

fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski
Rozsadza mnie wiedza, którą chcę się podzielić. I dlatego ten mały przerywnik w Wystawie Pana Wiesława. Otóż:
jestem
gdy patrzycie na mnie
jestem
kiedy na mnie nie patrzycie
jestem zawsze
czy patrzycie czy nie
jestem
i patrzę na Was

Górki a w nie: „Kocham siebie takim jakim jestem” Hubertusa von Schoenebeck’a. Okazuje się, że najgorszą rzeczą jaką możemy komuś zrobić to próbować go… wychowywać! „Nie wolno”, „jak mogłeś”, „przestań ludzie patrzą”, „co sobie o tobie pomyślą”, „uspokój się” spychane w głąb jaźni lecz nadal obecne. I najgorsze jest to, że świetnie przed nami skryte drąży i blokuje. Pamiętamy pozytywy lecz negatywy przecież wciąż tkwią i czynią spustoszenie.
Chyba odkryłam do spalenia karteczkę. Wychowana w poczuciu musu bycia grzeczną, porządną, dokładną, sumienną, obowiązkową – do zrzygania purystka nie sprawiająca najbliższym kłopotów. Wbrew mnie! Dlaczego nie można sprawiać kłopotu, gdy ten kłopot sprawiają wszyscy? Jeśli ktoś zna komediowy sitcom „Co ludzie powiedzą”, to wystarczy – my name is Bukietowa! To wszystko zalety, ale i wspaniale zakamuflowane blokady. Przy okazji dzięki nim, nie pozwala się dorosnąć swoim dzieciom, przekazując tą podstępną pałeczkę dalej. A one to skrzętnie wykorzystują… Stąd krok tylko do bycia ofiarą, koniem pociągowym, perszeronem kochającym psią miłością. Mogą kopać na prawo i lewo a i tak się zaaportuje.
I tylko w chwilach prawdziwej euforii: kochania z partnerem, tulenia dziecka, łażenia po górach, obcowania ze zwierzętami, z pięknem lub sztuką i… zabaw Tadem lub No!Astrodamusem, potrafimy być tak naprawdę prawdziwym sobą. Reszta jest sztucznie wpojona więc te przyciasne ramy gniotą, obdzierają, męczą, frustrują, duszą, toczą.
Nic nie dzieje się bez przyczyny i każda sytuacja w naszym życiu ma wytłumaczalny sens. Dojrzewam, by dostrzec parafrazę tytułu Fred mnie nie lubi, czyli tożsamość skwarka – nie kocham siebie, bo to nie ja – ew
Tag: ew/autor


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski


fot. Wiesław Czapski
www.owyszkowie.blox.pl
www.albumowyszkowie.blox.pl
Grafika: cam
Tag: cam, W. Czapski
Wiesław Czapski
Kilkanaście kilometrów od Wyszkowa, w Barcicach, w pobliżu Somianki stoi wspaniale odrestaurowany, wybudowany w 1758 r. kościół pw. św. Stanisława BM.
Zachęcam do jego odwiedzenia. Warto.




fot. Wiesław Czapski Barcice
www.owyszkowie.blox.pl
Zobacz również:
- Kościół w Barcicach, gm. Somianka – wystawa fotografii
- Kościół w Barcicach, gm. Somianka – wnętrze – wystawa fotografii
Tag: W. Czapski
cam
W czasie upalnego lata, pożary lasów są plagą, która przysparza ogromne ilości problemów. Dzieje się tak szczególnie w środkowych i zachodnich stanach, gdzie samozapalenia lasu są częścią naturalnego cyklu przyrody. Jednak gaszenie tych pożarów pochłania ogromną ilość pieniędzy i energii okolicznych strażaków, którzy starają się powstrzymać pożar, zanim rozprzestrzeni się on na tereny zamieszkane przez człowieka.
