Tag Archives: Psi Ząb

Lectorium Rosicrucianum

Prawie codziennie, jadąc autobusem, widzę kamienną, białą tablicę, na której złotymi literami wyryto LECTORIUM ROSICRUCIANUM. Intrygowało mnie to długo, aż pewnego razu postanowiłem zbadać, co się za tym kryje.. Otóż okazało się, że to jedna z organizacji gnostyckich.. Poniżej wisi jeszcze jedna tablica, na której czytamy:


Lectorium Rosicrucianum, Międzynarodowa Szkoła Złotego Różokrzyża
dąży do tego, by pomóc wszystkim poszukującym odnaleźć i stworzyć żywe połączenie z tą lśniącą nicią.

Lectorium Rosicrucianum, powstało w Haarlem, w Holandii, gdzie do dziś mieści się jej siedziba główna. Początki sięgają roku 1924, kiedy to bracia Z.W.Leene (1892-1938) i J.Leene (1896-1968) przyłączyli się do Towarzystwa Różokrzyża, wspólnoty założonej przez Maxa Heindla w roku 1909, w Oceanside, California, USA.

Pod przybranymi imionami Jan van Rijckenborgh i Catharose de Petri są oni autorami wielu książek, wznawianych i drukowanych do dnia dzisiejszego.

Zakon A.M.O.R.C. co oznacza Antiquus Mysticusque Ordo Rosae Crucis (Starożytny i Mistyczny Zakon Różo-Krzyża) Jest On światową tradycyjną organizacją gnostyczną, która źródła swych nauk czerpie z przekazu wiedzy starożytnych, oraz prac uczonych i mistyków następnych epok. Tematy poruszane w naukach A.M.O.R.C. dotyczą zarówno nauk przyrodniczych i filozoficznych, psychologicznych jak również metafizycznych.. w szczególności ezoteryki i mistyki.).

Uwagi na marginesie: Krzyż różany -  Kiedy wiek piętnasty chylił się ku końcowi a zakon krzyżowy we krwi pogaństwa północnego przestawał brodzić, urodził się w 1378r. w rodzinie, w której żyłach miała płynąć arystokratyczna krew, Christian Rosenkreuz.

Ponieważ rodzicom brakowało środków na utrzymanie młodego Christiana, więc mając 6 lat zamieszkał między mnichami. Lata młodości mędrca były niezwykle owocne gdyż opanował on biegle łacinę i grekę. Natrafił też na istnienie alchemii, która w późniejszym jego żywocie odegra niemałą rolę. Obdarzony wiecznie niespokojnym duchem trafił na studia aż do Jerozolimy, miasta ksiąg i mędrców. To oni objawili przed nim piękno i tajemniczość natury, istniejące zależności pomiędzy poszczególnymi jej elementami. Co stanowiło tylko krok wstępny ku filozoficznemu oświeceniu. Niestety jego teorie nie spotkały się z życzliwym przyjęciem a raczej został wyszydzony. Wtedy postanowił zostać pustelnikiem.

Rozenkreuz umiera w 1484 dożywszy 160 lat. Na jego grobie miano umieścić metalową tablicę z sentencją Za sto dwadzieścia lat otworzę się.

Nie znana jest dokładna data jego urodzenia ani data jego śmierci. Wiadomo tylko, że występuje jako bohater w książce „Manifesty różokrzyżowe”, których autorem jest Johann Valentin Andrae. Dzieje Rozenkreuza zdają się być dokładnym odbiciem żywota postaci, która go stworzyła czyli Johanna Valentina Andrae, oczywiście mutatis mutandis.

Paracelsus, który żył w latach 1493 – 1541, lekarz i alchemik szwajcarski, jest także uważany przez niektórych uczonych za prawdziwego założyciela ruchu różokrzyżowców. W Konstantynopolu, dostąpił inicjacji alchemicznej, gdzie widział działanie magnum opus, czyli kamienia filozoficznego, pozwalającego zamieniać metale w złoto. Należy on do nielicznych, dopuszczonych przez Arabów do tajników alchemii.

Societas Rosicruciana in Anglia – Organizacja założona w 1867 przez Roberta Wentwortha Little. Posiadają obecnie oddziały w Anglii, Szkocji, USA oraz we Francji, gdzie noszą nazwę kolegium Bernarda z Clairvaux. Członkowie muszą być co najmniej w stopniu mistrza wolnomularskiego w Zjednoczonej Loży Anglii.Prowadzą studia na temat kabały, alchemii i wtajemniczeń masońskich. Z nich wywodzi się sekta Golden Dawn wraz z jednym z najbardziej znanych okultystów poprzedniego stulecia, Aleisterem Crowleyem.

