c

Kalwaria Zebrzydowska – Światowe Dziedzictwo Kultury UNESCO

„Kalwaria Zebrzydowska jako zabytkowy zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy – Bazylika, Klasztor OO. Bernardynów i Dróżki – będący unikalną wartością kulturową, przyrodniczą i kultową, został jako jedyna na świecie kalwaria, a jest ich More »

P1050930a

Sucha Beskidzka – Kaplica Konfederatów Barskich

To miało być przejście z Suchej Beskidzkiej do Makowa Podhalańskiego, pieszo, górami. Strony www, w tym wikipedia (sic!), szumnie kusiły: szlak niebieski: Sucha Beskidzka (ok. 365 m n.p.m.) – Mioduszyna (633 m More »

P1050272

Wieś Ostre u podnóża Skrzycznego

Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – moją najulubieńszą  beskidzką wsią już nie jest Żabnica, a Ostre. Ostre leżące u podnóża Skrzycznego, z przepiękną, rozległą panoramą gór, z widokiem na taflę zapory, More »

P1040449

Porąbka

Mój zaokienny lekarz, to nie tylko Międzybrodzie ze swoją Górą Żar, Czernichów z zabytkową dzwonnicą, czy Kobiernice ze swoimi średniowiecznymi ruinami na Wołku, ale również… Porąbka. Ze swoim mostem na Sole, przypominającym More »

P1030970

Skoczów, cz. 3 ostatnia

Kogo jeszcze do tego miasta nie przekonały dwie poprzednie części, tego zapraszam na krótki spacer po tym niezwykłej urody, niezwykłej historii malowniczo położonym miejscu. Skoczów, niem. Skotschau, czes. Skočov najstarsze miasto nad More »

P1030325

Malinowska Skała

Dziś krótko – tak jak mówiłam, czuję się tam jak Guliwer na daszku świata… Tym razem nie z Baraniej, a z Przełęczy Salmopolskiej (Biały Krzyż), czerwonym szlakiem w stronę Malinowskiej Skały: Po More »

P1030080a

Ruiny zamku na Wołku

Bo okazuje się, że Beskid Mały to nie tylko malowniczy krajobraz – wspaniałe masywy gór, jeziora i cudowne lasy – ale chyba przede wszystkim człowiek i jego bogata historia. Z Bielska-Białej, udajemy More »

P1020889a

Pszczyna cz. 3 – park, Zabytkowy Park Zamkowy

Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje 156 ha i obejmuje Park Zamkowy, Park Dworcowy (przez który prowadziła aleja łącząca zamek z dworcem kolejowym z pominięciem miasta) oraz od strony zachodniej, oddzielony szosą, Park Zwierzyniec More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

Category Archives: Wschód

Yoga dla jogina cz. 1

Gdy lato zamiast kusić urokami letniego szaleństwa przytłacza, odbiera energię i siły witalne,   wtedy dobrą kondycję psychofizyczną lipco-padowej porze, przywrócić można… jogą.

Pojęcie „Joga” wywodzi się z sanskrytu – Yuj, co oznacza „wziąć w jarzmo, okiełznać, zdyscyplinować”. I tak jak się ściąga zaprzęg konny cuglami, aby skierować ich siłę w jednym kierunku, tak właśnie joga dąży do koncentracji ducha, aby w ten sposób doprowadzić do pełnego zharmonizowania.

Filozofia jogi wywodzi się z hinduistycznego systemu sankhya i zakłada istnienie cierpienia. A cierpienie wywodzi się stąd, ze dusza nieśmiertelna porusza łączy się ze śmiertelnym ciałem praktri i z myśleniem citta. Ostatecznym celem jogi jest uwolnienie duszy od ciała i myślenia, przy czym ma to nastąpić już za życia, a nie dopiero po śmierci. Pierwszym stopniem jest JAMA czyli dyscyplina wewnętrzna. Nie zabijaj, nie kłam, nie kradnij, dbaj o czystość cielesną, nie dąż do posiadania dóbr doczesnych… Zgodnie z prawem przyczyny i skutku tj. prawem karmy, winę ponosi nie tylko ten, który zabija, ale również ten, co pozwala zabijać innym. Dlatego dieta jogina powinna być dietą jarską, mleczno-roślinną, uzupełnianą nie zapłodnionymi jajami. Używki typu alkohol, papierosy i środki odurzające są niedozwolone na równi z kuracjami głodowymi ponieważ do nakazów jamy należy utrzymanie dobrego stanu zdrowia.

