c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Proza

Camping zimą, czyli saszetkowy rycerz

Ja Jestem

Camping zimą? Czemu nie!!!

- HALO! HALO!! HALO!!! CZY KTOŚ MNIE SŁYSZY!!! Kur..a gdzie ja jestem??? Co ja tu robię?…. OTWÓRZCIE TE DRZWI!!! Kurna, ale zimno, łeb mi pęka! JA MUSZĘ DO ROBOTY!!! Szef mi chyba jaja urwie, dobrze że TIRA zaparkowałem na strzeżonym w Słubicach. A MÓWIŁEM WŁADKOWI, ŻE PO LITRZE NA GĘBĘ WYSTARCZY!!! Mają głowy te rumuńskie autostopowiczki… Zaraz?… Zaraz?… Gdzie mój portfel?… Zaraz?… Zaraz?… Gdzie mój portfel?!… Gdzie moje kluczyki?!!


fot. ewolny Międzybrodzie Bialskie

- Kluczyki są tu!!!
Przez wymalowane mrozem okienko pokazała się wykrzywiona twarz zadowolonej z siebie bezzębnej staruszki.
- Tyle czasu polowałam na takiego szwarnego chłopaczka, tyle czasu. I sam mi w ręce ptaszek wpadł. Już ja cię utuczę mój robaczku, będę sobie ciebie doglądać i zabawiać się tobą kruszynko, że ho ho! – tak mrucząc odchodziła od przyczepy człapiąc nawet dość zgrabnie jak na jej lata w tym wysokim przecież śniegu.
Pojmanemu nagle zamiast projekcji z przechlastanego życia, stanęła w oczach twarz Misery! I cały ten jej niecny plan, by jak Paula Sheldona zatrzymać sobie, każąc przesterować scenariusz…

- Teraz to mam przechlapane, pomyślał Józio przyklejony do zamrożonego zakratowanego okienka. To prawdziwa MIZERIA!!! Camping ze stali! Nigdy się stąd nie wydostanę – Zamyślił się głęboko… Do ELI zadzwonić też się nie da, bo i komórę wcięło… TO KONIEC!!!!

A przecież miał już w życiu ostrzeżenie, wtedy gdy przy ognisku zatańczył…

Saszetkowy rycerz

Klapeczki ubrane, spodenki krótkie,
wczasowo wyglądasz tak nie rozrzutnie.
„W Polskę idziemy drodzy panowie!!!”
- kobiety nasze, nikt się nie dowie.

I ramba camba w żyłach buzuje,
saszetki miłość nami kieruje.
A okularki co srebrnym błyskiem,
mówią: BIZNESMEN! – dzielę się zyskiem.

Na imię mam: JÓZEK!!! Błysk zębów tak czysty,
drapieżca przygód żądny, w grupie bardzo bystry!
A zęby jak perły, owoc chorych kasy.
ON za nie nie płacił, za to płacą masy!

„A jego zysku tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku!”

Saszetka z paskiem, trzymają brzuszek.
I wciąga oddech… tak zostać muszę!
I te rumieńce tak wciąż czerwone,
mówią o zdrowiu?… Wspomina żonę!

„JÓZIU TWE NADCIŚNIENIE!!!”
- ja blaskiem oczu przecież to zmienię.
A oczy patrzą widzą otyłość,
może saszetka zmieni ją w miłość?
Ogień w ognisku rozgrzewa dusze.
Józek nasz poczuł – „NAPIĆ SIĘ MUSZĘ!!!!”

„A jego zysku tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku!”

Nagle bohater nasz w swej wielkiej mocy
PIWA! się napił…  spojrzał w cud oczy.
Krzyknął do siebie: „JAM MŁODY BÓG!”
Poczuł saszetkę u własnych stóp.

Saszetka z paskiem ograniczała,
wolność myślenia i jego ciała.
Swe nadciśnienie zamienię w nic!
Ja chcę tu tańczyć, ja chcę tu być!

„A być w tym zysku, tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku!”

Po drugim piwie w samczej naturze,
krzyk się odzywa: „JA TO POWTÓRZĘ!”
Swe terytorium tak jak przystało
w krzakach zaznaczył – tak też się stało.

Klapki zmoczone są chyba rosą?
Męska decyzja „POCHODZĘ BOSS…O!!!”
Bo przecież stopy PRZYSTOSOWANE!
Pięty naroślą obwiankowane!
Depczą i gładzą traw młode pędy:
„JÓZIU TU PRZESZEDŁ!!!  – Nie chodźcie tędy.”

„A tego zysku tyle co w pysku,
Józek pilnuj się przy ognisku.”

Drogę udeptał, skarczował trawę.
Mocno zakrzyczał: „CZAS NA ZABAWĘ!!!”
Na Józia patrzą – w tańcu się wije:
„za wasze zdrowie PIWO WYPIJĘ!!!”

Moc koncentracji wstąpiła w Józia.
Grymas na twarzy przyjęła buzia.
Męska decyzja! TO JEST OLŚNIENIE!!!
Ja żar z ogniska  w drogę zamienię.

Męska decyzja! Tak się też stało.
Ktoś krzyknął głośno… „BĘDZIE BOLAŁO!!!”
Lecz Józio zastygł po drugiej stronie.
Popatrzył w niebo… wspomniał o żonie.

W krzyku pozostał tak przenikliwym!!!
…każdy zrozumiał, ból jest wnikliwy.
ŁZAMI NIE ZGASI!… DAJCIE MU WODY!!!
…Czarne spodenki – szyk nowej mody?

Koszula w kratkę też okopcona,
prezent od żony, CO POWIE ŻONA?
ELU kochanie, Ja oszaleję!!!
Po co tak chciałem?  Niech wiatr zawieje.

Ostudzi stopy, bólem zorane…
nie ma Cię ELU, zawołam mamę!
Tak o powrocie pomyślał Józio,
tego wszystkiego jest mi za dużo.

Bólem przeszyty szuka saszetki
OJ! Nie obędzie się bez karetki.
Tak jak wykrzyczał, tak też się stało,
i odwieziono zranione ciało.

Lekarz popatrzył, poruszał głową…
- Panie Józefie dam panu słowo,
tańczyć nie będzie pan roczek cały.
JA PROPONUJĘ MIĘKKIE SANDAŁY.

Spuścił swe oczy Józio zmartwiony,
ja chcę jednego, ja chcę DO ŻONY!
„A tego zysku tyle co w pysku,
Józek kontroluj się przy ognisku.”  :)
Ja Jestem

NO!ASTRODAMUS, czyli przerwany lot Hayabusy – raport specjalny

Raport 1 – 25.5.2010 Agencja kosmiczna JAXA – Dwanaście dni po wylądowaniu kapsuły. Po wielu wysiłkach i próbach otwarcia kapsuły, Japońscy naukowcy przystawili ucho do zamkniętej kapsuły, z której zaczął wydobywać się cichy szept.

