Tag Archives: Janek

Góra Czterech Wiatrów, po prostu

(…) Milcząc wracali pod górę, tylko motorek wyciągu transportowego warczał monotonnie. Już widać maszt na szczycie z bezwładnie opuszczoną flagą. Wiatru nie ma… I nagle w sercu Józka obudził się dojmujący żal za lotem, którego nie było, za zwycięstwem, którego nie dane mu było odnieść. Weszli na szczyt i wtem… poszum przebiegł przez las, drzewami wstrząsnęło drżenie. Na ścieżce wiodącej do domu uniósł się tuman kurzu. Flaga zatrzepotała, wypełnił się powietrzem pasiasty „rękaw” na hangarze i jego wyciągnięte ramię wskazało północ. Wicher dął z południa, uderzając gwałtownie o szczyt, wyrywał Weihe z rąk, zmuszał drzewa do bałwochwalczych ukłonów.
- Waja na start! – krzyknął instruktor odwracając się, na chwilę zawiesił głos i… dodał głośno, stanowczo:
- Józek, do maszyny!
Radość jak nikłe światełko rozbłysła w smutnych oczach pilota. Teraz już sam z pośpiechem wkładał kurtkę, pomagał zapinać pasy.

Weihe wyprysnęła na start, ale wiatr jakby igrał z pilotem, bo przycichł znów. „Rękaw” co prawda wydymał się jeszcze, ale co chwila opadał, przełamany w połowie. Józek jest znów nad przełęczą, szybowiec traci na wysokości, opada niżej, nadlatuje nad Wzgórze Miniera, ale niemal muska podwoziem czubki drzew. Oczy wszystkich mieszkańców Góry towarzyszą mu, jak gdyby siłą spojrzenia chcieli podtrzymać maszynę, jak gdyby od tego lotu miała zależeć Józkowa przyszłość.  Słońce zaszło. Mała, ruchoma sylwetka Weihe jaśniała nad lesistym pasmem Wzgórza Miniera. Ale czy długo potrafi utrzymać się Józek przy takim wietrze?

Pilot myślał o tym samym spoglądając w dół, na zielone morze drzew, rozpościerające się pod szybowcem. Dolinę wypełnił błękit – jak daleka woda za mgłą. Tuż pod Weihe sterczą czubki jodeł jak zielone gwiazdki, niżej – szerokie gałęzie. Na horyzoncie zamigotały pierwsze żółtawe światełka w niewidocznych domach, na niebie rozbłysły blade jeszcze gwiazdy. Wierzchołki drzew powoli poczęły się stapiać w jedno z kosmatą zielenią gałęzi. Zapadał mrok.

Józek z uwagą śledził zegary, z których mżyło zielone światło. Zapomniał już o tym, że nie chciał lecieć, że w pierwszej chwili miał zamiar odmówić instruktorowi, i tylko prośba w oczach przyjaciela zmusiła go do odpowiedzi: „dobrze, lecę…”. W tej chwili stało się ważne tylko to, żeby się utrzymać nad wzgórzem, nie pozwolić, aby warunki zmusiły do lądowania. Jedno okrążenie tuż, tuż nad drzewami, drugie, trzecie… naraz strzałka wariometru drgnęła, poruszyła się ku górze. Szybowiec „miał wznoszenie” – 3 metry na sekundę. Wysokość poczęła wzrastać: 50… 100… 150… Wiatr dął teraz równomiernie i jakby przezwyciężony uporem pilota, pokornie podtrzymywał szybowiec, unosił go coraz wyżej na ugiętych falach powietrza. Józek rozejrzał się. Gdzież jest niebo, a gdzie porzucona ziemia? Gwiazdy są nad nim i gwiazdy błyszczą w dole. Jest zawieszony w środku granatowej, rozgwieżdżonej kuli.

Mijały godziny. Weihe, prowadzona znakami zegarów, zataczała ósemki nad lesistym wzgórzem, gdzie błyszczały światła latarń, wskazujące trasę lotu. Znużenie ogarniało pilota. Wstrząs, jakiego doznał po przeczytaniu listu donoszącego, że stracił całą rodzinę, bezsenne noce – nadwątliły jego siły. Sam nie wiedział, że pochyla się nad tarczą zegarów, usypia w ciszy, której nie mąci żaden głośniejszy dźwięk.

