Jak to jest, że pszonkowość najlepiej widać na cudzym zagonie? Obok swojego pszonkowego zadupia stoimy spokojnie podparci sztylem od kopaczki. Leniwie żując źdźbło trawy poprawiamy waciak i po rozrzuceniu obornika delektujemy się delikatnymi dźwiękami subtelnej muzyczki podmuchów wiatru wystukiwanej rytmicznie w suchych łupinkach: szszuu, szu, szu, szu-szu. Nasza cebula. Nasza krew. Po raz kolejny nasza wiocha the best!
Błogosławieni cisi, albowiem oni dostąpią królestwa, choćby pszonkowego. Siedź w kącie a znajdą cię, ta stara maksyma sprawdza się co rusz. To jak stalaktyt, gdzie kropla po kropli wydłuża sopel. Czego ci Pszonuś więcej potrzeba? Masz cebulę, po co ci igrzyska do chleba? Trzym pion. Prawda obroni się sama, bez mas(mediów) kolorowych, cebulowych, rozmemłanych mas.
A rozmemłana masa wygląda tak: włosy jej błyszczą w dowolnym kolorze – od krwistoczerwonej wiechy niczym dobra, wiejska kaszanka, poprzez soczystą świeżą zieleń niczym trawa na Skotniku, wreszcie do anielskiej, złotosłomkowej niczym świeżo zmyta letnim deszczem strzecha w chałupie. Oczy jej błyszczą – bystry sokoli wzrok dostrzeże w głębi źrenicy przemożny, nieokiełznany pęd na pomnażanie sałaty vel siana, zakręcony ponętnie kuper przekreślonego pionowo $ lub €. Cel uświęca środki, zagon cebuli pieczołowicie doglądanej taki sam – w dowolnie wybranym kolorze wiechy – zawsze w twoim wypasionym TV. Cebule tylko jakoby różnią się główkami, te od czerwonej największe zyski onegdaj dające – wiadomo cebula dekoracyjna, dla mas, po główki słomkowłosowego Pszonki. I jakby ruch tu coraz większy i nie stół dla cebuli, ale o zgrozo i ołtarz.
Na straganie wolne miejsce na pęd owczy? Uwaga, na stragan od razu wskoczy kolejny, tym razem sianowłosy teledysk całoroczny:
- Kochamy Cię! Aj laf ju tu, kis mi też! Mam gest – kajne grancen! Wydanie drugie, poprawione, stuningowane, z orkiestrą!
Bajeczne! Jak piękny, jak unikalny masz styl, tylko do pozazdroszczenia obecnym artystom. Odjazdowy strzał w dychę! Nikt jej nie opisze, nawet Sienkiewicz pomimo talentu opisania spadającego liścia z drzewa w pięćdziesięciu stronach. CONTINUE, PLEASE CONTINUE!
Tak zadumana, w nieustającym zachwycie na temat swojego nowego domostwa, bladym świtem, z koszykiem pod pachą, wyszła Pszonka z chałupy przeciągle ziewając. Słonko lizało już horyzont, gdzieś w oddali zaszczekał pies, krowa komuś zamruczała sennie a kurki przebierając nóżkami, delikatnie nawoływały ko ko ko – próbując tym samym przekrzyczeć jurnego koguta Maciejowej.
Pochyliła się wchodząc poprzez niskie drzwi do kurnika.
Uderzył ją w nozdrza zapach kurzego fetoru. Wciągnęła go namiętnie do dolnych partii płuc, głęęboko – niczym inny najprzedniejsze, aromatyczne kadzidełka lub francuskie perfumy. Po zapachu odchodów poznawała czy kury mają się dobrze. Dziś jakby wyczuła, że coś je w nocy zaniepokoiło, jakby lekka przewaga, leciutkiej bieguneczki… hmm.
Szybko niczym Don Pedro z Krainy Deszczowców nadal pochylona, by nie tracić czasu na zbędne się prostowanie, zerknęła na boki po wszystkich trzech grzędach. Raz, dwa, trzy… pięć, sześć. Są. Wszystkie są. To co je kurdęsz? Pochyliła się jeszcze bardziej i swe sokole oko wbiła w utytłane klepisko. Jest tu nadmiar piór od jakiej rozróby? Nie. No to co jest do kurzej twarzy, co je zaniepokoiło tak, że srać zaczęły na potęgę?!