NIJAMA czyli dyscyplina wewnętrzna obejmuje przepisy dotyczące zabiegów wewnętrznych: zabiegi higieniczne, zadowalanie się istniejącym stanem posiadania, skromność, wygłaszanie oczyszczających formuł oraz poddanie się woli bożej, po której jogin staje się munih i w sensie mistycznym nadaje się do dalszej drogi. Teraz dopiero czas na medytacje, do których przybiera się tak utożsamiane z Jogą określone pozycje ciała zwane ASANY. Najbardziej znaną z nich jest siad w pozycji lotosu. Rozwinęły się także asany o działaniu terapeutycznym i wyróżnić tu należy popularną na Zachodzie hathajogę (jogę cielesną) czyli asany korygujące pracę kręgosłupa, mięśni, stawów, narządów wewnętrznych oraz te mające za zadanie po prostu odprężyć.

Słowo asana jako rzeczownik oznacza „postawa, pozycja” lecz jako przymiotnik jest jednoznaczne z pojęciem „lekki, luźny, przyjemny”. Dlatego podczas ćwiczeń należy unikać przymusu i wszelkiego napięcia. Hatha czyli siła nie oznacza wcale „joga przemocy”. Patańdżali, lekarz żyjący w Indiach w IV wieku po Chrystusie, który zebrał w jedną całość wszystkie sutry, pisze „pozycja ciała w asanie powinna być mocna i przyjemna”. W praktyce oznacza to, że uczeń winien przyjmować określoną pozycję ciała w taki sposób, by było to dla niego przyjemne i mogło być wykonywane na luzie. Powoli, krok za krokiem, każdy może zbliżyć się bez przymusu do idealnego wykonania asany np. jednego z bardziej znanych ćwiczeń – stania na głowie. Ale o tej asanie jak i innych już w następnym odcinku. No chyba, że aura będzie wreszcie łaskawsza, a wtedy „boście joginki som!” – ew
Źródło: Ulf Böhmig

Walentynkowo – „Krótki film o miłości”

Wzrok kusi napis „Konkurs walentynkowy! Opowiedz nam o swoich walentynkach i wygraj Kosmetyki AA”. Ale co tu opowiadać? Skoro wszystko na to wskazuje, że wysłanie drugiemu serduszka to nie jest wyraz uczuć, a modna komercja. Zatem serduszka z głębi serca nie dostaję, za to kanadyjski mail od licealnego kolegi „Happy V Day chickie!! ♥”. Serduszko od osoby, po której mogłabym się  wszystkiego spodziewać, ale nie tego znaczka.. Zaściankowy prowincjonalizm trawi me samotne trzewia.

Dlatego jak co roku zimny prysznic stawiający w pion – „Krótki film o miłości”. Tak bardzo pasujący w ten walentynkowy czas, że chyba warto go w tym właśnie dniu,  ponownie razem obejrzeć.

W 2007 roku  zdarzyło się tak, że zostało mi kilka ukraińskich zdjęć, ze spływu Dniestrem brata Jarka. I jakby nie bardzo wiedziałam jak je pokazać. Niby niespójne, bez wspólnej osi, czekały na bingla, który nagle zaświecił  i… napisałam scenariusz. Uwaga – film z napisami w języku polskim. Zapraszam – ew

„Miłe złego początki” – Poznali się i nagle niebo spadło im na głowy, a  swym zapachem  odurzył księżyc. Krew się zagotowała w naczynkach,  jej uderzając do głowy, aż przestała trzeźwo myśleć, jemu wręcz przeciwnie – spłynęła całkiem w dół, aż do „mózgu”:

„Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą” – Zdarzyło się im drwa rąbać nie raz, aż miło, zatem na świat przyszły niebawem dzieci:

„Proza życia zastała ją w kuchni” – Z radością spozierała tęsknie za nim w okno, śliniąc 156 pieróg. Jak nie pierogi, to  gotowanie wory kartofli. On stale był głodny. Ona nie nadanżała, ale starała się,  i uwijała jak w ukropie, by mu jakoś dogodzić:

„A tak w przerwie” – W przerwie między jedną kuchnią a drugą, biegła truchtem, aby zarobić kilka kopiejek do marnie płatnej pracy:

„Jestem kobietą” – Za te kopiejki on kupował benzynę i czasami litościwie brał ją na przejażdżkę, wtedy ona czuła się naprawdę prawdziwą kobietą, lubiła te dni:

„Miłość” – Kochała go za to i cieszyła się, że jej trud w rychtowaniu pierogów i kartofli nie idzie na daremno, przecież tak bardzo podniecał ją swym wielkim brzuchem. Z tej radości, aż przebierała nogami a potem biegła szybko do kapliczki, by się pomodlić za jego dobre zdrowie:

„Modlitwa” – By jak najdłużej jej żył i by mogła nadal gotować wielkie gary tylko dla niego, a potem namiętnie prać nad rzeką, jego bardzo brudne gacie:

„Meritum” – A nade wszystko, gdy już przyjdzie  kres żywota, aby mieć przed czym przestrzegać swą wnuczkę…


Fine – ewolny
fot. J. Kroplewski Ukraina

 

Gung hay fat choy! Czyli szczęśliwego Nowego Roku – Roku Królika!

W niedzielę 6 lutego w chicagowskim Chinatown przeszła tradycyjna noworoczna parada. W tym roku świętowaliśmy Nowy 4709 Rok – Rok Królika.

Mimo dość obfitych opadów śniegu wzdłuż ulicy Wentworth, którą maszerowała parada, zjawiło się sporo publiczności. Nie zabrakło 100-stopowego (30.4m) Mistycznego Smoka, kolorowych rydwanów, tańczących smoków i szkolnych orkiestr dętych.


fot. evek Chicago, USA
www.ewamalcher.com

Turcja – Denizli kryptonim meczet

Meczet zrobił wrażenie na podróżnych jeszcze zza szyb autokaru. Wielkość strzelistych minaretów była wyższa niż przeciętnych mijanych co chwilę po drodze. Ten był też przyjazny dla zwiedzających, bo wpuszczano turystów do środka.

Przy wchodzeniu do meczetu każdy obowiązkowo zdjął buty a kobiety narzuciły na ramiona chusty.

Wnętrze pieściło wrażenia wzrokowe swoją barwnością i kunsztem zdobień.

Zawsze chciałem zobaczyć jak wygląda meczet od środka, a po tych niedostępnych tunezyjskich, wreszcie zaspokoiłem swoją ciekawość. To nie był czas modlitwy, ale jeden mężczyzna modlił się gorliwie w ten charakterystyczny dla muzułmanów sposób.

Każdy muzułmanin powinien odbyć rytualną modlitwę co najmniej pięć razy dziennie. Modlitwy odbywają się przed wschodem słońca, w południe, po południu, po zachodzie słońca i wieczorem. Czas modlitwy jest płynny, a o danej porze przypominają specjalne zegary.

W meczecie znajdowała się ściana kibli, która jest prostopadła do linii łączącej meczet z Kaabą w Mekce. Wierni ustawiają się rzędami równolegle do owej ściany, po środku której umiejscowione jest wgłębienie zwane mihrab, gdzie podczas modłów stoi imam.

W tym wgłębieniu nie wolno nikomu stać, dlatego nawet pozując do zdjęcia ustawiłem się na wszelki wypadek daleko. Podobnie sprawa się ma ze świętą księgą Koranem. Do ręki może go wziąć tylko imam. Nasz pilot opowiedział nam anegdotę jak to turysta z Polski na oczach bladego imama kartkował Koran plując na kciuka przy przewracaniu kartek.

Imam wygłasza „kazanie” ze schodów liczących 33 stopnie stając na przedostatnim, bo ostatni należny jest Mahometowi. W meczecie wyodrębnione jest osobne miejsce dla modlących się kobiet. W tym konkretnym meczecie to miejsce znajdowało się na balkonie. Mężczyźni i kobiety nie mogą modlić się razem – Tomek

fot. Tomek Turcja

Himalajski spacerek – cz. 3 Człowiek


Jeśli przychodzi życie, oto jest życie. Jeśli przychodzi śmierć, oto jest śmierć. Nie ma powodu, abyś był pod ich kontrolą.

