zdarza się zbyt często, a mógł ją stracić, gdyby nagle nie wiedzieć czemu zechciała przebiec przez szosę. Nie dopuści do tego, o nie! Nie odda jej jakiemuś nędznemu młodzieńcowi, zbyt długo jest w tym zawodzie, by nie dał rady odwinąć podwiniętej nogi:
- Lecem już, lecem panie, spóźniem się a to tylko dlatego, że przyniosłem nowe wieści – uśmiechnął się lubieżnie, jak tylko on to potrafił – Johny ma nową stronkę a tam no cóż mniam, mniam, mniam i jeszcze chrup, chrup, chrup.
- Ale czy aby one nie za bardzo landrynkowate, mandarynkowate? Jakoś gustuję teraz w nijakim odcieniu nijakości – skrzywił się Wisznia i wytarł palcem kropę z farby, która kidła mu wprost pod oko.
- Photoshopem je znijakuję dla pana. Wszystko dla pana, do usług. To ja Jarząbek: łubudubu, łubudubu niech żyje nam, prezes naszego fan klubu, nieeech żyje nam. To ja Jarząbek, Tad Jarząbek, do usług – po czym skłonił się nisko, raz drugi i trzeci i tak bijąc czołem pokłony z wprawą wyszedł tyłem do przodu.
- O żesz, gnoju – pomyślał, bo Tadowi w przeciwieństwie do jego pana Wiszni, myśleć się zdarzało.
- O żesz, ty bucu, dla nijakiego buca nijakie panienki, jak ja Ci je wyszykuję to Ty mi bekniesz za to grubą forsą, oj bekniesz – uśmiechnął się na myśl o brzęczących zerach na koncie. Zatarł stetryczałe dłonie z radości i podreptał do swego zacisznego pokoju, w którym szumiał nieziemską muzyką jego stary komputer.

Tad podsunął se swe krzesło, które kiedyś miało cztery kółka. Zahaczył jednym przęsłem o schodzony stary dywan, podniósł tyłek i chwilę mocował się nim poczuł zwolnienie oporu by w końcu wygodnie zasiąść. Włączył starą lampkę z abażurem z plastiku w kolorowe rybki. Przywodziły mu na myśl akwarium z dzieciństwa. Że też Wisznia doszukuje się wszędzie niepotrzebnych alergenów, sprawiłby sobie tu takie akwarium, że ho ho. Starą myszką kliknął w niebieskie „e” co dla nieznających tematu oznacza okno na świat. – Ech jednak muszę ubrać okulary – pomyślał, gdy poczuł mgłę na spłowiałych źrenicach, sięgnął do kieszonki, pochuchał w szkła, potarł je o flanelową koszulę na piersi, nałożył na nos i pochylił się bliżej ekranu garbiąc przy tym niemiłosiernie.
- A gdyby tak? – pomyślał.
- A gdyby tak na chwileczkę… – uśmiechnął się, oblizał zasuszone wargi końcem długiego, spiczastego języka i wybrał stronę www…

Wdusił chudym palcem ‘”enter”. Stary komp zaczął mielić i mielić, jak stara pralka wirnikowa zawył złowrogo. Dobrze, że jego pokój był na innym piętrze niż tego dupka Wiszni. Zadałby mu bobu i pewnie zabronił halsować po necie. Nagle mruczenie kota kazało mu się odwrócić.
- A kysz ty wstrętny, wyliniały kocurze – zawołał.
- O dziewico orleańska za jakie grzechy nie pozwolą mi się skupić i spełnić marzeń mojego pana. Ech.. Nijaka nicość musi poczekać – wstał ze starego krzesła, ze złością zatrzasnął drzwi zdumionemu kotowi przed nosem i wyłączył komputer.
- A teraz paciorek – wyciągnął swój stary różaniec z drzewa sandałowego – Tym razem o rozum dla mojego pana nie będę się modlić, nie chcę być zbyt nachalny i natrętny ze swymi abstrakcyjnymi prośbami. Tym razem pomodlę się za zdrowie przyjaciół i dusze przyjaciół – pomyślał raz po ludzku Tad i zatopił się w modlitwie…

… skończywszy modlenie Tad ziewnął szeroko, rażąc swym nieświeżym oddechem przelatującą tuż obok muchę. Mimochodem zerknął jak spada i układa się na schodzonym chodniku, obok innych porażonych już wcześniej. Potarł zgrabiałe z zimna dłonie, które zatrzeszczały jakby ktoś zgniatał w dłoniach wielkie arkusze celofanu. Stare, zastane kosteczki robiły rozgrzewkę przed powolnymi skokami po guzikach klawiatury. Wisznia oszczędzał nie tylko na farbce, dawno nie wydał nic nowego i stary Tad czuł to całym ciałem w swej niedogrzanej służbówce. OK, poruszał jeszcze raz dłońmi próbując się rozgrzać jak pianista przed koncertem – OK do dzieła – mruknął wciskając stary długopis w otwór komputera raz, drugi, trzeci aż wreszcie zaskoczył. Zaczął się karkołomny proces wgrywania systemu – nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – uśmiechnął się Tad pod wąsem, bowiem podczas modlitwy zakiełkował mu w głowie pewien plan. Nie będzie używał Photo ani innych Sex Shopów, zaloguje się po prostu jeszcze raz na jakimś wyszczekanym forum. Co jak co, ale tam landrynek nie znajdzie. Za to obfitość nieogolonych, szaroburych w swej męskości, z kwadratowymi szczękami feminek – to musi kupić wybredny Wisznia, połykając przy tym swój własny ogon, zatęskni za soczystym soczkiem mandarynkowym – zaśmiał się Tad logując i logując w nieskończoność system.

