cam
Chaco Canyon leży w miejscu, które zwane jest popularnie “Cztery kąty”, gdyż tu łączą się z sobą granice czterech stanów: Arizony, Nowego Meksyku, Kolorado i Utah. To także jedno z najbardziej intrygujących miejsc Ameryki. Ludzi którzy żyli tam tysiąc lat temu, zwano Anasazi. Stworzyli oni niezwykle wyrafinowaną kulturę, by następnie, jakieś 800 lat temu, w tajemniczych okolicznościach, zniknąć bez śladu. Chaco Canyon już na pierwszy rzut oka sprawia niezwykłe wrażenie; jest to dolina rzeki San Juan, otoczona stromymi skalnymi klifami. Najpiękniejsza podobno jest o świcie, gdy skały w porannej zorzy przybierają różowy kolor. Kanion ma półtorej kilometra szerokości i jest na 30 km długi. Od lat jest turystyczną atrakcją, nie tylko przez swoje naturalne piękno. Chaco Canyon był tysiąc lat temu centrum burzliwie rozwijającej się kultury Indian Anasazi, kultury niezwykle hermetycznej i tajemniczej, o której wciąż niewiele wiadomo. Na terenie kanionu bez przerwy pracuje ponad 60 archeologów, którzy starają się zabezpieczyć najstarsze materialne zabytki znalezione na kontynencie północnoamerykańskim.

Do Chaco Canyon przyjeżdża rocznie ok. 20 tys. turystów, z czego dużą część stanowią Europejczycy, których nie zrażają surowe warunki jakie zastają na mejscu. Nie położono tam jeszcze asfaltu i do kanionu prowadzi szutrowa droga a samo miejsce nie ma wygód jakie znaleźć można przy innych amerykańskich turystycznych atrakcjach. Część kanionu przeznaczona do zwiedzania jest niewielka - trudno jest się tam poruszać w górzystym i niebezpiecznym krajobrazie, oraz aby nie zniszczyć do końca starożytnych ruin, mocno nadszarpniętych pracą pseudoarcheologów na początku XX wieku, kiedy świat zachwycił się ceramiką Anasazi. A ceramika ta jest niezwykłej urody. Niezwykle oryginalna w ornamentach, które trudno porównać do jakiejkolwiek innej kultury. Anasazi nie znali koła, więc wyplatali koszyki, które oblepiali gliną i wypalali w piecach. Każde ich naczynie, nawet to codziennego użytku miało swe znaczenie liturgiczne, poprzez glinę jaką używano do ich wyrobu. Wierzyli oni, że jest to święta cząstka Matki Ziemi i naczynia mogły robić tylko kobiety! Obecnie wszelkie wykopaliska zostały bezterminowo wstrzymane aż do momentu wynalezienie technologii, która umożliwi kopanie bez ryzyka zniszczenia tego co znajduje się na powierzchni, co w praktyce oznacza nigdy.
Osada w Chaco Canyon rozwijała się w sposób stopniowy. Najstarsze budynki wciąż stoją w centrum doliny na płaskim, łatwo dostępnym terenie, ale z czasem osada ta cofała się coraz bliżej stromych klifów, by w końcu wspiąć się na ich ściany, gdzie Indianie budowali swe domy tak jak jaskółki, które przyklejają swoje gniazda do skał. Pierwsze domy wkopywano do połowy w ziemię, następnie budowano ich ściany z precyzyjnie dociętych kawałków skały a jako zaprawy murarskiej używano gliny. Całość znów oblepiano gliną. Konstrukcja ta zapewniała chłód w czasie upalnego dnia i ciepło podczas chłodnej nocy. Klimat w Nowym Meksyku nie należy bowiem do najprzyjemniejszych, bo po 40 stopniowym upale w ciągu dnia, temperatura spada do zaledwie 5 Cº w nocy, a przymrozki notuje się tam, aż 120 dni w roku. Poza tym, budowla ta była niezwykle solidna, dlatego przetrwała do dziś.

Nie wiemy jak nazywali Anasazi siebie samych, bo imię nadali im Navajowie, którzy wraz z Apaczami pojawili się na tych terenach po tysięcznym roku. To oni byli przyczyną tego, że Anasazi zaczęli fortyfikować swoje siedziby. Navajowie i Apacze to krwiożercze plemiona i nigdy nie zostawili w spokoju Anasazi, którzy nota bene też do potulnych baranków nie należeli. Mimo to, pomiędzy indiańskimi plemionami istniała kulturowa przepaść. Navajowie byli prymitywni, żyli w namiotach, jedli mięso - nierzadko ludzkie. Anasazi z kolei byli w większości wegetarianami, mieli skomplikowany system wierzeń religijnych i niezwykle precyzyjny kalendarz kosmiczny, który zdumiewa do dziś. Na swą główną siedzibę wybrali oni Chaco Canyon, bo wierzyli że właśnie tu znajduje się połączenie pomiędzy światem podziemnym, niebiańskim i ludzkim. W czasach największej świetności w osadzie żyło ok. 5 tys. Indian. Anasazi prowadzili ożywioną wymianę handlową z sąsiadami docierając aż do Pacyfiku i handlując także z Aztekami. Niesłychanie intensywnie rozwinęli całą agrokulturę w miejscu w którym żyli, sadząc głównie fasolę, cukinię i kukurydzę. Budowali retencyjne zbiorniki wodne, gdzie zbierała się woda deszczowa, budowali też kanały nawadniające, a w swoich domach mieli pomieszczenia, które dziś nazwalibyśmy lodówkami. W przemyślny sposób zbudowane warstwy izolacyjne i wentylacja, sprawiały, że przechowywane tam jedzenie długo zachowywało świeżość.

