Od pewnego czasu Kazimiera bała się świąt. Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, gdy z „dziewczyny po trzydziestce” nieodwołalnie stała się „dziewczyną przed czterdziestką”. Nagle zauważyła, że wokół robi się pusto. Jej koleżanki („siostry w feminizmie” – jak kiedyś myślała) po kolei wychodziły za mąż, wkrótce zaokrąglały im się brzuszki, i po kilku miesiącach ich mieszkania rozbrzmiewały radosnym gaworzeniem… Nawet Ela, feministka niegdyś tak zajadła, że Kazimiera podejrzewała ją o lesbijstwo, znalazła mężczyznę swojego życia. Kazimiera wpadła na nią niedawno na ulicy. I zagadnęła jak dawniej:
- Czytałaś nową „Zadrę”?
- Nie mam czasu – rzuciła Ela – muszę jeszcze kupić jakieś ciasto dla Stasia… – Chciała biec dalej, ale zatrzymał ją widok osłupienia malującego się na twarzy Kazimiery.
- Wiem… – powiedziała zmieszana – kupione to nie to samo, co domowe, ale dopiero uczę się piec… Cześć!
Pomknęła w swoją stronę zostawiając oszołomioną Kazimierę samą wśród tłumu przechodniów… A Kazimierze stanęły przed oczami wszystkie jej przyjaciółki, kiedyś radykałki, a teraz już tydzień przed świętami buszujące po sklepach, uwijające się w kuchniach, z dziką radością pichcące przysmaki dla mężów i dzieci… Dzieci. Dawniej drażniły ją te małe, wymagające istoty. Widząc matkę z dzieckiem Kazimiera myślała „idiotka marnuje sobie życie”. Ale i to się zmieniło. Teraz, na taki widok, coraz częściej całym jej jestestwem wstrząsał straszliwy spazm wysychającej macicy domagającej się zapłodnienia. Wszystkie te objawy nasilały się w okolicy Bożego Narodzenia. Kazimiera nie podejrzewała się kiedyś o podobne sentymenty. Chrześcijaństwo było dla niej ideologią wymyśloną przez mężczyzn w celu zniewolenia kobiet. Zresztą – snobowała się na Żydówkę, po matce. A tu proszę – magia świąt dopadła i ją… Od kilu lat, gdy tylko minęła połowa grudnia ogarniał ją niepokój. Wreszcie, w tym roku, coś w niej pękło. Poczuła, że oszaleje, jeśli kolejne święta spędzi sama, w pustym mieszkaniu nad butelką wódki. Do nowego roku muszę znaleźć sobie męża! – postanowiła 20 grudnia – Tad9
Na pracę nie miała co liczyć, by podtrzymać tradycję. Same kobiety przecież. Jedne w sytuacji takiej jak ona, inne zgoła porządniej doświadczon – po przejściach. I te jak sążnistą mantrę powtarzały stale „choćby miał dupę wysadzaną brylantami – nigdy!”. Skołowana bez reszty, sama już nie wiedzion jaki obrać kierunek: tu podszepty i tkliwe wzdychy tych co to by chciały a nie mają z kim, a tu ostre, przesążniste wrzaski tych co i owszem, mają, ale zaiste nie wiedzieć czemu nie chcą.
Ech… wstyd przyznać – była w dodatku jeszcze dziewicą.
A na Allegro znów widziała dziś super furę. Beżowa, taka jak lubi w kolorze rodzimej waniliny, wielkie srebrne koła być może nawet resorowane, na budce dwie misternie tkane koroneczki i wielka do kompletu torba na jeszcze większy zapas pieluch, smoczków, butelek, gryzaczków i czego tam jeszcze – dziś nie wiedziała. Niedroga była, marne dwa i pół tysiąca rodzimych złociszy. Już, już by ją bukowała, bo już projekcja trwała, już widziała wewnątrz SWOJEGO dzidziusia pachnącego mleczkiem, oliwką i świeżo wyciśniętą kupką. W myślach pchała wózeczek na spacer szlakiem żarciowych sklepów, i gdy dzidzi zanosiło się od płaczu przestawała staremu kupować kolejne salcesony, zgrzewki i ziemniaki a podnosiła maleństwo do piersi i w chwilach, kiedy dzidziuś heftał jej bluzkę z Orsey’a, z matczyną czułością podawała mu z buteleczki przez smoczek słodziutkie mleczko. Na komputer patrzyłaby tylko wtedy, gdyby dzidzi wyrósł z limuzyny i trzeba byłoby kupić mu nowy wózeczek. Ech, super życie: ja, wrzaszczuś i stary, mój, jedyny, ojciec mego dziecka, chrapiący słodko w znoszonych gaciach przed telewizorem.