Wydawało mu się, że wyrasta przed nim jakaś potężna brama. Nie może jej minąć, musi przelecieć przez nią. Nie wie dlaczego, ale musi. Leci więc naprzeciw, ale brama zwęża się, staje się tak wąska, że nie przez nią dwuskrzydła Weihe. Pomimo to mknie naprzód i dech mu zapiera myśl, że za chwilę szybowiec roztrzaska się o mury bramy.

Obudził się jak od nagłego wstrząsu. Dokoła ciemna noc. W dole za nim pozostało ostatnie światło latarni. Trzeba zawracać. Przyjaźnie mrugają zielone światła zegarów: wszystko w porządku – zdają się mówić – wszystko w porządku, lecimy dalej!
- Byle nie zasnąć – powtarza Józek przez zaciśnięte zęby.
Ta cisza aż dzwoni, ta cisza tak usypia. Ale wytrzymaj! Czeka cię przecież to samo w życiu: ciemna noc dokoła. Nikogo obok. Jesteś sam.

Zgasły dawno światła w dalekich domach. Na ziemi leżała aksamitna, przytulna ciemność. Może wylądować? Po co krążyć bez celu w tę bezksiężycową noc, po co zmuszać siebie do skupienia? Czyż nie wszystko jedno, co się z nim stanie, skoro jest tak bardzo, tak okrutnie sam. Lepiej wylądować! Byle gdzie. I mieć nareszcie spokój.

Skierował maszynę nad szczyt. Jeszcze raz, bodaj poprzez mrok, spojrzy na Górę Czterech Wiatrów tak bliską mu i kochaną, na której przeżył wiele dobrych dni wierząc, że przeszłość wróci. Wychylił się z kabiny. Na zasnutym mrokiem lotnisku błyskały kwadratem zapalone światła. Pośrodku świeciła litera „T”, wskazując mu kierunek wiatru. Od oświetlonych okien domu kładą się na szczyt smugi światła. Jak rój świętojańskich robaczków migocą zapalone latarki. Wszyscy wybiegli przed dom i dają mu znaki. Czuwają wraz z nim ci, o których zapomniał, przejęty własnym bólem, pochłonięty myślami o przeszłości. Przebywał z nimi „tymczasem”, szkolił ich z obowiązku. A przecież co wieczór ich ręce splatały się w „braterski krąg”, który zamykał się nie tylko nad jego samotnym sercem, ale nad całym krajem, obejmował sobą – wielki świat. bez słów pomagali sobie wzajemnie, bo każdy czuł jedność gromady połączonej bezinteresowną, rozumiejącą miłością. Nie jest sam!

Może na zakręcie oczekuje na niego ktoś jeszcze słabszy, nieszczęśliwszy niż on. Nie jest sam, nie jest niepotrzebny i dopóki żyje, nie wolno mu wymykać się samolubnie z braterskiego kręgu. To co człowiek czuje, jest jego prywatną własnością, ale to, czego potrafi dokonać, może się stać sprawą ogółu, może nawet całej ludzkości. Nie jest sam. Musi opanować swój ból. Musi iść naprzód. Józek zawrócił nad wzgórze. (…)
M. Kann
Góra Czterech Wiatrów
fot. Janek Góra Żar, Beskid Mały

The hang-gliding, czyli rzecz o lataniu

Lotniarstwo jest bardziej fizyczne, wtedy mam mózg wolny jak ptak.

The hang-gliding is more physical – when I’m flying I have my mind free as a bird.

Marzenie o lataniu budzi się w każdym dziecku, od małego. Stajemy na szczycie góry z szeroko rozłożonymi ramionami i pędzimy w dół po stoku, wyobrażając sobie ten moment, kiedy nasze stopy oderwą się od ziemi, albo kiedy stoimy nad oceanem z mewami szybującymi bez wysiłku wzdłuż brzegu, wysoko ponad klifami. Czas biegnie i niektórzy z nas przekonują się, że doświadczenie życiowe zmienia nasz punkt widzenia, realizują się potencjalne katastrofy, a wysokie oczekiwania przytłaczają; lęk wysokości może odstraszać od stania na wysokim budynku, a nawet od wspinania się po drabinie!
The desire to fly is born in most of us as children from an early age. Standing on top of a hill with our arms out streached, running fast down the slope imagining the moment when our feet leave the ground or standing beside the ocean with seagulls soaring effortlessly along the shore high above clifftops. Time passes and some of us find that lifes experience alters our view, realisation of the potential disasterous effect of falling from great hight proves to be an overwelming deterant, vertigo can prevent standing on tall buildings for some people – even climbing a ladder becomes impossible!