Kogo by tu wybrać ? Hmm wypatrywał swe wyblakłe oczy Tad za odpowiednią kandydatką na ixi żonę dla Wiszni, szczerząc w zdumieniu swe zęby z ubezpieczalni, nie mógł wyjść z podziwu ile się namnożyło tej niemandarynkowości nickowej. Oj będzie miał problem, mus zarzucić przynętę. Szybko zmieni nick na nicki młode, pełne werwy, ikry, seksapilu… i czekał jak Lech na rybach, aż drgnie coś na spławiku w czepku z silikonu…

A tymczasem słońce poraziło mu ekran monitora. Zmrużył oczy obejrzał się i aż podskoczył ucieszony. Słońce. Ostatnia jego 57 minuta, ostatnia odsłona i Tad powrócił do swej wędki:
- Na czym to stanęliśmy? – podrapał się po wysokim czole… acha . A więc tak: mickra dostanie chrystusowe lata, 33 to dobry wabik, johny scenę, gitarę, image rock’n'rollowca, pavvce obetniemy głowę zostawiając tors i zwinne paluszki ku uciesze hien, stephenowi założę kaptur – niech myślą kto tam jest pod spodem, blemowi na chwilę rozpuszczę warkocze, tomkowi zmienię nick i każę być miłym, sinusikowi? Wkleję do wizytówki to: „Moim hobby jest sen. Uwielbiam spać i mogę to robić nawet cały dzień” – przecież wszem wiadomo, że sam nikt nie lubi miąć pościeli, kto tam jeszcze? Dziewice jak to dziewice, ponętny sam w sobie, pojawi się i zniknie… Tad zadowolony nabijał robaczki na haczyki w internetowej wędce…

… spływały kolejno zdjęcia pań na jego elektroniczne poczty. Ale ku zdumieniu Tada, żadna nie przypominała kaszalota. Żadna!
A to pech, już oczami wyobraźni widział wściekłego Wisznię za źle wykonane polecenie. To ujma na honorze – jak niewykonane zlecenie killera. Za wszelką cenę stary kamerdyner nie chciał tej plamy na honorze. Otworzył szybko drzwi swej skrzypiącej starej szafy, ubrał gacie bojowe i swą bluzę z zielonkawoszarego zmurszałego polaru, w którym służył jeszcze w oddziałach kawaleryji konnej – bezkonnej ZOMO, a do tego przedwojenną perukę swej starej nieboszczki,. Lekko nabłyszczył usta wazeliną, którą nie wiedzieć po co zawsze miał przy sobie… uśmiechnął się. Nie. Jednak wyjął szczękę i schował do gaci bojowych, tak lepiej, wszem wiadomo – zęby przeszkadzają w spożywaniu clintonowych lodów. Udał się do swego pana.
- Aaaaa witam, witam – Wiszni oczy zabłysły niczym złote kolczyki w uszach, nosie, torsie, pępku i kto tam go wie gdzie jeszcze.
- Aaaaa wiem, wiem kamerdyner mi wspominał o wizycie pani – uśmiechnął się na myśl, że jak to dobrze, że akurat dziś zajął się swoimi odrostami.
- Tak to ja nijaka nicoś – uśmiechnął się bezzębnie Tad a wtedy stał się cud: Wisznia buch na kolana, łzy mu zaczęły cieknąć niczym wyciskane podczas śpiewu jego połówki pomarańczki w Sopocie i on nadal na tychże kolanach niczym w pamiętnej pozie przed V.V. wydukał z przejęciem.
- Czy zostaniesz moją ixi żoną? Obdarzę Cię pałacem lodowym, do wiosny będzie Twój lub jeśli zechcesz zamkami z piasku, taki jestem jaki jestem, ale jestem, cały Twój, powiedz, że tak:
- TAK – odpowiedział przeszczęśliwy TAD.

Potem był Happy End na… Seven Weekend.

EPILOG:
Wisznia ponownie upadł do nóg swej ixi żony – w palcach prawej ręki upstrzonej złotymi kółkami, nakrętkami, łańcuchami, gwoździami i kolorowymi tipsami z kiosku (ostatnio cieniutko coś przędł) dzierżył bilet:
- Przyniosłaś mi szczęście – westchnął rozanielony – Daj buzi dziubdziusiowi – podniósł się z kolan i nachylił nad Tadzikiem. Tadzik przymknął oczy, otworzył usta i wysunął spiczasty, suchy język… jeszcze nigdy nie czuł takiego spełnienia. Sen na jawie – nie sądził, że tego dożyje a jednak było mu dane zaznać rozkoszy w sytuacji sprzyjającej nieziemskim dreszczowcom…

Wisznia Came Back w p o e z j i śpiewanej!!! Jest  tyle odcieni farbek do włosów! – ew

NO!ASTRODAMUS, czyli przerwany lot Hayabusy – raport specjalny

Raport 1 – 25.5.2010 Agencja kosmiczna JAXA – Dwanaście dni po wylądowaniu kapsuły. Po wielu wysiłkach i próbach otwarcia kapsuły, Japońscy naukowcy przystawili ucho do zamkniętej kapsuły, z której zaczął wydobywać się cichy szept.

