Tag Archives: Z.P. Wasilewski

Caracas 2011

Santiago de Leon de Caracas, taka jest pełna nazwa największego miasta i zarazem stolicy Wenezueli. Aby móc zobaczyć to miasto należy posiadać po pierwsze: przemożną chęć zobaczenia, po drugie duszę awanturnika (tego od szukania przygód a nie awantur), po trzecie szczęście – jak mawiali starożytni rzymianie „Śmiałym szczęście sprzyja, Fortes Fortuna Iuvat!”.

W naszym przypadku wszystkie te elementy zgrały się idealnie. Pomyślałem sobie, że będąc na wakacjach na Wyspie Margarita, dlaczegoż by nie pojechać do stolicy tego prezydenta outsidera, który nie zawahał się któregoś razu nazwać na obradach ONZ amerykańskiego prezydenta diabłem, przemawiającym jakby był panem świata. Będąc już w hotelu na Margaricie zacząłem dopytywać przedstawiciela sieci hotelarskiej o możliwość wycieczki do tego miasta. Przedstawiciel był bardzo zdziwiony, lecz po moich naleganiach obiecał, że poinformuje się w swojej agencji co można będzie zrobić. Nazajutrz wszystko już było zorganizowane – przejazd z hotelu na lotnisko (ok. godz), przelot samolotem na kontynent do Caracas (krótki lot trwający ok.40 minut) oraz przewodnik, który odebrał nas z lotniska i nie odstępował na krok w ciągu całego dnia, aż do odprawy przed lotem powrotnym na wyspę.

Roberto Venta, nasz przewodnik, przywitał nas na lotnisku trzymając w rękach karton z wypisanymi na nim naszymi imionami. Okazało się, że Roberto jest profesjonalnym przewodnikiem od 20-tu lat i oprowadza wycieczki po wyspach wenezuelskich, dżungli i innych atrakcjach lecz bardzo rzadko ma turystów mających ochotę zwiedzić Caracas. Dlatego bardzo był zadowolony, że może nam pokazać swoje rodzinne miasto. Przypadliśmy sobie od razu do gustu, ponieważ oprócz angielskiego mogliśmy się porozumiewać od czasu do czasu w języku jego ojca, włoskiego emigranta. Plan zwiedzania miasta został już wcześniej opracowany i wsiedliśmy do jego taksówki, aby rozpocząć zwiedzanie od nowoczesnego centrum.

Caracas jest miastem położonym w dolinie, w północnych Andach, na wysokości ok. 1000 m n.p.m. Według różnych źródeł cała metropolia ma ok. 3 000 000 mieszkańców, wg. Roberto jest ich prawie 6 000 000!  Są to dane szacunkowe i nie istnieją żadne spisy ludności w tym mieście, dalej dowiemy się dlaczego. Z lotniska do centrum miasta jedzie się ok. 40 min. nowoczesną autostradą wijącą się wśród malowniczych wzgórz. Zbliżając się do miasta od razu rzucają się w oczy małe skupiska biednych domostw skleconych byle jak z byle jakich materiałów. Roberto powiedział nam, że są to barrios albo ranchitos, w których mieszka bardzo biedna ludność nabywająca do Caracas z głębi kraju w poszukiwaniu lepszego życia – tym nie byłem zbytnio zdziwiony ponieważ wcześniej troszkę czytałem na ten temat. Zbliżając się bardziej do centrum te barrios zaczynały nabierać coraz to większych rozmiarów rozlewając się po wzgórzach i dolinach, czasami wręcz przykrywając całe góry i wciskając się nawet pod wiadukty autostrady.


barrios są budowane chaotycznie na kradzionym terenie przez pokolenia, najniebezpieczniejsze miejsce na ziemi, gdzie panuje totalne bezprawie i nawet uzbrojona policja omija te miejsca. Barrios stanowią ok. 60%, 6-cio milionowej populacji Caracas – prostytucja, porachunki gangów, handel narkotykami, każdego tygodnia ok. 50-60 morderstw

Dojechaliśmy do nowoczesnego centrum, i wrażenie jakie to na mnie wywarło przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Bardzo duży ruch uliczny, nowe samochody, przeważająco japońskie, lecz także sporo amerykańskich. Ogromna ilość nowoczesnych budynków, w których mieszczą się banki, biura, instytucje, hotele itp. Z centrum przedostaliśmy się na Stare Miasto metrem, również dobrze utrzymanym. Wszędzie czysto, porządek, łatwa orientacja i okropnie tanio – nie pamiętam dobrze lecz coś w rodzaju symbolicznej opłaty nawet dla Wenezuelczyków. W metrze zorientowałem się jak doskonałego przewodnika zesłała nam opatrzność. Otóż Roberto wychodząc ze stacji metra kazał nam odczekać, aż cały tłum przejdzie i dopiero wówczas udaliśmy się w stronę wyjścia. Mówił, że tak będzie lepiej ze względu na licznych kieszonkowców. Na ulicy również kazał nam trzymać się jak najbliżej siebie, aby się nie zgubić w tłumie – później zrozumiałem, że to raczej chodziło o nasze bezpieczeństwo. Podczas całego dnia zauważyłem, że nasz przewodnik bardzo wiele razy oglądał się na boki, aby uniknąć ewentualnego niebezpieczeństwa.


fotoreporterzy w czasie demonstracji przy placu Bolivara robiący reportaż ze skandującymi manifestantami na cześć Hugo Chaveza i uzbrojeni po zęby komandosi, policjanci z karabinami maszynowymi w ręku, w centrum południowo-amerykańskiej metropolii w czasie pokoju. Demokracja czy histeryczna Idiokracja..