Pahar Gańdż z okna hotelu Relax. Ta dzielnica słynie z tanich hoteli i sklepów dla turystów. Znajduje się w pobliżu dworca kolejowego New Delhi. Turyści nazywają ją Main Bazar, ale naprawdę nazywa się Pahar Gandż, co oznacza „góralska wioska”.  Poza tym jabłka, banany, riksze, lato… wieczne lato kwitnie w Indiach, a Hinduski ubierają się w to co mają najlepsze. To są biedne kobiety, ale sari zawsze mają czyste:

Strój codzienny:

Pranie:

Podróżniczki. Tamtejsi górale „pahari” szybko chodzą, a kobiety do wszystkiego ubierają się ładnie. W czasie żniw mają na sobie wszystkie korale i wisiorki i najładniejsze szaty:

Ta rzeczka to Wisznumati. Za nią już przedmieścia Kathmandu:

Kathmandu przy studni. Ziemia czasami parzy, taka jest gorąca. Człowiek nie przyzwyczajony do chodzenia boso musi ubrać buty:

Albo sadzawka przy świątyni Sikhów. Ta woda jest po to by do niej wchodzić i myć się. Woda to rzadkość i świętość:

Sikhowie. O Sikhah było głośno, gdy dokonali zamachu na Indirę Gandhi. Był to rok 1984. Byłem w tym roku Indiach, ale wyjechałem kilka dni przed zamachem. Sikhowie są bardzo sumienni i nie zmrużą oka. Dzida jest tu jednemu z nich  potrzebna, bo to jest strażnik świątynny:

Słonie świątynne. One nigdzie nie idą, tylko witają odwiedzających świątynię. Właściwie domagają się ofiary na rzecz świątyni. Cały dzień na nogach. Taki ich los, z wyjątkiem kąpieli, która im się należy, ale czy są jeszcze szczęśliwe zwierzęta?

Słoń w Kathmandu. W trakcie posiłku, więc czyżby ściągnął z jakiegoś straganu pożywienie?

Królowe indyjskich dróg… Wypasione to one nie są, ale żeber nie widać. Żyją z wyrzucanych liści i skórek bananów. Czasem uda im się mlasnąć jakieś jabłko. Grozi im nagana, pogrożenie palcem lub kara chłosty, jeżeli zrobią to muzułmaninowi i nikt nie widzi:

i… władca świętego miasta – byk. Natomiast ta budowla w głębi, to świątynia boga Dżaganatha. Dżaganath to największy bóg hinduizmu. Utożsamiany z Wisznu i Kriszną. Mieszka w świątyni w świętym mieście Puri. Niektórzy uważają, że istnieje 33 tysiące bogów w hinduizmie. Inni zaś, że bogów hinduskich jest 330 tysięcy:

Nepalskie dzieci. Biedne dzieci,  pracujące dzieci, liczą, że dostaną cukierka…

…dzieci ciekawskie i łobuzowate, przedrzeźniały nas:

Suszenie ryżu. Ryż musi być suszony a potem łuszczony. Dużo roboty jest przy nim:

Coś dla turystów. Na samym środku jest Ganeśa, ładny demonek, właściwie dwa demonki, i misa do dźwięku, i noże robione specjalnie dla turystów. Prawdziwe noże kukri mają pochwy zrobione z drewna i czarnej skóry:

Apteka wprost z ulicy, a w niej również korzenie: imbir, cynamon, wanilia w laseczkach, kardamon i koriander:

Uliczny sprzedawca lemoniady:

Hafciarz:

Tragarz. Tam w Kathmandu jest zawsze ciepło. Nigdy nie pada śnieg, ale ludzie przyjeżdżają tutaj, by się ochłodzić od skwaru Indii. Wysokość n.p.m. 1400 metrów:

Na koniec… kremacja w Pasiupatinath, nad brzegiem Bagmati, świętej rzeki. Przed wojną mieszkały tam gawiale. Niestety,  takie widoki też się zdarzają:

fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Zobacz również:
- Himalajski spacerek – cz. 1 Góry
- Himalajski spacerek – cz. 2 Miasto