26.6.2010 Agencja kosmiczna JAXA. Japońscy naukowcy stwierdzają, że skoro w środku znajduje się gaz, to może nie jest to szept, a raczej syk.

27.6.2010 Agencja kosmiczna JAXA. Totalna bezradność pośród naukowców Japońskich. I tylko jedno, do bólu nurtujące pytanie? CO TAM TAK SYCZY?

28.6.2010 Agencja kosmiczna JAXA. Po bardzo wnikliwej analizie syku stwierdzono, że należy powrócić do wersji początkowej – zaczęto powoli rozszyfrowywać poszczególne impulsy szeptu.

29.6.2010. Agencja kosmiczna JAXA .Godz.19.50 Cierpliwie nasłuchując i analizując poszczególne sylaby zaczynają rysować się w słowa:
- ……Itokawa.
Dziwne! Myślą naukowcy Japońscy, przecież tak nazywa się asteroid, na którym wylądowała nasza sonda? Powoli słowa zaczynają ustawiać się w zdanie:
- … itokawa… itokawa was… Ito kawa was po… itokawawaspokona…
„I TO KAWA WAS POKONA!”. Cóż to za język? Skąd te słowa? Pytają Japońscy naukowcy.  Szybka reakcja – komputer – GOOGLE – odpowiedź – JĘZYK POLSKI!

W tym momencie, z sąsiedniego pokoju wchodzi kolega po fachu. I drżącym głosem mówi:
- Wszystko jasne, JAPONIA PRZEGRAŁA! PARAGWAJ PRZESZEDŁ DO ĆWIERĆ FINAŁÓW!

Uwagi na marginesie:
Monsieur LaPadite, mam takie ciche przypuszczenia, że ty potajemnie z przemysłem obuwniczym współpracujesz. Kiedy zacząłem bawić się tymi literkami i słowem „HAJABUSY”, i pozamieniałem A na U, i U na O, to od razu pobiegłem do obuwniczego i cztery pary butów sobie kupiłem.

Raport 2 – 6.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA – Dzień, w którym otwarto kapsułę. TO NIE GAZ! TO NIE SYK! Ten proroczy szept okazał się astralnym pyłem wypełniającym kapsułę.

7.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.24.00 – Opustoszałe laboratorium. Spowite ciemnością laboratorium i tylko jeden naukowiec pochylony nad kapsułą!! OMOTAGOKAWA długoletni pracownik naukowy agencji, z rurką od odkurzacza w ręku i mieczem samurajskim w drugiej, odzywa się kierując słowa w głąb kapsuły:
- Ty ASTRALNY DROGOCENNY PYLE, twoje proroctwa spełniły się!  I TO KAWA WAS POKONA. Kawa nas pokonała, a mnie omotała! Zanim skończysz swój żywot w odkurzaczu, a ja popełnię HARAKIRI, powiedz jak się nazywasz?…… No powiedz jak?!!
W tym momencie zapanowała głucha cisza, która stawała się coraz bardziej nie do zniesienia………………… Nagle z otwartej kapsuły dało się usłyszeć cichy szept:
- NO!ASTRODAMUS.
- Jak? Powtórz jeszcze raz jak?
- NO!ASTRODAMUS. I powiadam Ci, zanim wciągniesz mnie odkurzaczem, spróbuj wciągnąć mnie własnym nosem!!!

Raport 3 – 8.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.4.00 nad ranem – OMOTAGOKAWA przeciera delikatnie nos. Staje przed oknem w laboratorium przez które przedzierają się pierwsze promienie słońca. Nagle! Słyszy w sobie znany mu już od niedawna cichy szept:
- JA JESTEM NO!ASTRODAMUS jestem tobą ,a ty jesteś mną, jestem Tadem i Tedem, Damusem i Panusem. JA JESTEM BOSKI!!!
W tym momencie wschodzące słońce pokazało swój pełny blask na niebostanie. NO!ASTRODAMUS spojrzał delikatnie na własne rozpromienione odbicie, rysujące się w lekko uchylonym oknie.
- PO –> KOCHAĆ – wyszeptał.
- Dlaczego tak wielu z was na Ziemi tego nie rozumie? Czy można pokochać kogoś nie kochając siebie!? Zamyślił się głęboko. Pamiętał jak dziś, wtedy kiedy teleportował się na Ziemię jako BIKFOOT, w tym lesie, na tej polanie, ten człowiek powiedział:
- MAMY WIEDZĘ O SOBIE; ALE NIE MAMY SIEBIE.

Uwagi na marginesie:
99 imion nie muszę znać, wystarczy to co do siebie czuję.
I tak co rano gdy przestaję spać, każdym oddechem to manifestuję.
Nie ma słów podziwu, nie ma słów wdzięczności.
Tylko tu i teraz w ciszy wieczny moment bezwarunkowej miłości – JJ

Raport 4 – 8.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.4.30 nad ranem – OMOTAGOKAWA wyginając się w górę i dół, trzymając chusteczkę przy nosie, KRZYCZY!!!
- Ty ASTRALNY DROGOCENNY PYŁOPOTWORZE zaraz cię wysmarkam i wrzucę do kibla!!! Wyłaź z mojej głowy, nie szeptaj mi więcej! Daj mi spokój!!! Zostaw mnie!!! CO JA CI ZROBIŁEM?!
Po półgodzinnej walce z samym sobą, wiciu i wyginaniu się jak marionetka z poplątanymi sznurkami, OMOTAGOKAWA opada bezsilnie na podłogę w pobliżu na pół otwartej kapsuły.Tracąc przytomność, ostatnimi resztkami świadomości, rejestruje cichy melodyczny szept……
- Śpij maleńki śpij, a jak się przebudzisz……………………