Starówkę rozpoczęliśmy zwiedzać oczywiście od Placu Boliwara, przy którym jest zabytkowy ratusz, częściowo poświęcony muzeum historii Wenezueli. Przy placu akurat odbywała się jakaś pokojowa manifestacja na cześć prezydenta Hugo Chaveza, więc nie było się czego obawiać, jakieś skandowanie, marsze patriotyczne dobywające się z głośników, dziennikarze robiący wywiad do telewizji i część placu odgrodzona i niedostępna pieszym. Nasz przewodnik uzyskał pozwolenie, aby się przedostać przez odgrodzoną część placu, by dostać się do Ratusza-Muzeum.


dom Bolivara


grobowiec Bolivara

Bolivar, wszędzie obecny ciałem i duchem, pomniki, ulice, place, nawet waluta Wenezueli nazywa się bolivar. Chavez w swojej histerycznej paranoi dodał ostatnio słowo Bolivar do nazwy republiki i od jakiegoś czasu oficjalna nazwa Wenezueli brzmi – Boliwariańska Republika Wenezueli. Simon Bolivar jest uwielbiany przez naród i jest romantycznym bohaterem czczonym niemalże na równi z bóstwem łączącym cały naród. Ciągle się podsyca ten płomień miłości i uczy patriotyzmu oraz cnót. W muzeum jest zawieszonych wiele obrazów ukazujących znaczące momenty z życia Bolivara – Pierwsza Komunia Święta, portret z nauczycielem, który odegrał ważną rolę w życiu przyszłego wyzwoliciela spod okupacji hiszpańskiej, ślub z hiszpańską arystokratką, oraz.. dramatyczny moment z życia Bolivara, kiedy to tracąc swoją świeżo poślubioną żonę z powodu choroby na malarię, tylko po siedmiu miesiącach idylli, wyznaje jej na łożu śmierci, że nigdy więcej się już nie ożeni. I którego to słowa szlachetnie dotrzymał. Ciało Boliwara złożone jest nieopodal historycznego centrum, w pobliżu jego domu w Panteonie na centralnym honorowym miejscu, przy którym codziennie stoi gwardia honorowa.


w tle Panteon, gdzie jest pochowany największy bohater narodowy Wenezueli – Simón José Antonio de la Santísima Trinidad Bolívar y Palacios Ponte y Blanco, bardziej znany jako Simón Bolívar


wnętrze Panteonu – zawieszone flagi państw wyzwolonych przez Bolivara: Boliwia, Kolumbia, Peru, Ekwador, Panama, Wenezuela


brama Pałacu Prezydenckiego, Roberto negocjuje wejście na dziedziniec z gwardzistą – bez rezultatu…

W dniu, w którym zwiedzaliśmy były jakieś prace remontowe i gwardziści stali w wejściu do Panteonu. Wychodząc z Panteonu nasz przewodnik powiedział Buen Dias przechodzącemu akurat jegomościowi. Ukłoniłem się również po hiszpańsku. Po wymianie kilku zdań z Roberto, jegomość się oddalił a ja się pytam:
- Jak tam u twojego sąsiada, wszystko w porządku?
- Nie! – odpowiedział Roberto – Ten facet to jest być może przyszły prezydent republiki, nazywa się Manuel Rosares i startował już do wyborów i przegrał z Chavezem w ostatnich wyborach, mam nadzieję, że tym razem uda mu się pokonać Chaveza.
Wybory są przewidziane na 2012 i ja przysięgam na Montezumę, będę je śledzić i kibicować Rosaresowi.

Uwagi na marginesie Hugo Chavez – Polityk? Kaskader? Oświecony wizjoner? Natchniony duchem Bolivara władca absolutny? Psychopata? Maniak cierpiący na kompleks niższości? Wielki dobroczyńca? Wyzwoliciel biedoty?  I tak można by jeszcze wydłużać tę litanię w nieskończoność. Jedno jest pewne, że w swoim kraju jest nienawidzony z równą pasją jak wielbiony. Z tego co udało mi się zrozumieć, cały fenomen zaistnienia takiego prezydenta w demokratycznym przecież społeczeństwie opiera się na barrios.Tak, siła i władza została mu dana w demokratycznych wyborach przez biedotę tego kraju, która stanowi większość i wierzy ślepo w socjalizm przez niego proponowany.
Chavez opisywany przez Roberto okazuje się być człowiekiem niestabilnym, który podejmuje porywcze, nieprzemyślane decyzje i tak kilka przykładów:
- zniósł opłaty na drogach publicznych w imię socjalistycznej ideologii i tym jednym posunięciem pozbawił tysiące ludzi  miejsc pracy
- zamknął ostatnio (imperialistyczne w jego mniemaniu) kasyna gry, efekt: tysiące bezrobotnych
- jednego dnia mówi, że trzeba pozamykać pola golfowe, bo golf to jest burżuazyjna zabawa, lecz ostatnio gdy Wenezuelczyk Jhonattan Vegas wspina się na światowe szczyty kariery, zaczyna łagodniej traktować ten sport
- najświeższy projekt Chaveza to jest pozamykać wszystkie browary, aby nie rozpijać narodu. Roberto mówił, że piwo w Wenezueli nie jest traktowane jako napój alkoholowy i że ludzie uwielbiają pójść na mecz basebala (sport narodowy Wenezueli) i posiedzieć, wypić kilka piw, pogadać ze znajomymi a ten facet chce im tę przyjemność odebrać.


wnętrze stylowej kawiarni-czytelni w oryginalnym domu kolonialnym

Po Starówce mieliśmy jeszcze zwiedzanie dzielnic klasy średniozamożnych, oraz przejażdżkę po dzielnicy milionerów, następnie wyjechaliśmy kolejką linową na górę Avila, najwyższy szczyt w pobliżu Caracas – 2600 m n.p. m., aby mieć piękną panoramę miasta – niestety, akurat chmura przesłoniła cały ten widok.


dom w bogatej dzielnicy – enklawie, ze strażnikiem, systemem kamer, prywatnym szoferem, ogrodnikiem, sprzątaczką. Wszystkie te domy są odgrodzone od świata murami z drutem kolczastym nierzadko pod napięciem elektrycznym

Największe wrażenie po Caracas, które pozostanie mi na zawsze w pamięci, to widok tych skupisk ludzkich nędzarzy, wplecionych w całe nowoczesne miasto. To jest inny świat rządzący się swoimi prawami, gdzie nawet policja nie ma prawa wstępu. Nikt nie wie ile ich jest tych ludzi zdanych na samych siebie, ponieważ nie można ich policzyć, nie można im pomóc, bo oni tej pomocy nie potrzebują. Slumsy… wszędzie wplątane w każdej części miasta jak wrzód na zdrowej skórze…


Caracas posiada doskonałą sieć dróg dobrze utrzymanych oraz najtańszą benzynę na świecie 1 litr kosztuje ok. 3 centów. Piwo jest 20 razy droższe!