Himalajski spacerek – cz. 2 Miasto

Most między Kathmandu i Patanem. Na zdjęciu również pagoda i bielejąca w oddali wieża strażnicza zwana Bhimsen Tower. Niektórzy biorą ją mylnie za minaret:

Świątynia hinduska – Pahar Gandż:

W klasztorze buddyjskim:

Fragment świątyni sikhijskiej, Gurudwary. Gurudwara to nazwa świątyni sikhijskiej. Gurudwara to coś pośredniego między hinduizmem a islamem. Znajduje się w tej świątyni święta księga „Adi Granth”, przy której jest zawsze kapłan sikhijski. Ta gurudwara znajduje się w centrum New Delhi, ale znam jeszcze jedną przy grobowcu Humajuna, są bardzo podobne do siebie:

Nad rzeką Wisznumati – nie ma Indii bez prania!  – bawoły i… „zamek”, czyli stupa buddyjska Swajamhunatn. Swajambhu oznacza istotę, która powstała sama z siebie. Może to jest jedno z imion Pradżapatiego czyli Brahmy?

W Kathmandu. Ta świątynia to mieszkanie bogów, jeśli im nie przeszkadza pranie, to niech tak będzie. W Indiach wystarczy 15 minut aby pranie wyschło:

Otoczenie Bodnath. Dachy słomiane albo trzcinowe? W każdym razie bardzo zadziwiające. Sam zaułek dziwny… Biały budynek w głębi to największa stupa w Nepalu:

Okno. Ono wygląda z obydwu stron jednakowo:

Kinkinimala – dzwonek wietrzny. Wisi dosyć wysoko więc nie jest prosto go potrącić, dlatego dzwoni tylko gdy wiatr wieje. Kinkinimala – boski wiatr:

Connaught Place – New Delhi. Niestety nie mam podziemnej fotografii. Są tam 3 ronda i ulice jak w labiryncie… podziemie pod ziemią, kilkaset sklepów i barów. To samo centrum New Delhi, ale znajduje się pod ziemią jako Palika Bazar:

Thahity Tole. Zdjęcie zrobiłem z 4 piętra hotelowego. Na sznurkach wiszą trójkątne papierki z modlitwami – Tybetańczycy tak wieszają modlitwy – nepalska flaga to są dwa trójkąty. Może więc to od tego?

Kathmandu, zaułek. Ta uliczka należy do szlaku poszukiwaczy skarbów. Chodzi o zabytki. Sporo rozwieszanego prania, bo obowiązkiem religijnym hindusa jest myć się 5 razy dziennie:

W labiryncie świątyń – Pasiupatinath. To są kapliczki, w których stoją symbole Śiwy, tzw, lingamy:

Śiwa i Parwati, to są prawdziwi bogowie himalajscy:

Sadzawka świątynna. I drzewo – bramin mówił, że liczy ono 3500 lat:

Park Lodi w Delhi. Ten Park Lodi w rzeczywistości nazywa się Lodi Gardens, czyli ogrody a nie park. Meczety w Indiach mają dziedzińce, na których zbierają się wierni. Meczet musi mieć jedną ścianę w stronę Mekki. I tam zwracają się modlący:

Meczet „ogrodowy”.  Stoi on w ogrodach dynastii Lodich. W tych ogrodach jest około 40 grobowców, na niektórych nawet brak napisów i nie wiadomo kto tam leży. Po prostu sztuka dla sztuki:

Na koniec peryferie, czyli latarnia morska w Mahabalipuram. Dziwna latarnia z ogniskiem. Na jej szczycie rozpalano w dawnych czasach ognisko, będące sygnałem dla okrętów. Pierwszy raz taką widziałem:

fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Zobacz również:
- Himalajski spacerek  – cz. 1 Góry
- Himalajski spacerek – cz. 3 Człowiek

Wrota tropików kryptonim Alaknanda

Na esencję życia składają się drobiny i zjawiska ekstremalne, krajobrazy zmieniane  przez światło, stare opowieści, gwiazdy, ptaki śpiewające i deszczowy szum, wszystkie zdumienia i cała ta dzika kraina z powietrzem zanurzonym w zieleni, z cieniami wielkich, przesuwających się chmur. (K.S.)