Przeniosła Pszoniowa koszyk spod prawego ramienia na swe lewe ramię i prawą dłonią wygrzebała zeń ziarna, by podsypać ciut swym pociechom:
- Cip, cip, cipeczki, cipuchny – zawołała.
Zbiegły się ochoczo wdzięczne kokoszki, balansując pięknie swymi kuperkami:
- Ko ko, ko, koko, koko.
Teraz na pozór spokojnie już Pszoniowa zaczęła grzebać w zagłębieniach sianka. Ciepłe, okrągłe, ukakane jajeczka, a niektóre z piórkiem delikatnym tym spod samej dupki, przywoływały na jej twarz szeroki uśmiech, jakiego żaden z chłopów już wywołać nie potrafił.
Koszyk szybciutko się zapełniał ale Pszoniowej to nie uspokoiło. Wyszła poprzez drzwi nadal pochylona, jeszcze niżej niż zazwyczaj, i obeszła powoli caluśki kurnik. Wtem, od strony lasu tam gdzie ino liście łopianu a w oborze małe wywietrzające okienka, cosik się zabłyszczało w plewach. Dwoma susami ruchem konika szachowego już była pomimo – a tam piękne, długie pióro jakby ino na nią czekało! A na jego końcu jakby packa na muchy śliczny, kolisty, rozszerzony kształt a w nim jakiesik oko w kilku kolorowych obręczach. Nigdy takiego wcześniej nie widziała.
Bo prosta była, prosto żyła, poza dom i obejście nie wyściubywała nosa. Pogłaskała tym piórem swój spierzchnięty od wiatru policzek, zmrużyła oczy, a delikatne muśnięcie sprawiło jej nie lada przyjemność. Znów zerknęła nań – piękne było. Odwinęła się i poczłapała szybko do domu. Koszyk z jajami postawiła byle jak na pniaczku obok pieca, by móc zająć się swym znalezionym piórem. Z namaszczeniem szukała teraz dla niego miejsca:
- Lustro? Eee nie, zbyt pospolite, moją gębę pokazuje a tu nie ma na co patrzeć – mruczała.
- Drzwi aby gości nim witać? .
- Obrazek nad łożem?
Wzrok jej padł w końcu na obrazek święty w kącie, co to wisiał tu na sznurku, od przedwojnia ady. Młoda, śliczna, jasnowłosa Matka Boska, skromne oczy spuszczone do dołu, niebieska zapaska okrywająca ją i dziecię; czarna, stara, sczerniała rama ino podkreślała bijący blask od kobiety. Uwielbiała ten obraz.
Szybko Pszoniowa stanęła na palcach i wsunęła weń swe znalezione dziś pióro, błękitne oko w czekoladowych otoczkach tylko dodało wyrazu i charakteru świętemu obrazowi:
- W imię Ojca, i Syna, i Ducha świętego… – Pszoniowa przeżegnała się, przestraszona tą nade udaną kompozycją
Słonko chyliło się ku zachodowi. Pszoniowa zagarnęła swe ukochane kury nazad do kurnika. Dzień się kończył i najwyższa pora była już udać się nie tylko im na spoczynek. Szybko ogarnęła wieczorne obowiązki w izbie a przed samym zalegnięciem w łożu przyklękła jeszcze kole świętego obrazka. Paciorek nie dłużył się dziś, bowiem co rusz zerkała ciekawie zamiast na śliczną Matkę Boską, na znalezione dopiero co piórko i bezgłośnie łkała. W łkaniu miała doświadczenie – cicho połykała słone łzy, by nie obudzić onego.
Taki ten jej dotychczas zasmarkany był los, że pomachał jej kole nosa światem i odleciał dalej, nie dając się nawet obejrzeć. Nie widziała i myślała, że nie zobaczy, nie doświadczy – że więcej nic ją już nie czeka. Za prosta była, za proste uczucia nią targały, za szczere i za naturalne. Nie umiała ich okiełznać. Nikt jej nie uczył. Nie mogła nikogo za to obwiniać.