Potem był już powrót do hotelu na Margaritę z typowym socjalistycznym opóźnieniem, ze względu na awarię elektryczną. Pasy startowe były nie oświetlone i cały ruch lotniczy został wstrzymany na 4 godziny. Jednak nikt tego nie krytykuje, nikt nie protestuje, nikt nie składa skarg, po prostu tak jest. Tak po prostu jest w całym Caracas – inercja i tumiwisizm.
fot. MonsieurLaPadite Wenezuela

Festival St-Côme en glaces 6 février 2011

Wioska St-Côme w okresie zimy tętniąca życiem, właśnie dzięki temu genialnemu pomysłowi stworzenia festiwalu rzeźb lodowych:

Festiwal nabiera coraz większego rozmachu – w tym roku, w akcji szwajcarscy rzeźbiarze:

Królowa Śniegu, baśń Andersena o niezwyciężonej sile miłości, złożona z 7 opowiadań. Pisarz ukazuje dzieje Gerdy i Kay’a, ubogich dzieci rozdzielonych przez złą czarodziejkę, Królową Śniegu. Rolę prologu spełnia opowiadanie o diabelskim lustrze rozbitym przez uczniów z czarciej szkoły, usiłujących podstawić krzywe zwierciadło samemu Bogu i aniołom. Wtedy właśnie lustro rozbija się na biliony kawałków, a każdy z jego odłamków zamienia serce w sopel lodu. Doświadczył tego Kay. Ale Gerda nie uwierzyła w jego śmierć i rozpoczyna poszukiwania przyjaciela. Po drodze dane jest jej przejść wiele prób i pokonać wiele przeszkód. Zdołuje nawet podbić serce młodej rozbójniczki, która pomaga jej w podróży na północ na uwolnionym renie. Wreszcie dziewczynka dociera do pałacu Królowej Śniegu. TuKay próbuje daremnie ułożyć z lodowych odłamków słowo „wieczność”, bowiem Królowa obiecała mu niezależność, jeśli tylko uda mu się tego dokonać. Nieczułe serce Kaya odtaja jednak, gdy tylko dostrzega łzy Gerdy. Dzięki temu zdołuje ułożyć łamigłówkę i razem powracają do domu. Wtedy – jak pisze Andersen – spostrzegają, że są już dorosłymi ludźmi, jednak w sposób osobliwy: dorośli, a jednak dzieci – dzieci w sercach. Królowa Śniegu to jedna z najpiękniejszych, poetyckich baśni Andersena, będąca pochwałą przyjaźni, miłości i wierności. W imię tych wartości, przekonuje pisarz, warto wszystko poświęcić:

Łosie – według mnie bezapelacyjne: GRAND PRIX!!!

Pedro Gonzales y Rodrigez y Aranjues de Cordoba y Manosposampas z krainy przeźroczystych kaktusów…

Dromaderom to się raczej cienko przędzie w naszej ślicznej prowincji:

Dlatego może ciężarówka?

Albo gustowny motocykl?

Wiatrak:

Szachy:

Rybak:

Studnia:

Lew:

Niestety zabrakło mi odwagi, aby zajrzeć do Wigwamu -Tipi Siedzącego Byka. A nuż okazałoby się, że on wcale nie siedzi i do tego nie jest z lodu?

Homo homini lupus…


fot. MonsieurLaPadite Kanada

Zobacz również:
- Złapać chwilę, czyli IV Międzynarodowy Festiwal Rzeźby lodowej w Poznaniu
- Lido de Jesolo – wystawa rzeźb z piasku
- Snow Days – rzeźby ze śniegu
- Snow dragon w Narnii, czyli dzieci tkwią w nas

Johnny Cay – wyspa marzeń

Wyspa, którą ujrzałem z okna mojego hotelu już pierwszego dnia, i na  którą chciałem popłynąć nawet kajakiem, okazała się odległą aż o 1,5 km od wyspy San Andres.

A poza tym, i tak ulewne deszcze nie pozwalały przez całe 4 dni na realizację tego przedsięwzięcia. Posłuchaliśmy rad przewodników, aby wykupić sobie wycieczkę po morzu. Dzięki temu zobaczyliśmy o wiele więcej, bo opłynęliśmy cały archipelag – łącznie cztery wysepki – a wyspa Johnny Cay, okazała się tą najpiękniejszą.

Pogoda tego jednego jedynego dnia dopisała nam, lecz przez to był okropny nawał turystów, spragnionych podobnie jak ja jakichkolwiek atrakcji. Mimo wszystko szczęśliwie udało mi się zrobić kilka fotek, unikając tych tłumów.

Zaraz po dopłynięciu, serwowany był koktajl lokalny zwany Coco Loco (Zwariowany Kokos). Przewodnik uprzedzał nas, żeby nie nadużywać tego wynalazku, ponieważ nie gwarantuje, że po takim drinku wszyscy będą się zachowywać normalnie. Drink ten jest komponowany z mleczka kokosowego, do którego dolewa się mieszankę alkoholi takich jakie akurat są pod ręką. Ja sobie przypomniałem, że kiedyś w moich czasach nazywało się to koktajlem Mołotowa. No, ale nic, trzeba było koniecznie skosztować tej mikstury podawanej w świeżym orzechu kokosowym. Po jakimś czasie zaczepiłem jednego z turystów:
- Hi, any sympton after your Coco Loco drink?
- Well, it taste strange and it’s very strong, and what about you?
- Well, in my case doesn’t make any difference because i’m born crazy.
- Oh, I see… – uśmiechnął się znacząco ten jegomość i chyba naprawdę uwierzył w to co powiedziałem, a zresztą, kto wie…?

Na wyspie nikt nie mieszka na stałe. Jest jedynie jedna restauracja prowadzona przez syna wiekowego pana z siwą brodą, z którym pogawędziłem sobie chwileczkę. Mianowicie zdradził mi on, sekret swojej długowieczności – 86 lat  – tylko i wyłącznie w jego mniemaniu dzięki popijaniu codziennie wina z owocu noni, którą widać na mej dłoni:

Na obiad zaserwowano pieczoną rybę z ryżem i pieczonym owocem chlebowca. To takie jeżopodobne, kolczaste i w zielonym kolorze – sporych rozmiarów zwisające z drzewa.