Związany ruchem różokrzyża był również m. in. Stanisław August Poniatowski, Johann Wolfgang Goethe, Victor Hugo i Teofil Ociepka.
www.kazir.blog.onet.pl

Zobacz również:
- Objawienie gnostycznej mądrości – cz. 2

Jak zdobyć moce nadprzyrodzone

Istnieją dwie drogi do zdobycia mocy nadprzyrodzonych. Pierwsza prowadzi przez praktykę, zmierzającą do wyzwolenia z samsary, to jest z koła narodzin i śmierci. Celem jest tutaj nie osiągnięcie abhidżni, czyli wielkich umiejętności lecz wstąpienie do stanu nieuwarunkowanego, do nirwany. W ostatnim etapie medytacji, zwanej samjamą pojawiają się mimo woli te właśnie umiejętności, do których należą:

1. Siły nadnaturalne siddhi
2. Jasnowidzenie, czyli „boskie oko” diwjacaksus
3. Słyszenie głosów niebiańskich i ludzkich, czyli „boskie ucho” diwjaśrota
4. Poznanie myśli drugich ludzi paracittadżniana
5. Poznanie poprzednich żywotów purwanirwasanusmriti

Paradoksalnie im mniej pożąda się tych umiejętności tym łatwiej one przychodzą i szybciej się je zdobywa. Trzeba jednak wiedzieć, że nie pomagają one w osiągnięciu wyzwolenia, lecz stanowią wyraźną przeszkodę w drodze do nirwany. Są one jednak oznaką zbliżania się do stanu wyzwolenia i osiągania stanu arhata. Przed pierwszym soborem buddyjskim w Wajsiali jeden z najbliższych uczniów Buddy, Ananda, nie dostąpił jeszcze stanu arhata i nie chciano go dopuścić do obrad. Wtedy on pośpiesznie przeprowadził praktykę medytacyjną i uzyskał jednocześnie zdolności abhidźnia. Wykazał je, przechodząc przez ścianę skalną jaskini, w której odbywały się obrady.

Druga droga do zdobycia mocy nadprzyrodzonych prowadzi poprzez praktykę jogiczno–tantryczną, zwaną też sadhaną. Stosuje się tutaj takie metody jak powtarzanie mantr czy dharani. Innym środkiem do zdobycia tych zdolności są ćwiczenia pranajamy, czyli ćwiczeń oddechowych, polegających na ograniczaniu ilości oddechów a nawet ich całkowitym powstrzymywaniu. Opowiadania o 84 siddhach zawierają przykłady niektórych joginów, którzy najpierw osiągnęli umiejętności nadnaturalne a potem dopiero stan buddy. Droga ta jednak jest dużo trudniejsza i dłuższa. Im bardziej się ich pożąda tym trudniej jest je zdobyć. Wadżrajana, czyli tantryczna odmiana buddyzmu rozwinęła wiele takich metod „na skróty” poprzez praktyki tantryczne, opisane językiem symboli seksualnych, zwanym sandhjabasza, czyli językiem „półcieni” lub jak chce tego M. Eliade sandhabasza, czyli językiem „intencjonalnym”.

Joga i tantra – Jeżeli weźmiemy pod uwagę czwartą szlachetną prawdę, zawierająca opis ośmiostopniowej drogi prowadzącej do wyzwolenia, to stwierdzimy, że po pominięciu pierwszego i drugiego stopnia (słuszny pogląd i słuszne postępowanie), które właściwie pasują do każdej nauki religijnej, wszystkie pozostałe jej stopnie mieszczą się całkowicie w ramach radżajogi. Tak więc słuszna mowa (nie kłamać) i słuszne postępowanie (nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść) oraz słuszny sposób życia (skromne ubranie, prosty posiłek i brak majątku) można utożsamić z niektórymi zakazami (jama) i nakazami (nijama) jogi opisanej przez Patańdżalego w Jogasutrze. Jest jednak istotna różnica między nimi, gdyż hinduska joga ma charakter teistyczny, podczas gdy w buddyjskiej nie znajdziemy wzmianki o bogu. Ostatnie trzy stopnie jak słuszne dążenie (ochranianie zmysłów), słuszne skupienie oraz słuszna medytacja można utożsamić z pratjaharą, dharaną, dhjaną i samadhi, pamiętać tylko trzeba, że medytacja buddyjska dzieli się na cztery dżhany. Mianowicie:

1. Uwolnienie od bodźców zewnętrznych i pokus
2. Opanowanie i uspokojenie umysłu
3. Izolacja od świata zewnętrznego i pamięci
4. Osiągnięcie czystego stanu świadomości, w którym nie ma ani zadowolenia, ani niezadowolenia, gdy zanikło uczucie przyjemności i nieprzyjemności.

Joga buddyjska różni się jednak od jogi hinduskiej tym, że jej celem jest zawsze osiągnięcie wyzwolenia z kręgu narodzin i śmierci, podczas gdy w innych jogach celem może być samo uwielbianie boga lub zjednoczenie się z absolutem, jak również osiąganie mocy nadprzyrodzonych. I tu właśnie wkraczamy na teren jogi tantrycznej, zresztą jogę tę charakteryzuje przede wszystkim metoda, a więc wykorzystywanie sadhany, operowanie wiedzą z zakresu fizjologii i psychologii, co jest specjalnością hathajogi, a nawet sięganie do arsenału środków alchemicznych.

Wracając jeszcze do jogi buddyjskiej trzeba wiedzieć, że na najwyższych stopniach dhjany zawsze pojawiają się moce nadprzyrodzone (siddhi) niezależnie od woli jogina, ale ich stosowanie było zabronione przez Buddę.