26.6.2010 Agencja kosmiczna JAXA. Japońscy naukowcy stwierdzają, że skoro w środku znajduje się gaz, to może nie jest to szept, a raczej syk.

27.6.2010 Agencja kosmiczna JAXA. Totalna bezradność pośród naukowców Japońskich. I tylko jedno, do bólu nurtujące pytanie? CO TAM TAK SYCZY?

28.6.2010 Agencja kosmiczna JAXA. Po bardzo wnikliwej analizie syku stwierdzono, że należy powrócić do wersji początkowej – zaczęto powoli rozszyfrowywać poszczególne impulsy szeptu.

29.6.2010. Agencja kosmiczna JAXA .Godz.19.50 Cierpliwie nasłuchując i analizując poszczególne sylaby zaczynają rysować się w słowa:
- ……Itokawa.
Dziwne! Myślą naukowcy Japońscy, przecież tak nazywa się asteroid, na którym wylądowała nasza sonda? Powoli słowa zaczynają ustawiać się w zdanie:
- … itokawa… itokawa was… Ito kawa was po… itokawawaspokona…
„I TO KAWA WAS POKONA!”. Cóż to za język? Skąd te słowa? Pytają Japońscy naukowcy.  Szybka reakcja – komputer – GOOGLE – odpowiedź – JĘZYK POLSKI!

W tym momencie, z sąsiedniego pokoju wchodzi kolega po fachu. I drżącym głosem mówi:
- Wszystko jasne, JAPONIA PRZEGRAŁA! PARAGWAJ PRZESZEDŁ DO ĆWIERĆ FINAŁÓW!

Uwagi na marginesie:
Monsieur LaPadite, mam takie ciche przypuszczenia, że ty potajemnie z przemysłem obuwniczym współpracujesz. Kiedy zacząłem bawić się tymi literkami i słowem „HAJABUSY”, i pozamieniałem A na U, i U na O, to od razu pobiegłem do obuwniczego i cztery pary butów sobie kupiłem.

Raport 2 – 6.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA – Dzień, w którym otwarto kapsułę. TO NIE GAZ! TO NIE SYK! Ten proroczy szept okazał się astralnym pyłem wypełniającym kapsułę.

7.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.24.00 – Opustoszałe laboratorium. Spowite ciemnością laboratorium i tylko jeden naukowiec pochylony nad kapsułą!! OMOTAGOKAWA długoletni pracownik naukowy agencji, z rurką od odkurzacza w ręku i mieczem samurajskim w drugiej, odzywa się kierując słowa w głąb kapsuły:
- Ty ASTRALNY DROGOCENNY PYLE, twoje proroctwa spełniły się!  I TO KAWA WAS POKONA. Kawa nas pokonała, a mnie omotała! Zanim skończysz swój żywot w odkurzaczu, a ja popełnię HARAKIRI, powiedz jak się nazywasz?…… No powiedz jak?!!
W tym momencie zapanowała głucha cisza, która stawała się coraz bardziej nie do zniesienia………………… Nagle z otwartej kapsuły dało się usłyszeć cichy szept:
- NO!ASTRODAMUS.
- Jak? Powtórz jeszcze raz jak?
- NO!ASTRODAMUS. I powiadam Ci, zanim wciągniesz mnie odkurzaczem, spróbuj wciągnąć mnie własnym nosem!!!

Raport 3 – 8.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.4.00 nad ranem – OMOTAGOKAWA przeciera delikatnie nos. Staje przed oknem w laboratorium przez które przedzierają się pierwsze promienie słońca. Nagle! Słyszy w sobie znany mu już od niedawna cichy szept:
- JA JESTEM NO!ASTRODAMUS jestem tobą ,a ty jesteś mną, jestem Tadem i Tedem, Damusem i Panusem. JA JESTEM BOSKI!!!
W tym momencie wschodzące słońce pokazało swój pełny blask na niebostanie. NO!ASTRODAMUS spojrzał delikatnie na własne rozpromienione odbicie, rysujące się w lekko uchylonym oknie.
- PO –> KOCHAĆ – wyszeptał.
- Dlaczego tak wielu z was na Ziemi tego nie rozumie? Czy można pokochać kogoś nie kochając siebie!? Zamyślił się głęboko. Pamiętał jak dziś, wtedy kiedy teleportował się na Ziemię jako BIKFOOT, w tym lesie, na tej polanie, ten człowiek powiedział:
- MAMY WIEDZĘ O SOBIE; ALE NIE MAMY SIEBIE.

Uwagi na marginesie:
99 imion nie muszę znać, wystarczy to co do siebie czuję.
I tak co rano gdy przestaję spać, każdym oddechem to manifestuję.
Nie ma słów podziwu, nie ma słów wdzięczności.
Tylko tu i teraz w ciszy wieczny moment bezwarunkowej miłości – JJ

Raport 4 – 8.7.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.4.30 nad ranem – OMOTAGOKAWA wyginając się w górę i dół, trzymając chusteczkę przy nosie, KRZYCZY!!!
- Ty ASTRALNY DROGOCENNY PYŁOPOTWORZE zaraz cię wysmarkam i wrzucę do kibla!!! Wyłaź z mojej głowy, nie szeptaj mi więcej! Daj mi spokój!!! Zostaw mnie!!! CO JA CI ZROBIŁEM?!
Po półgodzinnej walce z samym sobą, wiciu i wyginaniu się jak marionetka z poplątanymi sznurkami, OMOTAGOKAWA opada bezsilnie na podłogę w pobliżu na pół otwartej kapsuły.Tracąc przytomność, ostatnimi resztkami świadomości, rejestruje cichy melodyczny szept……
- Śpij maleńki śpij, a jak się przebudzisz……………………

Raport 5 - 29.07.2010 Agencja kosmiczna JAXA Godz.8.00
- OMOTAGOKAWA!!! OMOTAGOKAWA!!! Wstawaj co się tutaj dzieje! Co robi tutaj odkurzacz! Co robi tutaj twój miecz samurajski. Co jest z kapsułą? Dlaczego jest PUSTA?!!!!!!!
MAMOTO I WTOTOILOTO kierownik znany pośród pracowników agencji pod pseudonimem “Szczęściarz”, szarpiąc OMOTAGOKAWĘ z pianą na twarzy, która przybrała kolor nie znanej Japończykom botwinki, rozdarł swoje skośne oczy do rozmiarów dwóch przekrojonych połówek arbuza, w którym pestki rysowały rzęsy a skórka zielone ze złości powieki Z WŚCIEKŁOŚCIĄ KRZYKNĄŁ:
- PRZECIEŻ TO TY byłeś tutaj całą noc!!! Nikt poza tobą nie ma dostępu do laboratorium i do klucza!! Co tu się stało? Odpowiedz! Co tu się stało?