W ogóle cała wyspa obfituje w bujną roślinność. Oprócz chlebowca są przecież jeszcze wspomniane kokosy i banany. Morze natomiast obfituje  mnóstwem ryb i owoców morza, na jednym ze zdjęć widać np. kalmara. Natura na wyspie jest przyjazna, więc i ryby nie są bojaźliwe – nawet udało mi się podejść Krabika Kolumbika.

Sam archipelag San Andres y Providencia chlubi się tym, że okala je morze o siedmiu odcieniach błękitu. Ja sam doliczyłem się bez cienia wątpliwości ok. 5-ciu. Zatem nie wątpię, że jest to prawdą. Oprócz tego jest to  jedno z niewielu miejsc na świecie, posiadające tak idealne warunki na uprawianie windsurfingu.

Spacer dookoła wyspy zabrał nam dosłownie 18 minut i to było genialne uczucie – dookoła Morze Karaibskie, dal, przestrzeń a pośrodku taka mała kropka piasku obficie porośnięta palmami. Tam miało się uczucie wolności, tej Nieznośnej Lekkości Bytu…

Na tej niewielkiej, mającej tylko 5 hektarów wyspie, rosną nie tylko wszędobylskie palmy kokosowe, ale i żyją… kolorowe iguany! Jeszcze wcześniej dowiedziałem się, o żyjącej tam, sporych rozmiarów pomarańczowej. Jest ona wegetarianką uwielbiającą marchewkę, i dlatego właśnie posiada ten nietypowy kolor skóry. Zabrało mi około godziny, aby ją wreszcie wypatrzyć i zrobić przepiękny portret:

Archipelag San Andres jest miejscem, do którego powrócę, ponieważ nie nasyciłem się nim do woli. Muszę jeszcze zobaczyć wyspę Providencia, która znajduje się znacznie dalej od San Andres, i na którą można się dostać małymi avionetkami i gdzie nie ma hoteli, lecz istnieje „agroturystyka”, bowiem można przenocować u wyspiarzy – spędzić tam dzień lub dwa i powrócić do bazy, czyli do hotelu na San Andres.

Nazajutrz po tych niezapomnianych wrażeniach, szybkie pakowanie walizek i wyjazd na lotnisko. Rzut oka z okna samolotu na San Andres, którą opuszczaliśmy z prawdziwym żalem. I  widziany z góry obraz wyspy w  kształcie serca -   Johnny Cay, porównywana do Bora Bora Karaibów.

Na Bora Bora nigdy nie byłem, lecz skoro mówią, że podobna, to w takim razie jest więcej niż jedno rajskie miejsce na ziemi. A potem  już tylko białe chmury – jak kanadyjski śnieg…


fot. MonsieurLaPadite Karaiby

San Andres cz. 3 – Kokosy, kwintesencja Karaibów

Witam w moim nowym  roboczym stroju fotoreportera.

Z całą pewnością jestem przekonany, że dzięki tej czapce zyskałem sobie przychylność tubylców – nie zostałem okradziony ani tuż po zachodzie słońca nie oberwałem w mordę. Na San Anders życie  toczy się w tym samym, ustalonym rytmie – rutyna ustalona od wieków z dala od wielkich, politycznych debat.

Stolica San Andres kończy się tam, gdzie pojawiają się krowy na drodze, a droga jest tylko jedna i prowadzi wzdłuż wybrzeża dookoła całej wyspy. Droga po wschodniej części wyspy jest bardziej cywilizowana i jest większe bezpieczeństwo.

Przewodnicy zdecydowanie nam odradzali, aby się nie przemieszczać po zachodniej części wyspy nawet w biały dzień (sic!). Przejeżdżając po tej jedynej na wyspie drodze, zatrzymaliśmy się jednak przy lesie palm kokosowych i nie mogłem się powstrzymać, aby nie wejść do tego lasu, by wybrać sobie jednego dorodnego orzecha, których tam było w bród.

No i wlazłem tam pod te palmy, uważając, aby jakiś spadający orzech kokosowy nie zrobił mi guza na głowie wielkości orzecha kokosowego. Znalazłem, wydawało mi się, że najdorodniejszy egzemplarz. Przypatrzyłem mu się dokładnie z bliska, oceniłem jakość znaleziska i zacząłem rozprawiać się z tym orzechem. Podejrzewam: Robinson Cruzoe swego czasu musiał sobie nieźle radzić.

W moim przypadku kilka walnięć o asfalt pozwoliło mi dotrzeć do prawdziwego orzecha. Następnie już delikatniej pieprznąłem nim o jakiś kamień i… wreszcie mogliśmy się rozkoszować mleczkiem kokosowym oraz świeżym miąższem kokosowym. Tyle mogę jedynie powiedzieć – delicje – kwintesencja Karaibów.

I jeszcze wspomniana już wyspa – cel mojego marzenia. Wyspa, o której już pierwszego dnia powiedziałem „ja tam po obiedzie muszę kajakiem popłynąć i żadna ulewa mnie nie powstrzyma!”. Jak już nadmieniałem ulewa powstrzymywała mnie przez 4 dni, lecz wreszcie tam dotarłem i o tym właśnie w następnym odcinku. CDN


fot. & MonsieurLaPadite Karaiby

Zobacz również:
- San Andres i Providencia w porze deszczowej cz. 1
- San Andres cz. 2 – Walki kogutów
- Johnny Cay – wyspa marzeń

San Andres cz. 2 – Walki kogutów (wpis tylko dla dorosłych)

Na wakacjach zawiera się znajomości nadzwyczaj łatwo, pomaga w tym rum, piwo, dobre pozytywne nastawienie i relaks oraz fakt, że turysta na wakacjach przynależy do tej samej kategorii społecznej – nie ma tam adwokatów, lekarzy, dentystów, polityków, piekarzy ani sprzątaczek – wszyscy są turystami. A zatem któregoś razu: – Hi, are you comming from Montreal? – zapytała nas ta skośnooka beauty. – Yes, and you? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – We came from Toronto, my name is Fanny – kontynuowała kanadyjska Filipinka. – Nice to meet you Fanny, you have a really funny name Fanny – zaczepiłem, starając się przetestować ich poczucie humoru. W odpowiedzi usłyszałem chichotanie. – Hi, hi ,hi – odpowiedziała Fanny. Pomyślałem sobie „OK, zdali egzamin na poczucie humoru podobne do mojego, zatem możemy razem wybrać się nawet na… walkę kogutów. Dlaczego? Z żoną nigdy byśmy sami na to nie poszli, jednak Funny jest obeznana z tym, ponieważ na Filipinach te walki również są popularne. Jej mąż, potomek ukraińskich emigrantów o imieniu Roman, kazał nazywać się Ron (co w języku Cortazara znaczy: rum. I które to miano, wierzcie mi, nosił z wielką godnością i miłością do tego trunku!)