Zdolności nadprzyrodzone (riddhiprabheda) podzielić można na umiejętności postrzegania nadzmysłowego (abhidźnia) i moce nadprzyrodzone (siddhi). Do umiejętności nadzmysłowych należą: boskie oko (diwjaczaksur), boskie ucho (diwjaśrotam), czytanie w myślach (cetahparjaja), zrozumienie cudów (riddhiwidhi), wiedza o poprzednich wcieleniach (purwanirwasanusmriti) i wiedza o sposobach niszczenia namiętności.

Za moce nadprzyrodzone uważa się: władanie mieczem świadomości, przechodzenie przez materię, tworzenie i niszczenie, wytwarzanie środków do widzenia trzecim okiem, opanowanie wszechwiedzy, szybkie chodzenie i umiejętności alchemiczne. Zdobycie abhidźni i siddhi to cel jogi tantrycznej.

Hathajoga – Zakres jej obejmuje przede wszystkim ćwiczenia zmierzające do opanowania ciała, wśród których bardzo ważną rolę odgrywają czynności czyszczące (kriya) organy ciała oraz ćwiczenia oddechowe (pranajama). Za twórcę tej jogi uchodzi mahasiddha Goraknath (XII w.), będący autorem dwóch prac: Hathajoga i Gorakszasiataka, niestety zachowała się tylko ta druga. Oprócz tych tekstów istnieją jeszcze Hathajogapradipika, Gherandasamhita i Siwasamhita. Poza tym Goraknath był założycielem sekty kanphatów.

Czynności oczyszczające składają się z dhauti, obejmującego np. mycie zębów, basti, którego celem jest czyszczenie jelita grubego i odbytnicy poprzez pompowanie analne, neti to czyszczenie nosa za pomocą nitek, nauli polega na wykonywaniu energicznych ruchów żołądka i jelit, trataka to czyszczenie oczu przez koncentrację wzroku na jednym punkcie, np. na płomieniu świecy, aż ukażą się łzy w oczach i kapalabhati polegające na czyszczeniu nosa przez wciąganie wody nozdrzami i wypluwanie ustami.

Ćwiczenia oddechowe zwane pranajama mają na celu oczyszczenie kanałów psychicznych i polegają na powstrzymywaniu oddechu, tzn. na przedłużaniu przerw między oddechami. Przez opanowanie rytmu oddychania można uzyskać pewne umiejętności polegające na kontrolowaniu układu neuro-wegetatywnego. Jogini wierzą, że opanowanie pranajamy usuwa złą karmę i obdarza mocami czarodziejskimi.
fot. Psi Ząb Budda z… chryzoprazem
www.kazir.blog.onet.pl

Światło Oriona

O godzinie trzeciej nad ranem do mojego okna zaświeciły gwiazdy, trzy gwiazdy w pasie Oriona. Powyżej oślepiała Betelgeuza a poniżej mgławica Oriona z ciemną materią w kształcie końskiego łba…


Wielka Mgławica Oriona

Gdy już nadeszła epoka narodzin światła i rządzi nami światłość świata, możemy powiedzieć, że wszelka światłość pochodzi z nieba. Już w starożytności bogini Wenus zwana była „niosąca światło”. Wschodziła ona jako najjaśniejsza planeta tuż przed wschodem słońca i dlatego nazywano ją gwiazdą zaranną lub  „lucifer” – niosącą światło. Imię takie nosił też upadły anioł, dzierżący przed sobą kaganek oświaty, jeden z najgroźniejszych bożków pogańskich. Bo czyż groźnym mógł być Zeus – stary rozpustnik i cudzołożnik? Albo Hermes – bóg złodziei? Albo bóg Pan, wprawdzie mający rogi na głowie i ogon z tyłu, ale czymże mógł zagrozić? Grając na fletni Pana? Lub wrzeszcząc panicznie i wzbudzając panikę? Ale taki bożek Lucyfer? To był prawdziwy wróg i dlatego musiał zostać zrzucony na sam grunt piekła, skąd żaden promyk światła nie mógłby się wydostać.

Diabelskim jednak zrządzeniem wydostał się promień, zwany Kopernik, a potem Galileusz i wreszcie błysk nazwany Giordano Bruno. No, ten ostatni musiał zostać spalony na stosie i to żywcem.

Uwagi na marginesie – lucifer

W starożytnej Grecji termin lucifer stosowany był przez astrologów do określenia Gwiazdy Porannej, planety Wenus; słowo było najprawdopodobniej dosłownym tłumaczeniem greckich esophorus, niosący świt lub phosphorus, niosący światło. W oryginalnym tekście hebrajskim występuje ono jako heilel ben-szachar. Heilel oznacza planetę Wenus, zaś ben-szachar to świetlisty syn poranka

Najbardziej znanym upadłym aniołem jest Lucyfer Zgodnie z wierzeniami chrześcijańskimi upadłe anioły bez skrzydeł, będą włóczyć się na ziemi aż do dnia Sądu Ostatecznego, kiedy zostaną zesłane do piekła..