Raport 5 - 29.07.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.8.00
- OMOTAGOKAWA!!! OMOTAGOKAWA!!! Wstawaj co się tutaj dzieje! Co robi tutaj odkurzacz! Co robi tutaj twój miecz samurajski. Co jest z kapsułą? Dlaczego jest PUSTA?!!!!!!!
MAMOTO I WTOTOILOTO kierownik znany pośród pracowników agencji pod pseudonimem “Szczęściarz”, szarpiąc OMOTAGOKAWĘ z pianą na twarzy, która przybrała kolor nie znanej Japończykom botwinki, rozdarł swoje skośne oczy do rozmiarów dwóch przekrojonych połówek arbuza, w którym pestki rysowały rzęsy a skórka zielone ze złości powieki Z WŚCIEKŁOŚCIĄ KRZYKNĄŁ:
- PRZECIEŻ TO TY byłeś tutaj całą noc!!! Nikt poza tobą nie ma dostępu do laboratorium i do klucza!! Co tu się stało? Odpowiedz! Co tu się stało?

Uwagi na marginesie:
6.7.2010 godz.7.04. Zadałem 4 pytania dotyczące OSZYBKI PROGRESA. Czy przypominacie sobie pytanie nr 4?!

1. Czy i gdzie wylądował PROGRESS w międzyczasie, kiedy minął ISS?
2. Jak wyszły zdjęcia miny OBAMY i dowództwa NASA, które zrobił przelatując w piątek nad Białym Domem?
3. Czy tym razem udało się „codocentymetra” przekazać dane gdzie przetrzymywanych jest 11 rosyjskich szpiegów?
4. I wreszcie co oznaczały, dziwne regularne machania skrzydełkami PROGRESSA, kiedy przelatywał nad CHINAMI?

Z wiadomych mi źródeł, otrzymałem tajną wiadomość z posiedzenia nadzwyczajnego RADY FEDERACJI ROSYJSKIEJ”

18.7.2010 Moskwa – Kreml godz.18.00 temat narady „W NA pojawił się artykuł „Ufo ponownie nad Chinami”: Seria zdjęć a zwłaszcza zdjęcie trzecie! PUTIN MRUŻĄC OKO?  do MIEDWIEDIEWA:
- Jak mogłeś? Jak mogłeś doprowadzić do tego by tak łatwo nas rozszyfrowano!!! POLACY WIEDZĄ O „BIG CYCOWIE”!!! Teraz wiedzą, że celowo nie zacumowaliśmy do ISS. Teraz wiedzą o naszym nowym transporterze kosmicznym”BIG CYCOWIE”. I chyba głupi by się nie domyślił, że wtedy kiedy PROGRESOR machał skrzydełkami nad Chinami był to znak startu dla „BIG CYCOWA”. MIEDWIEDIEW!!! Wszystko się wydało ONI wiedzą!!! ONI wiedzą, że budujemy stację kosmiczną z CHINOLAMI!!!

Przechwycony z:  www.nowaatlantyda.com

Podróż z przesiadką

Pociąg wtoczył się na peron pierwszy Dworca Głównego w Katowicach. Powolne tempo jazdy spowodowane szkodami górniczymi sprawiało, że miarowe tuk tuk, tuk tuk towarzyszące pasażerom aż do zatrzymania składu, przy akompaniamencie wściekłego pisku kół, wprawiło wszystkich w senność podpartą znużeniem.

Kobieta siedząca na jednym z niewygodnych plastikowych siedzisk nie kryła, że zmęczyła ją ta jazda wzdychając głośno a gdy tylko wagon zatrzymał się w miejscu wstała szybko przeciągając cierpiące, zastygłe w jednej pozycji ciało. Chwyciła za plecak i wyskoczyła na zewnątrz. Otoczenie spowił już mrok nadchodzącej letniej nocy a sączące się z reflektorów żółte światło nie oświetlało dostatecznie strefy peronu pierwszego. Był to duszny, gorący lipcowy dzień a noc zapowiadała się nawet o ciutkę nie mniej ciepła.

Spojrzała na tablicę odjazdów i obliczając w myślach czas doszła do wniosku, że następny pociąg do którego miała się przesiąść, odjeżdża za 45 minut. „Mało czasu” pomyślała marszcząc brwi. „Trzeba działać szybko”.

Na oko miała około czterdziestu pięciu lat, ale ktoś kto na nią patrzył musiał dojść do wniosku, że nieźle się trzyma. Była szczupła, energiczna i pewna siebie. Z taką też pewnością ruszyła przed siebie  po schodach w dół do dworcowego pasażu. Skierowała się tam gdzie było wejście od strony Placu Andrzeja. To niewielki plac na tyłach Dworca Głównego, z którego często odjeżdżają autokary biur podróży. Tuż przed schodami prowadzącymi do wyjścia umiejscowiony jest zionący pustką zaułek, w który aż strach wchodzić. Ona właśnie tam skierowała swe kroki.

Znalazła najdalszy kąt gdzie pewnie nikt się nie zapuści o tej porze. Rozejrzała się i wiedząc, że jest tutaj sama, zrzuciła na podłogę plecak i zaczęła w nim gmerać.

