el501a

3 CONTINUE, PLEASE CONTINUE!

Jak to jest, że pszonkowość najlepiej widać na cudzym zagonie? Obok swojego pszonkowego zadupia stoimy spokojnie podparci sztylem od kopaczki. Leniwie żując źdźbło trawy poprawiamy waciak i po rozrzuceniu obornika delektujemy się More »

P1020204

Magurka Wilkowicka zimą

Śniły mi się narty. Bielutkie, nowiutkie, jeszcze z ceną. Z niebieskimi napisami. Teraz już wiem dlaczego. Kobieto! Przecież Ty kochałaś zimę. Ona jest nie do zniesienia tylko w mieście, lecz jeśli wyściubać More »

P1020001

Bielsko-Biała szlak zabytków techniki cz. 1 – włókiennictwo

Zapraszam na spacer bielskim szlakiem zabytków techniki. W pierwszej odsłonie odwiedzimy Muzeum Włókiennictwa, w którym jak sama nazwa wskazuje, znakomita część eksponatów poświęcona jest właśnie historii włókiennictwa.  Na wspomnienie wspaniałych czasów prężnego More »

P1010753

Międzybrodzie Bialskie zimą

Wiem, że żyję… Bo jeżeli jest jeszcze na ziemi raj, to jest nim bez wątpienia Porąbka, Międzybrodzie Bialskie, Czernichów, Międzybrodzie Żywieckie – Góra Żar, malownicze zapory i okoliczne masywy. Czegóż chcieć więcej? More »

P1010078

Wzgórze Trzy Lipki zimą

Nie przyszła góra do Mahometa,  Mahomet przyszedł do góry. Ponieważ Mikołaj nie przyszedł, co nie powinno wcale dziwić, dlatego sami pójdźmy do niego. Kierunek Laponia z tym, że już po kilku krokach More »

DSC05037

Bielsko-Biała – ulica 11 Listopada

Niepodległość, a cóż to jest? Chcemy wolnej, suwerennej Polski, obcych dopuszczamy li tylko jak mają nam tu zainwestować, przed rozparcelowaniem bronimy się rękami nogami, ale dajcie komu dobrą pracę, to już dziś More »

margaryna

Iść po margarynę, czyli trudne wybory

Chyba w życiu chodzi o to, by nie wykorzystywać skrzydeł li tylko do skakania po codzienną, zwyczajną margarynę. Jeśli już, to wyznaczyć sobie odległy o 700 km sklep. Tak prozę życia można More »

przeleczBrenneralpy

Czeluść

Wiatr ustaje przed świtem. Pokazują się gwiazdy. Z ziemi odbłyskują im wapienne płyty lapiazu. W piramidzie świerka błąka się świetlik. 26 sierpnia 1966 roku, plateau Sornin, 1000 metrów nad dachami Grenoble, 1460 More »

tarzanskie stawy 3

Żleb Drege’a i nic, tylko w dół

Bo czyż żleb Drege’a i po nim “nic tylko w dół”, to nie to samo co “równia pochyła w dół” w naszym życiu? Nijak zawrócić z niej przecież jeśli się zabrnie za More »

ecodzien

Galeria letkich duchów zakręconych pozytywnie

Wyliczmy – i bynajmniej nie jest to żart – jeżeli mądry żyje krócej jak nic musi chodzi o faceta. Bo przecież to mężczyzna, jak dowodzą statystyczne obliczenia, żyje ciut mniej niż kobieta. More »

cz.2 Zima w górach, czyli cisza jak ta

DSC07897

„Wszechświat wyłonił się ze słowa
i do słowa też powraca
w samym centrum Sykstyny
artysta ten niewidzialny kres wyraził
w widzialnym dramacie sądu
i ten niewidzialny kres stał się widzialny
tak by szczyt przejrzystości”

Omnia nuda et aperta sunt ante oculos Eius”. Taa, jeśli po ciszę to tylko w góry. I zimą. Szlaki puste a wokół sterylna,  nieskończona wręcz przestrzeń:

Mija 4 godzina marszu. Niebieskim szlakiem zbliżam się w stronę Czupla. Po drodze zmrożone na szklankę krzewy i drzewa zastygłe w swych pozach niczym dotknięte różdżką przez Królową Śniegu. Brak tylko Kaja i Gerdy:

Zima wymraża nie tylko powietrze, czyniąc je bardziej przejrzystym – przyjaznym obserwacjom widoków. Zima, niczym na mrozie pierzynę, wymraża z nas wszelkie myślowe bakterie i zarazki. Naprawdę ciężko przejść szlak, ale człowiek wraca prawdziwie zresetowany i o c z y s z c z o n y ze wszelkich wątpliwości, pozbawiony myślowych złogów:

I wreszcie Czupel, cel mojej wycieczki. Wspiąć się na koci grzbiet i zachłystnąć nim, po brzegi:

Czy tylko ja odnoszę  wrażenie, że będąc tu, przyszliśmy jakby w gości, do… Pana Boga?

Powrót nadal niebieskim szlakiem, przez Rogacz, Suchy Wierch…

… do Czernichowa. Skąd tradycyjnie nic w stronę Bielska, więc nadal pieszo do Międzybrodzia B. Pomni zasadzie, że co nas nie zabije to wzmocni. I tak nam dopomóż…

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- cz.1 Zima w górach, czyli cisza jak ta
- cz.1 Przegibek-Magurka film
- cz.2 Magurka-Czupel-Czernichów film

cz.1 Zima w górach, czyli cisza jak ta

DSC07886

„tak cię uczyli od lat
tylko krzykiem zdobywa się świat
a to nie tak
nie tak…
szaa cicho szaa
czas na ciszę”

Ze Straconki Zakręt czarnym szlakiem na Przegibek. Nic spektakularnego, wchodzę w las i chyba to się liczy najbardziej. Wreszcie Przegibek, skąd szosą tylko żabi skok, na drugą stronę masywu, do Międzybrodzia. Ale ja nie idę na skróty, idę wyżej, niebieskim szlakiem wspinam się na Magurkę:

Po drodze mijając zapierające dech w piersiach widoki. Szlak surowy, nieprzetarty, nikogo nie spotykam – chociaż, już ktoś dziś tędy szedł, są ślady i nawet… z listkiem figowym świeży bałwan. :)

Krok przed Magurką W. telefon,  o dziwo jest zasięg -  „gdzie jesteś mamo?” – chwila nieuwagi i lód spod śniegu, podrywa ziemię spod stóp. Ręka rozcięta i mocno krwawi – w górach trzeba mieć zawsze oczy i uszy szeroko otwarte, a nogi solidnie wsparte o ziemię.

Szczyt Magurki rekompensatą, jak kameleon, zawsze inny, zawsze porywający, zawsze piękny:

Niebieskim szlakiem idę dalej, na Czupel. To  najwyższy szczyt Beskidu Małego, ale nie tylko – jest to chyba naprawdę jedno z  bardziej widokowych miejsc jakie znam. Jak Guliwer grzbietem gór, w dole zapory, w dali kolejne pasma gór – żyć nie umierać!

A Panią Zimą najpiękniej – Kanada jest w nas! CDN

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- cz.1 Przegibek-Magurka Wilkowicka – film
- cz.2 Zima w górach, czyli cisza jak ta
- cz.2 Magurka W.-Czupel-Czernichów film

5 A co ty myślisz droga panno, że Paul był głupi?

el502

A tymczasem nie tylko na zastajennym szambie…

Siedział leniwie obserwując ją. Jego ruchy, przy ostrzeniu noża osełką, cyklicznie zwalniały. W sumie nie był głodny. Tyle tłustych, wypasionych much włazi mu codziennie do sieci. W zasadzie od jakiegoś czasu już robi ich selekcję. Końskie odrzuca od razu, kojarzą mu się z końskimi zalotami a tego nie lubi. Te najgłośniejsze, najbardziej rzucające się od razu zabija. Denerwują go, nie lubi hałasu a poza tym rwą mu sieć. Smakują mu za to muszki owocówki – spokojne, delikatne, zwiewne, kobiece – ale nimi przecież nie poje. Za małe i za mało, zresztą są tylko w sezonie. Ta była inna. Ani owocówka, ani końska. Mała – więc jej rzucanie się w sieci, nie drażniło go aż tak bardzo. Spolegliwości w niej niewiele, buntu szczypta – ot taki smaczek, bzyczenie za to jak celtycka muzyka, skrzydełka pięknie lśnią, przypominają połoniny, wysoką trawę, słońce, ciszę, przestrzeń i wypoczynek – aż miło się na nią patrzy…

A gdyby tak? A gdyby tak ją sobie zostawić? Ale nie jak inne, na których mu nie zależało, na pewną śmierć głodową w samotności. Zostawić sobie, dla siebie. Dbać o nią, karmić, doglądać, pielęgnować… od dawna doskwierała mu samotność, ostatnimi czasy samotności miał absolutnie po dziurki w nosie. Gdzieś już to widział. Chyba Misery tak zatrzymała sobie pisarza Paula Sheldona? Postanowił. Zdecydowanym ruchem, odłożył na bok ostrzone sztućce. Odchrząknął, splunął i wysnuł nić. Jeszcze nigdy nie wysnuł tak pięknej, cienkiej, srebrzystozłotej nici. Podszedł do niej wprawnym krokiem akrobaty cyrkowego, poczekał aż batut się uspokoi i dotknął jej nogi… Gdyby mógł robiłby to wszystkimi swoimi sześcioma odnóżami, szybko śmigały w powietrzu jego owłosione szydełka. Odsunął się kilka kroków dalej, by ocenić swą pracę, wysunął język, kiwnął z dezaprobatą głową i jeszcze wziął się za poprawki. Piękna, koronkowa, szeroka podwiązka spoczęła na jej szczupłym udzie. Linia splotu to był prawdziwy majstersztyk, czego tam nie było? I łąka, i kwiaty, wschód i zachód słońca, morze i góry, wspomnienie i utęsknienie…

Teraz już poszło szybko.