Antropozofia uznaje Lucyfera za inspiratora religii orientalnych, takich jak buddyzm i hinduizm oraz za brata Chrystusa. Reprezentuje on erotykę, literaturę, prostą technikę, idee poprawy ziemskiego świata, jak demokracja czy ekologizm. W antropozofii jest on demonem pozytywnym, jednak słabszym od Arymana.

Lucyfer występował także w mitologii greckiej i był synem Eos i tytana Astrajosa, lub herosa ateńskiego Kefalosa. Był bogiem jutrzenki i jej uosobieniem. Poniżej podaje się wyjątki z księgi Izajasza, gdzie po raz pierwszy użyto terminu lucifer:

14 Księga Izajasza

12 Jakże to spadłeś z niebios,
Jaśniejący, Synu Jutrzenki?2
Jakże runąłeś na ziemię,
ty, który podbijałeś narody?

(„Jutrzenka” – Gwiazda Poranna (planeta Wenus), do niej tutaj jest porównany tyran; Wulgata: Lucifer. Ojcowie Kościoła widzieli tu typ i obraz upadku z nieba wodza zbuntowanych aniołów.)
13 Ty, który mówiłeś w swym sercu:
Wstąpię na niebiosa;
powyżej gwiazd Bożych
postawię mój tron.
Zasiądę na Górze Obrad,
na krańcach północy3.

( Babilończycy wyobrażali sobie, że mieszkania bogów są na dalekiej północy.)
14 Wstąpię na szczyty obłoków,
podobny będę do Najwyższego.
a miasta jego obracał w perzynę,
który swych jeńców nie zwalniał do domu?”

www.kazir.blog.onet.pl

Kot i suchoty kryptonim stanik

Opuszczając statek udałem się w kierunku domu, gdzie miałem spędzić miesiąc wakacyjny. Mieszkał w tym domu kapitan żeglugi rzecznej p. Sz. wraz z rodziną. Posiadał on troje dzieci, w tym jednego 9 letniego chłopca i dwie córki. Starsza, w wieku lat dwunastu miała na imię Krysia i wyróżniała się z pośród nas  inteligencją i rezolutnością, nie wspominając o urodzie, jaką może mieć w tym wieku dziewczyna. Zenek natomiast wyróżniał się zwinnością i zręcznością we wspinaniu się na drzewa. Potrafił na przykład wspiąć się na słup bez użycia słupołazów, wykorzystując tylko bose nogi i ręce. Prawdę mówiąc cały czas spędzaliśmy głównie na łażeniu po drzewach. Jedynie gdy pogoda była słoneczna i ciepła, wtedy szliśmy nad staw i tam uczyliśmy się pływać.

Pierwsza nauczyła się Krysia, która zademonstrowała nam ten fakt, przepływają staw wszerz, a po kilku dniach także wzdłuż. Na samym końcu i mnie się udało pokonać staw na szerokość a następnie również na długość. Kąpaliśmy się zazwyczaj w samych majteczkach, zarówno dziewczyny jak i chłopcy.

Aż tu pewne razu nad stawem zjawiła się Krysia w kostiumie dwuczęściowym. Była jednak pewna trudność, gdyż ten stanik kąpielowy nie miał się na czymś zatrzymywać i w trakcie pływania opadał jej na brzuch. Po wyjściu z wody zatem, pierwszym odruchem jej było podciągnięcie go do góry ponad brodawki sutkowe, które jeszcze nie nabrzmiały. Jednakże wpadła ona w taki nawyk, że co chwilę brała w palce ową drugą część kostiumu i podciągała ją do góry. Gdy zaś ja na nią spoglądałem, nabierała powietrza do płuc i wypinała dumnie pierś. Jeśli jednak skromnie spuszczałem wzrok, rzucała w moim kierunku pogardliwe spojrzenie.

Pewnego dnia odwiedził nas brat gospodyni a wujek Krysi i zauważywszy ocierającego się o nasze nogi kota, zwrócił uwagę, że przyczyną suchot są zarazki mieszczące się w jego ogonie. Najlepiej byłoby w takim razie obciąć mu ogon.

Zwrócił się do Zenka – „Skocz i przynieś nożyczki”.

Zenek niezwłocznie skoczył, ale długo go nie przynosił nożyczek. W końcu wrócił i rzekł: – „Mama nie pozwala obcinać ogona”

Sprawa się skończyła.