Plac Andrzeja od zawsze gdy przychodziła noc tonął w gęstych ciemnościach. Latarnie oraz hol wejściowy dostarczały znikome światło w niczym nie ułatwiające życia pieszym, którzy mieli tutaj coś do załatwienia. W tej dominacji mrocznych barw wychwycenie ruchu postaci, która tam się czaiła, graniczyło z niemożliwością. A ktoś tam z całą pewnością był. Ubrany w czarny długi płaszcz i kapelusz naciągnięty mocno na głowę. Postawiony kołnierz tworzył ostateczną barierę w rozpoznaniu twarzy tego dziwnego człowieka. Ale tego dnia teren świecił pustkami więc tajemnicza postać dosyć swobodnie i zręcznie chowająca się ciemnościach, bez większego wysiłku była niewidzialna dla świata.

Jak duch przesuwała się w kierunku pobliskiej wąskiej uliczki ciągnącej się aż do ulicy Kościuszki. Cel w jakim postać ta tutaj dotarła nie był bliżej sprecyzowany. Właściwie liczył się łut szczęścia. Muszka musiała wpaść w sieć sama. I po niedługim czasie wypatrywania owa muszka rzeczywiście wpadła w sidła eterycznej sylwetki.

W którejś z bram siedział bezdomny. Oparty o ścianę spał mocnym snem będącym wybawieniem od doli codzienności. Z daleka czuło się jego specyficzny smród. Długa siwa broda opadała na brudną, dziurawą koszulę a spodnie przewiązane sznurkiem morusały się w kurzu brukowanej bocznej uliczki. Tlący się blask latarni obnażał oblicze zaorane zmarszczkami umęczonego życiem starca.

Mroczna postać zatrzymała się tuż przed bezdomnym. Wpatrywała się z zaciekawieniem, dokładnie lustrując teraz już pewny cel wizyty tutaj. W ilu już miejscach dokonała tego co zrobi. Ten świat wymagał nieustającego leczenia, łatania pęknięć. Z kieszeni czarnego płaszcza wyłonił się przedmiot przypominający pistolet. Rurka z przodu a rękojeść poklejona plastrami. Broń wykonana została domowym sposobem. Postać wycelowała w tego brudnego, śmierdzącego, przegranego człowieka.

* Może robię źle ulepszając ten świat na siłę, ale wierzę w to co robię – powiedziała szeptem. – Wybacz mi człowieku, wybacz mi Boże.

Pociągnęła za spust. Z lufy wyleciała błyskawica. Niebieski promień trafiający w serce ofiary.

Mężczyzna zawył głośno a jego głos odbijał się echem w niemalowanych cegłach dostojnych kamienic. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno zobaczyłby jedną osobę tarzającą się po ziemi w konwulsjach a drugą mknącą w szybkiej ucieczce.

Kloszard po chwili oszołomienia stanął na równe nogi. Otrzepał zakurzone ubranie.

Przez głowę przelatywały mu obrazy z jego życia, tylko te dobre. To co złe ulatywało w niebo w postaci smolistoczarnych robaczków.

Tabula rasa. Dostał nową szansę. I wiarę.

Pociąg odjechał. Kobieta przyłożyła głowę do szyby. Zasnęła.

Tad. Powieść szpiegowsko-łotrzykowska

Gdzieś w Rosji

(Fragment 1)

Tadek stał na niewielkim wzniesieniu z którego rozpościerał się monotonny widok na przestwory pól i falistych pagórków. Długi płaszcz powiewał gdy tylko cykliczne podmuchy porywistego wiatru atakowały go to z jednej to z drugiej strony odsłaniając niebieskie teksasy i trampki na nogach. Wpatrywał się w dziwaczną metalową kulę leżącą na dnie niewielkiego parowu. Mierzyła ona trochę ponad półtora metra średnicy a w jej centralnej części tkwił otwarty właz przez który człowiek mógł się przecisnąć.

Z tyłu podszedł mężczyzna w mundurze kładąc na ramieniu Tadeusza szorstką dłoń.

- Już czas – rzekł generał Wladimir Siusiaj. – Już najwyższy czas panie Tadowski zapakować swoje cztery litery do środka Wehikułu. Nie po to wydaliśmy tyle pieniędzy na szkolenie pana by na koniec się ociągać i tracić cenny czas.

‘Kutasina w mundurze” pomyślał Tadek i ruszył do przodu. Metry dzieliły go od pojazdu który miał zabrać go w nieznane. Metalowa kula mogła się zmienić w jego trumnę jeśli coś nie zadziała jak powinno. To pierwsza taka misja nie licząc psa Jajki który został wysłany w podróż przez wymiary czasoprzestrzeni miesiąc wcześniej.

„Raz kozie śmierć” dodał sobie rezonu w myślach ledwo ukrywając drżenie podekscytowanego ciała. „Mam misję. Przecież to sens mojego życia”.

Wślizgnął się do wnętrza sferoidalnej maszyny.

(Fragment 2)

Ogromny tętniący hałas ustał wreszcie. Pozostała tylko cicha pustka mrocznego wnętrza kuli. Tadek słyszał tylko swój szybki oddech. Zaraz drzwi miały otworzyć się samoczynnie sterowane przez wewnętrzny program. Co czekało go na zewnątrz?

Aż podskoczył gdy właz z sykiem rozwarł się wpuszczając do środka oślepiające promienie słońca. Po chwili do Tadowskiego dotarł szum morza i zapach jodu. Czyżby misja się udała? Wychylił głowę i już wiedział, że tak było. Znajdował się na wyspie Ronaoke w czasie gdy jej wszyscy mieszkańcy zniknęli z dnia na dzień. Jego zadaniem było podpatrzyć z ukrycia co tam się wydarzyło. Nikt nie mógł odkryć jego obecności.