Wysiadłszy z samolotu na lotnisku Vera Cruz w Bombaju poczułem po raz pierwszy skwar i upał tropikalny. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, czekała nas kontrola celna i paszportowa. W Dubaju kupiłem dwie butelki Johnny Walkera, o jedną za dużo, niż pozwalały przepisy, ale J. B. mój guru, który był już raz w Indiach, powiedział, że na drugą celnicy przymykają oko. Zresztą rozglądając się po współpasażerach zauważyłem, że jeden miał dziesięć butelek i wcale nie starał się tego ukryć, wręcz przeciwnie obnosił się z tym dookoła. Jak się zaraz okazało w tym szaleństwie była metoda.  Pod czujnym okiem stróżów celnych został wyłowiony z tłumu i skierowany do osobnego pomieszczenia, gdzie jak przypuszczałem będzie musiał się z tego wytłumaczyć.  I rzeczywiście wykręcał się tam gęsto, skoro wychodząc miał już tylko osiem butelek. Dla ścisłości powiem, że butelka whisky w Dubaju kosztowała 2 i pół dolara a w Bombaju już 25 dolców.

Nareszcie wydostaliśmy się na ulicę i rozpoczęło się łapanie taksówki. Właściwie taksówki czekały, tylko chodziło o utargowanie dobrej ceny. Gdy wreszcie usadowiliśmy się z trudem w czworo plus nasze cztery plecaki, każdy ważący po 20 kg i do tego cztery torby podręczne, każda po 10 kg i właśnie co mieliśmy odjeżdżać, gdy zjawiła się nagle Hanka S. ważąca około 120 kg i jej bagaż o ciężarze około 50 kg . Zażądała bez ogródek, abyśmy ja wzięli do środka i na nic nie pomogły nasze protesty, że nie ma miejsca, po prostu się władowała z całym bagażem a szofer nawet nie protestował, jakby był do takich rzeczy przyzwyczajony.

30 kilometrów jazdy z lotniska do centrum pozwoliło nam  napatrzeć się na ciągnące się kilometrami tzw. slamsy, czyli budy postawione z desek, kawałków blachy i tektury. Byłem zaszokowany, nie pierwszy raz zresztą. Później gdy już łyknąłem  trochę Indii, dowiedziałem się, że tam nie mieszkają najwięksi nędzarze, lecz ludzie posiadający pracę i nawet mają telewizory i lodówki, tylko nie posiadają mieszkania, a mówiąc ściślej mają mieszkanie, lecz nie nadające się w chwili obecnej do zamieszkania, bo np. developer ma trudności z płynnością finansową. Widziałem film, na którym właściciele takiego mieszkania raz na tydzień odwiedzają je i doglądają jak wre praca i tak już przez kilka lat.

Tymczasem dojechaliśmy do centrum, przy czym jednocześnie zapadł zmierzch nagle, jak to w tropikach. A to centrum typowo europejskie, o którym himalaista R. Karpiński pisał w 1939 roku, że posiada więcej samochodów niż cała Polska., zamieniło się nagle w dzielnicę niedoświetloną, do której dochodziły jedynie błyski lamp naftowych ze sklepów. Dobrze, że był ze mną Janusz B. mój guru, który umiał w tym gąszczu lawirować i znaleźć w końcu hotelik, odpowiadający naszym możliwościom finansowym, bo o komfort nikt się nie martwił. Byliśmy wszak turystami przyzwyczajonymi do spania na ziemi i w chłodzie, chociaż tu chłodu akurat nie było, wręcz przeciwnie panowało gorąco, mimo zachodu słońca.

Zapamiętałem tylko tyle z porad mojego guru. „Indie to kraj, przez który trzeba przelecieć jak najszybciej,  dotrzeć do Nepalu i dalej w Himalaje.” Nie wiem jednak dlaczego byłem w Indiach dziewięć razy i pojechałbym jeszcze więcej, gdyby nie słabość charakteru. To uzależnienie i trzeba z nim walczyć jak z alkoholizmem.
fot. Psi Ząb nad Alaknandą, Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Impresje himalajskie, czyli papierowe konie szczęścia

W książce „W sercu Azji”, wydanej w Nowym Jorku w roku 1929, Rerich pisze, że w Ladakhu jest następujący zwyczaj praktykowany przez lamów. W dżdżystą pogodę mnisi udają się na szczyty himalajskie i tam wypuszczają konie papierowe, pomalowane na czerwono. Mają one wyobrażać konie szczęścia. Jest to rytuał buddyjski polegający na ofiarowywaniu koni szczęścia. Wiatr porywając te papierowe koniki unosi je w dal, do mitycznej krainy Szambhali, położonej gdzieś na północy i tylko zorza polarna jest jej odbiciem na niebie.