Pożar zwykle zaczyna się od ściółki leśnej, od której zajmują się rozmaite krzaki i trawy, rozprzestrzeniając płomienie z zatrważającą szybkością. I ktoś wpadł na pomysł, że ilość tych krzaków można wziąć pod kontrolę wypasając wśród nich… kozy. Koza jak wiadomo nie jest wybrednym stworzeniem – głodna jest w stanie zjeść nawet starą miotłę, a krzaki i spora przestrzeń do poruszania się, to dla niej raj.
Mieszkańcy bogatych przedmieść San Diego w Kalifornii, by zabezpieczyć się przed pożarem, wynajmują w tym celu całe stada kóz, które wyjadają wszystko to, co mogłoby przenosić ogień w pobliże ich domów.

Zadowoleni są wszyscy: mieszkańcy, bo skutecznie chronią swe domy przed pożarem, właściciele kóz, ponieważ za wynajęcie swych zwierząt pobierają opłatę, i same kozy, które mają do wyboru masę różnych smakołyków, że o podróżowaniu nie wspomnę. ![]()

Zabawny wydawałoby się pomysł z kozami, okazał się niezwykle skuteczny w powstrzymywaniu pożarów. Zachęceni sukcesem San Diego, także mieszkańcy Arizony i Utah też próbują wdrożyć ten pomysł u siebie – cam
www.nowaatlantyda.com
fot. MIKE Zalew Wiślany, Elbląg
Tag: cam
Destrukcyjna działalność człowieka ma zdecydowanie negatywny wpływ także na grzyby. Stały rozwój przemysłu powoduje zanieczyszczenie środowiska, między innymi powietrza, które w swoim składzie zawiera pierwiastki toksyczne, zabójcze dla niektórych, bardziej wrażliwych gatunków grzybów.
Z drugiej strony zwalczanie szkodników leśnych przez opylanie lasów powoduje kumulację związków toksycznych w glebie i jeszcze oprócz tego tak lubiane prowadzenie monokultur sosnowych i świerkowych wpływa zdecydowanie na zmniejszenie liczby gatunków grzybów. A to z kolei doprowadza do naruszenia równowagi biologicznej, a tym samym do dominacji grzybów powodujących choroby drzew i rozkład drewna. W kilku regionach naszego kraju z powodu bardziej rozwiniętego przemysłu, niektóre cenniejsze gatunki grzybów jadalnych już prawie zanikły. Tak samo muszą zanikać zapewne i inne gatunki grzybów niejadalnych, których znaczenie dla biocenozy leśnej jest bardzo duże. Zmiana bowiem jednego ogniwa, jakim są grzyby w łańcuchu pokarmowym, może prowadzić do dużych szkód i naruszyć równowagę biologiczną.
Grzyby są organizmem, który różni się od roślin zielonych wyglądem, składem chemicznym oraz metabolizmem do tego stopnia, że mikologowie nie zaliczają ich już do roślin a uznają jako jedną z linii rozwojowych, do której wlicza się także m.in. (sic!) zwierzęta. Nie posiadają one chlorofilu i muszą pobierać pokarm z materii organicznej wytworzonej przez rośliny i zwierzęta. Dlatego najwięcej grzybów występuje w lasach, gdzie jest wiele obumarłych szczątków organicznych, które grzyby rozkładają. W skutek ich działalności substancje mineralne powracają do gleby, a dwutlenek węgla do atmosfery, gdzie jest wykorzystywany przez rośliny zielone w procesie fotosyntezy.