Czarno-biały trampek wychylił się z ciemności luku wyjściowego a za nim podążyły spodnie teksasy. Robiąc krok w nieznane sznurówka prywatnego detektywa zaplątała się w miejscu gdzie otwarte drzwi włazu stykały się z powierzchnią metalowej kuli i przy wyskakiwaniu Tadek wyrżnął z impetem w piasek plaży. Unosząc głowę po chwilowym zamroczeniu i wypluwając piasek podniósł się dumnie wypowiadając wzniośle:

- Oto mały krok człowieka, a wielki ludzkości – a za chwilę dodał. – Niech mnie jeśli nie rozwiążę tej zagadki – Tomek
CDN
Zobacz również:
- CROATOAN, czyli Roanoke – Zaginiona Kolonia

Śpię, prześpię życie

Pewnego razu, z łanu złotych zbóż wynurzyła się sianowłosa. Pełna zapału, energii iskrzącej – grożącej samospaleniem. Po pewnym czasie zerknęła w prawo, zerknęła w lewo i cicho szepnęła „nie chce mi się”. Złożyła swe zmęczone odnogi łamiąc dojrzałe już kłosy i mimochodem tworząc nowe kręgi podpięła się do jednej ze stron internetowych. Zasypiając, porządnej dziennej Zlotoslanej, śnił się sen ściągany zeń o odlotowej, nocnej Złotowłosej. Zawsze bowiem marzył się jej czarny kolor, czarne szaleństwo, dziary, buciory i gacie: czarne oczy, czarne włosy, czarny charakter. Śniąc Bajkę o Złotowłosej myślała, że spełnia swe sny:

Pewnego razu, nikt nie wie w jaki sposób to się stało, nawet najstarsi górale, w lesie znalazła się Złotowłosa. Historycy przypuszczają, że stało się to poprzez trawo kosy, po których Złotowłosa była na takim haju, miała taki odlot, że szła i szła aż ocknęła się będąc dopiero w lesie. Była czarna, czarna noc. Złotowłosa ubrana była w czarną kurtkę, czarne dżinsy i czarne glany, a na głowie miała czarną terrorystkę. Szła na oślep czarną ścieżką mijając tylko czarne drzewa. Nagle zza czarnego krzaka wyskoczył różowy Muping. Złotowłosa wytrzeszczyła czarne oczy, Muping też znieruchomiał, rozejrzał się dookoła:
- Cholera, ja chyba nie jestem z tej bajki – i zniknął w czeluściach czarnej nocy. Złotowłosa szła dalej czarną ścieżką i nagle zza czarnego drzewa wyskakuje brat Wilka Stanisława.
- Stój! Jestem bratem Wilka Stanisława i zaraz cię zgwałcę.
- Uważaj znam Kung – Fu, Karate, Tekwondo, Judo…
Brat Wilka Stanisława ucieka w popłochu.
- … i jeszcze kilka innych japońskich słów – dodaje Złotowłosa.
Idąc dalej Złotowłosa zaczyna się zastanawiać czy dobrze zrobiła strasząc brata Wilka Stanisława, przecież był chłop niczego sobie a dawno nie miała chłopa i mały numerek by nie zaszkodził. Postanawia – jak jeszcze raz ktoś będzie chciał ją zgwałcić, to się zgodzi. Nagle zza krzaka wyskakuje Wilk Stanisław.
- Stój! Jestem Wilk Stanisław, słyszałem co zrobiłaś memu bratu. Ze mną nie ma żartów, zaraz cię zgwałcę.
- Bierz mnie!
Lecz Wilk Stanisław odchodzi z kwaśną miną. Złotowłosa patrzy pytająco na Wilka Stanisława.
- I co się tak gapisz, po prostu nie lubię łatwych dziewczyn! – i znika za krzakiem.
Złotowłosa zawiedziona wstaje i idzie dalej. Wtem widzi neon: Chata Misi 500m.
Na to Złotowłosa podskoczyła tak z radości, że aż jej majtki spadły. A przecież każdy wie, że gdyby kózka nie skakała to by jej majtki nie spadły.
Po dojściu do chaty Złotowłosa puka do drzwi, ale nikt nie odpowiada. Więc wyjmuje komplet młodego włamywacza i wchodzi do środka. Pierwsze kroki kieruje do kuchni.
- O! Płatki kukurydziane, mleko, pizza, nawet talerze są. No to sobie podjem.
I zabiera się do jedzenia. Najpierw je z najmniejszej miski, potem z większej, i większej, i z czwartej ostatniej największej. Ale nadal jest głodna. Wrzuca pizzę do mikrofali i idzie zwiedzić dom.
No ładnie: satelita, wideo, Sony 25″. Ktoś tu sobie nieźle żyje.
Wtem znajduje coś dziwnego. Dużo rurek, szklanych pojemniczków, coś się skrapla i kapie do butelki. To po prostu maszyna do pędzenia mniam.
- Co to może być? – zastanawia się Złotowłosa. Nagle pojawia się na jej twarzy uśmiech.
- Może to wibrator parowy?
Próbuje coś z tym zrobić, ale nie wychodzi. Więc postanawia spróbować tego co tam skapuje. Oczy jej wychodzą na wierzch, język staje kołkiem i przez trzy minuty nie może złapać oddechu, ale później zasmakowało Złotowłosej to 45% i wzięła kilka butelek, włączyła telewizor i zaczęła oglądać satelitę, zajadając smacznie pizzę. Po trzeciej butelce ściany zaczęły się kurczyć, podłoga falować i obraz stał się zamazany.
- Czas chyba do łóżka – mówi Złotowłosa i idzie do sypialni. Kładzie się na największym łóżku, ale za chwilę pilot, rewolucja żołądkowa i wiadomo co – pióropusz. Wstaje i kładzie się w drugim łóżku, bo przecież w takim zapawionym nie będzie spać, ale sytuacja się powtarza i jeszcze raz to samo. W końcu kładzie się na najmniejszym łóżku i też pilot, ale już nie ma czym pióropuszyć więc w ciężkich męczarniach zasypia.
Po pewnym czasie za oknem słychać straszne tupanie. To oczywiście droga biegnie po lesie. Drogą idą cztery misie: Dziadek Miś, Tata Miś, Mama Miś i Syn Miś. Wchodzą do domu i od razu uderza ich w nozdrza 45% – zapach powietrza. Wszyscy rozbiegają się po pokojach. Dziadek Miś biegnie do maszynki do pędzenia mniam, jako największy żul w rodzinie. Tata Miś sprawdza stereo, Synek idzie do sypialni a Mama Miś do kuchni. Wtem słychać Tatę Misia:
- Ile razy mam ci Dziadku powtarzać, że telewizor trzeba wyłączyć jak wychodzimy. Myślisz, że śpimy na forsie. I zamykaj drzwi, wychodziłeś ostatni, w lesie mieszkasz czy co?
- Ktoś ruszał soczek z maszynki – mówi Dziadek.
- Ktoś zeżarł chrupki, wypił mleko i wciągnął pizzę – krzyczy Mama.
- Cholerne bobry – wkurzył się Tata Miś.
- Chodźcie tutaj – krzyczy Synek Miś.
Wszyscy biegną do sypialni.
- Ktoś spał w moim łóżku i w dodatku je zarzygał.
- W moim też.
- I w moim.
- A w moim nadal coś leży – mówi Synek Miś.
- Dziadku przynoś biurko, lampkę biurową i krzesło, zaraz się wszystkiego dowiemy.
I wali w pysk Złotowłosą.
- Wstawaj flejtuchu.
- Czego, dajcie mi spokój, chce mi się spać.
- Jak cię zaraz walnę to ci się odechce.
Rzuca Złotowłosą na krzesło i świeci jej w oczy.
- Imię, nazwisko, numer buta, ile zarabiają rodzice i gdzie zostawiają klucze do domu. Mów!
- Dla kogo pracujesz – dorzuca Dziadek Miś.
- Ja nic nie wiem.
- Nie takich jak ty agentów łamaliśmy – przypominają się Dziadkowi czasy gdy był w KGB.
- Odczepcie się – krzyczy Złotowłosa i trzeźwiejąc troszeczkę zaczyna się tarmosić.
- Ty …
I nie wiadomo jak by się ta bajka skończyła, gdyby nie brygada antyterrorystyczna, która zawiadomiona przez brata Wilka Stanisława o podejrzanym osobniku w lesie, szybko znalazła osobnika i zapobiegła masakrze. Wszystko skończyło się sprawą w sądzie o pobicie, bo jak się okazało Złotowłosa to leśniczy transwestyta. Misie dostały za pobicie karę grzywny i obowiązek comiesięcznego dostarczania soczku z maszynki dla sędziego, a Złotowłosa za włamanie i wszczynanie awantur dwa lata w zawiasach.

Morał z tego jest taki:
Nocując u kogoś w chacie nie śpij w czterech łóżkach.

Jeśli śni się na jawie sen, można odpłynąć niczym ta Złotowłosa na trawo kosie, jak na haju. Jeśli życie jest spełnieniem snu warto sprawić sobie taką grę wstępną. Ale skąd możemy wiedzieć co się nam powiedzie, a co nie? Ale co jeśli sen się śni a życie toczy się innym torem, jakby nasz „zwrotniczy” zaspał? Nic nie pomagają ponaglenia, nawoływania: hej Ty, ady masz rozpiskę, zrób z niej użytek! Patrzysz w okno by zapomnieć swe sny?  Wtedy żadne okna nie pomogą, by zapomnieć o tym wymarzonym, wyśnionym. Zatem jedynym lekarstwem i przestrogą dla innych jest – nie śnijcie spraw nierealnych, wyimaginowanych, nierzeczywistych, nie stawiajcie sobie w śnie poprzeczki, której nie jesteście w stanie przeskoczyć w życiu. A jeśli już musicie, śnijcie o szefie przyłapującym was na kradzieży długopisu, papieru do ksero lub toaletowego. Ten sen ma szansę się ziścić – ew