Zresztą są jeszcze inne hipotezy roznoszenia suchot. Dawniej istniało mniemanie, że herbata wysusza, czego wprawdzie dokładnie nie rozumiałem, ale kojarzyłem sobie z ludźmi chudymi, wysuszonymi, a to łączyłem z suchotami. Nie wiem czy miałem rację? Herbata jako szlachetny napój została wynaleziona przez mędrca buddyzmu Bodhidharmę, kiedy pewnego razu zasnął podczas medytacji, a gdy się obudził wyrwał sobie rzęsy i rzucił na ziemię. Z nich właśnie wyrosła herbata i dlatego mówi się, że ”buddyzm to herbata”. Wiadomo, że kawa pochodzi z Arabii, jak również islam i stąd twierdzi się, że „islam to kawa”. Z czym zatem łączy się chrześcijaństwo? Biorąc pod uwagę, że pierwszy cud opisany w ewangelii mówi o zamianie wody w wino, więc można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, nie bluźniąc, że „chrześcijaństwo to alkohol”.
www.kazir.blog.onet.pl
fot. ewolny Pchełka

Koniaków Ochodzita kryptonim stringi

Do Koniakowa na Ochodzitę pojechałam po tą -> PANORAMĘ. Z Bielska-Białej wyjechałam z przepięknym słonkiem i wróciłam ze słonkiem nieśmiałym – niestety, pomiędzy  słonka nie było. Zresztą nie tylko słonka: nie było Ewy,  nie było koniakowskiego koniaku  ani kaktasiego juhasa, nie było też powrotnego PKSu do domu, za to były czerwone koniakowskie stringi i  niebieski szlak na… Zwardoń.

z Ochodzity
Dzień zaczęłam z książką na kolanach i dwóch wspaniałych godzin PKSem przez pętlę beskidzką, przez  Skoczów, Ustroń Polanę, Wisłę, Kubalonkę, Istebną, przez szeroko rozumiane Beskidy. W Korbielowie wysiadłam na przystanku Ochodzita, skąd tylko 10 marnych minut betonowym chodniczkiem wyniosło mnie na 895 m n.p.m. Byłam na szczycie Ochodzity, skąd nie tylko rozległa panorama Beskidów, a przy dobrej widoczności nawet Tatr, ale i możliwość kupienia koniakowskich stringów! Bez popytu nie ma podaży – koniakowskie koronczarki elastyczne są.


z Ochodzity
Obeszłam cały szczyt Ochodzity, a razem ze mną imponujące stado owiec i skromna para kaczek:


z Ochodzity
Widoki były przewspaniałe nawet przy tak mizernej pogodzie. Niestety mocno wiało, więc wreszcie zeszłam na szosę, skąd  jeszcze tylko parę kroków pod Koczy Zamek (847 m n.p.m) – nie tak spektakularną górkę jak Ochodzita, za to z cudowną legendą:

Uwagi na marginesie - Koci Zamek:
Na starych mapach austriackich widnieje nazwa Koczy Zamek. Tam gdzie wg legendy stał dwór ze szczytu można zobaczyć Tatry przy dobrej pogodzie. Sprzedają tu również koronki oraz stringi koniakowskie. Według tradycji stał w tym miejscu zamek węgierskiego grafa Kocsiego. Ponoć wbrew woli ojca pojął on za żonę piękną koniakowską góralkę. Ojcowscy słudzy młodą oblubienicę uprowadzili i z nadmiaru gorliwości pozbawili życia. Zrozpaczony graf uśmiercił swego rodzica i w wyniku tych przeżyć oszalał, puścił z dymem swój zamek, a sam przepadł bez wieści. Pewien organisty z Rycerki Górnej, śp. Czaniecki St. opowiadał mi kiedyś, że nazwa Koci Zamek pochodzi od tego, że z tej strony mieszkają wyznawcy prawdziwej wiary, a z tamtej strony kociej wiary – Psi Ząb

Na Kocim Zamku:

Zobacz więcej:
www.kazir.blog.onet.pl

Niestety, nie zrobiłam jej zdjęcia, ale od czego są przyjaciele?! Nie było tabliczki i nie sądziłam, że jest to ten mizerny wzgórek… prawie, że na parkingu! Koniaków to bardzo wysoko położona wieś.

Uwagi na marginesie: Ma davvero!!!, io non capisco di niente: da dove viene questa idea di mettere la musica italiana, congiunta alle paysaggi dalle montagne polacche? Delle immagini veramente stupende pero, meravigliose ! Vorrei sapere di che cosa parlano queste due anatre, nell’orecchio una al’altra, sono convinto che hanno una sola cosa nella testa: fare amore et scappare via direttamente nell’Egitto per passare l’inverno. Intanti, devo finire il mio piatto preferito della domenica, zuppa di pollo, oppure: brodo di pollo con le tagliattelle, mamma mia quant’è bona questa zuppa!!!
Arrivederci !

Post Scriptum:

Włoska musica w Twoim artykule jest szokująco dobrze dobrana!!! Dlatego zareagowałem ponieważ znam ten język jak mój własny i te słowa powaliły mnie na podłogę, myśląc sobie, skąd kurna taka zbieżność ze zdjęciami? I ze słowami? Kobieca to li tylko i wyłącznie intuicja? – MonsieurLaPadite

I teraz już zdecydowanie, rezygnując  z p i ę c i o g o d z i n n e g o oczekiwania na powrotny autobus, decyduję się na pieszą przebieżkę przez górki na PKP do… Zwardonia.


na szlaku
Z obiecywanych dwóch godzin szlakiem, robią się szybko trzy, ale i tak, mimo jeszcze dwugodzinnej jazdy pociągiem,  kuternoga w domu jest o kilka godzin wcześniej oraz bogatsza o przewspaniałe widoki z Sołowego Wierchu (848 m n.p.m.), a także świadomość, że jest bardzo, ale to bardzo odporna na ból – ew

widok na Koniaków i Ochodzitę
z Sołowego Wierchu


z Sołowego Wierchu
fot. ewolny Beskidy

Szambhala – kraina szczęśliwości

Nie należy mylić krainy Shangrila z krainą Szambhala. Ta pierwsza jak wiadomo jest wymysłem Jamesa Hiltona w powieści „Zagubiony horyzont”, natomiast pojęcie krainy Szambhala pochodzi z ksiąg buddyjskich, głównie z Kalaczakra Tantry.