W dół od podwiązki, wykonał zwykłe oczka kabaretek. Mocny, końcowy supeł i robota zakończona. Jeszcze tylko zgrabny łańcuszek prawymi oczkami, biegnący od nogi na wysokości kostki, na podobieństwo smyczy. Łapy pająka, wprawne niczym dłonie koniakowskich koronczarek, poradziły sobie i z tym w mig… Starannie wymierzył długość. Musi być bowiem odpowiednia w dwie strony: od kuchni do drzwi salonu lub od kuchni do łoża w sypialni, tylko na takie ruchy może pozwolić ten łańcuch. Uśmiechnął się swym zadowolonym gębojadem. Roześmiał się. Zaczął wiercić otwór w ścianie wiertarką udarową, wiertłem widiowym pociskał tak długo aż wywiercił, śmiał się wkręcając kołek rozporowy z hakiem, śmiał się nadal rubasznie przywiązując doń koniec łańcucha. Jeszcze tylko potrząsnął nim sprawdzając czy dobrze trzyma. Szybko, kilkoma podskokami, zbliżył się do niej. Delikatnie pogładził ją po twarzy, chowając jej jeden z niesfornych kosmyków za ucho i – nie bój się – powiedział.

Prawie dostała ścierką przez łeb. Szybko wrzuciła piąty bieg i pięknym ślizgiem zmieniła tor lotu. Udało się. Jeszcze raz udało się nie dostać piorunem. Zapikowała w stronę otwartego okna i wyleciała w wolną przestrzeń. To lubi, rozwinąć skrzydła, poczuć, że świat należy do niej. Żadnych ograniczeń, ścian, szyb, niepotrzebnych sprzętów. Gdyby nie chęć przeżycia w dobrobycie, nie ryzykowałaby ponownych eskapad do ludzi. Ale te ich kromeczki, dżemiki, wędlinki porozkładane i czekające nań. Z pełnym brzuchem i rozwianym włosem leciała sobie w stronę słońca bzz, bzz, bzzz…

Chwila beztroskiej nieuwagi i nagle poczuła ostre uderzenie. Żołądek i serce zamieniły się miejscami, a flaki otarły o mózg. Jak na lotniskowcu coś złapało ją w pół i nie pozwoliło lecieć dalej. Odrzuciło w tył, szarpnęło rykoszetem do przodu, zatrzęsło niemiłosiernie i wreszcie zatrzymało. Pajęcza sieć!

Serce biło jak oszalałe. Jakże zrobiła się wielkomiejska. Żówna  jej były, ścieki, kanały, ubikacje i śmietniki. Zapomniała tylko, że w pachnących jaśminem krzakach żerują one – Pająki! Sieć, a na niej kilka błyszczących, jak diamenty w słońcu, kropli porannej rosy i ona. Unieruchomiona, zniewolona, czekająca na powrót właściciela. Całe życie przebiegło przed oczami. Czy śmierć boli? Samotna mucha w tłumie ludzi. Rozpłakała się siadając na stopniach pajęczyny. Bez pożegnania, bez wyjaśnienia zatrzaśnie drzwi, nie pozwoli zagnieździć się symbiozie, żyć i dać żyć innym… Teraz pewnie wszedł gdzieś w zakamarek, obserwuje ją, ostrzy swe sztućce i pewnie nawet go nie ujrzy, będzie czujny, nie wystawi się na jej spojrzenie, zrobi to incognito, z zaskoczenia – nienażarty gentleman z  obślinioną brodą. A ona nie zdąży nikomu powiedzieć, że umiera. Sparaliżował ją strach, strach przed zapomnieniem, nicością, niebytem, opuszczeniem na zawsze. Nie chce tracić tej nici, tego mostu precyzyjnie zbudowanego z pajęczej nici, i łączącego ją  tak delikatnie z resztką ulubionego życia.  Misternego pomostu narażonego na zbyt gwałtowne ruchy jak ten… a wszystko właśnie przez ten strach. Głupi, niezrozumiały, irracjonalny. Bo co mógłby jej zrobić? Jest wielka lecz w zetknięciu ze wstydem i swą muszą kobiecością – malutki muszy robaczek, przebierający bezradnie nóżkami, skrzydełkami, by uciec stąd jak najszybciej do swej kryjówki. O ironio opuściła ją, opuściła przyjazny dom, by być wolną, a teraz w tej pajęczej sieci, może tylko czekać. Nastawiła się na odbiór drgań fal łącza. Zamknęła oczy, by wyostrzyć swe zmysły. I czekać.

Lecz nawet ona miała już dość. Ta ręka odganiająca, ta packa wyrzucana w powietrze jak z katapulty. Zryw, szybkość, refleks, przylepiony uśmiech na pysku pomagał dotychczas, przymykanie oczu, udawanie, że się nie dostrzega tego, iż się jest niepotrzebnym, niechcianym, niepożądanym towarzyszem – zbędnym sprzętem. Malkontenctwo ukrywające nieudolnie życiową nieporadność prędzej czy później wychodzi bokiem nawet takim gzom jak nieustępliwa mucha. Dziwi i to, że mamałyga na brudnych paluchach, która odzyskała wolność, chyba wcale jej nie oczekiwała, nie chciała i nie potrafi z niej tak naprawdę skorzystać. Bo co to jest wolność? Czyż wolnością nie jest umiejętność dozowania sobie spraw, które dotychczas przynosiły przyjemność? Mucha uważa, że tak – samokontrola i umiejętność cieszenia z życia, optymizm i nie umartwianie  na siłę. A pajęcze kontakty rajcują chyba jedynie kogoś, kto na inne kontakty nie jest otwarty i nie otworzy się, bo może właz, zamurowany jest już dawno skapaną, spierdołowaciałą woskowiną. Wolność w rozumieniu tego słowa, przez statystycznego  strusia, to zawieszanie lepa pod sufitem – swoiste zakaz wjazdu. Niby czyściutko, ale ucho odbiera przecież powolne, obumierające bzyczenie zniewolonych. A i oko od czasu do czasu zerknie i przyprawi wnętrzności o mdłości…

A wolność to otwarte okno na świat, na życie, na ludzi, na mimochodem wlatujące i wylatujące swobodnie muchy. Obcowanie z nimi, z przyrodą, ze światem. Czystość czystego, przepływającego swobodnie powietrza.

Zrozumienie, że każdy ma w życiu swoje miejsce: ma pan, ma jego pies, żona pana, ale i inne stworzenia np pchła na psie lub wsza na panu, ale i kochanek na pani. Kto tego nie rozumie zamyka się. Po otwarciu krat klatki mówi „nie chcę”, kryje się w kącie, zamyka oczy i jak małe dziecko udaje, że go nie ma – więc nie ma problemu. A problem jest, bo okazuje się, że mucha  jest tylko afrodyzjakiem pomocnym w istnieniu. Dozowana porcjami pomaga funkcjonować coraz to lepiej, ale nie na zewnątrz klatki. Wewnątrz. W środku dusznego, ciemnego, półmrocznego, zakłamanego pomieszczenia pełnego obcych sobie ludzi – tak, tu jest potrzebna.

Hiszpanka wyfrunęła, zabierając z sobą pamięć linii papilarnych swego ulubionego pisarza. King, by się nie powstydził, bo już się czerwieni ze wstydu… za Misery. Paul Shelton pisał, żeby zarobić na życie, potem pisał, by pozostać przy życiu. Mucha wyleciała, by skorzystać z życia, po drodze tracąc kontakt z Paulem. A ten  pozostał  w zamknięciu swej samoświadomości wymyślając coraz to nowe wcielenia Misery i obarczając ją swym ubezwłasnowolnieniem. Mucha była zbyt małym robaczkiem, by mu uświadomić, że jest wolny, że ma wolną wolę i może, ba! powinien, robić co chce bez lęku wyjść na zewnątrz i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić…

A co ty myślisz droga panno… Że Paul był głupi? Przecież Stephen King ma rację! Gdybyś tak ty siedziała całą noc za kierownicą w ciężkich warunkach pogodowych i umęczona, już  prawie na granicy jawy i snu, godzinami błądziła po obcym terenie? I gdybyś to ty nagle straciła panowanie nad samochodem i wpadła poślizgiem w ciemną noc, ciemną głusz, na  nieznanym sobie zadupiu i zatrzymała jazdę na jedynym, krzywym drzewie ledwo widocznym przy opuszczonej drodze?

Znikąd ratunku. Za to czujesz, że nie możesz się ruszyć i w samochodzie coś jakby miejsca  nagle za mało – jeszcze nie wiesz, że to karoseria zwinęła się w trąbkę. Coś kuje cię w boku, jakby nóż głęboko osadzony z każdym oddechem dźga ci  swym ostrzem serce. Nóg za to nie czujesz, bo wtopiły się w jedność z maską samochodu. Gdybyś chciała czuć  swoje nogi, musiałabyś czuć całym swoim starym oplem.

Pić ci się chce. Ale w ustach nie masz wcale sucho – czujesz słodki smak krwi, którą nerwowo przełykasz i spuchniętym do granic wytrzymałości okiem starasz się zerknąć za swoją komórką. Niestety torebkę walnęłaś gdzieś w tył, a nie ma mowy, żebyś była w stanie zrobić jakikolwiek skręt tułowiem. Nie ma też szans, żebyś wysunęła się z tymi żelaznymi nogami ciut do góry. Ołów to ołów.

Zamknęłaś oczy…

Zemdlałaś z bólu, którego jeszcze tak do końca nie ogarniasz? Czy po prostu zasnęłaś po nieprzespanej nocy? Jesteś w szoku powypadkowym i twój instynkt samozachowawczy  nastawia się teraz na szukanie wariantów przeżycia.