Przez jakiś czas myślano, że to właśnie nieustanne ataki Navajów i Apaczów były przyczyną tego, że w ok. XIII w. Anasazi spakowali się i rozpłynęli bez śladu na pustkowiach Nowego Meksyku. Ale dziś raczej jest pewnym, że prawdziwą przyczyną była trwająca przez 40 lat susza. Anasazi byli ludźmi o niezwykłych możliwościach adaptacyjnych i kiedy doszli do wniosku, że życie w Chaco Canyon nie ma już dalszego sensu, stopniowo wtapiali się we wspólnoty plemienne Indian Zuni i Hopi kończąc tym samym istnienie wyrafinowanej kultury Anasazi, która pozostawiła po sobie jeszcze coś. Na skałach jest masa petroglifów, przedstawiających sceny z ich życia, a także mapy astronomiczne. Jeden z takich petroglifów przedstawia krwiożerczo wyglądającą istotę o wielkich stopach… Czyżby to Wendigo, Yeti, Bigfoot? Może jednak za szybko wkładamy go pomiędzy legendy? - cam
www.nowaatlantyda.com
Zobacz również:
- Wiosna Bigfoota
W operze nie tylko duch, ale i zapach kurzu na scenach stęchniętych desek, spłowiałe ze starości kotary, zbutwiałe przybrania obok kandelabrów i stukot oparcia od wysiedzianych już przez lata krzeseł. Światło to nie tylko życie, obraz i pozytywne wrażenia. Bo nawet przy delikatnym blasku świec, dostrzegasz wszelkie niedociągnięcia, nieudanej niestety scenerii. Odrapane freski, odpryski na złoceniach klamek, nieudolnie wykonaną makatę starej kamienicy - tandetną brzydotę tego miejsca. Lecz nagle zdajesz sobie sprawę, że chyba światło przygasa. Zazwyczaj nie zauważa się tego pierwszego momentu a zrozumienie łapie się w chwili, gdy na sali panuje już zdecydowany półcień. Teraz poprawiasz się szybko na siedzeniu, czekając nerwowo na pierwszy dźwięk.
Ciemność choć oko wykol.
I oto jest!
Z ciszy wyłania się spokojny głos “Ave Maria…”. Lasery świateł padają na postać kobiety na scenie, krzyżują się, migoczą, rozbłyskują światłem miliona gwiazd. Coraz mocniejszy dźwięk wibruje po sali, która przeszła metamorfozę. Rykoszetem odbija się od cudownie na złoto oświetlonych ścian, od przemile mięciutkiego puchu kotar, od prześlicznie świecących żyrandoli. Mimochodem wynurza na powierzchnię misternie sztukowane freski - jesteś tylko ty, on i magia tego miejsca. Niczym membrana odbierasz koncert całą swą skórą, chłoniesz, pożerasz, zasysasz. Kroplówka działa - za chwilę dowiesz się, że jesteś muzyką… - ew
MonsieurLaPadite
Jeżeli ogląda się w telewizji program na temat sposobu życia nielicznych plemion, którzy gardzą cywilizacją, jest to tak jakby oglądało się coś, co być może jeszcze istnieje, ale jest to gdzieś bardzo daleko, tak bardzo daleko, że prawie jest to fikcją. Dla mnie osobiście jednodniowy pobyt w tej wiosce, pośród tych ludzi, bardzo gościnnych, był jakby nierealny, nierzeczywisty, niedorzeczny, absurdalny. Tymczasem ta wioska istnieje naprawdę, i to w odległości ok 45 min. samochodem od bardzo nowoczesnej Panama City.



Ważniejsze plemiona Panamy to: Kuna, Embera, Choco, Bribri oraz Bugle. Plemię Embera zamieszkuje lasy tropikalne Darien, na wschód i północ od Panama City. Embera są bardzo gościnni i otwarci dla turystów, ponieważ zapewnia im to dochód ze sprzedaży rękodzielnictwa, oraz przewodnicy po lasach tropikalnych są przecież opłacani. Rząd Panamy odebrał im prawo do polowania na zwierzynę, więc pozostało im tylko rybołówstwo oraz uprawa. Podejrzewam, że oni zajmują się nadal polowaniem, tylko, że teraz nazywa się to kłusownictwo.



Gdy dopłynęliśmy do tej wioski po półgodzinnej przejażdżce po rzece Chagres w pirodze - lecz już napędzanej motorem spalinowym - wyszły do nas na powitanie kobiety i dzieci, podając nam ręce i zapraszając nas do wielkiej sali, gdzie na powitanie wygłosił nam mowę powitalną jeden z mężczyzn Embera.



Później podano nam posiłek - pieczony kawałek kury i chrupkie plantany na liściu palmy. Było to całkiem smaczne, w każdym bądź razie spożyłem ten posiłek, będąc prawdopodobnie pod wpływem szoku.


Następnie Emberowie zademonstrowali nam ich tańce, po czym zaprosili nas, aby się przespacerować po ich wiosce. Dopiero na koniec naszej wizyty wódz plemienia zaszczycił nas swoją obecnością. Podziękował nam za nasze odwiedziny i zaprosił na ponowne. Nawet zdjęcia pamiątkowe pozwolił sobie popstrykać kompletnie oszołomionym i zwariowanym turystom.

Wydaje mi się, że oni są do tych widoków przyzwyczajeni, ponieważ patrzą z wielkim pobłażaniem na tych rozhisteryzowanych gości z aparatami fotograficznymi.


Całe to przeżycie jest tak niewiarygodne i bajeczne, że aż naprawdę trudno jest w to uwierzyć, pewna para z Toronto w rozmowie ze mną powiedziała, że to jest pic na wodę, że to jest tylko tak zorganizowane pod turystów, więc ja poszedłem do naszego przewodnika pogadać sobie na ten temat. Nasz przewodnik potwierdził mi, że oni tak naprawdę mieszkają tylko, że na co dzień, nie chodzą w świątecznych strojach. Wracam więc do moich niedowiarków i mówię to co usłyszałem od przewodnika, na co padła odpowiedź tej pani:
- A co on ma powiedzieć innego nam, turystom?