Jednak zanim wybrałem się na ten spektakl, poszedłem do przewodnika w hotelu z zapytaniem, czy ten mój szalony pomysł jest dobry, to znaczy, czy idąc tam, nie narażam bezpieczeństwa mojego i nowo poznanych znajomych. Mój przewodnik powiedział, że najlepszym rozwiązaniem będzie, abym zaangażował taryfiarza jako przewoźnika na miejsce tej koguciej rzezi, a przy okazji jako osobistego przewodnika, który jest znany na wyspie (oni wszyscy się tam znają). Poza tym może nam wytłumaczyć na czym polega to całe wydarzenie.

Tak też zrobiłem. Dogadałem się o cenę z taksówkarzem Octavio i wsiedliśmy do jego taxi, by po 15-tu minutach być już na miejscu. Byliśmy świadkami przygotowań kogutów do walki, bo oprócz tego, że te koguty sę trenowane, to przed samą walką doczepia się im dodatkowy metalowy kolec na łapy, aby jeszcze bardziej mogły poranić przeciwnika.

W tym samym czasie jakiś facet  – menadżer danego koguta -  zbiera zakłady. Odbywa się to bez żadnych papierów, żadnych kwitów. Ktoś daje komuś do łapy pewną kwotę pieniędzy i odchodzi.

Później się dowiedziałem, że zakłady są rzędu 50 $ US za jedną walkę. W walce kogutów nie ma remisów – jest tylko wygrana lub przegrana. Tak więc jest łatwość w wypłacaniu wygranych lub nie ma wątpliwości co do pogodzenia się z przegraną.

Uwagi na marginesie: W  osobistym odczuciu www.ecodzien.pl spektakl uczyniony z tej walki jest jak najbardziej barbarzyńskim szczytem bestialstwa. Lecz dla rdzennych tubylców, którzy wyrośli przecież w tej kulturze takie wydarzenie jest jak najbardziej na porządku dziennym. Poza tym jeszcze kilka wieków temu ich potomkowie traktowani byli  bardzo podobnie – jak najgorszej kategorii bydło.

Powstrzymując się jednak od komentarza  poniżej zdjęcia, które  chyba są bardziej wymowne:

walka kogutów

Ludzie na arenie zdają się być bardzo skoncentrowani na walce nie zawracając sobie zbytnio głowy intruzami z aparatem fotograficznym, skoro z pensji ok. 250 US $ na miesiąc,  stawiają na jedną walkę ok  50-ciu dolarów, to ja się wcale nie dziwię, że ich emocje są skierowane w całkiem inną niż turysta stronę. Kogut tresowany do walki jest wart ok. 1500 $ – 2500$.

Dobry kogut potrafi stoczyć ok.10-15 zwycięskich walk, (walka trwa 15 minut) po czym nadchodzi ta ostatnia, gdzie przegrywa, bardzo często zadziobany na śmierć. W przypadku naszej walki, kogut został zadeklarowany przez sędziów jako znokautowany i walka została przerwana. Octavio powiedział nam, że ten kogut jeśli zostanie wykurowany i dojdzie do siebie zostanie wykorzystany jako reproduktor w kurniku kogucich Rambo  – całkiem zasłużona emerytura, jak na weterana koguciej areny!

Na koniec pozostaje mi tylko realizacja mojego marzenia – wyspa, którą zobaczyłem pierwszego dnia z okna mojego hotelu. Powiedziałem wtedy „ja tam po obiedzie muszę kajakiem popłynąć i żadna ulewa mnie nie powstrzyma!”. Ulewa powstrzymywała mnie przez 4 dni, lecz w dniu, gdy tam dotarłem… ale o tym następnym razem. CDN
fot. MonsieurLaPadite San Andres, Karaiby

Zobacz również:
- San Andres i Prowinecia w porze deszczowej cz. 1
- San Andres cz. 3 – Kokosy, kwintesencja Karaibów
- Johhny Cay – wyspa marzeń

Karaibskie San Andres i Providencia w porze deszczowej cz. 1

Na archipelag San Andres i Providencia, przypuszczalnie odkryty przez Krzysztofa Kolumba podczas jego pierwszej ekspedycji w 1492 roku, wybraliśmy się w porze deszczowej.

Wybór ten był podyktowany wypadającym wolnym tygodniem pracy, ale również bardzo niskimi cenami. Pora deszczowa na Karaibach wcale nie oznacza, że będzie lało cały czas, lecz że istnieje możliwość gwałtownych opadów. Generalnie są to deszcze tropikalne i ciągle jest bardzo gorąca temperatura jak dla Kanadyjczyka. Niestety w naszym konkretnym przypadku lało jak cholera i to prawie przez cały nasz pobyt, z wyjątkiem jednego całego dnia i dwóch razy po pół dnia. Mimo wszystko udało nam się wyciągnąć maksimum z tej podróży, skupiając się na poznawaniu tej wyspy oraz ludzi na niej mieszkających, skoro o kąpieli w morzu ani o opalaniu nie było mowy.

W czasie naszego pobytu wyspiarze przygotowywali się powoli do Świąt Bożego Narodzenia. w sklepach choinki z dekoracjami a na ulicach dekoracje o tematyce bożonarodzeniowej a także… kiczowate, szkaradne, plastikowe żółte palmy:

Ludność jest w przeważającej części potomkami afrykańskich niewolników pracujących na plantacjach kokosów. Posługują się dwoma językami: część mówi angielsko-kreolskim, a część hiszpańsko-kreolskim.