Uwagi na marginesie:
6.7.2010 godz.7.04. Zadałem 4 pytania dotyczące OSZYBKI PROGRESA. Czy przypominacie sobie pytanie nr 4?!

1. Czy i gdzie wylądował PROGRESS w międzyczasie, kiedy minął ISS?
2. Jak wyszły zdjęcia miny OBAMY i dowództwa NASA, które zrobił przelatując w piątek nad Białym Domem?
3. Czy tym razem udało się „codocentymetra” przekazać dane gdzie przetrzymywanych jest 11 rosyjskich szpiegów?
4. I wreszcie co oznaczały, dziwne regularne machania skrzydełkami PROGRESSA, kiedy przelatywał nad CHINAMI?

Z wiadomych mi źródeł, otrzymałem tajną wiadomość z posiedzenia nadzwyczajnego RADY FEDERACJI ROSYJSKIEJ”

18.7.2010 Moskwa – Kreml godz.18.00 temat narady „W NA pojawił się artykuł „Ufo ponownie nad Chinami”: Seria zdjęć a zwłaszcza zdjęcie trzecie! PUTIN MRUŻĄC OKO?  do MIEDWIEDIEWA:
- Jak mogłeś? Jak mogłeś doprowadzić do tego by tak łatwo nas rozszyfrowano!!! POLACY WIEDZĄ O „BIG CYCOWIE”!!! Teraz wiedzą, że celowo nie zacumowaliśmy do ISS. Teraz wiedzą o naszym nowym transporterze kosmicznym”BIG CYCOWIE”. I chyba głupi by się nie domyślił, że wtedy kiedy PROGRESOR machał skrzydełkami nad Chinami był to znak startu dla „BIG CYCOWA”. MIEDWIEDIEW!!! Wszystko się wydało ONI wiedzą!!! ONI wiedzą, że budujemy stację kosmiczną z CHINOLAMI!!!

Przechwycony z:  www.nowaatlantyda.com

Podróż z przesiadką

Pociąg wtoczył się na peron pierwszy Dworca Głównego w Katowicach. Powolne tempo jazdy spowodowane szkodami górniczymi sprawiało, że miarowe tuk tuk, tuk tuk towarzyszące pasażerom aż do zatrzymania składu, przy akompaniamencie wściekłego pisku kół, wprawiło wszystkich w senność podpartą znużeniem.

Kobieta siedząca na jednym z niewygodnych plastikowych siedzisk nie kryła, że zmęczyła ją ta jazda wzdychając głośno a gdy tylko wagon zatrzymał się w miejscu wstała szybko przeciągając cierpiące, zastygłe w jednej pozycji ciało. Chwyciła za plecak i wyskoczyła na zewnątrz. Otoczenie spowił już mrok nadchodzącej letniej nocy a sączące się z reflektorów żółte światło nie oświetlało dostatecznie strefy peronu pierwszego. Był to duszny, gorący lipcowy dzień a noc zapowiadała się nawet o ciutkę nie mniej ciepła.

Spojrzała na tablicę odjazdów i obliczając w myślach czas doszła do wniosku, że następny pociąg do którego miała się przesiąść, odjeżdża za 45 minut. „Mało czasu” pomyślała marszcząc brwi. „Trzeba działać szybko”.

Na oko miała około czterdziestu pięciu lat, ale ktoś kto na nią patrzył musiał dojść do wniosku, że nieźle się trzyma. Była szczupła, energiczna i pewna siebie. Z taką też pewnością ruszyła przed siebie  po schodach w dół do dworcowego pasażu. Skierowała się tam gdzie było wejście od strony Placu Andrzeja. To niewielki plac na tyłach Dworca Głównego, z którego często odjeżdżają autokary biur podróży. Tuż przed schodami prowadzącymi do wyjścia umiejscowiony jest zionący pustką zaułek, w który aż strach wchodzić. Ona właśnie tam skierowała swe kroki.

Znalazła najdalszy kąt gdzie pewnie nikt się nie zapuści o tej porze. Rozejrzała się i wiedząc, że jest tutaj sama, zrzuciła na podłogę plecak i zaczęła w nim gmerać.

Plac Andrzeja od zawsze gdy przychodziła noc tonął w gęstych ciemnościach. Latarnie oraz hol wejściowy dostarczały znikome światło w niczym nie ułatwiające życia pieszym, którzy mieli tutaj coś do załatwienia. W tej dominacji mrocznych barw wychwycenie ruchu postaci, która tam się czaiła, graniczyło z niemożliwością. A ktoś tam z całą pewnością był. Ubrany w czarny długi płaszcz i kapelusz naciągnięty mocno na głowę. Postawiony kołnierz tworzył ostateczną barierę w rozpoznaniu twarzy tego dziwnego człowieka. Ale tego dnia teren świecił pustkami więc tajemnicza postać dosyć swobodnie i zręcznie chowająca się ciemnościach, bez większego wysiłku była niewidzialna dla świata.

Jak duch przesuwała się w kierunku pobliskiej wąskiej uliczki ciągnącej się aż do ulicy Kościuszki. Cel w jakim postać ta tutaj dotarła nie był bliżej sprecyzowany. Właściwie liczył się łut szczęścia. Muszka musiała wpaść w sieć sama. I po niedługim czasie wypatrywania owa muszka rzeczywiście wpadła w sidła eterycznej sylwetki.

W którejś z bram siedział bezdomny. Oparty o ścianę spał mocnym snem będącym wybawieniem od doli codzienności. Z daleka czuło się jego specyficzny smród. Długa siwa broda opadała na brudną, dziurawą koszulę a spodnie przewiązane sznurkiem morusały się w kurzu brukowanej bocznej uliczki. Tlący się blask latarni obnażał oblicze zaorane zmarszczkami umęczonego życiem starca.

Mroczna postać zatrzymała się tuż przed bezdomnym. Wpatrywała się z zaciekawieniem, dokładnie lustrując teraz już pewny cel wizyty tutaj. W ilu już miejscach dokonała tego co zrobi. Ten świat wymagał nieustającego leczenia, łatania pęknięć. Z kieszeni czarnego płaszcza wyłonił się przedmiot przypominający pistolet. Rurka z przodu a rękojeść poklejona plastrami. Broń wykonana została domowym sposobem. Postać wycelowała w tego brudnego, śmierdzącego, przegranego człowieka.