Ta kobieta naprawdę powróciła z tej wycieczki z przekonaniem, że była w jakimś skansenie, gdzie pracują ludzie przebrani za plemieńców, po czym po skończonym dniu pracy wsiadają na ukryty w krzakach odrzutowy skuter wodny i wracają do swoich luksusowych apartamentów w panamskich drapaczach chmur.
fot. MonsieurLaPadite Panama
fot. MonsieurLaPadite Panama


Modlitwa Pana Cogito - podróżnika
Panie dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
a także za to że pozwoliłeś mi w niewysłowionej dobroci Twojej
być w miejscach które nie były miejscami mojej codziennej udręki
- że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni
i spiż rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie
a mały osioł na wyspie Korkyra
śpiewał mi ze swoich niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu
i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych i rozumnych
natura powtarzała swoje mądre tautologie:
las był lasem morze morzem skała skałą gwiazdy krążyły i było jak być powinno
- Iovis omnia plena - wybacz - że myślałem tylko o sobie
gdy życie innych okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie
jak wielki astrologiczny zegar u świętego Piotra w Beauvais
że byłem leniwy roztargniony zbyt ostrożny w labiryntach i grotach
a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron o szczęście ludów podbitych
i oglądałem tylko wschody księżyca i muzea
- dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły mi cząstki swojej tajemnicy
i w wielkiej zarozumiałości pomyślałem
że Ducio van Eyck Bellini malowali także dla mnie
a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
cierpliwie odrywał przede mną okaleczone ciało
- proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka
który nie proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu
na spalonej słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa
a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach
za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła
żeby w nocy zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona
zapaloną lampę aby światła ziemi pozdrawiały się
a także tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę i mówili kato kyrie kato
i żebyś miał w swej opiece Mamę ze Spoleto Spiridiona z Paxos
dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie z opresji
a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł mnie do Wielkiego Kanionu
który jest jak sto tysięcy katedr zwróconych glową w dół
- pozwól o Panie abym nie myślał o moich wodnistookich szarych niemądrych prześladowcach
kiedy słońce schodzi w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane
żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia
a nade wszystko żebym był pokorny
to znaczy ten który pragnie źródła
dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny
a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony
na zawsze i bez wybaczenia
Zbigniew Herbert
Psi Ząb
Na samym końcu Indii, nad Oceanem Indyjskim leży urocza miejscowość Kovalam Beach. Nie pomińcie jej w swoich wędrówkach. Ale koniecznie zamieszkajcie nad oceanem, w hotelikach odległych od brzegu około 50 metrów. Załóżmy, że nie nadejdzie tsunami.

Tak właśnie sobie mieszkałem. Na lancz chodziłem do pobliskiej restauracji o dźwięcznej nazwie Milky Way. Gdy przyszedłem pierwszy raz, po drodze spotkałem pewnego Amerykanina z młodą kobietą z dzieckiem na ręku i dziewczyną kilkunastoletnią o dość czarnej karnacji. Ta starsza była Hinduską ale białą. W indyjskich rodzinach często się takie wypadki zdarzają, co dla czarnej dziewczyny może być tragedią, gdyż nikt takiej nie chce za żonę wziąć, chociaż była piękna. Od razu się z nimi zaprzyjaźniłem. Zresztą szliśmy w tym samym kierunku do Milky Way. Przy kasie zamówiłem ryż i jarzyny, po czym kazano mi usiąść i czekać. Za chwilę kelner podał mi na liściu banana ryż, jarzyny i coś, co oni nazywają dosa masala, czyli przyprawa. Zajadałem z apetytem, jako jedyne gotowane jadło w tym dniu. Przy sąsiednim stoliku robiła to samo ta rodzina amerykańsko - indyjska, z którą wymieniałem uśmiechy i zdawkowe halo na ulicy.
Po zjedzeniu wyszedłem, zapomniawszy oczywiście widelca. Ponieważ miałem taki zwyczaj zapominania sztućców, dlatego zawsze w samolocie chowałem sobie plastykowe widelce, aby mieć na zapas. Przy okazji informuję, że w indyjskich restauracjach typu Milky Way nie podają sztućców, gdyż w Indiach je się palcami prawej ręki. Wszyscy wiedzą, że lewa ręka służy do podmywania. To informacja dla tych, co wybierają się do Kathmandu.
Na drugi dzień znowu się spotkaliśmy. Z tym, że od progu powitał mnie groźny wzrok kelnera, takiego 6-cio letniego chłopca, bo tacy są tam kelnerzy. Nie wiedziałem o co mu chodzi, więc powiedziałem tylko halo, sir, ale on tylko zmierzył mnie złowrogim spojrzeniem. Za chwilę miałem się dowiedzieć. Na stół wjechał liść bananowy i wtedy zostałem uświadomiony. “Wczoraj zostawiłeś liść na stole, zamiast wrzucić go do kosza” powiedział kelner, pokazując palcem kosz. Zarumieniłem się i odrzekłem sorry, sir. Pokręcił głową potwierdzająco. Oczywiście pokręcenie głową znaczy “tak” a nie “nie”, pozwalam sobie zauważyć, dla nowicjuszy. Przy sąsiednim stole rodzina amerykańsko - indyjska uśmiechała się ukradkiem, kryjąc radosne ubawienie moją reprymendą, jaką otrzymałem.
fot. Psi Ząb Indie
www.kazir.blog.onet.pl
wieslawcz
Po przyjeździe z Gliwic do Wyszkowa, byłem łakomy dzikiej przyrody. Bardzo często wędrowałem po okolicznych łąkach, lasach, byłem nad wodą. Udało się więc zobaczyć wiele ciekawych obrazków.
Norkę dopadłem nad Bugiem w Gulczewie. Zauważyłem jak wbiegała pod dawno ścięty pień. Sądziłem, że ją tam zobaczę. Wewnątrz było jednak ciemno i pusto. Wyznaczyłem sobie limit czasu na „warowanie”, ustawiłem statyw i… czekam. Wyczekałem przed jej ukryciem, w miarę cicho i spokojnie. Minęło jakieś 40 minut i pokazała się ciekawa mordka z bystrymi oczkami. Moment i gna toto, gdzieś po wysokiej trawie na otwartą przestrzeń, a zrobila to tak szybko, że nawet mając ustawiony obiektyw na wyjście z nory nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Zastanowiło mnie wtedy, że zwierze, w czasie pogoni i jedzenia, nie zwracało na mnie uwagi. Widocznie bardzo była głodna lub osłabiona.
Znikła w poskręcanej, uschniętej plątaninie zielonych i żółtych zarośli. Pobiegłem więc z aparatem za uciekającym futrem i zobaczyłem wreszcie, że jest to chyba norka. Miała przeciętą skórę na karku, jakby wpadła w sidła i zdołała się z nich wyzwolić. Sierść wokół rany była wylizana i mokra. Nagle z gęstej trawy wylazł mój uciekinier. W pysku coś trzymał: - żabę? Zaczął to obgryzać, a ja fotografować. Było już dość ciemno, pomagałem więc sobie lampą błyskową, ale tą na aparacie. Niewiele to dało, ale może coś się udało sfotografować? Film się kończył, a norka nadal coś obdzierała ze skóry i z apetytem zjadała. To jednak żaba.
Koniec filmu. Koniec niepokojenia zwierzaka. W domu wyczytałem w encyklopedii, że to m.in.norki mają ciekawy sposób robienia zapasów. Okazuje się, norka biegła z nory do spiżarni. W trawie leżała schowana żaba. Żeby mięso się nie zepsuło, upolowana wcześniej żaba została inwalidą. Norka przegryzła jej kręgosłup i w ten sposób unieruchomioną, ale żywą zdobycz, schowała w głęboko w trawie. Przyszła pora posiłku, a jak on wyglądał widać na załączonych, dość niestety marnych, zdjęciach. Tylko tyle udało się uratować z całej rolki filmu, zobacz wszystkie -> www.owyszkowie.blox.pl