Rozporządzeniem Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego już ćwierć wieku temu, niektóre gatunki grzybów zostały objęte całkowitą ochroną. Zabronione jest również niszczenie owocników wszystkich gatunków grzybów nie zbieranych w celach konsumpcyjnych na ich naturalnych stanowiskach w lasach, łąkach, zaroślach. Nie wolno także rozgrzebywać ściółki leśnej w poszukiwaniu grzybów jadalnych. Niestety – nawet najlepsza ustawa nie ochroni ginących gatunków. Będąc na grzybach widok uszkodzonych, złamanych, rozdeptanych „trujaków” to oznaka, że szedł przed nami już inny grzybiarz. Dlatego nic się nie zmieni dopóki ludzie nie uświadomią sobie faktu, że bezmyślnie kopiąc w sromotnika niszczą bezpowrotnie swoje własne środowisko – ew
Źródło: A. Rymkiewicz „Atlas Grzybów”
fot. Wiesław Czapski
Tag: W. Czapski
Senior Pszonka wstał najwcześniej. Niebo jeszcze miało różne odcienie granatu, grafitu, ale na horyzoncie mieniło się już jaśniejszym niebieskim, przeplecionym różem, czerwienią, pomarańczem, złotem…
Chytry był Pszonka. Od dawna umawiali się na grzyby, bo to i żryć nie ma co i grosza w chałupie nie styka, a sklep Maciejowej przyjmuje wszystko. Letników na Skotniku nie ma, ale droga taka, że co rusz inne tabliczki na rejestracjach samochodów. Idą tu jak woda: jagody, pomidory, arbuzy, miód, ale i grzyby… Gdyby tylko mu się chciało, sam by se zrobił kartonik „świerze gżyby” i siadł na poboczu. Gdyby… Tymczasem mus pierwszemu oblecieć najważniejsze strategiczne miejsca w lesie, by się nie zbłaźnić i móc innym suszyć głowę, jakie to z nich łamagi.
Szybko senior Pszonka, by nie obudzić reszty darmozjadów, obuł najlepsze, najwyższe gumioki, wziął z przypiecka największy, najszerszy i z całą rączką koszyk, chwilę pomyślał… e nie, nie chce mu się, w lesie se siknie jakby co. Po czym szybko przewiązał swe spodnie fajnym kawałkiem druta, co to był kiedyś znalazł tak se leżący na drodze. Jeszcze raz na wszelki wypadek maleńki kozik na skórzanym pasku naostrzył – chełpił się nim, bo to ho ho może i więcej. Schyliwszy się wyszedł poprzez drzwi.
Zimno na polu. Ranek był rześki, gdzieś tam mgły kłębiły się kole Maćkówki, znaczy dzionek zapowiadał się cudny. Poprawił granatowy, filcowy beret i ruszył szybkim truchcikiem do najbliższej ściany drzew. Zlekceważył okolice nabrzeża. Wiedział, że grzyby lubią kraje, brzegi ścieżek, dróg – ale nie tu. Wielkie paprocie trzymały zbyt dużo wilgoci, ziemia pod nimi była zbyt mokra, jeśli się trafił i jaki grzyb sam w sobie pęczniał i niczym mokra gąbka gnił. Szedł dalej. Przed nim po prawej kępa młodych, może metrowych młodzików. Cicho pogwizdując schylił się, by podnieść leżące prawie na ziemi rozłożyste gałęzie choi. Jasne, że są! Cała rodzinka pięknych, młodych, brązowych niczym najlepsza ircha podgrzybków. Ściął je szybko swym mocnym pazurem. Zażółciły się w koszyku brzuszki, niczym młode pisklaczki lub dorodne, swojskie żółtko nioski. Uśmiechnięty poprawił połę flanelowej koszuli i szedł.
Drogę znaczyły mu rzędem stojące brzózki. Ich listki się srebrzyły niczym łuski na rączej rybce w wodzie, kora łupiła niczym skóra po sianokosach u młodych panien. Poklepał jedną, drugą, trzecią… czwartą objął w pół i wyszeptał:
- Zatańczymy maleńka?