* Może robię źle ulepszając ten świat na siłę, ale wierzę w to co robię – powiedziała szeptem. – Wybacz mi człowieku, wybacz mi Boże.

Pociągnęła za spust. Z lufy wyleciała błyskawica. Niebieski promień trafiający w serce ofiary.

Mężczyzna zawył głośno a jego głos odbijał się echem w niemalowanych cegłach dostojnych kamienic. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno zobaczyłby jedną osobę tarzającą się po ziemi w konwulsjach a drugą mknącą w szybkiej ucieczce.

Kloszard po chwili oszołomienia stanął na równe nogi. Otrzepał zakurzone ubranie.

Przez głowę przelatywały mu obrazy z jego życia, tylko te dobre. To co złe ulatywało w niebo w postaci smolistoczarnych robaczków.

Tabula rasa. Dostał nową szansę. I wiarę.

Pociąg odjechał. Kobieta przyłożyła głowę do szyby. Zasnęła.

Tad. Powieść szpiegowsko-łotrzykowska

Gdzieś w Rosji

(Fragment 1)

Tadek stał na niewielkim wzniesieniu z którego rozpościerał się monotonny widok na przestwory pól i falistych pagórków. Długi płaszcz powiewał gdy tylko cykliczne podmuchy porywistego wiatru atakowały go to z jednej to z drugiej strony odsłaniając niebieskie teksasy i trampki na nogach. Wpatrywał się w dziwaczną metalową kulę leżącą na dnie niewielkiego parowu. Mierzyła ona trochę ponad półtora metra średnicy a w jej centralnej części tkwił otwarty właz przez który człowiek mógł się przecisnąć.

Z tyłu podszedł mężczyzna w mundurze kładąc na ramieniu Tadeusza szorstką dłoń.

- Już czas – rzekł generał Wladimir Siusiaj. – Już najwyższy czas panie Tadowski zapakować swoje cztery litery do środka Wehikułu. Nie po to wydaliśmy tyle pieniędzy na szkolenie pana by na koniec się ociągać i tracić cenny czas.

‘Kutasina w mundurze” pomyślał Tadek i ruszył do przodu. Metry dzieliły go od pojazdu który miał zabrać go w nieznane. Metalowa kula mogła się zmienić w jego trumnę jeśli coś nie zadziała jak powinno. To pierwsza taka misja nie licząc psa Jajki który został wysłany w podróż przez wymiary czasoprzestrzeni miesiąc wcześniej.

„Raz kozie śmierć” dodał sobie rezonu w myślach ledwo ukrywając drżenie podekscytowanego ciała. „Mam misję. Przecież to sens mojego życia”.

Wślizgnął się do wnętrza sferoidalnej maszyny.

(Fragment 2)

Ogromny tętniący hałas ustał wreszcie. Pozostała tylko cicha pustka mrocznego wnętrza kuli. Tadek słyszał tylko swój szybki oddech. Zaraz drzwi miały otworzyć się samoczynnie sterowane przez wewnętrzny program. Co czekało go na zewnątrz?

Aż podskoczył gdy właz z sykiem rozwarł się wpuszczając do środka oślepiające promienie słońca. Po chwili do Tadowskiego dotarł szum morza i zapach jodu. Czyżby misja się udała? Wychylił głowę i już wiedział, że tak było. Znajdował się na wyspie Ronaoke w czasie gdy jej wszyscy mieszkańcy zniknęli z dnia na dzień. Jego zadaniem było podpatrzyć z ukrycia co tam się wydarzyło. Nikt nie mógł odkryć jego obecności.

Czarno-biały trampek wychylił się z ciemności luku wyjściowego a za nim podążyły spodnie teksasy. Robiąc krok w nieznane sznurówka prywatnego detektywa zaplątała się w miejscu gdzie otwarte drzwi włazu stykały się z powierzchnią metalowej kuli i przy wyskakiwaniu Tadek wyrżnął z impetem w piasek plaży. Unosząc głowę po chwilowym zamroczeniu i wypluwając piasek podniósł się dumnie wypowiadając wzniośle:

- Oto mały krok człowieka, a wielki ludzkości – a za chwilę dodał. – Niech mnie jeśli nie rozwiążę tej zagadki – Tomek
CDN
Zobacz również:
- CROATOAN, czyli Roanoke – Zaginiona Kolonia

Pióro do wynajęcia

(…) Podobno Dostojewski pisał dla pieniędzy, żeby zaspokoić żądzę gry w ruletkę przy zielonym stoliku w Sankt Petersburgu, a Faulkner i Fitzgerald oddawali swoje talenty na usługi różnym wielkim bogaczom (dziś oligarchom) – z reguły byłym szmaciarzom, którzy zapełniali „Ogród Allacha” sprowadzanymi na Zachodnie Wybrzeże literatami, żeby ci realizowali ich kasowe marzenia.
Bez względu na to, czy te historie są apokryficzne, czy też nie, wspomnienie wielu genialnych pisarzy, którzy zastawiali artystyczną uczciwość niczym w lombardzie, tłukło mi się po głowie już od kilku miesięcy. Aż wreszcie, kiedy siedziałem sobie w mieszkaniu i bujałem w obłokach – łaskocząc Muzę, żeby zmusić ją do podrzucenia tematu godnego wielkiej powieści, którą powinienem pewnego dnia napisać – nieoczekiwanie odezwał się telefon.
- Mealworm? – szczeknął z drugiej strony ktoś, kto bez najmniejszych wątpliwości trzymał w ustach cygaro.
- Owszem, Flanders Mealworm przy aparacie. Z kim mam przyjemność?
- Jestem E. Coli Biggs. Mówi ci coś to nazwisko?
- No… Właściwie to nie za bardzo…
- Mniejsza z tym. Jestem producentem filmowym i to nie byle jakim. Chryste panie, nie czytasz „Variety”? Mój najnowszy film jest teraz największym sukcesem kasowym w Gwinei Bissau.
- Prawdę mówiąc, lepiej orientuję się w świecie literatury – przyznałem.
- Tak, wiem. Czytałem twoje „Kroniki mielonkowe”. I właśnie dlatego chciałbym się z tobą spiknąć. Przyjdź dzisiaj o 15.30. Hotel Carlyle, apartament królewski. Zameldowałem się jako Ozymandias Hoon, żeby miejscowi kandydaci na artystów nie zarzucali mnie scenariuszami.
- Skąd ma pan mój numer? – zapytałem – Jest zastrzeżony.
- Znalazłem w internecie, gdzie figuruje obok zdjęć rentgenowskich z twojej kolonoskopii. Mniejsza z tym, pojaw się tylko o umówionej godz, koteczku, a wkrótce obaj będziemy mieli co włożyć do garnka.
Z tymi słowy mój rozmówca trzasnął słuchawką tak gwałtownie, że mało nie pękła mi trąbka Eustachiasza. (…)