fot. Wiesław Czapski
Wojciech Śliwiński
Już w 1883 roku w Krakowie niejaki Józef Rostafiński opublikował niewielką broszurkę pt. „Jechać czy nie jechać w Tatry”. Pytanie aktualne do dziś. Przed 120 laty, autor broszury, który nie przepadał za góralami, starał się zrobić wszystko, aby skutecznie odstraszyć potencjalnych turystów.

I zaiste, trudno się z tym nie zgodzić - pytanie bowiem jest nadal aktualne, a może nawet bardziej niż kiedyś… Po ponad 400-letniej historii, miasto wciąż pozostaje jakby niezrealizowane, a bezradność kolejnych ekip rządzących jest wręcz legendarna. Tymczasem Zakopane „tonie” w powodzi nadmiernej deweloperskiej zabudowy, braku sensownych rozwiązań komunikacyjnych oraz kuriozalnego zanieczyszczenia!
Pisał niegdyś w swych listach wielki prześmiewca Makuszyński, a zarazem doskonały obserwator: Zakopane posiada jeden teatr, nigdy nieczynny, lecz stojący na wysokim poziomie, słynny kinematograf i cztery dancingi, elektrownię, tak dowcipnie urządzoną, że światło gaśnie co pół godziny, poza tym pomnik Jagiełły i rzecz w Zakopanem najpotrzebniejszą – cmentarz. Urok pobytu w Zakopanem na tym polega, że chodzi się tam zawsze pod górę i gdyby na olimpiadzie dopuszczono sztukę przejścia w zimie przez ulicę w Zakopanem bez wybicia sobie siedmiu przednich zębów, uzyskalibyśmy rekord świata.
Słynnemu kurortowi oprócz braku (w dalszym ciągu) bezstresowego dojazdu z Krakowa (samochód, kolej) brakuje też wewnątrz, podstawowej miejskiej infrastruktury: dworców z prawdziwego zdarzenia, dobrych rozwiązań komunikacyjnych, jakiegoś uniwersalnego obiektu sportowo-widowiskowego, a przede wszystkim nowoczesnej koncepcji rozwoju. A przecież gmina Zakopane to nie uboga krewna, którą można pomiatać. To przecież jedna z bogatszych gmin w Polsce! Poza tym są także różne dotacje unijne itp. Tymczasem miasto dalej właściwie prawie nic nie ma do zaoferowania, pomijając tradycyjne dziury w jezdniach pojawiające się jak krokusy po każdej zimie i wieszczące wiosnę. Niemniej tak naprawdę, to trudno w Zakopanem o prawdziwą wiosnę… Z wielkim bólem i trudem „urodził się” w końcu zakopiański Aquapark i wielka chwała za to wszystkim, którzy się do tego niebywałego sukcesu przyczynili, ale już słynny skądinąd doroczny festiwal „Ziem górskich” wciąż jak wiadomo odbywa się w starym, zetlałym namiocie – no widać może to taki już folklor być musi. A przecież odwiedzający miasto goście, chętnie (zwłaszcza kiedy pogoda często nie sprzyja) wybraliby się na jakiś koncert, sztukę, czy inną kulturalną imprezę.
Źle jest też porą zimową. Oprócz wielkiego zanieczyszczenia (bo ludzie wciąż wolą palić śmieciami i węglem, choć jest w Zakopanem i gaz i geotermia) okazuje się, że właściwie nie ma też za bardzo gdzie pojeździć… Słowacja i Austria kusi wspaniałymi ofertami zimowymi. Sąsiednie gminy także postawiły na sezon zimowy i prężnie się rozwijają. Jedynie w tzw „Zimowej stolicy Polski” ze stokami nadal krucho.
Kasprowy (pomimo licznych trudności w inwestycjach) i Szymoszkowa co prawda jako tako ratują tę sytuacje. Ale tak naprawdę Zakopanemu brakuje tzw „stoków rodzinnych”. Nosal jest zbyt stromy, a pod Nosalem to te poletka, to dobre ale wyłącznie do nauki. Gubałówka natomiast wciąż jak wiadomo jest zamknięta i raczej nic się nie zanosi na zmianę tego kilkuletniego Już pata. Kiedyś był jeszcze stok „Butorowski Wierch”. Niestety i po nim pozostał wyłącznie wyciąg. Można by co prawda było, przy odrobinie dobrej woli ze strony TPN oraz ekologów, lepiej zagospodarować pod kątem sportowym rejon Kasprowego Wierchu i korzystając ze wspaniałych warunków klimatyczno-panoramicznych stworzyć tam stację narciarską z prawdziwego zdarzenia… (więcej o tym tutaj) Niestety i to wydaje się być problemem nie do przeskoczenia.
Tymczasem gościom nadal (mimo biletów do kolejki z automatu) jedną z licznych atrakcji, wciąż pozostaje nadanie listu: Poczta znajduje się w środku miasta i jest miłym klubem, gdzie się wesoło spędza czas; nadanie listu poleconego trwa godzin dwanaście. Dlatego w Zakopanem szybko upływa życie.