Może to wtedy twoja jaźń wysłała akurat tą drogą Misery, może tylko w ten sposób poprzez kogoś, kto tu, na tym właśnie zadupiu mieszkał, wymyśliłaś sobie szansę przeżycia. Nic to, że słowa od tej chwili ważne są jak u Sheldona, by nie popełnić błędu. Błąd – to zniknięcie Misery i pewna śmierć. A może… A może warto ułożyć słowa tak, by Misery zrobiła to za Naturę?

Myślisz droga panno, że gdybyś leżała u Gerarda po miłosnym uniesieniu spięta kajdankami  patrząc jak pies posila się zwłokami twojego partnera, czy myślisz, że nie wzywałabyś i tam Misery? Czy robiłabyś karkołomne wygibasy ze szklanką, by ściąć sobie ścięgna, zedrzeć skórę i po kilku dniach życia w malignie wyczołgać się w końcu do reala – gdybyś miała tam swoją Misery?

Czy Gerard, gdy wymyślał swą grę nie ustawił tej szklanki tak, by jak w szklanej kuli można było w niej dostrzec  jakieś wybawienie? – Elżbieta Wolny

Północno-wschodnia obwodnica Bielska-Białej

P1070950

Kto jeszcze nie był niech żałuje. Posilę się Wikipedią, bo czymś posilić się trzeba. Pomijając fakt, że jest to jedna z poważniejszych inwestycji drogowych w naszym kraju, to jest to zarazem najpiękniejsza obwodnica jaką znam. A przejazd nią, to  nowa „pętla beskidzka” (ktoś ją jeszcze pamięta?). Trasa wiodąca wzdłuż parawanów z gór, z widokami takimi, że ech,  tylko wysiąść i… zostać – polecam obejrzeć film z mojej okolicy,  raptem z  jednego małego odcinka, z wczoraj.  Jednak krajobraz nie jest  największym walorem tej nowej drogi – Mateo wspominał, że z K-c do Żywca, jeśli dobrze pamiętam – 60 min. Sześćdziesiąt minut, które są prawdziwym szokiem choćby dla tych, co znają wąskie gardła, stanie w korkach i ekspansję drogową tirów tylko  na samej bielskiej Żywieckiej.

Ponieważ polecam film, dlatego wstawiam tylko jedno aktualne zdjęcie z mojego odcinka Złote Łany,  widok w stronę Katowic – zdjęcie do powiększenia:

W zamian kilka  z okresu budowy, widok w stronę Żywca:

Placebo

ecodzien.pl

Lubię patrzeć na tą grafikę, bo przypomina piękną, zieloną, soczystą Ziemię. Bo jej dorodne, świeże drzewa to jak miesiące – i gdyby tylko było ich 12, już mielibyśmy swoisty kalendarz a’la Majów. Nic tylko odliczać czas który nam pozostał, wycinając drzewko po drzewku, zrywając listek po listku, bo w tym… jesteśmy naprawdę dobrzy.

Nie tylko moja skóra, kolor oczu i pszeniczne włosy przemawiają za tym, że geny mam ściśle związane z praprababcią Pszonką, koczującą ciężkie dla Ziemi czasy w marsjańskiej ziemiance. Chcę przez to powiedzieć, że zew krwi jest nieśmiertelny. Bo mentalności człowieka nie zmieni panie dzieju adres zamieszkania, ani tym bardziej piastowane stanowisko. Słoma z butów podczas chodzenia nawet trotuarem stolicy, prędzej czy później i tak wyjdzie. Chochoł jest chochołem nawet w obutych Lafumą nogach. Analogicznie jest chyba z prawdą tkwiącą w puranach?

Poproszę placebo na astmatyczny kaszel, albowiem duszę się codziennością.

4 W oparach absurdu

DziadekAntoni-300x228

A tymczasem stary senior Pszonka naprawdę śnił. Nie pierwszy raz śnił o wielkim zagonie czerwonej cebuli i jak przechadza się po tym polu, którego końca nie widać. Zatrzymywał się dumny i podnosząc dłoń do twarzy robił z niej daszek, jak od czapki dziadkowej, co to ją jeszcze z czasów swej służby w kawaleryji trzymał. Tak patrzył z lubością na swe wielkie, we śnie tylko niestety, włości. Z rosnącą rozkoszą przemierzał wzrokiem po kolei każdy rządek,  a słonko przyjemnie  przypiekało mu sczerniałe od opalenizny lica. Nie przejmował się tym wcale,  wręcz szczycił się, że czym bardziej ogorzały na twarzy, tym lepszy wiejski paszport na korzenie wieśniacze  ma – wypisany  jak na dłoni.

Stary Pszonka śnił, śnił o zagonie, który sam się orał, wzruszał, sadził, okopywał, zbierał i zanosił do komory…

Pochylił się i zaczerpnął niewielką garść czarnej, tłustej ziemi. Roztarł ją w palcach – powąchał, posmakował i splunął. Dobra – niczym czarnoziem z Czarnolasu, tłuściutka jak balsam i ziemniaki rodzi jak trza. Smutkiem napawają jedynie znów widoczne szare łebki kamieni, które jak zwykle po zimie urodzi mu pole. Trza będzie zaś grzbiet schylać i wybrać je co do jednego, by pługa nie stępić, motyki przy wykopku nie połamać, a dać korzeniom miejsce do wzrostu… Zdałyby się na budowę okalających murków, gdyby nie miał już onych, ze starych opon. Więc może na podmurówkę, cembrowinę lub chociaż chodniczek do arczynej sławojki? Największy, najdorodniejszy podłoży jako kamień graniczny by nikt nie mógł go dźwignąć i przesunąć mu lasu. Jeden większy da jeszcze pod rynnę, by woda ściekająca z dachu nie wypłukiwała arce obejścia. Mniejszym lecz równie dorodnym, dociśnie klepki wieczka dębowej beczki z kiszoną kapustą. A te co się nie zdadzą, ostatecznie zalegną na jednej krudzie, ku uciesze wygrzewających się żmij.

Westchnął. A tymczasem nabożnie klęknął, i zmieniwszy czapkę tyłem do przodu mrużąc oczy rękę przyłożył jak na daszek do czoła, mimochodem czerniąc swą twarz… Po czym wreszcie powoli i z namaszczeniem, jakby ważąc podrzucił w górę dorodnego ziemniaka. Na co towarzyszący mu pies, dotychczas leniwie iskający swe grube futro na skraju pola, ze zdziwienia oniemiał. A cudzy kot w przerwie polowania na myszy przestał grzać się na słońcu. I ptaki dotychczas z namiętnie przymkniętymi oczyma wygrzebujące z ziemi jakieś stare kiełki z furkotem poderwały się do lotu. Ziemniak opadł.

Wtem. Podnosząc go dostrzegł tuż za swoim gumofilcem świeżutki kopiec kreta. Mając w sobie nieprzebraną miłość do aksamitu, prawie tak wielką niczym główny bohater „Myszy i ludzie” Steinbeck’a, pochylił się szybko i zgarbiony wsunął dłoń w wejście podziemnego korytarza pełen niezdrowej nadziei, że coś zdoła wyłuskać.

Niestety, zniszczył tylko tę arcymisterną budowlę. Zatem zniechęcony podniósł się z wolna, aż zatrzeszczały głośno jego stare kości. I powoli, jak tylko pozwalały mu na to zdobyte umiejętności, zaczął po raz kolejny przeliczać wykopane ziemniaki: jeden, dwa, trzy… osiem, dziewięć.. piętnaście, szesnaście, siedemnaście… dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy. Wszystkie są! Dreszcz się nasilał. Adin, dwa, tri, czetyrie…

O d p ł y n ą ł!

Obrócił się na bok, i spałby jeszcze, ale swą kobietę mus było nogą przesunąć kas bliżej brzega, bo mu ciasno było i poczuwszy parcie na swój stary pęcherz z niechęcią aczkolwiek wstał. Słoma pod nim zaskrzypiała, a jeden z ostrzejszych końców ukuł go w gołą rzyć – „o żesz Tyyy” (bo on „o żesz” mówił od „o żesz Ty mać” a nie od orzeszków). Potarł se rzyć swą stetryczałą dłonią, podrapał długim, zakrzywionym paznokciem, spuścił nogi z wyra i tak chwilę siadł. Ziewnął szeroko i długo. W izbie było duszno,  w piecu dawno żar zagasł,  i Stary Pszonka ojciec  czując chłód na gołych nogach, obciągnął  niżej koszulę, nasunął na chude stopy stare chodaki i poczłapał w końcu w stronę drzwi. Chwilę zmagał się ze skobelkiem, po czym otworzył drzwi na oścież. Chłód uderzył go w twarz. Stając w lekkim rozkroku na szerokim progu z deski podciągnął koszulę. Odcharknął jeszcze i  splunął na bok, po czym daleko sikając rozglądnął się zdumiony na boki.

Toż to koniec świata, ady tak fajnie wiosennie na święta było, a tu śnieg padze jak oszalały. Czy ta zima całkiem zwariowała? Toż to Nowy Rok już. A tu olbrzymie płaty śniegu, na nowo pokryły starego Pszonki ojca malutki świat. Drzewa białe, horyzont biały, nieśmiało przebijająca się trawa też biała, dach budy biały i nawet jego chodaki miały już białe noski. Wszystko białe, po tym Pszonki śnie o czerwonej cebuli, czekoladowym ziemniaku aż taki kontrast! I tylko jego soczysto żółty, kanarkowy sik odcinał się cieniutkim wężykiem niczym wstęga na wietrze w tej bieli. Jeszcze pokropił nią to tu, to tam…  i nawet spodobała mu się ta zabawa w kolory. Po czym podskoczył ze dwa razy, potarł dłonie o siebie, chuchnął w nie, zawarł nazad drzwi z impetem i pomyślał – nie ma tego złego – wskakując zaś pod ciepłą pierzynkę do swojej:
- Ady stara przysuń się kas bliżej do mnie a ogrzej swego Pszonusia – wyszczerzył bezzębne usteczka i zamknął z lubością swe stare wypłowiałe oczka. Nic to, że zima na nowo, leżenia odłogiem nigdy dość, robota nie tramwaj nie ucieknie, a co się wysuszy to się wykruszy… bo my Niemcy mamy płaszczyki przeciwdeszczowe, pelerynki z gumy wodoodpornej i dźwiękoszczelne berety w kolorze zielonym.