Chcę mieć pod choinkę pewność, że w końcu moje jajeczko spuchnie, macica przecież nie jest aż tak bardzo wyschnięta niż innych jaja.
Chcę w końcu dostać to, co inne dostają już za pierwszym razem…
Chcę… i tu rozłożyła nogi w oczekiwaniu na zesłanie namaszczenia.
Tad nagle otworzył szeroko oczy zadziwion swą szeroko rozstawioną postawą. „Co je kurde bele na jeża? Co za sen prze#wyrazowy miałem jakem patriarcha zniewolon. Musi to przez tę kiełbasę zwyczajną co to ją z pół ceny w Tesco dorwałem, jak nic miała tę strychninę irlandzką w sobie i ona mi zaszkodzon, bo źle strawion”.
Pot mu ściekał wielkimi kroplami po żylastym i suchym w swej żylastości czole, starł go szybko swymi zażółcon od skręcania taniego tytoniu palcami. Stetryczałym pazurkiem, co to go miał zostawion na specjalne cele, jeszcze se zagrzebał szybko w uchu, skulił swe wyliniałe oczy i wyszeptał „baby mają jednak prze***ane” – ew
Tad rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu śniadania. Na starej Wyborczej leżała pajda zaschniętego chleba, nieopodal sterczała szyjka butelki po wysączonym do końca przysmaku wiśniowym marki Agropol. Tad pogmerał w rozporku, który mylnie wziął za kieszeń i nie znalazłszy tam nic ciekawego sięgnął po leżący na kuchence portfel. Pusto.
Parę złotych pieniążków o nominale 1 gr, 2 gr, 5 gr nie dało się nijak złożyć w okrągłą sumkę 4,50, na butelkę Przysmaku Wiśniowego. Ba! Nie dało się nawet z tego złożyć dwóch złotych na chleb.
Tad usiadł ciężko przy stole, oparł głowę na pięściach i smętnie pomyślał, że idą święta, a on tymczasem o suchym pysku będzie siedział. I w dodatku sam.
„Ech, baba by się zdała” pomyślał i otrząsnął się nie wiadomo z czego: ze wstrętu czy przeciwnie: ze spodziewanej rozkoszy.
„Baba by zadbała, żeby było i na Agropol i na chleb a może czasem i na jaki salceson” – przekonywał sam siebie. Jakiś zły duch mu szepnął do ucha:
- A może by tak do pracy ?
Poderwał się jak skuty ostrogą. Jasne! Że tez nie wpadł wcześniej na takie proste rozwiązania. Praca! Znajdzie pracę. Złapał starą, wytartą kurtkę i nie troszcząc się o zamykanie zamka runął po schodach w dół. Tak po prawdzie to zamykać nie było za bardzo co, po ostatniej imprezie z Miśkiem, kiedy mu się zwidziała, że na zamku mrówka gigant siedzi… Czasu nie było dotąd by zamek naprawić, ale i wynosić też nie za bardzo było co z Tadowego mieszkania.
Tak dumając Tad pokonał wszystkie osiem pięter (winda jak zawsze była nieczynna) i lecąc jakby go kto gonił wpadł całym impetem na sąsiadkę z piętra niżej, która właśnie wracała z torbami pełnymi zakupów. Rymnęli oboje jak dłudzy, każde w przeciwną stronę, z toreb z napisem TESCO i Biedronka posypały się jaja, kartofle i pomarańcze. Hermetycznie pakowana szynka wylądowała Tadowi na piersi.
- Moja kochana – wyrwało się Tadowi spod serca – O mój Boże, jak ja na ciebie czekałem!
Kazimiera otworzyła szeroko oko umalowane na niebiesko i spojrzała z zaciekawieniem na mężczyznę leżącego niemal u jej stóp – prowincjuszka
Po czym powłóczyście chrząknęła:
- Po prawdzie mieszkam tu już jakiś czas, ale hmmm nie widziałam jeszcze sąsiada. Dziwne.