Pióro do wynajęcia

(…) Podobno Dostojewski pisał dla pieniędzy, żeby zaspokoić żądzę gry w ruletkę przy zielonym stoliku w Sankt Petersburgu, a Faulkner i Fitzgerald oddawali swoje talenty na usługi różnym wielkim bogaczom (dziś oligarchom) – z reguły byłym szmaciarzom, którzy zapełniali „Ogród Allacha” sprowadzanymi na Zachodnie Wybrzeże literatami, żeby ci realizowali ich kasowe marzenia.
Bez względu na to, czy te historie są apokryficzne, czy też nie, wspomnienie wielu genialnych pisarzy, którzy zastawiali artystyczną uczciwość niczym w lombardzie, tłukło mi się po głowie już od kilku miesięcy. Aż wreszcie, kiedy siedziałem sobie w mieszkaniu i bujałem w obłokach – łaskocząc Muzę, żeby zmusić ją do podrzucenia tematu godnego wielkiej powieści, którą powinienem pewnego dnia napisać – nieoczekiwanie odezwał się telefon.
- Mealworm? – szczeknął z drugiej strony ktoś, kto bez najmniejszych wątpliwości trzymał w ustach cygaro.
- Owszem, Flanders Mealworm przy aparacie. Z kim mam przyjemność?
- Jestem E. Coli Biggs. Mówi ci coś to nazwisko?
- No… Właściwie to nie za bardzo…
- Mniejsza z tym. Jestem producentem filmowym i to nie byle jakim. Chryste panie, nie czytasz „Variety”? Mój najnowszy film jest teraz największym sukcesem kasowym w Gwinei Bissau.
- Prawdę mówiąc, lepiej orientuję się w świecie literatury – przyznałem.
- Tak, wiem. Czytałem twoje „Kroniki mielonkowe”. I właśnie dlatego chciałbym się z tobą spiknąć. Przyjdź dzisiaj o 15.30. Hotel Carlyle, apartament królewski. Zameldowałem się jako Ozymandias Hoon, żeby miejscowi kandydaci na artystów nie zarzucali mnie scenariuszami.
- Skąd ma pan mój numer? – zapytałem – Jest zastrzeżony.
- Znalazłem w internecie, gdzie figuruje obok zdjęć rentgenowskich z twojej kolonoskopii. Mniejsza z tym, pojaw się tylko o umówionej godz, koteczku, a wkrótce obaj będziemy mieli co włożyć do garnka.
Z tymi słowy mój rozmówca trzasnął słuchawką tak gwałtownie, że mało nie pękła mi trąbka Eustachiasza. (…)

Woody Allen

Vademecum palanta, czyli a ogary poszły w gary

Aby zostać palantem wybieramy czystą, schludną odzież, przewiewne, lekkie, najlepiej siateczkowe buty, kropimy się dobrą aczkolwiek nie najdroższą wodą po goleniu i ze skórką jak dupcia niemowlaka udajemy do swego samochodu. Oglądamy niebo, liczymy obłoki, ręką przysłaniamy oczy i zerkamy na słońce – jest! To chwała Bogu, bo palantem być to być zadowolonym ze stabilności świata przez dwadzieścia pięć godzin na dobę.

Zadowolony jako się rzekło palant, podchodzi do swej maszyny. Jego samochód jest zawsze nieskazitelnie czysty, muchy i ptaki srają zawsze na samochody tuż obok, bo palant ma wieczystą umowę na wyłączność – być poza tą żównianą strefą. Palant zawsze wsiada do samochodu przodem tzn głową, nigdy tyłem tzn dupą, jak już wejdzie to robi lewoskręt, by otrzepać swe lekkie i tanie, bynajmniej tylko z wyglądu, buty z niewidzialnych aczkolwiek okropnie drażniących go paprochów. Palant zapina pas. Poprawia parcianą uprząż by czasami nie uciskała za mocno zbyt tęgiego brzucha. Bo palant lubi też dobrze zjeść, namiętnie karmi swe kubki smakowe, a karmiąc je, zagłusza inne zmysły w tym zmysł… dobrego smaku. Dlatego palant puszcza swe odjechane CD, reguluje wprawnym uchem pomiar głosu, uśmiecha się pod zgolonym wąsem – o yes, muzyczka „Majteczki w kropeczki” podnosi mu ciśnienie podczas dalekich, bo codziennych do pracy -  podróży.

Poprawiając pas już zerka we wsteczne lusterko, na którym niedbale dynda podrabiany różaniec z Fatimy. I już ręką sięga, z zamiarem poprawienia go choćby o milimetr. Kluczyk z breloczkiem pomarańczowej piłki nożnej wyciąga palant z lewej kieszeni, ponieważ w prawej ma zawsze zapałki, sznurówki, czekoladę i kompas, jak przystało na wzorowego od lat harcerza. Lekko niczym chirurg nacięcie, rusza, bo zbyt szybka jazda pali zazbytnio dużo benzyny a palanta poznasz również po tym, że jest na wskroś, na zabój oszczędny. Jadąc podziwia las, nowe drogi, fasady domów, czyta tablice, stara się nie zauważać na poboczu pojedynczych lub o zgrozo nawet podwójnych panienek w czarnych rajstopach w środku lata, czarniawych twarzach mimo braku słońca i butach takich jak palanta ego. Jeśli już taka panienka pomacha, bo blask czystego samochodu oślepi ją tak, że nie będzie wiedzieć co czyni, palant zatrzyma się, zapyta co się stało, w czym może pomóc, udając, że nie wie o co chodzi. Bo palant jest ponad, ponad każde uczucie i każdą   żądzę.

Czyste myśli, gesty, słowa, czyste, nieskazitelne, jałowe życie.

Jałowy gazik ma w herbie każdy porządny palant, pęsetę i płyn do dezynfekcji nie tylko jamy ustnej, a na makatce w kuchni własnoręcznie wyhaftowany, w samotne wieczory, czerwony napis „A ogary poszły w gary”.
Hawk! – ew