Nigdzie nie mam miejsca.
Nigdzie nie mam nikogo,
Nigdzie nie mam niczego.
Anguttara nikaja

Z Atting wyszliśmy rankiem, mając nadzieję, że przy żelaznym moście złapiemy ciężarówkę, ale czekając tam dwie godziny, gdy nic nie nadjechało ruszyliśmy dalej, dopóki nie osiągnęliśmy klasztoru w Sani, najstarszego w Zanskarze. Wg tradycji miał go zbudować król Kaniszka z dynastii Kuszanów w II wieku po Chr., a legenda dodaje, że zbudował jeszcze tysiąc innych gomp i to w ciągu jednej nocy. Na dziedzińcu stoi upamiętniająca to zdarzenie stupa, zwana czortenem Kaniszki. W VIII wieku odwiedził to miejsce sławny Padmasambhawa, ten który pierwszy zaniósł płomień wiary buddyjskiej do Tybetu, a ze znamienitych gości należy wymienić także tantrycznego jogina Naropę.

Gdy na weselu ukradł curry, Naropa  przeżył wtedy śmierć swego ego, po to by posiąść skarb mahamudry, a Tilopa kazał mu znaleźć dziewczynę, z którą żył w zdrowiu, wierności, szczęściu i miłości, ale guru zażądał tej dziewczyny dla siebie i zbił ją za to, że odwróciła się od niego i uśmiechnęła do Naropy. „Przyjemnością jest ofiarować mudrę jako zapłatę dla guru”, powiedział Naropa. „Jesteś wart wiecznej błogości” odpowiedział guru. Naropa jednak musiał ponieść karę za związek z dziewczyną. Dręczony wyrzutami sumienia tłukł kamieniem swój członek. Potem przechodzi okres pozornego szaleństwa, bawi się, śmieje się, płacze jak dziecko, a później osiada w Pulahari i naucza przez resztę życia.

Wieczorem w restauracji przysiadła się do nas Japonka Aoki, która przebyła samotnie drogę z Keylongu w Lahoul do Padum przez Szingo La, pięciotysięczną przełęcz. Teraz jednak postanowiła znaleźć towarzystwo, ze względu że kończyły się tereny zamieszkane przez ludność buddyjską. Tak więc odtąd podróżowaliśmy we troje.

Opuszczając gospodę, zauważyłem na ladzie brudną i zatłuszczoną książkę pod tytułem „Ladakh das andere Tibet”, napisaną przez niejaką Helgę Hirschfeld. Zaciekawiony, zacząłem przeglądać: dużo fotografii, wprawdzie czarno-białych ale pierwszorzędnej jakości, także dużo szkiców i rysunków a do tego szczegółowe opisy zabytków. Pewnie jakiś treker zgubił, albo przeczeńdżował za kilka działek haszu. Kupiłem ją za 40 rupii, co nie było mało, ale mam tę książkę do dziś i wiele mądrości, którymi się dzielę z czytelnikiem, pochodzi właśnie z niej. Habent sua fata libelli.

W ruinach meczetu Qutab Minar:

Kolumna żelazna (sic!) Qutab Minar – IV wiek n.e.:

Birla Mandir – Laxmi Narayan:

Birla Mandir – wdowa:

Birla Mandir – rodzina:


Pahargańdż:

Minarety:

Meczet piątkowy – Delhi:

Delhi – Firoz Szah Kotla:

Czerwony zamek – Lal Qila:

Pod murami zamku:

Pożegnanie z Czerwonym Fortem…
fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Z Kisztuaru do Padum, czyli himalajskie mosty