Woody Allen

Niech moc będzie z Tobą Kobieto, czyli Wigilia Feministki

Od pewnego czasu Kazimiera bała się świąt. Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, gdy z „dziewczyny po trzydziestce” nieodwołalnie stała się „dziewczyną przed czterdziestką”. Nagle zauważyła, że wokół robi się pusto. Jej koleżanki („siostry w feminizmie” – jak kiedyś myślała) po kolei wychodziły za mąż, wkrótce zaokrąglały im się brzuszki, i po kilku miesiącach ich mieszkania rozbrzmiewały radosnym gaworzeniem… Nawet Ela, feministka niegdyś tak zajadła, że Kazimiera podejrzewała ją o lesbijstwo, znalazła mężczyznę swojego życia. Kazimiera wpadła na nią niedawno na ulicy. I zagadnęła jak dawniej:
- Czytałaś nową „Zadrę”?
- Nie mam czasu – rzuciła Ela – muszę jeszcze kupić jakieś ciasto dla Stasia… – Chciała biec dalej, ale zatrzymał ją widok osłupienia malującego się na twarzy Kazimiery.
- Wiem… – powiedziała zmieszana – kupione to nie to samo, co domowe, ale dopiero uczę się piec… Cześć!
Pomknęła w swoją stronę zostawiając oszołomioną Kazimierę samą wśród tłumu przechodniów… A Kazimierze stanęły przed oczami wszystkie jej przyjaciółki, kiedyś radykałki, a teraz już tydzień przed świętami buszujące po sklepach, uwijające się w kuchniach, z dziką radością pichcące przysmaki dla mężów i dzieci… Dzieci. Dawniej drażniły ją te małe, wymagające istoty. Widząc matkę z dzieckiem Kazimiera myślała „idiotka marnuje sobie życie”. Ale i to się zmieniło. Teraz, na taki widok, coraz częściej całym jej jestestwem wstrząsał straszliwy spazm wysychającej macicy domagającej się zapłodnienia. Wszystkie te objawy nasilały się w okolicy Bożego Narodzenia. Kazimiera nie podejrzewała się kiedyś o podobne sentymenty. Chrześcijaństwo było dla niej ideologią wymyśloną przez mężczyzn w celu zniewolenia kobiet. Zresztą – snobowała się na Żydówkę, po matce. A tu proszę – magia świąt dopadła i ją… Od kilu lat, gdy tylko minęła połowa grudnia ogarniał ją niepokój. Wreszcie, w tym roku, coś w niej pękło. Poczuła, że oszaleje, jeśli kolejne święta spędzi sama, w pustym mieszkaniu nad butelką wódki. Do nowego roku muszę znaleźć sobie męża! – postanowiła 20 grudnia – Tad9

Na pracę nie miała co liczyć, by podtrzymać tradycję. Same kobiety przecież. Jedne w sytuacji takiej jak ona, inne zgoła porządniej doświadczon – po przejściach. I te jak sążnistą mantrę powtarzały stale „choćby miał dupę wysadzaną brylantami – nigdy!”. Skołowana bez reszty, sama już nie wiedzion jaki obrać kierunek: tu podszepty i tkliwe wzdychy tych co to by chciały a nie mają z kim, a tu ostre, przesążniste wrzaski tych co i owszem, mają, ale zaiste nie wiedzieć czemu nie chcą.
Ech… wstyd przyznać – była w dodatku jeszcze dziewicą.
A na Allegro znów widziała dziś super furę. Beżowa, taka jak lubi w kolorze rodzimej waniliny, wielkie srebrne koła być może nawet resorowane, na budce dwie misternie tkane koroneczki i wielka do kompletu torba na jeszcze większy zapas pieluch, smoczków, butelek, gryzaczków i czego tam jeszcze – dziś nie wiedziała. Niedroga była, marne dwa i pół tysiąca rodzimych złociszy. Już,  już by ją bukowała, bo już  projekcja trwała, już widziała wewnątrz SWOJEGO dzidziusia pachnącego mleczkiem, oliwką i świeżo wyciśniętą kupką. W myślach pchała wózeczek na spacer szlakiem żarciowych sklepów, i gdy dzidzi zanosiło się od płaczu przestawała staremu kupować kolejne salcesony, zgrzewki i ziemniaki a podnosiła maleństwo do piersi i w chwilach, kiedy dzidziuś heftał jej bluzkę z Orsey’a, z matczyną czułością podawała mu z buteleczki przez smoczek słodziutkie mleczko. Na komputer patrzyłaby tylko wtedy, gdyby dzidzi wyrósł z limuzyny i trzeba byłoby kupić mu nowy wózeczek. Ech, super życie: ja, wrzaszczuś i stary, mój, jedyny, ojciec mego dziecka, chrapiący słodko w znoszonych gaciach przed telewizorem.
Chcę mieć pod choinkę pewność, że w końcu moje jajeczko spuchnie, macica przecież nie jest aż tak bardzo wyschnięta niż innych jaja.
Chcę w końcu dostać to, co inne dostają już za pierwszym razem…
Chcę… i tu rozłożyła nogi w oczekiwaniu na zesłanie namaszczenia.

Tad nagle otworzył szeroko oczy zadziwion swą szeroko rozstawioną postawą. „Co je kurde bele na jeża? Co za sen prze#wyrazowy miałem jakem patriarcha zniewolon. Musi to przez tę kiełbasę zwyczajną co to ją z pół ceny w Tesco dorwałem, jak nic miała tę strychninę irlandzką w sobie i ona mi zaszkodzon, bo źle strawion”.
Pot mu ściekał wielkimi kroplami po żylastym i suchym w swej żylastości czole, starł go szybko swymi zażółcon od skręcania taniego tytoniu palcami. Stetryczałym pazurkiem, co to go miał zostawion na specjalne cele, jeszcze se zagrzebał szybko w uchu, skulił swe wyliniałe oczy i wyszeptał „baby mają jednak prze***ane” – ew