Naładował się energetycznie i z werwą nastolatka żwawo szedł dalej. Kraj drogi zrobił się tu wyższy. Szedł patrząc w lewo na wznoszącą się kamienistą ściankę. To była tylko kwestia czasu by zobaczył go – jest! Prawdziwek najprawdziwszy a obok drugi i trzeci. Bieluchny niczym pierzyna Pszonkowej, twardy niczym nie chwaląc się hmm hmmm hmmm! Pszonka naciągnął swój kręgosłup, zatrzeszczały międzykręgi zastane w ciągłym leżeniu odłogiem. Stojąc jedną nogą na drodze, drugą już na kraju ściany, niczym gimnastyk sportowy, wykręcił je delikatnie jakby pieszcząc sutki jakiej młodej, ciut obcej dziewczyny:
- No, są! Jak są, to są. Dobry czas, wiedziałem.
Tak se gderając szedł w stronę Niedźwiedziej Polany. Tam kozikiem był kiedyś wydziergał drzewa, pod którymi zawsze, ale to zawsze jeśli tylko ich czas, były prawdziwki. No i były. Lekko brązowiejące już, ale nadal bieluchne. Takie to grama wody nie mają, suchutkie same w sobie, cieniutko je pociąć niczym bibułkę z biblii i na sznurek lub blaszkę do przypiecka. Jeśli dalej tak pójdzie to nie dość, że zapasy se zrobi, zarobi na to i owo do chałupy, to i jeszcze odłoży na jaką butelczynę. Uśmiechnął się, bo miesiąc długi a pić się chce, psia jucha mać. Splunął.
I szedł dalej. Przeskoczył przez rów, bo pojawił się przed nim wielki kamieniołom, na środku którego stał wielki głaz, a pod nim szczelina. Podobno to zrzut z kosmosu. Meteor czy coś. Obszedł go z każdej ze stron, pomacał, podumał, popatrzał, rozwiązał swój drut i patrząc na obie strony siknął… Wtem zazieleniły się zajączki w swych pstrokatych kapeluszach, jeszcze obwiązując pas drutem szybko ściął ich czerwonawe nóżki. Będzie jajecznica jak trza, prawie że mięsna.
Po prawej zaczęło się już rozwidlać, więc skręcił jeszcze szybko w bok i doszedł do paśnika, by liznąć se tu kilka razy solną lizawkę. Rozejrzał się też chwilę za jakim jelonkiem i wreszcie poszedł pogwizdując dalej.
Teraz jego nogi skierowały się na mini polankę pełną igliwia, młodej, delikatnej w swej zieleni trawki i drobnych krzewów borówek, a między nimi jak grzyby po deszczu, same brązowe kapelusiki. Kucnął popuszczając przy tym ciężkiego powietrza i tak kicając jak zając pościnał wsio. Znów same piękne, dorodne podgrzybki.
Kosz Pszonki zapełniał się szybciej niż powoli. Trza było wracać, bo to i za daleko od domu i swoją normę przecież wykonał. Ciekawe z czym powsinogi, darmozjady powrócą. Od niego mus się tępakom pouczyć. Wracał zadowolony szykując porządne kazanie dla domowników, gdy wtem… niczym główki przepięknych krokusów na szafran, tuż przed nim kole pniaczka, połacie pomarańczowych rydzów!
- A to ci niespodzianka, do octu, do butelczyny.
Z dotlenionym mózgiem, z rozruszanymi kosteczkami, ze zmęczonymi, przyjemnie rozciągniętymi mięśniami, z oczami po leśnej kąpieli, z psychiką małego, zadowolonego z życia dziecka wracał stary Pszonka senior odmieniony, odmłodzony, pełen wigoru niczym po najdroższej, kompleksowej odnowie biologicznej SPA… Idę na grzyby – ew
Tag: ew/autor
Psi Ząb
Na esencję życia składają się drobiny i zjawiska ekstremalne, krajobrazy zmieniane przez światło, stare opowieści, gwiazdy, ptaki śpiewające i deszczowy szum, wszystkie zdumienia i cała ta dzika kraina z powietrzem zanurzonym w zieleni, z cieniami wielkich, przesuwających się chmur. (K.S.)