Pierwotnie wyspa słynęła z zasobów palmy kokosowej, która była uprawiana masowo i eksportowana do Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj już na kokosach nikt kokosów nie zbija. Najważniejszym źródłem dochodów jest turystyka i strefa wolnocłowa, gdzie nie płaci się podatków i ceny na luksusowe artykuły takie jak odzież, kosmetyki, wyroby tytoniowe i alkohol są bardzo niskie.

Dlatego na całej wyspie jest wszechobecna policja turystyczna (tak o niej na tej wyspie mówią tubylcy). W czasie niskiego sezonu funkcjonariuszy jest około 200, a w czasie wysokiego sezonu turystycznego rząd Kolumbii wysyła następnych 200 policjantów, do pilnowania porządku. Bo turysta jest takim stworzeniem naiwnym, który czasami nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia jakie na niego czyha. Jest potulną istotką, która przyjeżdża na wyspę, wszystko fotografuje, wszystkiemu się dziwi, wszystko kupuje, ma dużo kasiory więc można go bardzo łatwo oskubać. Ja sam dałem się ponieść tej iluzji, widząc te małe dziewczynki handlujące na wybrzeżu muszelkami. Takie śliczne i trzęsące się z zimna, i na pewno głodne, którym rodzice kazali pracować, aby zarobić parę groszy na chleb. I sam wzruszony dogłębnie tym obrazkiem już miałem ochotę kupić od nich cały ten kram, przeznaczając zarobione przez nie pieniądze na ich szkołę. Lecz w pewnym momencie pewna turystka zadała pytanie przewodnikowi czy szkolnictwo na wyspie jest obowiązkowe i otrzymała odpowiedź, że nie!

I olśniło mnie, ponieważ zapomniałem, że rząd czasami ingeruje w sprawy edukacji zmuszając rodziców, aby posyłali swe dzieci do szkoły. Mnie się zawsze wydawało, że to rodzice instynktownie mają pragnienie, aby dać własnemu dziecku jak najlepsze wykształcenie. Okazuje się, że rodzice sami niewyedukowani nie mają absolutnie takiej potrzeby. Zrezygnowałem zatem z mojego szlachetnego zamiaru, ponieważ prawdopodobnie tatuś tych dziewczynek przegrywa zarobione przez nie pieniądze na walkach kogutów (o których będzie mowa w następnym odcinku). Bardzo popularnych walk kogutów, organizowanych w weekendy. Iluzoryczność w takich egzotycznych miejscach jest wprost fenomenalna i ulec jej można bardzo szybko. Wynika to z tego, że fizycznie wchodzi się w inny wymiar. Dlatego turystykę należy raczej traktować jak film, do którego akcji nie można wejść i pomóc go polepszyć lub poprawić. A sprzedawcy na ulicach stolicy tej wyspy są wszechobecni i handlują dosłownie wszystkim – owocami na straganie zmontowanym z taczki, lub wypiekami własnej domowej roboty noszonymi na swej głowie.

Sprzedać starają się wszystko co tylko mogą. Mnie przechadzającego się z żoną pierwszego dnia po wybrzeżu, zaczepił mężczyzna proponując cygara, rum, marihuanę, kokainę i nawet dziewczynę (sic!) w razie potrzeby. Odpowiedziałem mu grzecznie, że na razie wszystko jest OK, i że dzisiaj niczego mi do szczęścia nie brakuje. Dla niego to znaczyło tyle,  że jestem potencjalnym klientem i że skoro dzisiaj jest OK to jutro może być inaczej. Dlatego nazajutrz jak nas tylko ponownie zauważył, to znów podszedł i zaczął ten sam refren. Zatem powiedziałem mu, że nie jesteśmy zwolennikami narkotyków, ani innych odurzających substancji i że moja żona działa aktywnie w organizacji międzynarodowej zwalczającej narkotyki. Na co nasz dealer odpuścił… Spytałem go tylko jak mu na imię. I odpowiedział mi… Jesus (fonetycznie Chesus). Powiedziałem „jesteś pierwszym Jezusem, który proponuje mi kokainę”. Chyba nie zrozumiał dowcipu być może dlatego, że nie wiedział czyim imieniem ochrzcili go rodzice. Na koniec sprzedawca mango:

To było nad wyraz interesujące doświadczenie. Otóż ten traktujący bardzo poważnie swój business, właściciel maszyny na korbę do robienia spaghetti z owocu mango, sprzedawał je ulicznym przechodniom. Więc i ja zamarzyłem również popróbować tych lokalnych przysmaków. Podszedłem do biznesmena i rozegrał się dialog:
- Poproszę o jedną porcję, por favor.
- With pleasure  – odpowiedział szef i zaczął kręcić, aż nakręcił całą miseczkę tego owocu, po czym zapytał:
- What do I put on it Sir?
- Put everything, I’d'like a kinde of all dressed mango spaghetti please.
- Are you sure sir?
- A hundred percent sur, no doubt!!! – odpowiedziałem.
Więc facet z całym impetem zaczął polewać i posypywać te pyszności octem, pieprzem, solą, dorzucał tobasco, wciskał majonezu tyle ile tylko się  dało i ketchupu, i jeszcze całą tą resztę przypraw, o których nawet mi się nie śniło, i na koniec z uśmiechem powiedział:
- Have fun!
- I certainely will – odpowiedziałem cwaniaczkowi  nie wiedząc co czynię. Bo jak tylko spróbowałem pierwszy kęs, zrozumiałem swój błąd:

O Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono….

Tfu, tfu, tfuuuuuuu! Co za świństwo szkaradne, ohydna maszkarada… Trzeba jednak czasami słuchać przewodników (mango jest dobre, ale tylko z jedną przyprawą i zawsze smakuje inaczej).