Są różne pojęcia na temat, gdzie ta kraina się znajduje, często jest ona lokowana w Azji, na północ albo na zachód od Tybetu. Inne jej znaczenie ma bardziej subtelne zrozumienie, co właściwie Szambhala przedstawia w naszym własnym ciele, umyśle i w praktyce medytacyjnej.

Istnieje legenda o tajemniczym królestwie Szambhali. Jest to nazwa krainy ludzi oświeconych. Niektórzy utrzymują, że znajduje się ona w wymiarze subtelniejszym od naszego i dlatego jest dla nas niewidzialna. Mówi się, że ludzie Szambhali ciągle czuwają nad resztą ludzkości wpływając łagodząco na konflikty i pobudzając ją do rozwoju w kierunku pokoju.

Wielu jej szuka i niejednokrotnie znajduje i wtedy okazuje się że Szambhala leży bardzo blisko, tam gdzie moja dłoń dotyka twojej ręki, gdzie twój uśmiech rozjaśnia pochmurny dzień, gdzie miłością odpowiada się na miłość, gdzie oczy patrzą z łagodnością, a oddech jest cichy i spokojny.

Uwagi na marginesie – Kalaczakra Tantra:
W tradycji buddyjskiej Szambhala jest mistycznym królestwem ukrytym gdzieś za szczytami Himalajów. Wzmiankuje się ją w rożnych tekstach starożytnych, między innymi w Kalaczakra Tantrze oraz, w tekstach pochodzących z czasów poprzedzających buddyzm tybetański, w kulturze Zhang-Zhung. Szambhala znaczy w sanskrycie miejsce pokoju lub szczęścia. Podobno Budda miał nauczać Kalaczakry na żądanie króla Suczandry z Szambhali, w której wszyscy mieszkańcy są oświeceni. Inny pogląd łączy Szambhalę z królestwem Sriwidżaja, gdzie buddyjski nauczyciel Atiśa studiował u Dharmakirtego i otrzymał od niego inicjację Kalaczakry.

Obecnie w Szambhali władzę sprawuje dynastia Kulika, lub Kalki, po tybetańsku Rigden.. Monarchowie ci podtrzymywali tradycję Kalaczakra Tantry. Niektórzy uczeni przypuszczają, że królowie Kulika pochodzą z mitologii hinduskiej, gdzie Kalki lub Kalkin występuje jako przyszły, dziesiąty awatara boga Wisznu. Początek dynastii wywodzi się od Mandziuśrikirtego, który nazwany został Kulika i od tego imienia wszyscy władcy noszą ten tytuł. Każdy z nich panuje 100 lat, aktualnie zaś rządzi 21. król o imieniu Anirudha, który został intronizowany w roku 1927 AD.

Kalaczakra prorokuje, że gdy świat pogrąży się w wojnie i chciwości, wtedy 25. Kulika, krół Szambhali pojawi się z ogromną armią, by zniszczyć zepsucie i zapoczątkuje na całym świecie złoty wiek. Wg uczonych w Kalaczakrze przyjmuje się, że to nastąpi w roku 2424 AD. Wg innej wersji Kulika pojawi się w roku 2327 roku, pod imieniem Rudra Czakrin., jako reinkarnacja bodhisattwy Mańdziuśrego. Wtedy na świecie będzie coraz chłodniej i zapłoną ludzie namiętności. Ludzie będą walczyć i mordować się nawzajem. Nie będzie uczciwości, miłości i pokoju, lecz jedynie nieprawość, nienawiść i walka. Na świecie panować będzie idea brutalnego i bezwzględnego materializmu. A władzę nad światem obejmie król zła Czipa. Jedynie kraina Szambhali pozostanie miejscem, gdzie praktykować się będzie buddyzm. W 98. roku swego panowania Król Rudra Czakrin wyda wojnę całemu światu a gdy zło zostanie pokonane wtedy otworzy się grobowiec Conkhapy w klasztorze Ganden i wyjdzie z niego mistrz, by nauczać ludzi nauk Buddy. Potem nastąpi koniec świata.