Wysiadłszy z samolotu na lotnisku Vera Cruz w Bombaju poczułem po raz pierwszy skwar i upał tropikalny. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, czekała nas kontrola celna i paszportowa. W Dubaju kupiłem dwie butelki Johnny Walkera, o jedną za dużo, niż pozwalały przepisy, ale J. B. mój guru, który był już raz w Indiach, powiedział, że na drugą celnicy przymykają oko. Zresztą rozglądając się po współpasażerach zauważyłem, że jeden miał dziesięć butelek i wcale nie starał się tego ukryć, wręcz przeciwnie obnosił się z tym dookoła. Jak się zaraz okazało w tym szaleństwie była metoda. Pod czujnym okiem stróżów celnych został wyłowiony z tłumu i skierowany do osobnego pomieszczenia, gdzie jak przypuszczałem będzie musiał się z tego wytłumaczyć. I rzeczywiście wykręcał się tam gęsto, skoro wychodząc miał już tylko osiem butelek. Dla ścisłości powiem, że butelka whisky w Dubaju kosztowała 2 i pół dolara a w Bombaju już 25 dolców.
Nareszcie wydostaliśmy się na ulicę i rozpoczęło się łapanie taksówki. Właściwie taksówki czekały, tylko chodziło o utargowanie dobrej ceny. Gdy wreszcie usadowiliśmy się z trudem w czworo plus nasze cztery plecaki, każdy ważący po 20 kg i do tego cztery torby podręczne, każda po 10 kg i właśnie co mieliśmy odjeżdżać, gdy zjawiła się nagle Hanka S. ważąca około 120 kg i jej bagaż o ciężarze około 50 kg . Zażądała bez ogródek, abyśmy ja wzięli do środka i na nic nie pomogły nasze protesty, że nie ma miejsca, po prostu się władowała z całym bagażem a szofer nawet nie protestował, jakby był do takich rzeczy przyzwyczajony.
30 kilometrów jazdy z lotniska do centrum pozwoliło nam napatrzeć się na ciągnące się kilometrami tzw. slamsy, czyli budy postawione z desek, kawałków blachy i tektury. Byłem zaszokowany, nie pierwszy raz zresztą. Później gdy już łyknąłem trochę Indii, dowiedziałem się, że tam nie mieszkają najwięksi nędzarze, lecz ludzie posiadający pracę i nawet mają telewizory i lodówki, tylko nie posiadają mieszkania, a mówiąc ściślej mają mieszkanie, lecz nie nadające się w chwili obecnej do zamieszkania, bo np. developer ma trudności z płynnością finansową. Widziałem film, na którym właściciele takiego mieszkania raz na tydzień odwiedzają je i doglądają jak wre praca i tak już przez kilka lat.
Tymczasem dojechaliśmy do centrum, przy czym jednocześnie zapadł zmierzch nagle, jak to w tropikach. A to centrum typowo europejskie, o którym himalaista R. Karpiński pisał w 1939 roku, że posiada więcej samochodów niż cała Polska., zamieniło się nagle w dzielnicę niedoświetloną, do której dochodziły jedynie błyski lamp naftowych ze sklepów. Dobrze, że był ze mną Janusz B. mój guru, który umiał w tym gąszczu lawirować i znaleźć w końcu hotelik, odpowiadający naszym możliwościom finansowym, bo o komfort nikt się nie martwił. Byliśmy wszak turystami przyzwyczajonymi do spania na ziemi i w chłodzie, chociaż tu chłodu akurat nie było, wręcz przeciwnie panowało gorąco, mimo zachodu słońca.