Zatem co? Tak jak przed wojną, jedyną atrakcją nadal pozostają Krupówki, które jako tako zaspokoją potrzeby gawiedzi. No i w związku z tym, Makuszyński jest wciąż jak najbardziej aktualny: Czasem senne omroczenie otwiera oczy, w których błyska radosna iskierka nadziei, że Zakopane wreszcie się spali, bo gdzieś tam wybuchł pożar. Nic z tego. Władze miejskie zamiast kupić sto beczek benzyny i polać nią avenue de Krupówki, sprawiły znakomitą straż pożarną. Stąd zapewne pochodzi odwieczna do tych władz niechęć.
Swego czasu napisałem o Krupówkach tekst zatytułowany „Kolorowe jarmarki”, który ukazał się w Dzienniku Polskim oraz Tygodniku Podhalańskim - do ściągnięcia stąd. Upłynęło jednak już tyle lat i przykro, że i w tym temacie nic, nawet na jotę nie uległo zmianie! Co znamienne, władzy jakby obnośni handlarze „byle czym” nie przeszkadzają. Natomiast (o zgrozo) od kilku lat, dla odmiany, z wielką skrupulatnością reglamentują stoiska z regionalnymi wyrobami m.in. serkami tzw „oscypkami” – dlaczego? Któż na to pytanie odpowie? Niemniej tak czy inaczej, dzięki byłemu panu burmistrzowi, popularnie nazwanemu ABC1 Zakopane zawdzięcza przynajmniej jako tako wyglądającą główną ulicę miasta. Oczywiście – narzekając - można było po zerwaniu tradycyjnego asfaltu, pozostawić (gdzieniegdzie jedynie poprawiając) oryginalną kostkę granitową, która jak wiadomo jest trwalsza i piękniejsza niż bruk z kolorowej betonowej kostki. No ale cóż… było przepadło, a oryginalna kostka zapewne dziś komu innemu na zdrowie służy. Tak czy inaczej Krupówki przynajmniej dzięki temu liftingowi mniej więcej jakoś wyglądają. Szkoda tylko, że zamiast zająć się potrzebniejszymi sprawami miasto lekką ręką wywala 9 milionów złotych z ogonkiem.
Zdaje się, że cały błękitny świat gwiżdże i wrzeszczy. W Zakopanem bowiem dzieją się w tej godzinie ogromne historie. Postanowiono je wywrócić do góry nogami, wyrównać i podnieść z padołu. Europę robią z kocmołucha – pisał Makuszyński i trafił w samo sedno. Czy przejście było zatem potrzebne? Zdecydowanie nie! Można przecież było, póki co, po prostu, dla rozładowania ruchu postawić tam najzwyklejszą pod słońcem sygnalizacje świetlną. Natomiast docelowo, całkiem zamknąć dla ruchu historyczną ulicę Kościeliską i uczynić z niej deptak, a ruch kołowy puścić tyłem estakadą, która to tak czy inaczej wymaga gruntownego remont. To przecież kuriozalne aby pierwsza ulica Zakopanego, przy której znajdują się liczne zabytki: stary kościółek, pierwszy cmentarz oraz najstarsze góralskie chaty w dalszym ciągu służyła jako główny ciąg komunikacyjny w kierunku Chochołowa. Ale czy kogokolwiek w mieście zajmują takie mało istotne sprawy? Otóż poprzednia ekipa, zafundowała miastu projekt, a obecna zaś nie bez specyficznych problemów, a następnie fanfar i szampana, ukończyła budowę pierwszego podziemnego przejścia z dwoma windami na końcu słynnej promenady. Czy było to przejście potrzebne? – może zapytać ktoś ciekawie. A może bliżej prawdy byłoby zadać pytanie: kto na tym interesie cokolwiek zyskał? Budowa przejścia tradycyjnie przeciągała się utrudniając i tak niezbyt płynny ruch w mieście. Po odbiorze natomiast wyszły dodatkowo przeróżne prawne oraz techniczne nieprawidłowości. Przy czym po srogiej zimie okazało się, że kilka szyb osłaniających wejście nie wytrzymało górskiego klimatu.
„Nareszcie sami” – Okrzyk ten powtarzają ze szczęśliwym westchnieniem zakochani, częściej jednakże dobrzy ludzie, kiedy wreszcie goście szczęśliwie wyjechali. Można spokojnie pogadać i na niedawnych gościach powiesić kilka zdechłych psów, w przekonaniu słusznym i sprawiedliwym, że goście zrobią dokładnie to samo z niedawnymi gospodarzami. Jest to ceremoniał odwieczny i dotkliwa luka powstałaby w życiu towarzyskim, gdyby go zaniechano. Powtarza się on dwukrotnie w ciągu roku w Zakopanem, po obydwóch tak zwanych: sezonach. Przewali się przez nie kilkanaście tysięcy ludzi, wytęsknionych, wyczekiwanych, wymodlonych – i upragnionych. Ci, którzy żyją z tego najazdu, pragnęliby, aby ten ciąg nie ustawał przez cały rok. Rwetes jednakże, który czynią goście, napełnia goryczą mrukliwe dusze owych zakopiańców, co by pragnęli być sami w swoim górskim królestwie.
Zakopiańczyków, którzy bezpośrednio z turystyki nie żyją, męczy ten tłum. Goście, dzięki którym cały region się jako tako utrzymuje, liczyliby jednak na większą atencję ze strony gospodarzy terenu, a nie tylko „zdzierania haraczu” w postaci obowiązkowej opłaty miejscowej… Niemniej – nie narzekajmy - powoli jednak coś się zmienia na lepsze. Zakopane doczekało się po wielu, wielu latach w końcu gazyfikacji. Jest też (mająca być swego czasu panaceum na wszystko) geotermia. No ale co z tego, jak większość ludzi wybiera alternatywne źródła energii cieplnej: palenie śmieciami bądź węglem. Niestety geotermia (w trochę w większym zakresie gaz) znajduje się wyłącznie w obrębie ścisłego centrum i wcale nie jest taka tania jak niegdyś obiecywano. Dlaczego geotermia jest w cenie gazu i dlaczego zarządzająca nią spółka wciąż przynosi straty… - trudno doprawdy dociec. Od czasu do czasu pojawiają się też śmiałe koncepcje i bardzo pomysłowe wizje. Przed wojną takie odważne rozwiązania były z powodzeniem realizowane, dziś w tym względzie jest raczej gorzej niż źle. Proszę spojrzeć, tylko dzięki wspaniałemu wizjonerstwu pana Bobkowskiego i jego determinacji, przedwojenne Zakopane (a i z nim cała Polska) zawdzięcza postawienie w niecały rok, w trudnych warunkach zimowych kolejki z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Materiały o kolejce oraz przedwojennej turystyce są do ściągnięcia stąd, oraz stąd.