Gdy tymczasem na sznurku nad piecem schły jego wełniane skarpety. Skarpety w kolorowe paseczki, które mu własnoręcznie udziergała z resztek kolorowej włóczki jego stara matka (w przypływie nagłej, być może lekko wymuszonej dobroci).  Za piecem wisiał dawno nie używany, dobrze zakurzony beżowy prochowiec, a nad nim na kołku skórzany kapelusz -  z szerokim, zczerniałym od dotykania rondem, z resztkami potarganych, wplecionych weń  dyndających rzemyków. A w stodole stał przysypany sianem stary, biały polonez, upstrzony jak krowa Mućka ze Skotnika rdzawymi plamami po wielokrotnym klepaniu. Czekał na koniec kolejnej zimy, może nawet bardziej niż jego właściciel.

Zespolić się z nim, pognać krętymi, szarymi, cudnie zasmogowanymi uliczkami, ze strzeliście burymi konarami na horyzoncie, wyrwać się z tego zagonu do wielkiego miasta, depnąć na gaz, dać gaz ale tak, żeby nie zgasł i pognać 50-siątką  czując wiatr we włosach,  ech… poczuć, że żyje.

Bo dom spłonie, akcje na  giełdzie spadną, samochód ukradną a co zobaczysz, doznasz i doświadczysz, tego nikt, nigdy nie odbierze. Arka jak  wymarzona barka przerobiona na mieszkanie niczym lofty – bo dom bez kotwic najlepszym rozwiązaniem. Nogi bez kul. Ręce bez kajdan. Szyja bez smyczy. Grzbiet bez bata a pysk bez wędzidła… Ptak, ale nie na uwięzi. Dom „od do”, a nie „zamiast”. Stary senior Pszonka śnił, nie pierwszy raz śnił nie  tylko o zagonie cebuli. Miał horror.

Był w w wymarzonym wielkim mieście… Ażeż bolała ją głowa. Ale nie taki zwyczajny ból głowy, takie mgły pod czaszką, dymy, które łatwo rozwiać tabletką z krzyżykiem lub innym Apapem. Bolało ją od kilku dni, dziwny ból rozsadzający czaszkę od „wewnentsza” przez szyję. Jak rozbita porcelana ruszająca się przy każdym kroku, ocierające kawałki szkła o siebie. A dziś w nocy nastąpiło apogeum bólu. Poduszka zamieniła się w betonowy chodnik, jasiek w kawałek pustaka lub cegłę, głowa zwisała z szyi, która straciła z nią kontakt. Pamięta każdą minutę z nieprzespanej nocy, mogłaby odliczać czas jak klepsydra obracająca się z boku na bok. Nad ranem sięgnęła po kolejną dawkę Naproxenu. Gdyby mogła wziąć wolne, L4, dawno byłaby u lekarza. Ale ona już tak ma, że przychodnie omija szerokim łukiem, leczy się syropkami z cebuli i czosnku, miodem, cytryną … Bo kto by ciągnął za nią ten burdel?

Spojrzała jeszcze raz na faceta, przypominającego swym wyglądem szablonowego palanta, któremu najwyraźniej, było coś nie na rączkę. Wiercił się w miejscu jakby dziurę chciał wyskrobać swymi świeżo podzelowanymi butami. A przecież nikogo w sklepie nie było tylko ona i on:
- Szę – zapytała chociaż Bóg świadkiem miała zawarczeć „czego”.
- Bry – powitał ją – Poproszę 10 deka salcesonu. Tylko, żeby był świeży i proszę go skroić.
- Salcesonu nie kroimy, rozleci się – odpowiedziała służbowo  i odwróciła się tyłem do niego, wytarła nóż o swój fartuch i odcięła pierwszy, zeschnięty plasterek. Namyśliła się i z lekko przekrzywioną głową zapytała:
- No chyba, że chce pan to pokroję nożem.
- Proszę – odpowiedział i ona zaczęła kroić. Ten pierwszy zeschnięty plasterek włożyła między inne świeże do środka, szybko sięgnęła (zasłaniając cały czas swą przysadzistą kanapą widok na to co robi) po następne, rozpoczęte kawałki salcesonów i poodcinała se wszystkie pierwsze plasterki, poukładała je ładnie między dwoma świeżymi, wrzuciła na wagę i rzekła:
- 19 deko może być? – i  nie czekając na odpowiedź wystukała należność na
fiskalnej kasie – Co jeszcze podać? – zapytała przymilnie.
- Niech zostanie. I jeszcze pół kilo krupnioku. Kaszanki – facet pierwszy raz usiłował uśmiechnąć się do niej.
- Zara przyniesę. Na zapleczu mam – odrzekła i poszła wygrzebać z lodówki na zapleczu, bo ją już coś brało. Krew się psuła czy ki grzyb, w każdym bądź razie nie mogła tego trzymać na sklepie, bo by ją za bardzo czuć było – padliną. Zważyła zapakowane ściśle we woreczku foliowym, zawiązane i wtedy zadzwonił jej Colio, jej nowa muzyczka na ukochanym telefoniku.
- Poczeka – szczeknęła i na zapleczu odebrała. Dzwonił Dziadek.
- JA BARDZO PANA PROSZĘ, BEZ NERW, SŁUŻBOWY TELEFON Z CENTRALI MAM – wkurzona, zła, z bolącą głową nie chciała przerywać Dziadkowi. Wielkie serce Dziadka, które jeszcze zdążyło krzyknąć swoim zwyczajem:
- Aaa słyszysz morze?
Aż łzy się zakręciły w oczach.
- No to pa, ucałuj Niuńka. Ucałujesz? – Cały on. Jak nie da to i nie zabierze.
- Ja bardzo przepraszam! – rozdarł się klient – Co to za sklep?! – rozdarł się  głośniej.
- Jak się coś nie podoba to won – Kryśka sprowadzona nagle tym wrzaskiem z obłoków na ziemię rozdarła się swym trzecim głosem, zarezerwowanym dotychczas tylko dla starego.
- A żebyś suko wiedziała, że won, ale zanim won to książkę skarg i zażaleń mi podasz. A to coś naważyła sama se zeżresz, albo innemu upchniesz, jak głupi będzie, żeby tu przyjść.
- A co ty mnie smarku książką straszysz, a pisz se do pana boga z pretensjami niemoto jedna.Takich jak ty to na pęczki tu się złazi jak muchy na lep, stonki jedne przebrzydłe, larwy gnijące, won mi stąd ale już… – Kryśce łeb na nowo rozsadzało, może ta kłótnia podniesie jej ciut ciśnienie i zaoszczędzi na lekach. W nerwach brudną, starą szmatą przecierała co rusz to ladę, to tacki,  to swe pulchne paluszki, po czym do sucha wytarła zaś o fartuch, i już czystym paluszkiem, ozłoconym grubymi pierścionkami, z czerwonym obłupanym lakierem na paznokciu, krwistoczerwonym jak owa kaszanka wskazała:
- Tam bucu.
Po czym jak w zwolnionym tempie, w niemym filmie, facet sięga do książki, a raczej zeszytu w kratkę uczepionego na plastikowej spirali oraz poobgryzanego ołówka na sznurku. I podczas, gdy ekspedientka „mięsnego” rzuca wściekłe spojrzenie w jego kierunku, on siada powoli na parapecie okna po turecku, i pisze:

/Do kierownika. To skandal! Odstałem w kolejce sam swoje a tu brak towaru. Znaczy towar jest ale brak obsługi.
Kubasikowa pali Radomskie, zamiast Krakowskich i pakuje mięso w starą Trybunę Ludu z Jaruzelskim na okładce o czym uprzejmie donoszę, a ja wolałbym z Kaczorkiem. Toż to mięsny i mięso powinno się w mięso pakować a nie w kij od miotły. Z poważaniem dziękuję, znużony do granic przyzwoitości – inteligent /

Pędzący miejski czas się dziwnie zatrzymał. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie, jakby nie było nic przed nim a tym bardziej po. Był teraz tylko on, zatrzymany czas i kropeczka.

Stał w nim zamyślony w lekkim rozkroku, z okiem wbitym w jakiś pozornie nic nie znaczący punkt. W malutki, czerwony śladzik, który miał w sobie jednakże tyle życia, że hipnotyzował nie pozwalając się ruszyć. Nad głową szybował niedbale zaparkowany już jakiś czas temu stary, stuningowany resztkami farb od sąsiada polonez. Jego drzwi były nadal otwarte – wysiadł był bowiem zeń tylko na moment…  A chwila trwa i trwa – nie ma jej końca. Wiatr hula w nim. Stara, bezzapachowa choinka nerwowo dynda na przeciągu, obija się o znaleziony na śmietniku proporczyk z eNeRDe, oskubaną kostkę Rubika wybijającą jakby znudzoną mantrą eSOeS. Wyliniałe pokrowce ze starych karakuł po jeszcze starszej teściowej dawno nie tuliły sobą żadnego młodego tyłeczka. Rączka od skrzyni biegów zakończona cudowną, wielką kulą z przeźroczystego plastiku, w niej wtopiony kolorowy samochodzik ale i odbijające się złote promienie zachodzącego słońca…  new romantic o je je lub oj dyry dyry.