A teraz gdy patrzyła na te delikatne, jakby jedwabne kosmki na piórku unoszące się wraz z falą ciepłego powietrza z pieca, serce jej biło jak oszalałe. Żar z paleniska dawał niepokojące błyski, mruczał cichą, kojącą, nostalgiczną melodię. Co rusz ostrym, złocistym, przechodzącym w czerwień starego wina i satynowej, wieczorowej sukni światłem odbijał się w taflach szkła. Błyski tańczyły w drzwiczkach starego kredensu, w zmatowiałym lustrze i szybce, za którą było płótno obrazu. Migoczące końcówki piórka plus te skaczące po izbie refleksy światła, dawały wrażenie, że Matka Boska na nią patrzy… Unosi delikatnie powieki, mruży oczy, jakby wcale nie łączyła się z nią w rozterce i rozpaczy.
Pszoniowej serce nagle całkiem zamarło i jak mantrę zaczęła klepać bezgłośnie paciorek, gdy dostrzegła delikatny, niezauważalny wręcz uśmiech świętej panienki, ledwo uniesione w górę kąciki ust, jakby Mony Lisy… Z pokorą pochyliła niżej głowę, bo zrozumiała „będzie dobrze, nie lękaj się córko”.
I było. Przecie zjawił się po nią daleki on, z jeszcze dalszego miasta kajsik wielkiego tak, że to nawet proboszcz z plebanii nie ogarniał rozumem…
Tymczasem syćko robiła z rozpędu, w zapamiętaniu od świtu do nocy nie zastanawiając się nad sobą ni sensem życia. Nie narzekała już, Pszonki lenistwo we krwi miały, ona jakby jedna wyrodzona bo to charakterna po ojcu, a nie po pyskatej matuli. Nierobotne to jej całe towarzystwo od pokoleń. Skaranie boskie z darmozjadami co to lewe ręce do roboty, na przyzbie ino siedzieć, cebulę żreć, w nosie grzebać i gdybać coby to trzeba. A roboty huk chcąc wszystko ogarnąć i nie wyjść na cepa. Bieluśkim wapnem przelecieć od pola dom, niebiesiutką cyrkonią spękane okiennice przetrzeć, złotą słomą poutykać dach by nie dej panie nakapało onemu na głowę, ni chlupło nic w oko. Tej samej, pachnącej, złotej słomy napchać w sienniki coby po łyćku nalewki zekcieli się byli przedrzemać…
No i mus wyrównać klepisko, zapaćkać musze paćki na powale, gary cynowe piachem wyszorować by błyszczały… ech a wygódka? Nie dość, że pajęczyn zatrzęsienie ale i gnojówki już tela pod deską – zaś wstyd.
- Tela roboty, tela roboty a ja jedna sama, samiusieńka jak palec. A co do gara, co? Cebulę dać? Czy rzemień gryźć? – gderała pod nosem, uklepując spracowanymi, drobnymi dłońmi wielkie, grube pierzyny co to je po matuli nieboścce jeszcze miała, co to jej już siódmy rok świeć panie nad jej duszą…
W złości wytrzepywała swe smutećki, pierza puchły coraz wyżej, ubrać je mus w bieluchne jak tu wszyćko płócienne poszwy co to je latem na lipcowym słonku bieliła i do dziś pachną onym słonkiem, latem, siankiem, koniczyną.
Wybielone też tedy koszule wyciągnąć sobie – uśmiechnęła się Pszoniowa pierwszy raz – sobie wyciągnie długą, płócienną, sztywną, bieluchną halkę. Na nią nasunie szeroką, haftowaną w polne kwiaty wełnianą, porządnie marszczoną, czerwoną spódnicę. Silnie zepnie w talii czarnym pasem mocno tak, mocno, że hej – bo je ady nadal mimo tela dziecek niczym młoda osa. Sobleknie jeszcze z szafy obcisły, maleńki, czerwony surducik ze złotą sznurówką, co to kas potem ledwo dociągnie na piersiach a one kształtne, jędrne, pełne, w kolorze morelowej brzoskwini wychynać się będą na świat niczym słoneczniki do słońca. Zawiesi nań wielkie, okrągłe, drewniane korale, złoty warkocz przerzuci przez ramię, malinowe usta zwilży… Uśmiechnie się i powie: dzień dobry kochanie.
Tak dawno Pszoniowa nie miała okazji podobać się komu, mus tą okazję wykorzystać jak tylko umie: gość w dom – Bóg w dom, kiejby i cebula na stole.