Droga z Kistuaru do Padum wiedzie wzdłuż Czenabu, jednej z pięciu rzek Pendżabu. Idzie się przez dziesiątki mostów, gdyż droga przewija się to z lewej strony na prawą i na odwrót. Maszerowaliśmy z Krzyśkiem dziarsko, chociaż muszę się przyznać odstawałem trochę, ze względu na tuszę i wiek. Krzysiek był dziesięć lat młodszy ode mnie. Pamiętam jak zdawał egzamin  ze wspinaczki. Później wziąłem go na jego pierwszą wspinaczkę zimową  w Tatrach, a teraz pierwszy raz przyjechał do Himalajów i znowu musiałem go inicjować.

pozerski most

kroksztynowy most
Ten egzamin wspinaczkowy odbywał się w Dolince Mnikowskiej pod Krakowem. Przyprowadziłem go wraz z kolegą z Rudawy przez pola i miedze do pięknej dolinki, gdzie stał ołtarz z obrazem namalowanym przez Eljasza Radzikowskiego. Obok tego obrazu wznosiła się skała z drogą Chmielowskiego, która miała stać się sprawdzianem umiejętności taternickich Krzyśka i jego kolegi. Czekaliśmy tylko na kierownika kursu i przewodniczącego komisji egzaminacyjnej, słynnego Druciarza. Wreszcie usłyszeliśmy warkot motoru. Tak to mógł być tylko on, na swej wspaniałej wuefemce, bo któż wtedy miał motocykl. Wreszcie zobaczyliśmy pojazd i jego kierowcę, który pochylał się raz do przodu a raz do tyłu, jak starozakonny w synagodze. Cóż się okazało. Miał defekt, co wówczas zdarzało się to dość często. Jako doświadczony inżynier mechanik, Druciarz zawsze najpierw kopał motocykl w tylne koło, potem w przednie a następnie w karburator, gdy to nie pomagało zabierał się do naprawy. Tym razem nawaliła przepustnica, zwana potocznie „droselklapą, która ryksztosuje”…  Druciarz przywiązał jeden koniec sznurka do droselklapy, drugi zaś do guzika marynarki i gdy chciał dodać gazu wychylał się do tyłu, a gdy chciał zwolnić to do przodu. Stąd to kiwanie się.

drewniany most
Wraz z Druciarzem przyjechała jego małżonka. Pogoniłem chłopców, by rozpalili ognisko i zasiedliśmy razem  do posiłku. Wtedy jeden z nich podszedł do plecaka i wyciągnął drogi zagraniczny wermuth. Druciarz aż westchnął, gdyż oprócz zamiłowania do wspinaczki miał jeszcze upodobanie do trunków. Ja tylko pomyślałem sobie, że za jedną taką butelkę mogły być dwie flaszki wybornego jabcoka. Po wypiciu wermuthu wstał Krzysiek i sięgnął do plecaka, z którego wyjął przedniej jakości wino gronowe.. Wtedy Druciarz nachylił się ku mnie i szepnął mi do ucha: „Oni już zdali egzamin”.

mostek

most z dachem
Rzeczywiście egzamin był tylko formalnością. Na zakończenie egzaminu Druciarz pokazał nam jeszcze drogę wspinaczkową poprowadzoną tuż przy ołtarzu i zwaną dlatego „drogą przez ołtarz”. Wspinając  nią najwygodniej było postawić nogę na ołtarzu, co bardzo ułatwiało przejście jej. I większość wspinaczy tak właśnie robiła.  Ja też, ale nie Druciarz, który był bardzo nabożny i wspinając się tam, nigdy nie postawił nogi na ołtarzu.

most linowy
A przed nami w Kaszmirze czekały mosty himalajskie.

himalajski most

himalajski most
Droga z Kistuaru do Atholi zabrała nam 3 dni, w tym dwie godziny jazdy autobusem do Galhar. Dzisiaj na tym dystansie funkcjonuje regularna komunikacja autobusowa. Nawet były już wypadki. W roku 2000 autobus zmierzający do Atholi podczas pokonywania zakrętu, nie wyrobił i stoczył się 30 metrów w dół do Czenabu. Zginęło wtedy 14 osób – to byli ci, którzy siedzieli na dachu. Rannych było 20 pasażerów, to byli ci, którzy siedzieli w środku. Przyczyną wypadku była prawdopodobnie zbyt duża prędkość pojazdu.
fot. Psi Ząb Himalaje
www.kazir.blog.onet.pl