Obaj – mój dziadek i ojciec byli pilotami więc może mam to we krwi. Zanim skończyłem 10 lat latałem wiele razy. Pamiętam jak siedzę w szybowcu z moim instruktorem, wysoko nad angielską wsią i cieszę się tym, co nadal wydaje się bardzo naturalnym doświadczeniem dla mnie. To były wczesne lata 70-te, byłem w drodze do klubu szybowcowego, kiedy zobaczyłem lotniarzy. Idea, by zbiegać w dół zboczem góry i oderwać się od ziemi stała się realna.
Both my grandfather and father were pilots so maybe it is in my blood, before I was ten years old I had flown many times and remember sitting in an open canopy glider with my instructor high above the English countryside enjoying what still feels like a very natural experience to me. It was the early 1970′s on the way to the gliding club that I first saw a hang glider, the idea that it might be possible to run down the side of a hill and actually leave the ground was now a reallity.

Góra Żar:

To normalna niedziela na Górze Żar, kiedy widać, że paralotnie są bardzo popularne dziś i jeśli pogoda jest tak dobra, jak była tamtego popołudnia, to niebo może być zatłoczone.
This is a normal Sunday on Mount Żar as you can see paragliding is for more popular these days and if the weather is good as it was on this afternoon it can be quite crowded.

Devils Dyke:

Firle:

Bo Peep:

Beskidy:

Na południe widać Czechy, w prawym górnym rogu Skrzyczne, poniżej dwa jeziora, używane do generowania energii, a także do połowów i żeglarstwa każdego rodzaju.
Her eye view southward toward Czech Republic, top right shows Skrzyczne, both of the lakes below are used to generate hydro-electric power, also fishing and boating of all kinds.


fot. Janek Anglia, Beskid Mały
tłum. ewamalcher.com

Snow dragon w Narnii, czyli dzieci tkwią w nas

Niedawno oglądaliśmy chicagowski festiwal Snow Days – czyli Dni Śniegu, w którym udział brali prawdziwi profesjonaliści, w którym korzystano z projektów… przyszłych profesjonalistów. I nagle natrafiam na zdjęcia  w tym stylu rzeźb,  ale wykonanych  na podobieństwo bałwanów, które zazwyczaj od niechcenia lepimy przed swoim domem.  Gdzie tkwi granica między sztuką a sztuką, między artyzmem a artyzmem, między… młodością a dojrzałością? Na moje „Przepiękne” Janek znacząco odpowiada „Dziękuję, chociaż jestem stary nadal lubię bawić się w śniegu”.

Nieprawdopodobnie przekonujące, bo chyba w życiu chodzi o to, żeby jako ostatnia zestarzała się nasza… dusza – ewolny

Opowieści z Narnii:

Niestety po raz kolejny nie został całkowicie ukończony…

I Achilles,  z powodu załamania pogody, również nie ukończony:

Jednak w ciągu dnia  powstaje kolejna postać:

By już wieczorem, pod dom podpełzł najprawdziwszy… s m o k!


fot. Janek Beskid Mały

Rola samca w rodzinie, czyli C jak cz. 3

Nie od dziś wiedząc, że nie ważne jak się zaczyna… na zakończenie cyklu, zostawiłam sobie przyznanie sprawiedliwości panom.  W hordach praludzi mężczyźni jako łowcy i wojownicy prowadzili życie o wiele niebezpieczniejsze niż kobiety. Od nich właśnie przejęliśmy kwalifikowanie matek jako pierwotnych opiekunek dzieci. I chociaż w ciągu wieków opinia ta stała się biologicznym nonsensem, ciągle jest jeszcze żywa w ludzkim rodzie. Dlaczego nonsensem? Otóż przecież nie tak wcale rzadko, zdarzają się troskliwsi od matek ojcowie.