Reasumując, miasto jest dziwne, ponieważ tak naprawdę nie wiadomo gdzie jest miasto, a gdzie wieś. W pewnym momencie to zrozumiałem, ale o tym w następnej części opowieści, do której sprawiłem  sobie barwy ochronne w postaci beretu rastamana z dredami, aby ułatwić swoje życie fotoreportera i zintegrować się z krajanami – LaPadite
CDN
fot. MonsieurLaPadite Karaiby

Zobacz również:
- San Andres cz. 2 – Walki kogutów
- San Andres cz. 3 – Kokosy, kwintesencja Karaibów
- Johnny Cay – wyspa marzeń

Ogrody Semiramidy

Ogrody Semiramidy

przychodzisz do mnie powoli, lecz przychodzisz na zawsze
trawą ci wymaluję chodnik, kaczeńcami posłanie odgrodzę
przychodzisz wbrew woli, bo sny twoje od jawy ciekawsze
pogodę ci rajską wymyślę i księżyc ze słońcem pogodzę
wymyślę ci bajkę, zbuduję pałac i tron tam pośrodku umieszczę
nasadzę kwiatów, rabatów, klombów i krzewów bez miary
rozsunę ziemię, przesunę góry i morze tylko uciszę jeszcze
odpocznę chwileczkę, odsapnę zmęczony lecz nie braknie mi wiary
przychodzisz do mnie od wieków, lecz przychodzisz nieustannie
burzysz mój spokój, porządek oraz mój sen nienaganny
przychodzisz tak jakby na niby, na niebo, przychodzisz zachłannie
i burzysz ten ptasi mój koncert, ten letni, cudowny, poranny
imieniem twoim obdarzę roślinę, tą moją drogą piwną piwonię
ogrody piękniejsze ci przecież zawieszę, wyżej niźli Semiramidy
u ptaków zamówię najpiękniejszą, tą letnią ich ptasią symfonię
bo przecież czekam i czekam jak żebrak tej miłości na niby
MonsieurLaPadite

Koniaków Ochodzita kryptonim stringi

Do Koniakowa na Ochodzitę pojechałam po tą -> PANORAMĘ. Z Bielska-Białej wyjechałam z przepięknym słonkiem i wróciłam ze słonkiem nieśmiałym – niestety, pomiędzy  słonka nie było. Zresztą nie tylko słonka: nie było Ewy,  nie było koniakowskiego koniaku  ani kaktasiego juhasa, nie było też powrotnego PKSu do domu, za to były czerwone koniakowskie stringi i  niebieski szlak na… Zwardoń.

z Ochodzity
Dzień zaczęłam z książką na kolanach i dwóch wspaniałych godzin PKSem przez pętlę beskidzką, przez  Skoczów, Ustroń Polanę, Wisłę, Kubalonkę, Istebną, przez szeroko rozumiane Beskidy. W Korbielowie wysiadłam na przystanku Ochodzita, skąd tylko 10 marnych minut betonowym chodniczkiem wyniosło mnie na 895 m n.p.m. Byłam na szczycie Ochodzity, skąd nie tylko rozległa panorama Beskidów, a przy dobrej widoczności nawet Tatr, ale i możliwość kupienia koniakowskich stringów! Bez popytu nie ma podaży – koniakowskie koronczarki elastyczne są.


z Ochodzity
Obeszłam cały szczyt Ochodzity, a razem ze mną imponujące stado owiec i skromna para kaczek:


z Ochodzity
Widoki były przewspaniałe nawet przy tak mizernej pogodzie. Niestety mocno wiało, więc wreszcie zeszłam na szosę, skąd  jeszcze tylko parę kroków pod Koczy Zamek (847 m n.p.m) – nie tak spektakularną górkę jak Ochodzita, za to z cudowną legendą:

Uwagi na marginesie - Koci Zamek:
Na starych mapach austriackich widnieje nazwa Koczy Zamek. Tam gdzie wg legendy stał dwór ze szczytu można zobaczyć Tatry przy dobrej pogodzie. Sprzedają tu również koronki oraz stringi koniakowskie. Według tradycji stał w tym miejscu zamek węgierskiego grafa Kocsiego. Ponoć wbrew woli ojca pojął on za żonę piękną koniakowską góralkę. Ojcowscy słudzy młodą oblubienicę uprowadzili i z nadmiaru gorliwości pozbawili życia. Zrozpaczony graf uśmiercił swego rodzica i w wyniku tych przeżyć oszalał, puścił z dymem swój zamek, a sam przepadł bez wieści. Pewien organisty z Rycerki Górnej, śp. Czaniecki St. opowiadał mi kiedyś, że nazwa Koci Zamek pochodzi od tego, że z tej strony mieszkają wyznawcy prawdziwej wiary, a z tamtej strony kociej wiary – Psi Ząb

Na Kocim Zamku:

Zobacz więcej:
www.kazir.blog.onet.pl

Niestety, nie zrobiłam jej zdjęcia, ale od czego są przyjaciele?! Nie było tabliczki i nie sądziłam, że jest to ten mizerny wzgórek… prawie, że na parkingu! Koniaków to bardzo wysoko położona wieś.

Uwagi na marginesie: Ma davvero!!!, io non capisco di niente: da dove viene questa idea di mettere la musica italiana, congiunta alle paysaggi dalle montagne polacche? Delle immagini veramente stupende pero, meravigliose ! Vorrei sapere di che cosa parlano queste due anatre, nell’orecchio una al’altra, sono convinto che hanno una sola cosa nella testa: fare amore et scappare via direttamente nell’Egitto per passare l’inverno. Intanti, devo finire il mio piatto preferito della domenica, zuppa di pollo, oppure: brodo di pollo con le tagliattelle, mamma mia quant’è bona questa zuppa!!!
Arrivederci !

Post Scriptum:

Włoska musica w Twoim artykule jest szokująco dobrze dobrana!!! Dlatego zareagowałem ponieważ znam ten język jak mój własny i te słowa powaliły mnie na podłogę, myśląc sobie, skąd kurna taka zbieżność ze zdjęciami? I ze słowami? Kobieca to li tylko i wyłącznie intuicja? – MonsieurLaPadite

I teraz już zdecydowanie, rezygnując  z p i ę c i o g o d z i n n e g o oczekiwania na powrotny autobus, decyduję się na pieszą przebieżkę przez górki na PKP do… Zwardonia.