Tad rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu śniadania. Na starej Wyborczej leżała pajda zaschniętego chleba, nieopodal sterczała szyjka butelki po wysączonym do końca przysmaku wiśniowym marki Agropol. Tad pogmerał w rozporku, który mylnie wziął za kieszeń i nie znalazłszy tam nic ciekawego sięgnął po leżący na kuchence portfel. Pusto.
Parę złotych pieniążków o nominale 1 gr, 2 gr, 5 gr nie dało się nijak złożyć w okrągłą sumkę 4,50, na butelkę Przysmaku Wiśniowego. Ba! Nie dało się nawet z tego złożyć dwóch złotych na chleb.
Tad usiadł ciężko przy stole, oparł głowę na pięściach i smętnie pomyślał, że idą święta, a on tymczasem o suchym pysku będzie siedział. I w dodatku sam.
„Ech, baba by się zdała” pomyślał i otrząsnął się nie wiadomo z czego: ze wstrętu czy przeciwnie: ze spodziewanej rozkoszy.
„Baba by zadbała, żeby było i na Agropol i na chleb a może czasem i na jaki salceson” – przekonywał sam siebie. Jakiś zły duch mu szepnął do ucha:
- A może by tak do pracy ?
Poderwał się jak skuty ostrogą. Jasne! Że tez nie wpadł wcześniej na takie proste rozwiązania. Praca! Znajdzie pracę. Złapał starą, wytartą kurtkę i nie troszcząc się o zamykanie zamka runął po schodach w dół. Tak po prawdzie to zamykać nie było za bardzo co, po ostatniej imprezie z Miśkiem, kiedy mu się zwidziała, że na zamku mrówka gigant siedzi… Czasu nie było dotąd by zamek naprawić, ale i wynosić też nie za bardzo było co z Tadowego mieszkania.
Tak dumając Tad pokonał wszystkie osiem pięter (winda jak zawsze była nieczynna) i lecąc jakby go kto gonił wpadł całym impetem na sąsiadkę z piętra niżej, która właśnie wracała z torbami pełnymi zakupów. Rymnęli oboje jak dłudzy, każde w przeciwną stronę, z toreb z napisem TESCO i Biedronka posypały się jaja, kartofle i pomarańcze. Hermetycznie pakowana szynka wylądowała Tadowi na piersi.
- Moja kochana – wyrwało się Tadowi spod serca – O mój Boże, jak ja na ciebie czekałem!
Kazimiera otworzyła szeroko oko umalowane na niebiesko i spojrzała z zaciekawieniem na mężczyznę leżącego niemal u jej stóp – prowincjuszka

Po czym powłóczyście chrząknęła:
- Po prawdzie mieszkam tu już jakiś czas, ale hmmm nie widziałam jeszcze sąsiada. Dziwne.
Tadzikowi rozhulała się burza w mózgu „co rzec, co rzec, co pedzieć, co pedzieć. Przecież nie może się przyznać, że w dzień sypia, nocą grasuje, czasem grzebnie w śmietniku, czasem za petem zanurkuje w koszu, przetrzepie zsyp”. Nie znał ptaszyny, ale już czuł, że nie może wypuścić onej z garści, tak bardzo nastawion był na sprowadzenie w swe życie kobiety, tak bardzo zdesperowanon, że musiał coś wymyślić i to na boga teraz, na szybko, natychmiast, już.
- Hmm kochana, te nocne dyżury na ratunkowym mnie zamęczą, wykończą. W czasie pracy i po pracy, więcej w pracy, dodatkowo czynnie udzielam się w #ttdkn – wracam i padam, ja nawet nie wiem, że takie anioły mieszkają tuż, tuż za moją ścianą! Tyle czasu tracę chodząc po tym padole jak palec sam (szukał górnolotnych słów i nie znajdywał choć już czuł, że w te święta nie tylko poje, ale i pospuszcza).
Nie narzekał dotychczas, bo nie był stworzony do singlowego życia i jakoś póki nie był sam, se radził.
Rok temu starej swej wyniuchał pod Auchanem padniętego karpia i tak jak inni łuskę na szczęście tak on jego oko usadowił, acz nie w portfelu a na samym szczycie jarzynowej sałatki. Dobre to były święta. Stara z pawlacza wyjęła choinkę okrytą foliowym workiem, zdmuchnęła kurz i już mieli nastrój – toć nigdy jej nie rozbierali. Tak jak i nie myli garnka po ziemniakach, skoro zaś w nim  gotować mieli one nazajutrz. Zgodne małżeństwo to było, radzące se z codziennymi problemami tego świata. Tylko, że on jakby za bardzo poszedł był w życiową konsumpcję. Coraz więcej czasu spędzał na biznesowych przetrzepywaniach marketów, w poszukiwaniu czegoś fajnego na ich sklepowych śmietnikach. Żony lubią świecidełka, jak na przykład to śliczne oko od karpia ale też i chciałyby krztynę czułości, atencji i odrobinę uczucia. Na to Tadzik był za i za bardzo, po penetracjach marketowych, już zmęczon. A to się mści. Nadszedł był dzień, gdy żona jego wzięna kapcie i tak jak stała razu pewnego zwyczajnie wyszła.
Świat się Tadzikowi zatrząsł w posadach. Już nie miał mu kto  rzec „ty głupi c***u”. Ustawić w pion, j****ć przez plecy i zagnać do roboty. Gnił teraz w marazmie licząc miedziane grosiwo, co to nie tylko na Agropol nie starczało ani na chleb, ale nawet na to, by se tym pobrzdąkać w kieszeni. Z zamyślenia wyrwał go anielski wprost głos:
- U mnie zawsze jest dodatkowe nakrycie do stołu. Nazywam „Dla Anonima”, i nie sądziłam, że z Pusią zasiądę z kim jeszcze, kto nie tylko Avatarem postraszy, ale i ludzkim głosem w Wigilię zagadać doń może.
I już po żołniersku, by pokazać kto tu rządzi dokończyła:
- Zapraszam, 6 piętro 46. Pukać. Dzwonek nie działa, Pusia nie lubi. O 19 proszę.
Wstała i jak stała tak zamaszyście znikła.
Tadzikowi został pod powiekami błękit nieba z jej ócz, kolor nieba z jego stron, w sensie wymalowanych dość ostro powiek.
Dziewiętnasta, dziewiętnasta mruczał szybko człapiąc do domu, by jaką koszulę wyszukać, umyć to i owo a może i ogolić jakąś też resztę a potem niczym listonosz zapukać dwa razy.
Kazia tymczasem szelmowsko zmrużyła powieki a spod nich niczym Kasandry wieszcz odezwało się przesłanie „Co za c**l, ale… lekarz! Wykształcon! Medyk! Społecznik! Ustawion jak trza”.
- Człowiek nie musi szukać, bo najciemniej jest wrzdy pod latarnią. Zrobię to z nim. Są właśnie te dni, więc DZIŚ!