Jednym z nich jest łabędź, który nie pomaga w wychowywaniu pociech ograniczając się do trzymania straży. Aczkolwiek do czasu, bowiem gdy matka nagle umrze, wtedy dzieje się coś zdumiewającego: bierze na siebie wszystkie obowiązki wynagradzając dzieciom tą bolesną stratę (przy okazji poprosimy znawców ornitologii o ocenę, który z łabędzich rodziców jest na tym cudownym zdjęciu Kropli). Drugi przykład znajdujemy u dzięcioła dużego i kuropatwy skalnej. Rodzice dzielą tu dzieci na dwie grupy, jedną prowadzi matka, a druga odchodzi pod strażą ojca. Ten pomysł w jeszcze bardziej perfekcyjny sposób wykorzystuje samica mornela. Kiedy napełni gniazdo jajami samiec przejmuje na siebie resztę zadań, aby ona mogła złożyć jaja w drugim gnieździe. Ale samica wcale nie obejmuje opieki nad tamtym gniazdem, tylko powierza mozolną pracę drugiemu samcowi – żyje w poliandrii. Jeszcze lepiej mają się ptaki o dźwięcznych polskich nazwach, mimo, że zamieszkują najliczniej w Afryce i Azji. U tych długoszponów, płatkonogów płaskodziobych i płatkonogów szydłodziobych samica rozporządza nieraz aż! czterema samcami, które muszą wykonywać wszystkie prace kobiece, poczynając od budowy gniazda aż do wyprowadzenia młodych. Urocze?

Tak wygląda również świat na opak w kraju opierzonych Amazonek, gdzie ojcowie zostali przekwalifikowani na intensywnie pracujący personel do pielęgnowania dzieci. Są nawet takie matki, które zamykają swych samców na przymusowe roboty w pokoju dziecinnym. Tak jest u australijskiej ryby, która żyje w strefie żwirowej rafy koralowej, przestrzegając ściśle zasady monogamii. Najpierw para wygrzebuje wspólnie w żwirze sześć jamek, wielkości orzecha kokosowego, z wąskim wejściem. Jeżeli samiec chce odsapnąć przy robocie, samica za karę obgryza mu dookoła płetwy zmuszając do dalszego wysiłku. Po złożeniu jaj ojciec wpływa do jamki, żeby zapłodnić ikrę a wtedy matka barykaduje od zewnątrz wejście i zamyka go. Samiec musi teraz bez przerwy wachlować jaja doprowadzając tlen, czyścić  je by nie spleśniały i pełnić rolę strażnika. Przez 3-4 dni nie dostaje nic do jedzenia. Matka raz na dzień wyłamuje drzwi, by tylko zobaczyć czy wszystko w porządku i zarazem wpuścić trochę świeżej wody. Dopiero po 4 dniach wypuszcza samca. Od teraz udziela mu się przerwy wypoczynkowej na 1-2 dni, zanim zostanie zamknięty w następnej jamce. Powtarza te czynności aż sześciokrotnie.

Słodki samiec konika morskiego jest równie kompletnie bezsilny wobec samicy. Dama opasuje go swoim ogonkiem przywiązując do siebie. Potem wprowadza rurkę do torebki, którą samiec ma na brzuchu niczym kangur i tam składa swe jaja. Od tej chwili cała troska o dzieci spada na ojca, podczas gdy ona… „gwałci” następnego samca. Ale to co się dzieje pod przymusem ojciec ciernik bierze na siebie dobrowolnie, albowiem u tych ryb jest odwrotnie niż u piżmowca, chomika i niedźwiedzia białego, to matki są dzieciożercami i to one zostają słusznie wypędzane z dziecinnego pokoju. Przykłady te jaskrawo obrazują, że tak jak wśród ludzi oprócz samców nadających się tylko do kopulacji (sic!), bądź jako przekąski, istnieją interesujące formy przejściowe – samce pomagające w wychowywaniu swych dzieci. Inna sprawa, że często wbrew swej woli lub pod przymusem, ale to znów temat na dłuższą dyskusję… ew
Źródło: Vitus B. Droscher „Rodzinne gniazdo”
fot. Janek Londyn