Tylko wsiąść weń i jechać, dać gaz, poczuć wiatr w wyliniałych włosach i poszybować z zawrotną prędkością 60 km/h jak koń, ogier – gniady, rwący rumak. Jak prawdziwy, pełnej pełnokrwistej krwi facet, bo auto to ja, moja męskość, moje libido, mój wzwód, wielki plemnik jak ziemniakowóz – oh yeah!

Jego stary, przetarty i bez jednego guzika jasny prochowiec nagle załopotał na dość silnym na tej wysokości wietrze. Trochę skulił się bezwiednie w sobie, zmrużył oczy i na wszelki wypadek jedną ręką przytrzymał irchowy kapelusz z szerokim rondem. Ile to już czasu minęło od ostatniej podróży? Od spacerów po dachach świata wyłożonych leśną ściółką, gdzie zapach grzybni, chrzęst igliwia, szum strumieni. Kiedy ostatni raz szybował w nadętych sprężonym powietrzem prochowcach w stronę trzasku drew paleniska, do niedokończonego saloonu lub na koncert choćby Wiszni?

Nagle wiatr smyrnął mu rzemykiem z kapelusza prosto w pysk:
- O KYPBA! – syknął z bólu przez resztki zębów. Potarł zżółkniętymi od tytoniu palcami czerwony ślad od uderzenia.

Przebudzenia nawet gdy bolesne są błogosławione.

Ale nie, to nie koniec sennego koszmaru, bowiem na statystycznego miejskiego obywatela RP, czeka do przyswojenia ciężkostrawne vademecum. Człowiekowi w RP funduje się orędzia noworoczne oraz wymianę rozporządzeń i decyzji, tablic rejestracyjnych, rządu, książeczek ubezpieczeniowych, formularzy lub DO. I on się nie dziwi. Nie dziwi się, że wymiana rządu polega na przetasowaniu tych samych ludzi, w tych samych ugrupowaniach tylko nazwanych inaczej. Człowiek w RP nie zdziwion, że musi wziąć dwa razy urlop – raz by odstać  kilka godzin składając wniosek na  rodzinny zasiłek, drugi, by koniecznie założyć bankowe konto, po czym z fasonem już może iść odebrać… odmowę. Do kolejek albowiem człowiek w RP przyzwyczajon jest jak żadna inna nacja. Człowiekowi w RP bliżej do Kosmosu niż innym, bowiem jak grom z jasnego nieba, spada na niego kosmiczny rachunek za, oszczędzane do bólu CO. Kosmiczny tak, jak gdyby już był przeniesion na głęboką, norweską północ i dogrzewał mieszkanie na żar. Przepiękne kwoty wyższe niż jego pobory miesięczne, niż marzenia o słonecznej Krecie, ba – o czymkolwiek. Człowiek radzi sobie, nie bierze kolejnego kredytu, tylko płynnie zamienia Kretę na kreta do udrożniania rur i zapomina, że miał jakieś górnolotniejsze marzenia.

No bo gdzie człowiek ma się udać z tej betonowej pustyni, gdy życie ma ustawione li tylko na przeżycie? Kuszą dalekie  Kanady kraje miodem i mlekiem płynące, pachnące żywicą, z zimami jakby dłuższymi, mocniejszymi a przecież on, ma już przecież doświadczenie z ogrzaniem swego małego M3. Czy człowiek z RP, w półwieczu swego życia ma dukać w ichnich językach, czy może wystarczy konwers uczuciem? Co ma zrobić, by podjąć decyzję o wyrwaniu korzeni? Nic. Dentysta w RP zrobi wszystko by wyrwać ci je do końca. Nie dziwi już nic człowieka żyjącego w RP, bo wrósł w to i nie dostrzega wirtualnej śmieszności zjawiska, pogoni za wszechrzeczą dolarowej materii. To osobniki przebywające na zewnątrz dziwią się niepomiernie, są skonfundowane i podsyłają „dobre rady zawsze w cenie”, zdążywszy pokazać całemu światu, że „nie radzi sobie z życiem, biedactwo”.

Nie dziwi, że Kopernik był bardziej otwarty na świat i na zmiany – przecież był kobietą! Tak spieprzonego kraju, to Polska nie pamięta jak żyje – głowy państwa są w nim największym nieszczęściem szkalującym dobre imię kraju, a dookoła dyplomatołki, oligarchy, lżyustroje, niekumate wykształciuchy, sprzedawczyki – żenadą jest w ogóle to wspominać. Bezrobotny w BMW a na pasku telewizyjnych życzeń zamiast „Szczęśliwego Nowego Roku życzy Paweł z rodziną” gryps  „Zdrowych i Wesołych Świąt, tatusiowi w więzieniu, życzy Ola i Piotruś. Wszystko OK, ciocia w sanatorium, babcia wyszła ze szpitala a wujek Zenek ma złamaną nogę”.

„Moje doświadczenie dla was, a wasze pieniądze dla mnie” lub „obiecuję, że będę mniej kradł” – wybieraj. Tymczasem ZUS ci już wyliczył emeryturę – mus przecież zrobić zapisy na skok z dachu. Już naprawdę lepiej grać tego  głupa wpasowanego doskonale w tą polską rzeczywistość, już lepiej naprawdę beztrosko żyć w lesie w odurzeniu oparami cebulowego absurdu: O kule o kule na mole kule po szpilu po szpilu nie wiadomo w ilu obalili halba halba obalili i kulali oba mama omotali kulali jabole kulali je… o yeah!

A tymczasem Nowy Rok. Rok starsi. I nie tylko kulali, ale i strzelali. I w tym roku nie było  tylko strzelanie, a jakby nawet regularne bombardowanie. Jednak ludzie w RP mają nawet na wiwat pieniądze, i mają.. przyzwolenie swych władz. Mamy Nowy Rok i celebrujmy go, jakby ominął nas kolejny koniec świata! Nic to, że nowe wyzwania wedle zasady, że  „każdy nowy rok jest szansą by coś zacząć na nowo. Podobnie jak każdy miesiąc, każdy dzień, każda godzina, sekunda. Każda chwila” są przez nas nagminnie łamane. Mamy przecież przed sobą jeszcze tyle tych chwil, zatem niczym Pszonka po cebuli, możemy póki co spokojnie pod pierzyną jak i on chrrr – Elżbieta Wolny

Do siego roku!

3 CONTINUE, PLEASE CONTINUE!

el501a

Jak to jest, że pszonkowość najlepiej widać na cudzym zagonie? Obok swojego pszonkowego zadupia stoimy spokojnie podparci sztylem od kopaczki. Leniwie żując źdźbło trawy poprawiamy waciak i po rozrzuceniu obornika delektujemy się delikatnymi dźwiękami subtelnej muzyczki podmuchów wiatru wystukiwanej rytmicznie w suchych łupinkach: szszuu, szu, szu, szu-szu. Nasza cebula. Nasza krew. Po raz kolejny nasza wiocha the best!

Błogosławieni cisi, albowiem oni dostąpią królestwa, choćby pszonkowego. Siedź w kącie a znajdą cię, ta stara maksyma sprawdza się co rusz. To jak stalaktyt, gdzie kropla po kropli wydłuża sopel. Czego ci Pszonuś więcej potrzeba? Masz cebulę, po co ci igrzyska do chleba? Trzym pion. Prawda obroni się sama, bez mas(mediów) kolorowych, cebulowych, rozmemłanych mas.

A rozmemłana masa wygląda tak: włosy jej błyszczą w dowolnym kolorze – od krwistoczerwonej wiechy niczym dobra, wiejska kaszanka, poprzez soczystą świeżą zieleń niczym trawa na Skotniku, wreszcie do anielskiej, złotosłomkowej niczym świeżo zmyta letnim deszczem strzecha w chałupie. Oczy jej błyszczą – bystry sokoli wzrok dostrzeże w głębi źrenicy przemożny, nieokiełznany pęd na pomnażanie sałaty vel siana, zakręcony ponętnie kuper przekreślonego pionowo $ lub €. Cel uświęca środki, zagon cebuli pieczołowicie doglądanej taki sam – w dowolnie wybranym kolorze wiechy – zawsze w twoim wypasionym TV. Cebule tylko jakoby różnią się główkami, te od czerwonej największe zyski onegdaj dające – wiadomo cebula dekoracyjna, dla mas, po główki słomkowłosowego Pszonki. I jakby ruch tu coraz większy i nie stół dla cebuli, ale o zgrozo i ołtarz.

Na straganie wolne  miejsce na pęd owczy? Uwaga, na stragan od razu wskoczy kolejny, tym razem sianowłosy teledysk całoroczny:
- Kochamy Cię! Aj laf ju tu, kis mi też! Mam gest – kajne grancen! Wydanie drugie, poprawione, stuningowane, z orkiestrą!

Bajeczne! Jak piękny, jak unikalny masz styl, tylko do pozazdroszczenia obecnym artystom. Odjazdowy strzał w dychę! Nikt jej nie opisze, nawet Sienkiewicz pomimo talentu opisania spadającego liścia z drzewa w pięćdziesięciu stronach. CONTINUE, PLEASE CONTINUE!

Tak zadumana,  w nieustającym zachwycie na temat swojego nowego domostwa, bladym świtem, z koszykiem pod pachą,  wyszła Pszonka z chałupy przeciągle ziewając. Słonko lizało już horyzont, gdzieś w oddali zaszczekał pies, krowa komuś zamruczała sennie a  kurki przebierając nóżkami, delikatnie nawoływały ko ko ko – próbując tym samym przekrzyczeć jurnego koguta Maciejowej.

Pochyliła się wchodząc poprzez niskie drzwi do kurnika.