Legenda mówi że, gdy nadejdzie czas smutku i niedoli dla ludu Tybetu wtedy zbudzą się wojownicy z królestwa Szambhali i uwolnią tych co są w niewoli, pocieszą smutnych, uzdrowią chorych. Jednocześnie nie jest powiedziane że oni pochodzą z jednego miejsca, niektórzy sądzą, że w każdym z nas drzemie wojownik Szambhali – wojownik pokoju, współczucia i miłości, który obudzi się gdy przyjdzie jego pora do działania, czas uwolnienia – Psi Ząb
fot. ewolny Szczyrk
www.kazir.blog.onet.pl

Lacrimosa

Był park i była jesień. Na ziemi leżały liście pożółkłe, brunatne i złote, tak że nie było widać ścieżek tylko liście. Już z daleka słychać było grę na trąbce, taki smutny kawałek jakby miał odbywać się gdzieś pogrzeb. Nie było widać kościoła ani żałobników, ani karawanu tylko ten dźwięk trąbki drgał w powietrzu.

Pojawił się jednak kościół a właściwie kościółek, jak barak lecz pomalowany na zielono. Pojawili się też żałobnicy, różni, przeważnie starzy, ale młodzieży również było trochę, choć nieopodal stała karczma z piwem i orkiestrą. Karawaniarze ponieśli trumnę do kościoła i postawili na katafalku.

Rozległy się dźwięki organów, na których organista próbował marsza Szopena, ale nie wychodziło. Potem ksiądz kazał wstać wszystkim, potem uklęknąć, potem znowu wstać i podać sobie znak pokoju. Obok mnie stał kolega, który jest święcie przekonany, że mu uwiodłem żonę, ale to jest nieprawda, przez co jego żona uważa mnie za śmiertelnego wroga. Podaliśmy sobie jednak znak pokoju. Potem karawaniarze ponieśli trumnę, w której leżał mój kolega, o dziesięć lat młodszy. Za trumną szła jego żona, młodsza od niego o dziesięć lat, w czarnym płaszczu z pięknymi złoto-blond włosami, smukła jak topola, a nad nami fruwały jasne anioły.

I ja też fruwałem i miałem skrzydła, choć Mirzam uważa, że nie wszyscy, którzy mają skrzydła są aniołami, ale mnie się wydawało, że jestem, przynajmniej upadłym aniołem. Potem polecieliśmy nad grób i tam rozległo się to requiem Mozarta a właściwie lacrimosa, wzbudzająca dreszcz.

A przecież mieliśmy się zabić już wcześniej na Małym Kołowym, na drodze Motyki, uchodzącej niegdyś za najtrudniejszą drogę w Tatrach. Lunął deszcz i trzeba się było wycofać, więc wbiłem haka do zjazdu i on miał zjeżdżać pierwszy. Po kilku metrach hak zaczął wypadać, więc podtrzymałem go ręką i tak mój partner szczęśliwie zakończył zjazd. Teraz przyszła kolej na mnie. Ale kto podtrzyma haka ręką, gdy ja będę zjeżdżał. Los nieubłagany nie wziął jednak pod uwagę, że mam skrzydła i jestem upadłym aniołem więc jakoś udało mi się sfrunąć. Świeciło słońce w środku żółtego października – nieśmiertelnika.

A po ulicach w lekkiej jesieni – Fruwały za mną jasne anioły.

To był tylko sen.

www.kazir.blog.onet.pl

Wrota tropików kryptonim Alaknanda

Na esencję życia składają się drobiny i zjawiska ekstremalne, krajobrazy zmieniane  przez światło, stare opowieści, gwiazdy, ptaki śpiewające i deszczowy szum, wszystkie zdumienia i cała ta dzika kraina z powietrzem zanurzonym w zieleni, z cieniami wielkich, przesuwających się chmur. (K.S.)

Wysiadłszy z samolotu na lotnisku Vera Cruz w Bombaju poczułem po raz pierwszy skwar i upał tropikalny. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, czekała nas kontrola celna i paszportowa. W Dubaju kupiłem dwie butelki Johnny Walkera, o jedną za dużo, niż pozwalały przepisy, ale J. B. mój guru, który był już raz w Indiach, powiedział, że na drugą celnicy przymykają oko. Zresztą rozglądając się po współpasażerach zauważyłem, że jeden miał dziesięć butelek i wcale nie starał się tego ukryć, wręcz przeciwnie obnosił się z tym dookoła. Jak się zaraz okazało w tym szaleństwie była metoda.  Pod czujnym okiem stróżów celnych został wyłowiony z tłumu i skierowany do osobnego pomieszczenia, gdzie jak przypuszczałem będzie musiał się z tego wytłumaczyć.  I rzeczywiście wykręcał się tam gęsto, skoro wychodząc miał już tylko osiem butelek. Dla ścisłości powiem, że butelka whisky w Dubaju kosztowała 2 i pół dolara a w Bombaju już 25 dolców.

Nareszcie wydostaliśmy się na ulicę i rozpoczęło się łapanie taksówki. Właściwie taksówki czekały, tylko chodziło o utargowanie dobrej ceny. Gdy wreszcie usadowiliśmy się z trudem w czworo plus nasze cztery plecaki, każdy ważący po 20 kg i do tego cztery torby podręczne, każda po 10 kg i właśnie co mieliśmy odjeżdżać, gdy zjawiła się nagle Hanka S. ważąca około 120 kg i jej bagaż o ciężarze około 50 kg . Zażądała bez ogródek, abyśmy ja wzięli do środka i na nic nie pomogły nasze protesty, że nie ma miejsca, po prostu się władowała z całym bagażem a szofer nawet nie protestował, jakby był do takich rzeczy przyzwyczajony.