Tadzikowi rozhulała się burza w mózgu „co rzec, co rzec, co pedzieć, co pedzieć. Przecież nie może się przyznać, że w dzień sypia, nocą grasuje, czasem grzebnie w śmietniku, czasem za petem zanurkuje w koszu, przetrzepie zsyp”. Nie znał ptaszyny, ale już czuł, że nie może wypuścić onej z garści, tak bardzo nastawion był na sprowadzenie w swe życie kobiety, tak bardzo zdesperowanon, że musiał coś wymyślić i to na boga teraz, na szybko, natychmiast, już.
- Hmm kochana, te nocne dyżury na ratunkowym mnie zamęczą, wykończą. W czasie pracy i po pracy, więcej w pracy, dodatkowo czynnie udzielam się w #ttdkn – wracam i padam, ja nawet nie wiem, że takie anioły mieszkają tuż, tuż za moją ścianą! Tyle czasu tracę chodząc po tym padole jak palec sam (szukał górnolotnych słów i nie znajdywał choć już czuł, że w te święta nie tylko poje, ale i pospuszcza).
Nie narzekał dotychczas, bo nie był stworzony do singlowego życia i jakoś póki nie był sam, se radził.
Rok temu starej swej wyniuchał pod Auchanem padniętego karpia i tak jak inni łuskę na szczęście tak on jego oko usadowił, acz nie w portfelu a na samym szczycie jarzynowej sałatki. Dobre to były święta. Stara z pawlacza wyjęła choinkę okrytą foliowym workiem, zdmuchnęła kurz i już mieli nastrój – toć nigdy jej nie rozbierali. Tak jak i nie myli garnka po ziemniakach, skoro zaś w nim gotować mieli one nazajutrz. Zgodne małżeństwo to było, radzące se z codziennymi problemami tego świata. Tylko, że on jakby za bardzo poszedł był w życiową konsumpcję. Coraz więcej czasu spędzał na biznesowych przetrzepywaniach marketów, w poszukiwaniu czegoś fajnego na ich sklepowych śmietnikach. Żony lubią świecidełka, jak na przykład to śliczne oko od karpia ale też i chciałyby krztynę czułości, atencji i odrobinę uczucia. Na to Tadzik był za i za bardzo, po penetracjach marketowych, już zmęczon. A to się mści. Nadszedł był dzień, gdy żona jego wzięna kapcie i tak jak stała razu pewnego zwyczajnie wyszła.
Świat się Tadzikowi zatrząsł w posadach. Już nie miał mu kto rzec „ty głupi c***u”. Ustawić w pion, j****ć przez plecy i zagnać do roboty. Gnił teraz w marazmie licząc miedziane grosiwo, co to nie tylko na Agropol nie starczało ani na chleb, ale nawet na to, by se tym pobrzdąkać w kieszeni. Z zamyślenia wyrwał go anielski wprost głos:
- U mnie zawsze jest dodatkowe nakrycie do stołu. Nazywam „Dla Anonima”, i nie sądziłam, że z Pusią zasiądę z kim jeszcze, kto nie tylko Avatarem postraszy, ale i ludzkim głosem w Wigilię zagadać doń może.
I już po żołniersku, by pokazać kto tu rządzi dokończyła:
- Zapraszam, 6 piętro 46. Pukać. Dzwonek nie działa, Pusia nie lubi. O 19 proszę.
Wstała i jak stała tak zamaszyście znikła.
Tadzikowi został pod powiekami błękit nieba z jej ócz, kolor nieba z jego stron, w sensie wymalowanych dość ostro powiek.
Dziewiętnasta, dziewiętnasta mruczał szybko człapiąc do domu, by jaką koszulę wyszukać, umyć to i owo a może i ogolić jakąś też resztę a potem niczym listonosz zapukać dwa razy.
Kazia tymczasem szelmowsko zmrużyła powieki a spod nich niczym Kasandry wieszcz odezwało się przesłanie „Co za c**l, ale… lekarz! Wykształcon! Medyk! Społecznik! Ustawion jak trza”.
- Człowiek nie musi szukać, bo najciemniej jest wrzdy pod latarnią. Zrobię to z nim. Są właśnie te dni, więc DZIŚ!
Po czym zwinęła się szybko, by przygotować nader solidnie do niezapomnianej wigilii. Pozdrawiam. Keep Rockin’! – ew