Przy czym warto podkreślić, że ww. pan Bobkowski niezadowolony ówczesnym tempem podróży pociągiem do Zakopanego z Krakowa wynoszącym 2,5 godziny (nomen omen absolutnie nie osiągalnym dzisiaj), miał w planach skrócić go do 1,5 godziny. I zapewne gdyby nie wojna, ten postulat już dawno byłby zrealizowany! Dziś do Zakopanego samochodem jedziemy częściowo całkiem znośnie (przynajmniej do Lubonia), ale do końca pozostało jednak dużo przeszkód, (w tym protesty niektórych grup) z którymi obecne władze dość kiepsko sobie radzą. Natomiast o szybkiej kolei z Krakowa, nadal można tylko słodko w wolnej chwili pomarzyć. Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce…
W samym Zakopanem także jest sporo do zrobienia jeśli chodzi o komunikacje. Cały czas jest otwarty problem parkingów oraz komunikacji miejskiej. Niemniej, co warto podkreślić, interesujących pomysłów na szczęście nie brak. Ale cóż z tego, kiedy nie są one nawet w 10% realizowane. Swego czasu, był kiedyś odważny, futurystyczny i warty realizacji, pomysł na zastąpienie obecnej komunikacji podwieszaną kolejką gondolową, która rozwoziłaby pasażerów w różne zakątki miasta, a jednoczenie byłaby dla gości wielką atrakcją turystyczną. Niestety, nie został on chyba przez „miłościwie nam panujących” na serio potraktowany, a wielka szkoda… A tak btw, na fantastyczny pomysł aby „rozruszać” gospodarkę wpadło rumuńskie miasto Piatra Neamt – więcej o tym tutaj.
Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce… Zakopane ze względu na nieporównane swoje zalety, szczególnie zaś z powodu swoich cudów architektonicznych, jest tłumnie odwiedzane; przybysze oglądają ze zdumieniem wysokie domy wesoło przybudowane do kozich stajen i wspaniałe parkany, zygzakiem się wijące; objawia się w tym niezwykła artystyczna fantazja ludu i chęć utrzymania sielskiego charakteru Zakopanego. Nic dodać, nic ująć.
Wojciech Śliwiński
Zakopane dnia, 20 maja 2009
www.sliwinski.ws
fot1. Kinga Zakopane widok z Gubałówki
fot2. Psi Ząb Gubałówka
![]()
Bogowie odchodzą zbyt młodo, nieświadomi swojej młodości.
Uśmiechają się rano, nawet gdy ząb ich boli i gdy nie ma mleka w lodówce,
kochają ptaki, kwiaty i raki, wierzby płaczące, łaciate brzozy i niespodziewanych gości.
Swoje żale i tęsknoty zawsze powierzają tej malutkiej, zapomnianej mrówce.
Bogowie nie mają pamięci do złego, są bezbronni i niewinni, bo boscy.
Usmiechają sie często, przeklinają często - jak szewc - lecz z miłości.
Na śniadaniu porannym bogów radośni muszą być wszyscy,
i nikt bogom z biesiadników, nie ośmieli się okazać złości.
Gdy bogowie znudzeni, powracają do swych gniazd ocieplonych,
nie mówią nigdy najbliższym i ukochanym - do widzenia!
Są tacy mali, śmieszni, niewiarygodni - o skrzydłach zielonych,
a gdy umkną niespodziewanie - nie znajdziesz ich cienia.
Ptakiem sfrunęłaś złotopióra,
i ptakiem wzbiłaś się w powietrze…
MonsieurLaPadite
![]()
Silnie namawiana przez rozkochanego w Tatrach Tomka, niskopienna góralka trzymająca się kurczowo swych pni jak upośledzony sznurówki, dała się w końcu namówić i w 2006 roku wylądowała w Zakopanem. Trzy pociągi, dwie przesiadki, i nagle gdzieś w okolicach Białego Dunajca, a na pewno przed Poroninem i Nowym Targiem, niesamowity widok! Oto na horyzoncie, do którego powoli zmierzał pociąg, majestatycznie wynurzył się koniec drogi, Polski, mapy. Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie “koniec mapy” przemawia do mnie najbardziej. Ściana stworzona jakby z obłoków odbijających słoneczny blask, wysoka do samego nieba, ostro zarysowana na kształt znajomej koronki Tatr - zobaczyć to i umrzeć!
Spostrzeżenie pierwsze to Giewont cały w bieli, leżący tu od wieków niemy rycerz, widoczny prawie z każdej części Zakopanego. Śpię na Pardałówce, od której na Antałówkę tylko żabi skok, gdzie nie tylko sterty noworocznych petard i korków z szampana, ale i sieczący mocno deszcz. Pogoda udowadnia wielokrotnie, że w górach potrafi się zmieniać diametralnie jak w kalejdoskopie, po kilka razy na dobę - nagle i nieoczekiwanie. To był kwiecień, a nie tylko w wysokich partiach zalegał śnieg, w dolinach również nadal leżały jego wielkie połacie, a zimno idące z gór dla takich zmarzluchów jak ja, to prawdziwa szkoła przetrwania. Cebulka wtedy nie działa, ani kilogramy pierza w kurtce, swoje trzeba wytrząść, bo nie ogrzewają nawet takie widoki, ani tym bardziej “sakramencko mocne spod samiutkich Tater”:


Idąc Krupówkami przyszła myśl, że oto Stanisław Witkiewicz, onegdaj zachwycający się sprawnością, zręcznością w posługiwaniu siekierkami góralskich cieśli, które w rezultacie zainspirowały go do stworzenia stylu zakopiańskiego, przewraca się teraz w grobie. Główna zakopiańska ulica zawsze była niejednorodna stylistycznie, bowiem ten tygiel artystyczno - góralsko - sportowy musiał dawać i daje, swe odbicie również w architekturze. Małe chałupki będące pozostałością wsi, a obok kamienice secesyjne, modernistyczne, to mieszanka trudna do strawienia dla purystów urbanistyki za to malownicza dla obrońców, wielbicieli i smakoszy tego zakątka. Ale dziś ten specyficzny wizerunek ulicy jest zagrożony, bowiem bakcyl regionalizmu rozprzestrzenia się na siłę po całym mieście. Na “chama” są przenoszone wiejskie chałupy do miasta, secesyjne kamienice obijane belami drewna i kryte daszkami z desek, które mają imitować góralską karczmę. Same Krupówki to świątynia pieniądza, wybieg dla rewii mody od tych co to są dopiero po nartach, do tych co w szpilach i płaszczach skórzanych, wyskoczyli tylko na balety swoim nowym BMW. Sklepy z logami najlepszych firm, cenami przyprawiającymi o zawrót głowy ukrywają się pod płaszczykiem regionalizmu, zbitego naprędce z kilku desek, a obok tandetne budki ze skarpetami, gazetami, oscypkami, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki. Nawet pies zbierający na kiełbasę jest już jedną z głównych atrakcji Krupówek A przecież są one jak jedna z ulic wychodzących z Rynku Głównego w Krakowie, gdzie zapach historii, kostka brukowa, stylowe latarenki, plastycy, rzeźbiarze, mimowie, anonimowy tłum i atmosfera, którą tworzą ludzie zwiedzający, niespieszący się, obwieszeni aparatami, kamerami i mający czas tylko dla siebie:

Stanisław Witkiewicz marzył, aby Zakopane świeciło przykładem na całą Polskę, aby styl zakopiański stał się stylem narodowym. Dziś patrzyłby z przerażeniem jak powstają cudeńka, które nie tylko nie mają nic wspólnego ze stylową architekturą podhalańską, ale w ogóle z żadną. Dyskusyjne jest wstawianie w nowoczesny organizm miasta zabudowy i stylu życia z natury wiejskiej. A obok niej nowobogackie Pszonki dające jazdę nowobogackim mieszczuchom za całe 50 zł. To stymulator emocji, zakopiański Disney’land za parę groszy, a w zamian jak masz “szczęście”, w pakiecie ubicie konia na śmierć. I tylko nad tym wszystkim skamieniały, wciąż taki sam, mający to co ludzie robią z tym miastem - głęboko gdzieś - Giewont:

Zostawiając go w spokoju, i idąc w dół Krupówkami, można dojść do rozległego targowiska tzw. Targowicy. Wszystko tu można kupić, od masowej tandety, do ręcznie haftowanych obrusów, kurek w zalewie, miodu, kożuchów i małych piesków. Spragnieni mogą spić też cud wynalazek - piwo a’la Ludwik (dla młodszych Czytelników Ludwik to zielony, miętowy płyn do naczyń). Piwo ma nie tylko ten sam kolor, ale nawet i smak - miętową nutę. A sama Gubałówka mieszcząca się tuż nad targowiskiem, to prawdziwy raj dla mieszczuchów sprzed plazmowych telewizorów, bowiem z centrum miasta i suchą stopą zawozi na górę nowoczesna kolejka. I to daje możliwość, już w kilka minut, wspiąć się na wyżyny, gdzie masyw Tatr na wysokości oczu, oraz możliwość spotkania, również rozkochanego w Tatrach, ducha Ojca Świętego. Ulubione miejsce zadumy i chwili skupienia, kontemplacji nad nicością życia. Na wprost Rysy, w dole Zakopane, a na stoku Gubałówki nad Budrysówką stary cmentarz, gdzie między innymi miejsce spoczynku wspomnianego i u nas Hasiora, ale i Kornela Makuszyńskiego, i wreszcie wielkiego piewcy Zakopanego - Stanisława Witkiewicza. To właśnie tu, na tym Pęksowym Brzyzku stoi nadal stary zabytkowy kościółek, ulubione miejsce zakochanych par. To tu zauroczeni krajobrazem chłopcy oświadczają się swym dziewczynom, a te, cierpiące na niedotlenienie mózgu z racji rozrzedzonego powietrza normalnego przecież na tej wysokości, mówią TAK:


Onegdaj zafascynowana dywagacjami na temat spontanicznego, czystego uśmiechu kobiety zacytowałam wypowiedź, że tego rodzaju serdeczne powitanie, można już tylko szukać na górskich szlakach. Będąc w Zakopanem i mając widok z okna nie tylko na wszechobecny Giewont, ale i Nosal i patrząc na ten popularny wśród narciarzy stok, nie sposób było nie pomyśleć o chamstwie, które niestety wdziera się na bezpieczne dotychczas pod tym względem, turystyczne szlaki. Wolne od przestępstw, goszczące ciepłych, serdecznych, żądnych czystych, duchowych i fizycznych, wrażeń, na ogół służących sobie pomocą ludzi… Na ogół, bowiem akurat tu na Nosalu, została brutalnie pobita i okradziona turystka z Lublina.

Oczy wysłane w nieznane dotychczas tereny, przekazują również widok jeszcze nieśmiało otwierających się, ale wychodzących już licznie spod połaci zalegającego wszem śniegu, zamkniętych fioletem kielichów. Dzikie krokusy wszechobecne na każdym nieużytku, każdym nawet niezagospodarowanym zielonym terenie. A Dolina Kościeliska, dolina zakochanych? Być tam właśnie wiosną i patrzeć na te połoniny skute w fiolecie milionów krokusów, tak podobnych z dali do jesiennych wrzosów. Marzenie.
Jeszcze z Pardałówki mijając podnóże Nosala, przejść można przez rondo z odnogą Przewodników Tatrzańskich, i później skręciwszy w Bronisława Czecha minąć Ośrodek Sportowy w Zakopanem, by znaleźć się wprost pod skoczniami. Mała Krokwia i Wielka Krokwia - umiejscowione obok siebie - pusto, mokro, brzydko. Jednak to tłum, światła i kamery, oczekiwanie na rywalizację, głośny doping robią tą niepowtarzalną scenerię i godną oprawę wielkich międzynarodowych zawodów. To tu nasz Adam stawał na najwyższym pudle, to tu nasz prezydent bił mocne brawa, a teraz? Autobusy z turystami w złotych okularach, mocno tlenione blondynki, wysocy, szczupli panowie głośno szprechając kamerują i cykają cyfrówkami. To tabuny niemieckich turystów zjeżdża tłumnie, by nacieszyć oczy i powspominać czasy niemieckiej passy w skokach narciarskich. I to dla nich również tu stoją stragany z wełnianymi skarpetami, oscypkami i drewnianymi rzeźbionymi na tokarce góralami. Jeszcze raz okazuje się, że Zakopane to mocne logo w handlu, a wiadomo, że “lepsze deko handlu niż kilo roboty” i tu, jak nigdzie indziej, potrafią to wykorzystać - ew
fot. ewolny Zakopane
Tomek
Często gdy na ścianie jakiegoś budynku pojawia się napis, rysunek, albo choćby coś co z niczym się nie kojarzy, staram się zrozumieć genezę tego zjawiska. Co też pchało człowieka, który pozostawił po sobie taki ślad. Czy to negatywne bodźce czy te pozytywne, dyktowane wrodzonym artyzmem, które zawsze dają się odczuć pierwotną wręcz chęcią zaznaczenia swojego istnienia. Wczuwając się w intencje rysującego, przychodzi na myśl ekstaza, że oto ktoś, ba wielu ludzi przechodzących obok, zobaczą coś mojego, zauważą mnie.
To zjawisko nie dotyczy tylko naszych czasów. Nie dotyczy też odległej starożytności opisanej już na Ecodniu we wpisie Starożytne graffiti - dotyczy jeszcze dalszej przeszłości. Początków ludzkości. Oglądając udokumentowane na fotografiach prehistoryczne malowidła, docieramy do naszych własnych źródeł. Wkraczamy nie tylko w umysły naszych praprzodków, ale poznajemy też nasze własne instynkty. Pierwotne pasje, pobudzające wyobraźnie wydarzenia, które wpływały na losy rysujących. To podróż w głąb nas samych, bo czyż nie jesteśmy podobni do tamtych ludzi?
Rysunki tryskają wręcz życiem. Silnie oddziałują na oglądających dzięki swojej naturalności. Co ciekawe i widoczne doskonale, na fotografiach rysunki zwierząt są w porównaniu z wizerunkami ludzi, dziełami sztuki. Najczęściej powtarzającymi się motywami są sceny polowań. Malowidła w większości miały swoje podłoże w jaskiniach, a do rysowania służyły farby z pigmentów i gliny. Te proste farby nanoszono rękoma, albo też mchem. I – co tak bardzo kojarzy się z dzisiejszym graffiti – wykorzystywano też wydrążone kości do pryskania barwnikiem. Prezentowane zdjęcia ze strony: www.zwoje-scrolls.com