Po czym zwinęła się szybko, by przygotować  nader solidnie do niezapomnianej wigilii. Pozdrawiam. Keep Rockin’! – ew

Sienkiewicz wjechał do Bielska dyliżansem

Poznań ma swoją ulicę św. Marcina i rogale jego imienia, a Bielsko-Biała 11 Listopada, która jest naszą “główną handlową”.

-Dzisiejszy kształt ta stara ulica otrzymała dopiero pod koniec XVIII w. Była fragmentem traktu środkowogalicyjskiego, który połączył Białą na granicy Śląska Cieszyńskiego przez Kraków i Przemyśl ze Lwowem. Jego budowę rozpoczęto w celu lepszego powiązania nowo zdobytej prowincji, Galicji, z resztą Austrii. Już od 1773 r. na trasie z Bielska do Krakowa funkcjonowała poczta konna, a od 1775 r. jeździły dyliżanse.” – wikipedia.

To chyba od lat najbardziej reprezentacyjny, zamknięty dla ruchu kołowego, spacerowy deptak po Centrum Bielska-Białej. Coraz piękniejszy, ale i coraz bardziej opustoszały. Sfera i Gemini, olbrzymie centra handlowo-rozrywkowe, skutecznie odciągają rzesze kupujących lub chcących po prostu połazić “po mieście”, spotkać się lub iść do kina tfu! Multikina.

Ta 900 metrowa ulica, z mostem będącym dawniejszą granicą między Bielskiem a Białą, ma swoje święto latem… A dziś? Kawałek fajnej literatury, na reprincie B-B, zapraszam – ew


Henryk Sienkiewicz wjechał do Bielska dyliżansem. A właściwie do Białej. Od strony Krakowa. Siedzący na przedzie pocztylion obwieścił jego wjazd, wygrywając na pocztowej trąbce wiedeńskiego walca. Sztucer, choć zapakowany w futerał, trzymał koło siebie, na wszelki wypadek, choć nie bardzo wierzył w te historie o zbójnikach z gór, którzy mieli w tych okolicach łupić podróżnych.
Dyliżans pocztowy jeździł tędy regularnie, przewożąc listy, paczki oraz dwunastu pasażerów na trasie Lwów – Wiedeń. Podróż trwała trzy i pół doby z Wiednia do Lwowa, cztery i pół ze Lwowa do Wiednia, z postojem m.in. w Bielsku.
Jechali ludną ulicą Główną (Hauptstrasse). Mieszczanie rozstępowali się na głos pocztowej trąbki.
- To jeszcze Małopolska? – zdziwił się Sienkiewicz, patrząc na las fabrycznych kominów i na pyszne, bogato zdobione kamieniczki z niemieckimi szyldami.
- Rubieże – wyjaśnił spiesznie któryś z podróżnych – za mostem już Śląsk.
Sienkiewicz zastukał na woźnicę, kiedy zaprzężony w czwórkę koni dyliżans pospieszny do Wiednia zwolnił na zagęszczającym się coraz bardziej tłumie przed mostem na rzece Białej. Tu był umówiony. Tu, w „Cafe Central” na granicy Małopolski i Śląska, na dawnej granicy Rzeczypospolitej, miał czekać na niego człowiek, z którym udać się miał na kwaterę w jednej z okolicznych wiosek górskich, których nazw jeszcze nie pamiętał.
Pocztylion pomógł mu wyładować bagaże. Elegancki pan ze starannie przystrzyżoną bródką rozglądał się ciekawie po tym dziwnym niemiecko – austriacko – żydowskim mieście.
- Tam jest Śląsk – pocztylion wskazał ulicę za pięknie wykonanym mostem z wielkimi, metalowymi półobręczami po bokach.
- A tam Galicja – skinął głowę w stronę, z której przyjechali. Ulica po jednej stronie mostu i po drugiej nie różniła się niczym szczególnym.
Nad rzeką, przy moście, po stronie galicyjskiej znajdowała się kawiarnia o nazwie „Cafe Central”, jak w Wiedniu, i do wiedeńskiej „Cafe Central” troszeczkę podobna (…)
Niewiele lat później w tej samej bialskiej kawiarni kawę eispänner z migdałowym torcikiem spożywał Tomasz Mann, który przyjeżdżał tu w odwiedziny do przyjaciela. A jeszcze później wybitny geograf, dr Mieczysław Orłowicz, któremu kawiarnia tak przypadła do gustu, że polecał ją w swoim „Przewodniku po Galicyji” i wreszcie Witkacy, który przychodził tu z bielską powieściopisarką, żoną starosty bielskiego, madame Kazimierą Alberti. (…)

tyt. oryg. „Nie pytać o espresso” Artur Pałyga – poeta, prozaik, dziennikarz, dramaturg, performer, twórczy duch, autor sztuki teatralnej o B-B „Testament Teodora Sixta”, bielszczanin…

Nazywam się Don Kichot z Manchy i jestem błędnym rycerzem…


… tym, który naprawia wszelkiego rodzaju krzywdy, naraża się na niebezpieczeństwa i przygody, a potem wychodzi z nich zwycięsko, by zdobyć nieśmiertelne imię i sławę. Matka w dniu mych narodzin nazwała mnie inaczej, lecz imię to wydało mi się pospolite i niegodne błędnego rycerza. Zmieniłem je więc, nakazując wszystkim nazywać mnie tak.
Mój wygląd nie świadczy o zamożności. W rzeczywistości jestem biednym szlachcicem z prowincji La Mancza. Zbliżam się do pięćdziesiątki. Jestem silny, choć chudy, suchy na twarzy. Noszę starą zbroję i hełm zrobiony z miski, osłaniam się tarczą, do walki używam kopii i miecza. Jeżdżę na zabiedzonym i chudym koniu. Nie dbam o wygody i i pożywienie, ani majątek. Jestem owładnięty rycerską manią, ufny i naiwny. Najważniejsze jednak jest to, że zawsze byłem i nadal będę odważny i bohaterski.
W pełnych mądrości księgach rycerskich, wyczytałem, że każdy błędny rycerz ma swego giermka i panią swego serca. Wziąłem sobie więc za sługę mego sąsiada – Sancho Pancha, któremu dałem kilka obietnic i który zgodził się towarzyszyć mi w podróżach w nieznane.
Mą dość wychudzoną, lecz wierna szkapę po czterech dniach namysłu nazwałem Rosynantem. Chodziło mi o to, by imię to było głośne i aby wszyscy wiedzieli, że ja, sławny Don Kichot z Manchy, nie podróżuję na byle jakim wierzchowcu, lecz na wiernym i godnym mnie rumaku. Mój giermek nie miał konia, więc postanowił podróżować na ośle. Z niechęcią się na to zgodziłem, ale z myślą, że przy następnej okazji wymieni się go zabierając konia jakiemuś nieokrzesanemu rycerzowi, spotkanemu przy drodze.
Musiałem mieć panią mych myśli, bo rycerz błędny bez miłości jest jak drzewo bez iści i bez owoców lub jak ciało bez duszy. W pobliskiej wiosce upatrzyłem sobie wieśniaczkę, która zachwyciła mnie swoją urodą. Uznałem, że jest ona godna zostać panią mego serca. Jej imię wydało mi się zbyt pospolite i dlatego wyobraziłem sobie, że nazywa się ona Dulcynea z Toboso, stamtąd bowiem pochodziła.
Przeczytałem wiele ksiąg rycerskich i romansów, gdzie roiło się od potworów i smoków, a także przeciwników. Było tam wielu bohaterów, którzy walczyli po stronie dobra, umierali dla ojczyzny i też takich, którzy cały swój majątek oddawali ubogim. Ja również chciałem być takim bohaterem.
fot. Realka Portugalia
Źródło: www.sciaga.pl