30 kilometrów jazdy z lotniska do centrum pozwoliło nam  napatrzeć się na ciągnące się kilometrami tzw. slamsy, czyli budy postawione z desek, kawałków blachy i tektury. Byłem zaszokowany, nie pierwszy raz zresztą. Później gdy już łyknąłem  trochę Indii, dowiedziałem się, że tam nie mieszkają najwięksi nędzarze, lecz ludzie posiadający pracę i nawet mają telewizory i lodówki, tylko nie posiadają mieszkania, a mówiąc ściślej mają mieszkanie, lecz nie nadające się w chwili obecnej do zamieszkania, bo np. developer ma trudności z płynnością finansową. Widziałem film, na którym właściciele takiego mieszkania raz na tydzień odwiedzają je i doglądają jak wre praca i tak już przez kilka lat.

Tymczasem dojechaliśmy do centrum, przy czym jednocześnie zapadł zmierzch nagle, jak to w tropikach. A to centrum typowo europejskie, o którym himalaista R. Karpiński pisał w 1939 roku, że posiada więcej samochodów niż cała Polska., zamieniło się nagle w dzielnicę niedoświetloną, do której dochodziły jedynie błyski lamp naftowych ze sklepów. Dobrze, że był ze mną Janusz B. mój guru, który umiał w tym gąszczu lawirować i znaleźć w końcu hotelik, odpowiadający naszym możliwościom finansowym, bo o komfort nikt się nie martwił. Byliśmy wszak turystami przyzwyczajonymi do spania na ziemi i w chłodzie, chociaż tu chłodu akurat nie było, wręcz przeciwnie panowało gorąco, mimo zachodu słońca.

Zapamiętałem tylko tyle z porad mojego guru. „Indie to kraj, przez który trzeba przelecieć jak najszybciej,  dotrzeć do Nepalu i dalej w Himalaje.” Nie wiem jednak dlaczego byłem w Indiach dziewięć razy i pojechałbym jeszcze więcej, gdyby nie słabość charakteru. To uzależnienie i trzeba z nim walczyć jak z alkoholizmem.
fot. Psi Ząb nad Alaknandą, Indie
www.kazir.blog.onet.pl

Mała Fatra

Było to pod koniec stanu wojennego, albo tuż po jego zakończeniu. Dostaliśmy niespodzianie zaproszenie od znajomych z Czechosłowacji. Od razu postanowiłem je wykorzystać do odwiedzenia Małej Fatry, gdzie jeszcze nigdy nie byłem, ale widziałem ją setki razy z Wielkiej Raczy lub Rycerzowej.

Zajechaliśmy do Stefanowej na rozległy parking, na którym stał tylko jeden samochód, to jest nasz. W restauracji byliśmy jedynymi gośćmi. Dziś tam stoją dziesiątki aut i tłumy turystów korzystają z restauracji. Wpadliśmy jeszcze do baru, gdzie muszę przyznać było parę gości. Pewien uprzejmy młody mężczyzna obiecał nam pomóc znaleźć nocleg. Była to chata obszerna, widać należąca do bogatego gospodarza, który miał na imię Vincent, tak jak ten malarz  van Gogh. Dlatego je zapamiętałem. Pokój był czysty, jedynie do ubikacji trzeba było iść za stodołę, gdzie mieścił się wychodek typu sławojka.

Rano wyruszyliśmy na zdobycie wapiennego szczytu Rasutec, przypominającego Giewont. Na przełęczy spotkała nas pierwsza niespodzianka. Wyraźnie stało napisane, że wszelkie wyprawy są zabronione, od 1 października, a właśnie był październik. Moja żona zrezygnowała od razu, lecz ja kontynuowałem wspinaczkę. Było sucho i bez śniegu, więc z umocnień takich jak łańcuchy, zwisających tam obficie, nie musiałem korzystać.

Po powrocie na przełęcz Mezihole, czyli między halami, zauważyłem dwoje turystów, którzy okazali się być Niemcami z NRD. Pierwsze pytanie jakie mi zadali brzmiało: ”Czy byłem na szczycie”. A gdy to potwierdziłem, odpowiedzieli, że przecież nie wolno i dziwnie się na mnie popatrzyli, gdyż u nich zawsze musi być: „Ordnung muss sein.”
Wracając na skróty przez łąkę natrafiliśmy na wysyp rydzów, których nazbieraliśmy całą siatkę. Gospodyni p. Vincentowa ucieszyła się i obiecała zrobić kolację dla wszystkich, a gdy wrócił p. Vincent zasiedliśmy do wieczerzy, którą milczkiem jedliśmy. Dopiero gdy wyjąłem flaszeczkę borowiczki, wtedy uśmiech powrócił gospodarzowi, i przyniósł dwa  kieliszki. Kiedy jednak poprosiłem go by podał jeszcze dwa dla jego i mojej żony, odpowiedział: „borowiczka nie jest dla bab.”
fot. Psi Ząb Słowacja
www.kazir.blog.onet.pl