Tymczasem, skończywszy paciorek podeszła do łoża po cichu, wypatrując w ciemną noc swe jasne oczy. Jak zwykle nie mogąc znów zasnąć, szeroko otwarte omiatały w ciemności zarysy sprzętów w izbie. Równomierny oddech śpiącego, potęgował wrażenie samotności. A woda rytmicznie kapiąc spod umywalki wyznaczała bieg czasowi i jakby z każdą kroplą mówiła: jeszcze trochę a będzie twój kres.
Wzdrygła się i szybko poprawiła delikatnie chłopu pościel, by siennik nie zaskrzypiał zbyt mocno, odsunęła grubą, ze świeżych kaczych piór utrzepaną pierzynę i przykryła mu nogi. A potem już stając gołymi stopami na chłodnym klepisku, mocno wykrochmaloną, białą, nocną koszulę jedną ręką zgarnęła pod szyją drugą objęła nadmiar na biodrze, jakby ze wstydu przed światłem księżyca się chroniąc. Jakby księżyc oblewając ją całą, całym swym blaskiem nie był tylko światłem – czuła na sobie wzrok obcych, męskich, głodnych z pożądania spojrzeń.

Czuła, że nie jest tu sama.
Szybko podeszła cichym, zwinnym, kocim krokiem w kąt izby gdzie w rogu na sznurku, pod kątem czterdziestu pięciu stopni wisiało stare, owalne, w czarnej ramie, zmatowiałe ze starości lustro. Uniosła wzrok do góry i zobaczyła w delikatnym świetle odbicie kobiety. Lustro brało widok z góry i jakby patrząc z tej perspektywy widziała weń inną, obcą sobie osobę. Opuściła najpierw dłoń z dekoltu i koszula bezszelestnie rozsunęła się na boki ukazując jasną skórę, zarysy ramion i krągłych piersi. Po czym zabrała drugą rękę z bioder i jeszcze chwilę tak zamarła w stanie spoczynku, by po chwili jeden nieostrożny ruch spowodował opuszczenie koszuli z jednego ramienia. Stała tak czekając co dalej, oczekiwanie sprawiało jej przyjemność, uśmiechnęła się lubieżnie do siebie i zaczęła rozplatać swój warkocz. Gęste, jasne, konopielskie, pachnące rumiankiem włosy zdecydowanym, mocnym szarpnięciem głowy rozrzuciła na boki niczym siano na polu do schnięcia, a ten zdecydowany ruch ciała, sam z siebie, delikatnie pomógł opaść szerokiemu dekoltowi z drugiego ramienia…
Wstrzymała oddech na chwilę, po czym delikatnym kołysaniem pozwoliła opadać koszuli coraz niżej. Ta zatrzymana dotychczas na wzgórkach Pszoniowych piersi, pokonała i tę małą przeszkodę po czym skrzętnie skrywane przed światem, ujrzały światło… nocne. Pszoniowa z uwielbieniem obejrzała kształtny zarys swych jędrnych piersi, doskonale wyprofilowaną ich linię, wszystko jakby od cyrkla, linijki i ekierki, nabrzmiałe jak po użądleniu osy. Dotknęła z lubością swą brzoskwiniową skórę czując dreszcz nieznany jej, nieporównywalny z zimnem, gorącem, strachem czy bólem. Po czym ośmielona, zachęcona tym doznaniem powoli, z namaszczeniem poczęła opuszczać w dół koszulę spoczywającą dotychczas na jej wątłych biodrach.
Przez moment przestraszyła się sama siebie – oto ona, naga, bezpruderyjna, grzeszna, rozkoszna w swej śmiałości stoi tyłem do łoża, któremu ślubować winna miłość, wierność…
Światło odbijało się zaznaczając swym blaskiem jej kibić, tylko niektóre kontury z jej ciała – to było jakby rysowanie pierwotnego szkicu przez artystę, zaczynającego dopiero budować swój akt. Szybko wślizgnęła się do wspólnego łoża chcąc pozować nie tylko księżycowi, chcąc zatopić się nie tylko w lustrze, otulić nie tylko w blasku, chcąc zatrzymać te ulotne chwile na dłużej, na zawsze – popłynąć z nim i utonąć w nim. CONTINUE, PLEASE CONTINUE!
- Elżbieta Wolny
Grafika: Dave M.