Uderzył ją w nozdrza zapach kurzego fetoru. Wciągnęła go namiętnie do dolnych partii płuc, głęęboko – niczym inny najprzedniejsze, aromatyczne kadzidełka lub francuskie perfumy. Po zapachu odchodów poznawała czy kury mają się dobrze. Dziś jakby wyczuła, że coś je w nocy zaniepokoiło, jakby lekka przewaga, leciutkiej bieguneczki… hmm.

Szybko niczym Don Pedro z Krainy Deszczowców nadal pochylona, by nie tracić czasu na zbędne się prostowanie, zerknęła na boki po wszystkich trzech grzędach. Raz, dwa, trzy… pięć, sześć. Są. Wszystkie są. To co je kurdęsz? Pochyliła się jeszcze bardziej i swe sokole oko wbiła w utytłane klepisko. Jest tu nadmiar piór od jakiej rozróby? Nie. No to co jest do kurzej twarzy, co je zaniepokoiło tak, że srać zaczęły na potęgę?!
Przeniosła Pszoniowa koszyk spod prawego ramienia na swe lewe ramię i prawą dłonią wygrzebała zeń ziarna, by podsypać ciut swym pociechom:
- Cip, cip, cipeczki, cipuchny – zawołała.
Zbiegły się ochoczo wdzięczne kokoszki, balansując pięknie swymi kuperkami:
- Ko ko, ko, koko, koko.
Teraz na pozór spokojnie już Pszoniowa zaczęła grzebać w zagłębieniach sianka. Ciepłe, okrągłe, ukakane jajeczka, a niektóre z piórkiem delikatnym tym spod samej dupki, przywoływały na jej twarz szeroki uśmiech, jakiego żaden z chłopów już wywołać nie potrafił.
Koszyk szybciutko się zapełniał ale Pszoniowej to nie uspokoiło. Wyszła poprzez drzwi nadal pochylona, jeszcze niżej niż zazwyczaj, i obeszła powoli caluśki kurnik. Wtem, od strony lasu tam gdzie ino liście łopianu a w oborze małe wywietrzające okienka, cosik się zabłyszczało w plewach. Dwoma susami ruchem konika szachowego już była pomimo – a tam piękne, długie pióro jakby ino na nią czekało! A na jego końcu jakby packa na muchy śliczny, kolisty, rozszerzony kształt a w nim jakiesik oko w kilku kolorowych obręczach. Nigdy takiego wcześniej nie widziała.

Bo prosta była, prosto żyła, poza dom i obejście nie wyściubywała nosa. Pogłaskała tym piórem swój spierzchnięty od wiatru policzek, zmrużyła oczy, a delikatne muśnięcie sprawiło jej nie lada przyjemność. Znów zerknęła nań – piękne było. Odwinęła się i poczłapała szybko do domu. Koszyk z jajami postawiła byle jak na pniaczku obok pieca, by móc zająć się swym znalezionym piórem. Z namaszczeniem szukała teraz dla niego miejsca:
- Lustro? Eee nie, zbyt pospolite, moją gębę pokazuje a tu nie ma na co patrzeć – mruczała.
- Drzwi aby gości nim witać? .
- Obrazek nad łożem?
Wzrok jej padł w końcu na obrazek święty w kącie, co to wisiał tu na sznurku, od przedwojnia ady. Młoda, śliczna, jasnowłosa Matka Boska, skromne oczy spuszczone do dołu, niebieska zapaska okrywająca ją i dziecię; czarna, stara, sczerniała rama ino podkreślała bijący blask od kobiety. Uwielbiała ten obraz.
Szybko Pszoniowa stanęła na palcach i wsunęła weń swe znalezione dziś pióro, błękitne oko w czekoladowych otoczkach tylko dodało wyrazu i charakteru świętemu obrazowi:
- W imię Ojca, i Syna, i Ducha świętego… – Pszoniowa przeżegnała się, przestraszona tą nade udaną kompozycją

Słonko chyliło się ku zachodowi. Pszoniowa zagarnęła swe ukochane kury nazad do kurnika. Dzień się kończył i najwyższa pora była już udać się nie tylko im na spoczynek. Szybko ogarnęła wieczorne obowiązki w izbie a przed samym zalegnięciem w łożu przyklękła jeszcze kole świętego obrazka. Paciorek nie dłużył się dziś, bowiem co rusz zerkała ciekawie zamiast na śliczną Matkę Boską, na znalezione dopiero co piórko i bezgłośnie łkała. W łkaniu miała doświadczenie – cicho połykała słone łzy, by nie obudzić onego.

Taki ten jej dotychczas zasmarkany był los, że pomachał jej kole nosa światem i odleciał dalej, nie dając się nawet obejrzeć. Nie widziała i myślała, że nie zobaczy, nie doświadczy – że więcej nic ją już nie czeka. Za prosta była, za proste uczucia nią targały, za szczere i za naturalne. Nie umiała ich okiełznać. Nikt jej nie uczył. Nie mogła nikogo za to obwiniać.

A teraz gdy patrzyła na te delikatne, jakby jedwabne kosmki na piórku unoszące się wraz z falą ciepłego powietrza z pieca, serce jej biło jak oszalałe. Żar z paleniska dawał niepokojące błyski, mruczał cichą, kojącą, nostalgiczną melodię. Co rusz ostrym, złocistym, przechodzącym w czerwień starego wina i satynowej, wieczorowej sukni światłem odbijał się w taflach szkła. Błyski tańczyły w drzwiczkach starego kredensu, w zmatowiałym lustrze i szybce, za którą było płótno obrazu. Migoczące końcówki piórka plus te skaczące po izbie refleksy światła, dawały wrażenie, że Matka Boska na nią patrzy… Unosi delikatnie powieki, mruży oczy, jakby wcale nie łączyła się z nią w rozterce i rozpaczy.

Pszoniowej serce nagle całkiem zamarło i jak mantrę zaczęła klepać bezgłośnie paciorek, gdy dostrzegła delikatny, niezauważalny wręcz uśmiech świętej panienki, ledwo uniesione w górę kąciki ust, jakby Mony Lisy… Z pokorą pochyliła niżej głowę, bo zrozumiała „będzie dobrze, nie lękaj się córko”.

I było. Przecie zjawił się po nią daleki on, z jeszcze dalszego miasta kajsik wielkiego tak, że to nawet proboszcz z plebanii nie ogarniał rozumem…
Tymczasem syćko robiła z rozpędu, w zapamiętaniu od świtu do nocy nie zastanawiając się nad sobą ni sensem życia. Nie narzekała już, Pszonki lenistwo we krwi miały, ona jakby jedna wyrodzona bo to charakterna po ojcu, a nie po pyskatej matuli. Nierobotne to jej całe towarzystwo od pokoleń. Skaranie boskie z darmozjadami co to lewe ręce do roboty, na przyzbie ino siedzieć, cebulę żreć, w nosie grzebać i gdybać coby to trzeba. A roboty huk chcąc wszystko ogarnąć i nie wyjść na cepa. Bieluśkim wapnem przelecieć od pola dom, niebiesiutką cyrkonią spękane okiennice przetrzeć, złotą słomą poutykać dach by nie dej panie nakapało onemu na głowę, ni chlupło nic w oko. Tej samej, pachnącej, złotej słomy napchać w sienniki coby po łyćku nalewki zekcieli się byli przedrzemać…

No i mus wyrównać klepisko, zapaćkać musze paćki na powale, gary cynowe piachem wyszorować by błyszczały… ech a wygódka? Nie dość, że pajęczyn zatrzęsienie ale i gnojówki już tela pod deską – zaś wstyd.
- Tela roboty, tela roboty a ja jedna sama, samiusieńka jak palec. A co do gara, co? Cebulę dać? Czy rzemień gryźć? – gderała pod nosem, uklepując spracowanymi, drobnymi dłońmi wielkie, grube pierzyny co to je po matuli nieboścce jeszcze miała, co to jej już siódmy rok świeć panie nad jej duszą…
W złości wytrzepywała swe smutećki, pierza puchły coraz wyżej, ubrać je mus w bieluchne jak tu wszyćko płócienne poszwy co to je latem na lipcowym słonku bieliła i do dziś pachną onym słonkiem, latem, siankiem, koniczyną.

Wybielone też tedy koszule wyciągnąć sobie – uśmiechnęła się Pszoniowa pierwszy raz – sobie wyciągnie długą, płócienną, sztywną, bieluchną halkę. Na nią nasunie szeroką, haftowaną w polne kwiaty wełnianą, porządnie marszczoną, czerwoną spódnicę. Silnie zepnie w talii czarnym pasem mocno tak, mocno, że hej – bo je ady nadal mimo tela dziecek niczym młoda osa. Sobleknie jeszcze z szafy obcisły, maleńki, czerwony surducik ze złotą sznurówką, co to kas potem ledwo dociągnie na piersiach a one kształtne, jędrne, pełne, w kolorze morelowej brzoskwini wychynać się będą na świat niczym słoneczniki do słońca. Zawiesi nań wielkie, okrągłe, drewniane korale, złoty warkocz przerzuci przez ramię, malinowe usta zwilży… Uśmiechnie się i powie: dzień dobry kochanie.
Tak dawno Pszoniowa nie miała okazji podobać się komu, mus tą okazję wykorzystać jak tylko umie: gość w dom – Bóg w dom, kiejby i cebula na stole.

Tymczasem, skończywszy paciorek podeszła do łoża po cichu, wypatrując w ciemną noc swe jasne oczy. Jak zwykle nie mogąc znów zasnąć, szeroko otwarte omiatały w ciemności zarysy sprzętów w izbie. Równomierny oddech śpiącego, potęgował wrażenie samotności. A woda rytmicznie kapiąc spod umywalki wyznaczała bieg czasowi i jakby z każdą kroplą mówiła: jeszcze trochę a będzie twój kres.