Zapamiętałem tylko tyle z porad mojego guru. „Indie to kraj, przez który trzeba przelecieć jak najszybciej, dotrzeć do Nepalu i dalej w Himalaje.” Nie wiem jednak dlaczego byłem w Indiach dziewięć razy i pojechałbym jeszcze więcej, gdyby nie słabość charakteru. To uzależnienie i trzeba z nim walczyć jak z alkoholizmem.
fot. Psi Ząb nad Alaknandą, Indie
www.kazir.blog.onet.pl
Tag: Psi Ząb


Henio Bałdyga
Ot i my z Kazikiem dohrapali sie. Nu już tak durnowato wyjszło, że wstyd mnie przed cało wiosko bo okazało sie Kazikowe na wierzchu, a to dla mnie największy dyshonor. Ale po kolei. Zaczeło sie od tego, że do wioski przyjechał elegant z miasta i wypytywał o moje i Możejkowe pole. Najpierw zachodzili my w głowe z sonsiadem ki czort że piniendzy tyle chce dać za nasze ziemie. Mówił, że domy możem sobie zostawić i mieszkać, ale jak nam mieszkać i żyć bez ziemi:
- To co wam zapłace to starczy żeby inno gospodarke kupić – tak czarował. Jak my spytali czemu masze chce kupić, to mówił, że tu pokłady żwiru so i on żwirownie zrobi. Faktycznie żwiru tu pełno, ale cosik my z Kaziem nie przekonane i mówim że zastanowim sie.
Żeb zastanowić się udali my sie na narade na druge strone rzeki. Odpalił ja poloneza i jedziem na mazurske strone do Chucił do baru – tam przy piwsku podebatować. Miejscowe jak usłyszeli nasze gadke – bo już jak byli po trzecim piwsku to tylko nas było słychać – rozjaśnili nam mózgownice:
- To wy nic nie wiecie? Ekologi oprotestowali i trase autostrady przez puszcze, sprawe w Trybunale wgrali i przez wasze pola pójdzie. Przecież Niemce chco do Moskwy jehdzić autostrado – tak Unia ustaliła.
- A niech sobie jeżdżo, ale czemu przez moje pole – rozdar sie ja na całe gardło.
- Bo przez twoje pole ekologicznie – dogryz mnie Możejko. Ot zatryumfował ! A mnie choć pod ziemie się zapadnij. A złość mnie wzieła taka, że kufla mało nie pogryz.
- Przez Twój sadek i warzywniak też pójdzie. Ni bądź taki zadowolniony.
- A mnie i tak wszystko jedno. Bo droga lokalna do żwirowni przez moje miała iść i tak. To Ty Heniu bronił sadku i sondami straszył, to tera masz. Postrasz Niemców i ekologów sondami i trybunałem. Ot i na stare lata pójdziesz z ojcowizny na obce ziemie i tam dogorywaj – tak mnie zgasił, aż mnie mowe odjeło. Ale pomyślał ja, że on tylko tak gada żeb odgryźć się za ten sadek, a w gruncie rzeczy to my i tak po jednej stronie i jemu tak samo ciężko jak mnie.
- Tak co nam robić Kaźmierz?
- A do sondu idź jak mówił. Tylko już nie na mnie a na Niemca, to on chce jehdzić autobanami do Ruskich.
Oj pogadali my i popili, aż musiał poloneza zostawić i pieszkom wracali do chaty. Dobrze, że wypite i na droge jeszcze mieli, bo po trzeźwmu to drogo nijak iść nie można – taki hałas tych tirów, że z Kaziem nic sie nie odzywali. Tylko zatrzymamy się i po łyku i dalej idziem. A jak te ludzie tu przy tej drodze mieszkajo? Czyż ja tak samo ostane się bez ziemi i w chatce ze smrodem pod nosem i odezwać sie nie idzie do sonsiada? Całe szczęście jakoś doczołgali my się w nasze boczne droge i aż miło popatrzeć – łąki kwitno, ptaszki spiewajo. Jak pomyśle że tu tiry bedo ryczeć zamiast śpiwu ptaków to za butel tylko łapie, bo po trzeźwemu tego nie trawie.
To mówił ja, Henio Bałdyga ze wsi Baciuty – 2007/05/19
www.eurocep.blox.pl
Tag: Henio Bałdyga










Ostatnie komentarze