Kroplewski The Best, czyli główna wygrana w konkursie Polityki!

Kronika Optymisty, to ponad 200 stron maszynopisu. Na konkurs POLITYKI „Pamiętnik wielkiej zmiany” wystrzygłem z tej kroniki 20 stron – taki był regulamin. No i wygrałem. Jurorzy jednogłośnie… i tak dalej. W POLITYCE z 6 maja będą szczegóły. Spodziewam się wykupienia całego nakładu we wszystkich miastach, gminach i przysiółkach. Będzie też książka a tam wywiady ze znanymi politykami oraz fragmenty prac nadesłanych na ten konkurs.  Oczywiście jestem w stanie euforii… A zdjęcie z Tobą na rękach ma pokazać światu jak wyglądam w stanie euforii” – Jarek Kroplewski

Hmm, oczywiście dla mnie to nic dziwnego, że Wielcy zauważają Jego doskonałe pióro.  Jarek to literat, malarz, poeta, człowiek renesansu,  niepoprawny sportsmen, fotograf. Budowniczy budów, domu rodzinnego i przyjaźni.
Nie dane mi było mieć brata – Jarka traktuję tak właśnie. I jak w rodzinie „widzimy” się wirtualnie nadzwyczaj rzadko, wręcz wcale.  Niemniej zawsze możemy na siebie liczyć; przynajmniej tak było dotychczas. Nie wyobrażam sobie, żeby nie było go na ecodniu, jeśli nie ciałem to chociaż duchem,  pod postacią Jego prac, tekstów, zdjęć. Na marginesie wtrącę,  że Jarek w stanie euforii jest taki sam jak w stanie spoczynku. Niewątpliwie to Kaszub z nieleczonym ADHD, w którym krew kipi, energia rządzi, ikra rozsadza, tabaka nęci i kręci – po niej odloty i literackie wzloty. Charyzma zarażająca. Kochajmy ludzi z ADHD za odnoszone sukcesy!

Powyższe zdjęcia zrobił nam Debergerac, który pisze taką lirykę, takie limeryki, że wymiękam i klękam, zresztą w bardzo licznym gronie. Poniżej po inspiracji Kroplową tabaką, Jego 16 „tabaczych”  limeryków ad hot, wprost z Blip’a. Oczywiście Politykę kupię a Jarkowi przypominam Obiecuję: na tegorocznych mistrzostwach Polski w zażywaniu tabaki odczytam te wszystkie utwory wysławiając imię autora”. Gratulujemy Brat! – ew

Pewien Japończyk z Nagasaki
miał dziwną skłonność do tabaki
a że maniery miał jak tatar
kichał nią również gdy miał katar
zdobiąc podłogę w plamy khaki

Pracownik Sony pijąc sake
poczuł że chęć ma na tabakę
i mimo polityki firmy
tak pragnął był tabaki z Birmy
że zmienił firmę na OTAKE

Pewien dżentelman z Quebeku
tabakę wąchał na wieku
trumny, co jeszcze jakbyco
pachniała była żywicą
z racji młodego wieku.

Pewien francuz z wioski La Rocque
jeździł na TIRach cały rok
w terenie górskim. Podsumować
CV mu można w czterech słowach:
tabaka, paka, stek i stok

Przystojny kelner stracił pracę
bo szef go złapał na tabace
Szef potem krzyczał grożąc łomem:
Ten lokal świetną ma renomę!
Ja nie pozwolę kichać w tacę!

Izraelita robiąc macę
czasem zapomni o tabace
niestety księga Mojżeszowa
każe go wtedy kamienować.
No cóż – requiescat in pace…

Pewien samuraj spod Osaki
gdy raz nie dali mu tabaki
zaczesał kucyk, zrobił siku
napisał szybko trzy haiku
a potem wypruł sobie flaki.

Ponoć mieszkańcy miasta Macon
wprost przepadają za tabaką
a każdy brak w zaopatrzeniu
ma efekt w burdzie, podpaleniu
i kończy się okropną draką.

Podobno nawet Edward Gierek
używał złotych tabakierek.
Miało je zresztą całe plenum
na skutek błędu w zamówieniu
na tysiąc dwieście pięć ekierek.

Zjazd ekologów z Górnej Ghany
uchwalił swój zdecydowany
protest przeciwko tabace
ostatnie naukowe prace podkreślają
jej wpływ na emisję gazów cieplarnianych.
a psik

Pewien górnik z kopalni Staszic
żeby nie pić postanowił się zaszic
w zamian za to wpadł na pomysł taki
by w robocie używać tabaki
i kolegów na przodku straszic

Poeta Alexander Pope
mawiał: „Tabaka? Oh I hope
nigdy mi się nie znudzi
choć znam też takich ludzi
którzy wolą operę soap”

Również papież Dziesiąty Pius
twierdził że duży to jest plus
(a miał już wiele wiosen)
wciągać używki nosem.
W każdym razie nie śmierdzi z ust.

Królowa Charlotte (żona Jerzego 3)
miewała po tabace ekstatyczne sny
że aż królewski małżonek
tyrpaniem budził żonę
„Ciszej trochę! Nie drzyj się żesz ty!”

Czasem Lord Nelson goniąc za Napoleonem
z tabakierą wychodził na stronę.
Gdy czynił to po kolacji
dostawał halucynacji
i wydawał się podwójnym Nelsonem.

Takoż sam Bonaparte
czuł zupełnie nieodparte
tabaki pragnienie.
Zwłaszcza na św. Helenie
dla tabaki stawiał los na jedną kartę.
Debergerac