Wzdrygła się i szybko poprawiła delikatnie chłopu pościel, by siennik nie zaskrzypiał zbyt mocno, odsunęła grubą, ze świeżych kaczych piór utrzepaną pierzynę i przykryła mu nogi. A potem już stając gołymi stopami na chłodnym klepisku, mocno wykrochmaloną, białą, nocną koszulę jedną ręką zgarnęła pod szyją drugą objęła nadmiar na biodrze, jakby ze wstydu przed światłem księżyca się chroniąc. Jakby księżyc oblewając ją całą, całym swym blaskiem nie był tylko światłem – czuła na sobie wzrok obcych, męskich, głodnych z pożądania spojrzeń.

Czuła, że nie jest tu sama.

Szybko podeszła cichym, zwinnym, kocim krokiem w kąt izby gdzie w rogu na sznurku, pod kątem czterdziestu pięciu stopni wisiało stare, owalne, w czarnej ramie, zmatowiałe ze starości lustro. Uniosła wzrok do góry i zobaczyła w delikatnym świetle odbicie kobiety. Lustro brało widok z góry i jakby patrząc z tej perspektywy widziała weń inną, obcą sobie osobę. Opuściła najpierw dłoń z dekoltu i koszula bezszelestnie rozsunęła się na boki ukazując jasną skórę, zarysy ramion i krągłych piersi. Po czym zabrała drugą rękę z bioder i jeszcze chwilę tak zamarła w stanie spoczynku, by po chwili jeden nieostrożny ruch spowodował opuszczenie koszuli z jednego ramienia. Stała tak czekając co dalej, oczekiwanie sprawiało jej przyjemność, uśmiechnęła się lubieżnie do siebie i zaczęła rozplatać swój warkocz. Gęste, jasne, konopielskie, pachnące rumiankiem włosy zdecydowanym, mocnym szarpnięciem głowy rozrzuciła na boki niczym siano na polu do schnięcia, a ten zdecydowany ruch ciała, sam z siebie, delikatnie pomógł opaść szerokiemu dekoltowi z drugiego ramienia…

Wstrzymała oddech na chwilę, po czym delikatnym kołysaniem pozwoliła opadać koszuli coraz niżej. Ta zatrzymana dotychczas na wzgórkach Pszoniowych piersi, pokonała i tę małą przeszkodę po czym skrzętnie skrywane przed światem, ujrzały światło… nocne. Pszoniowa z uwielbieniem obejrzała kształtny zarys swych jędrnych piersi, doskonale wyprofilowaną ich linię, wszystko jakby od cyrkla, linijki i ekierki, nabrzmiałe jak po użądleniu osy. Dotknęła z lubością swą brzoskwiniową skórę czując dreszcz nieznany jej, nieporównywalny z zimnem, gorącem, strachem czy bólem. Po czym ośmielona, zachęcona tym doznaniem powoli, z namaszczeniem poczęła opuszczać w dół koszulę spoczywającą dotychczas na jej wątłych biodrach.

Przez moment przestraszyła się sama siebie – oto ona, naga, bezpruderyjna, grzeszna, rozkoszna w swej śmiałości stoi tyłem do łoża, któremu ślubować winna miłość, wierność…

Światło odbijało się zaznaczając swym blaskiem jej kibić, tylko niektóre kontury z jej ciała – to było jakby rysowanie pierwotnego szkicu przez artystę, zaczynającego dopiero budować swój akt. Szybko wślizgnęła się do wspólnego łoża chcąc pozować nie tylko księżycowi, chcąc zatopić się nie tylko w lustrze, otulić nie tylko w blasku, chcąc zatrzymać te ulotne chwile na dłużej, na zawsze – popłynąć z nim i utonąć w nim. CONTINUE, PLEASE CONTINUE!
- Elżbieta Wolny

Grafika: Dave M.

2 Mój przyszedł do domu na czas i z sałatą

DziadekAntoni-300x228

Nie miała już sił zmagać się z brzemieniem obcego jej, coraz bardziej ciążącego świata. Wtulała zatem coraz mocniej swe trzewia w swą puchową pierzynę i… nowy koc. Spała. Spała snem o leśnych duktach, wśród drzewnych ścieżkach, chrzęście ściółki, trzasku zeschniętych liści – zapachu mokrej ziemi. A tymczasem patataj, coraz bardziej grzęzła w zmurszałe powietrze matczynej pierzyny. A ono pochłaniało niczym niezgorsze bagno, stąd nie reagowała już nawet na zaczepki, by wyjść spod niej chociaż na chwilkę. Pozorne ciepło zniewalało, otulało, wciągało w bezpieczny letarg, w narkotyczny sen.

Tkwiła w nim niczym w tunelu bezcłowym Mojżesza. Nie słyszała nic i nikogo, oprócz jednostajnego, mantrycznego, delirycznego szu szu. Nie widziała nic oprócz z czterech stron świata pięknych, jednolicie zmrożonych na kształt betonu ścian ze szklanej wody. Nie narzekała. Leniwie od czasu do czasu podchodziła do małego okienka, by sprawdzić, że… nadal nic nie widzi oprócz wielkiej ilości wodnych rozbryzgów. Podobała jej się ta wata szklana za oknem. Opatulała dom, była szczelnie dźwiękoszczelna, zagłuszała przewspaniale pytania i myśli. Pozwalała na przykład nie wiedzieć, że wypadałoby wyjść – do ludzi.

Więc leżała sobie na przypiecku gmerając każdym palcem pod swoją puchową pierzyną, to spała, to budziła się, by znów na chwilę zasnąć i śnić. Kolorowe wielkometrażowe sny, panoramiczne baju baj wypełniały całą jej izbę, cały jej maleńki świat, narkotycznie uzależniając. Czasami tylko, częściej niż czasami, jakby z oddali dochodziły do niej złowieszcze nawoływania:
- A chodźże, chodź, wstawaj, ile spać będziesz.
Czasami rozbudzona, wstawała wtedy niechętnie, zerkała przez zamglone okienko niby nadstawiając ucha by skupić się na kierowanych doń słowach lecz przyjemne szu szu szybko ją znów usypiało – nie chciało jej się wysilać by wyjść. Ziewając wracała na przypiecek, by tam znów zalegnąć i czekać – na kolejny sen.

Tymczasem czekanie przedłużało się. Faza snu skracana do krótkich, coraz krótszych niespodziewanych, niekontrolowanych, o nieprawdopodobnych porach emisji zajawek. Doświadczyła cierpienia odstawienia. Fantomowy ból za serialem w odcinkach klasy B. Nawet nie komedia. Farsa. A wszystko dlatego, że nie doświadczyła telewizora. Tak naprawdę chyba nawet nie wiedziała dotychczas co to telewizor…

Zatem mijały tak długie dni i miesiące, mijały lata. Pory roku zmieniały się, lecz ona i tak nie zauważała nic, nie zauważała się, swych bolączek, swych spraw, tkwiąc jak zduszony pęcherzyk powietrza w zamrożonym bezlitośnie soplu obserwowała tylko to, co podawał jej pryzmat wprost w dno oka, dozując niczym kroplówką, kroplomierzem – kap, kap narkotyk. I znów sen.

Do czasu.

Aż pewnego dnia deszcz ustał tak samo nagle jak nagle i nieoczekiwanie się pojawił. Ucichło szemrzące szu szu, szyby obeschły wpuszczając promienie słońca i poczuła zaduch w izbie, zapach stęchlizny. Zobaczyła kurz na jarmarcznych wszechobecnych świecidełkach, odpryski kolorowych drucików, blaszanych kogucików… tandetę. Aż ją wzdrygnęło i zemdliło, mdła atmosfera lepiła się w powietrzu, słodycz kapała, była lepka, brudna, fałszywie skromna.

Bowiem zdarzyło się tak, że zbudziło ją przeszywające w stopy zimno. Co je kurdęsz? Otworzyła ile mogła swe ołowiem zasklepione lewe oko i zauważywszy brak swojej pierzyny, poderwała się na równe nogi – co było oksymoronem rzecz jasna. Z otwartego na oścież okienka wiał przeraźliwy ziąb. Wychyliwszy się wprawnie, przez lata wypraktykowanym parapetowym haftem, ujrzała jeszcze tylko jakąś niknącą za rogiem chałupy, i w biegu porzucającą jej pierzynę postać. O KYPBA! Kląc ile sił, ile tylko świętej pamięci matula zdołała w nią wtłoczyć obelżywych słówek, poczłapała mocno ziewając po oną. Po czym zaszła jeszcze ciężko oddychając zamiast od razu do łóża, pod stół, gdzie leżał… liść sałaty! Z lekceważeniem, nie zastanawiając się zbytnio nad tym jakież to wiatry przywiodły ów liść akurat do niej, i nie zdążywszy się nawet przyjrzeć po raz pierwszy w dziennym świetle jego młodej zieleni, szybko wsunęła do ust.

Zachrzęściło ze dwa razy, po czym ponownie okutawszy się we wzruszane dopiero co pierze zasnęła – szła boso po rosie. Mokra, poranna trawa chłodziła jej zmęczone, bose stopy. Czuła nimi nierówności terenu, drobne kamyczki, kawałki gałązek, igliwie. Powoli, delikatnie stawiała swe kroki. Wzrok utkwiła w soczystej zieleni trawy, z której  bystre oczy wyławiały rozchylające się po nocy pyszne kielichy kwiatów. Widok tak niezwykle rzadko spotykany na wyjałowionej pustyni. Pustynia jest bowiem wymagającą matką, tylko nielicznym roślinkom, nie wiedzieć czemu pozwala wybujać jak tu – niczym w oazie.
Zatrzymała się i spojrzała w górę: po prawej wielka, złota kula wynurzała się już zza horyzontu zlewając w jedność ze złotem pustyni. Gdzieś w oddali zahuczał ptak, być może udający się po nocnych łowach na spoczynek. Zniechęcona trudami podróży ciężko westchnęła, po czym podwinęła brzeg sukienki jedną ręką i usiadła na ziemi. Zgrabiałymi z zimna dłońmi rozcierała swe utrudzone nogi. Czuła jak krew powoli, niczym gorąca woda z czajnika, buzuje coraz wyżej i wyżej, wciąż w górę i ogrzewa… było jej dobrze. Na tym odludziu, pustkowiu ludzkiej pustyni czuła się nader bezpiecznie. Położyła się więc znużona, obróciła na bok i zadowolona… usnęła.