na szlaku
Z obiecywanych dwóch godzin szlakiem, robią się szybko trzy, ale i tak, mimo jeszcze dwugodzinnej jazdy pociągiem,  kuternoga w domu jest o kilka godzin wcześniej oraz bogatsza o przewspaniałe widoki z Sołowego Wierchu (848 m n.p.m.), a także świadomość, że jest bardzo, ale to bardzo odporna na ból – ew

widok na Koniaków i Ochodzitę
z Sołowego Wierchu


z Sołowego Wierchu
fot. ewolny Beskidy

Zapiski z wakacyjnej walizki – Nadal w drodze do Santiago de Cuba

Po przejechaniu ok. 80-ciu kilometrów wyboistymi drogami kubańskimi, zatrzymaliśmy się na chwilę na jakimś rozdrożu, aby wypić kawę lub piwo, pójść do toalet i porozciągać zastane kości. To był chyba miesiąc luty i akurat były żniwa na banany pastewne, które są spożywane przez Kubańczyków jak ziemniaki przez Polaków  – jeśli mnie pamięć nie myli bananowiec obradza się razy do roku. Nadmienię tylko, że frytki z tego banana pastewnego nie umywają się niczym do frytek z kartofla. Kubańska obsługa turystyczna wykorzystała ten postój, aby zakupić takie kiście banana za bezcen, za jakąś absurdalną wydawało mi się kwotę, być może 25 centów za jakieś 10 kg. Lecz to jest moje subiektywne odczucie, a zresztą sami Kubańczycy mówili, że akurat jest sezon i że ceny są bardzo dobre. Jestem wielbicielem pieczonego na oliwie banana pastewnego – prawdziwy rarytas!!!


Oprócz tej atrakcyjnej egzotyki dookoła jest tylko bieda, zewsząd otaczająca cię bieda. Zapuszczone, zaniedbane domy, ludzie leniwie i bez pośpiechu coś robią, gdzieś idą, w rytmie pogody gorącej, parnej i leniwej. Bieda, ponieważ Kubańczycy żyją biednie lecz to wcale nie znaczy, że jest to naród nieszczęśliwy z powodu biedy.Powiedzmy, że żyją bardzo skromnie i niewiele im potrzeba do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Lecz to, co zauważyłem i co mnie najbardziej zdumiało to fakt, że jest to bardzo optymistyczny naród – wesoły, z poczuciem humoru, który uwielbia się bawić, grać muzykę i tańczyć. Wystarczy, że jeden tylko coś zaśpiewa, nawet bez żadnego instrumentu, a zaraz robi się zabawa i od razu jest jakaś para chętna zatańczyć salsę lub merenge.

Być może… rekompensatą dla nich jest Matka-Natura, która tak obficie ich obdarza. Obrazki tej flory kubańskiej zebrałem częściowo w hotelu, a częściowo w bardzo nieoczekiwanych miejscach…  w których wystarczy to wszystko zauważyć, ale ja mam na to obiektyw baaardzo wyczulony. Po raz pierwszy zobaczyłem jak kwitnie kaktus, po raz pierwszy też zobaczyłem, że na kaktusie można wypisać imię Vasco, owoce palmy kokosowej oraz wszechobecny Hibiscus, rosnący tu prawie jak chwast  – przecudownej urody kwiat i nie przestanę tak szybko się nim zachwycać.


OK! Wsiadać do mikrobusa proszę wycieczki! Proszę zająć miejsca, ruszamy!!! Pozostało 30-ci kilometrów do pokonania, aby ujrzeć Santiago!!! Yeaaaah! Jak kierowca dobrze przyciśnie gaz do dechy, to za jakieś 45 min. powinniśmy znaleźć się w sercu rewolucji. Viva la Revolucion!!!
fot. MonsieurLaPadite Kuba

Zapiski z wakacyjnej walizki – W drodze do Santiago de Cuba

Bardzo wczesnym rankiem, tuż po wschodzie słońca, stawiłem się przed hotelem w oczekiwaniu na obiecany autobus. Miał mnie on zawieźć do przepięknego kubańskiego miasta  Santiago de Cuba – serca rewolucji kubańskiej, do którego romantycy będą wzdychać długi czas jeszcze. Zdążyłem w porę, przewodnik pojawił się uśmiechnięty, sprawdziłem aparat – bateria wytrzyma 1000 zdjęć, mam kapelusz, krem przeciw promieniom słonecznym, mam  wodę zdatną do picia w plastikowej butelce, mam dobry humor….

Po 20-minutowym opóźnieniu podjechał wreszcie mikrobus i nasz uśmiechnięty przewodnik zaprosił do zajęcia miejsc  w busie oświadczając, że czeka nas niezwykła podróż do Santiago poprzez wsie, pola, kubańskie pegeery drogami, które nie są zbyt dobrze utrzymane. Mówił to będąc odrobinę zakłopotany, a właśnie to było chyba najbardziej zachwycające, że dystans między miastem Holguin a Santiago de Cuba (110 km) pokonamy w ciągu 3-4 godzin! Wspaniale!!! Będę miał czas, aby wyczerpać moją baterię z aparatu – pstrykać, pstrykać, pstrykać do woli… No i oto co popstrykałem we wsi kubańskiej.

Kubański rolnik oferujący turystom sok ze świeżo  zerwanych kokosów:

Urzekająco piękny kwiat pośród chwastów:

Otchłań… przestrzeń… cisza, dal, palmy, doliny i miłość do tej wyspy:

Wieś, taka wiejska. Chałupy, prawdziwe chałupy zbudowane z drzewa palmowego:

Plantacja trzciny cukrowej w perspektywie oraz  z bliska. Ten sympatyczny przewodnik w czerwonej koszulce ułamał kawałek trzciny cukrowej, rozmiażdżył ją swoimi zębami i kazał mi spróbować jak bardzo jest słodka. Nie skorzystałem, inni odważni tak!

Wioska kubańska widziana z okien autobus:

Zagroda kubańska widziana z bardzo bliska:

Świnia kubańska z zagrody kubańskiej z bardzo bliska:

To jest wioska kubańska wybudowana przez Rusków. Idiotyczne bloki z wielkiej płyty w kontraście z kubańskim spokojem i tumiwisizmem:

Fidel Castro jak Matka Miłosierna, jak dobry Tatuś, jak pasterz  wiedzący, które drogi są wolne od ciernia i przede wszystkim wolne od imperializmu amerykańskiego… jest wszechobecny… umiłowany i adorowany:

Najlepsze moje zdjęcie ze wsi kubańskiej. Typowe kubańskie – trzcina cukrowa, bryczka. Dokąd on tą trzcinę wiezie? Nie moja to rzecz, moja rzecz być zdyscyplinowanym turystą:

fot. MonsieurLaPadite Kuba