Wtem, obudził ją potężny ziąb. Tym razem natychmiast otworzyła oba oka wpatrując tylko przez ułamek sekundy, w wysoko już za okienkiem słonko. O KYPBA! Kląc ile sił, ile tylko świętej pamięci matula zdołała w nią wtłoczyć obelżywych słówek, poleciała tym razem, nader mocno wkurwiona do okna. Ta sama zwinna postać kryła się już za rogiem chałupy… z jej pierzyną! Ewidentnie nie chodziło o nowy koc, tylko starą pierzynę! Gdyby miała schody w domu, zbiegłaby w dół, co dwa, nie co trzy, co cztery stopnie, ale nie, zatem na zakręcie zrobiła jedynie sprawny nur i… niestety. Postaci nie było, była za to porzucona pierzyna, a po powrocie na stole – dwa liście sałaty! Wgryzła się w nie, obiecując siarczyście „niech no cię tylko KYPBA dorwę, a odgryzę tętnicę, że nie wstaniesz!”. Po czym z trudem uspokajając swe wybujałe zazbytnio tętno, wsunęła się ponownie w swe łoże, rzecz jasna ze swoją przewietrzoną z lekka pierzyną, zapadając ponownie w sen.

Tym razem śnił jej się szklany dom, kruchy dom, bez podstawy, podwalin, opoki. Który jak poduszkowiec wznosił się pół metra nad ziemią. Ktoś bez twarzy wołał do niej, kiwał ręką i zapraszał do wnętrza. Ona zmęczona do granic przytomności próbowała przypomnieć sobie jego imię. I nie mogła. Te próby bardzo bolały. Cierpiała. Chciała przestać myśleć i nie mogła. Nagle ktoś znalazł się tuż przy niej, i  potrząsając ją mocno za ramię zawołał:
- Nic ci nie jest? Hej, obudź się! Nie śpij, co ci jest?
Zbudzona otworzyła oczy i zobaczyła po raz pierwszy jego twarz tuż nad sobą. Przestraszona zerwała się na równe nogi i odskakując na bok krzyknęła:
- Zostaw mnie! Czemu pytasz, zostaw!
Mokra od rosy sukienka lepiła się do jej ciała, mokre kosmyki włosów niepokojąco zakrywały twarz, oczy błyszczały z wściekłości i głos się łamał, gdy coraz ciszej prosiła:
- Zostaw mnie…
W końcu jej słowa na równi z łzami uwięzły w połach jego kraciastej koszuli i tam zostały, wpite niczym deszcz w rozgrzany piach. Czując przyjemne ciepło ogrzewające jej twarz, i tuląc się do tego kraciastego ciepła na wskroś męskiej koszuli, poczuła znów mocne szarpnięcie.

Pierzyna! Saltem mortalle zrobiła natychmiast skok. Buhahaha! Przed nią stał on, złapała go! W jednej ręce dzierżył ściągniętą co dopiero z jej nóg pierzynę, w drugiej trzy liście zielonej sałaty. Jej nozdrza mimochodem same się rozszerzyły niczym chrap młodej koniny – przecierając przy tym rozpalone z emocji policzki swym przydługim rękawem, zaskoczona stała tak, jakby podniecona skarceniem za wybryk, nie wiedząc co począć… Po czym niepewnie wyszła za nim sama, nieśmiało i powoli wyszła z mroku, wyszła aż za próg izby – słońce niemalże oślepiło ją swym czystym blaskiem. Wciągnęła szeroko rozwartymi ze zdziwienia nozdrzami stuprocentowy, chłodny tlen, daleki zapach sosen, podeszczową, dziewiczą czystość mokrej ziemi i z wszystkich stron przyjemne trele poburzowych, radosnych ptaków:
- Król jest nagi!!!

Przebudzenia w swej istocie są na ogół brutalne. Dźwięk budzika nie może być jednostajnie, delikatnie łagodny. Niczym nawoływania zza rzeki byłby niesłyszalny, nieskuteczny, spychany w zakamarki jaźni pozwalałby nadal tkwić w swym drzemaniu. A tu życie czeka! A swe życie jak byka, trza brać za rogi i dźgnąć szpicrutą po grzbiecie, ostrogami w bok pod żebra mocno przytrzymać, aż do krwi, mięśniami nóg przydusić by utrzymać się na powierzchni i nie odpaść. Czerwoną płachtą po oczach majtnąć i wyszczerzając zęby niczym Hannibal Lecter w  „Milczeniu owiec” spojrzeć prosto w pysk swymi wybałuszonymi, nabrzmiałymi krwią od wysiłku oczami, po czym nieludzko zawyć mu do ucha: OTO JA! JESTEM!!!
I na glebę, kolanem w tętnicę.
I nie puszczać pochwyconego…
I karmić jak gupika w akwarium, doglądać. Wstrętne wrrr jakkolwiek by go nie nazwał Antony de Mello: śmierć budzikom, kukuryku lub ble, ble wyrywa pożytecznie ze śpiączki, ściąga duszącą pierzynę i daje kopa na wypad. Pszoniowa przeciągnęła się aż zatrzeszczało w jej starych kosteczkach:
- A żem se pospała, aż wstyd. Inni dawno w polu, a ja kas? W lesie babo, w lesie!

Toż taki co potrafi pochwycić, okiełznać niewidzialne czyż nie jest stworzony, by poskramiać dzikie konie? Stado tarpanów o lśniących miodem, brązem świeżego kasztana sierściach, rozwianych grzywach, rozedrganych charpach, takie stado to splendor, stabilizacja, bezpieczeństwo, siła, obietnica rozwoju, kasa na życie. Czyż kowboj stworzony jest do pilnowania owiec, które nawet niezbyt rozgarnięty juhas pozostawia swojemu kundlowi sam leżąc pod gruszą odłogiem? To marnotrawienie czasu i energii, by pokonać co rusz dystans pomiędzy jednym stadem a drugim, zajeżdżanie swego rumaka, rozwlekanie ramy niczym lepkiej gumy arabskiej w nieskończoność. Licząc na wełniane przędziorki, dziergane na starość skarpety, sweterki do serka, nie zauważy nawet, gdy Araby czystej krwi rozbiegną się dając pochwycić sprytniejszemu, jemu pozostawiając li tylko, wciąż głodne mole.

I rozbiegają, a tu nadal patataj, patataj jedzie sobie w miasto kowboj na swym rumaku niczym Don Kichot w przebraniu karnawałowym z Tesco pogwizdując niespiesznie, a obok dzyn, dzyn, dzyn i beee, beee, beee… owieczki, które lassem ze zgrabnie skręconych słów, pochwycił niczym rozpełzającą się nisko mgłę. Po czym jeszcze zgrabniej utoczył z niej najmniejszy segment bałwana i niczym kulę z waty cukrowej umieścił w słoiku szczelnie zakręcając wieko. Tylko pozornie dobrze tam, przytulnie i bezpiecznie, bo nie znając kierunku marszruty nikt nie wychyla się, a szklana granica co rusz guzem przypomina, że o jeden krok za daleko…

Tak gderając szepnęła cichutko „jak dobrze, że mój przyszedł na czas i z sałatą!”. Po czym już szybciutko wciągnęła na się kwiecistą, malowaną w wielkie maki kieckę, wypięła ponętnie dekolt, przewiązała spłowiałe włosy zwiewną chusteczką, jeszcze tylko obuła na chude nogi drewniane chodaki i zwilżając nerwowo swe usta zamknęła porządnie na skobel drzwi swej chałupki. Tylko se zajdzie jeszcze do komórki z serduszkiem, a potem już mus szybko iść i iść. Iść. I jakoś załagodzić te długie miesiące gdy musiał nań czekać.Ochrypł pewnie od tych pokrzykiwań, oślepł pewnie od wypatrywań… Ady jakoś się wytłumaczy. Pierwszy to raz i ostatni, to musi na pewno zrozumie.

Tymczasem na horyzoncie opary mgły zdusiły się nisko nad ziemią. Niewątpliwie to koniec pory deszczowej i zapowiada się diametralna poprawa pogody. Chmury  zatoczyły krąg niczym pies przed drzemką, po czym odeszły majestatycznie w siną dal wesoło merdając ogonkiem, by już gdzie indzie swą porą deszczową, skupiać bijące w letargu o glebę pokłony. Jeszcze tylko kilka razy zagrzmi i ucichnie. Zaiste – Elżbieta Wolny

Góry mojego życia

P1020203

Nie, to nie jest wstęp do kolejnego Myślaka, a jeśli już, to nie mojego, a autora książki pod tym właśnie tytułem. Książki, którą znalazłam… pod choinką. Od syna – jak on mnie zna. Już po tytule, już  po lekturze samego wstępu, wiem na pewno, że będzie znów ulubioną.  Bo jak to było? Cudownie gdy w cudzych literach można odnaleźć siebie, swoje wspomnienia, swoje przemyślenia, swój czas… I właśnie czytając ją, siedzę teraz w wyimaginowanym oknie i oprócz bożonarodzeniowego deszczu widzę siebie, po raz kolejny maszerującą w stronę zarysu gór…