Tag Archives: Chris Miekina

Zanim stali się sławni

Jak o dziecięcej twórczości mowa, to może warto wspomnieć waszyngtońską galerię Phillips Collection. A z niej wystawę obrazów, szkiców i rysunków sławnych artystów z czasów, kiedy byli oni jeszcze dziećmi. Na przykład Paul Klee w wieku 4 lat i 35:

Albo żyrafy Keitha Haringa, które narysował w wieku 4 lat… Keith Haring w wieku 4  i 22 lat:

Poza tym Winslow Homer i jego szkic zrobiony w wieku 10 lat, a oprócz tego dla porównania obraz, który z podobnym motywem namalował w wieku  lat 36:

I wreszcie szkice węglem ośmioletniego Vincenta Van Gogha, przedstawiające ludzi i zwierzęta, z ciemną i ponurą  stroną tych postaci, tak dobrze znaną z dojrzałych dzieł artysty.

Ale przede wszystkim rysunek 9 letniego Picassa, przedstawiający niezwykle realistycznie walkę byków. Gdzie górna część tego rysunku ozdobiona jest świetnymi portretami gołębi. To nieco niezrozumiałe zestawienie staje się jasne, jeśli wiemy nieco o ojcu malarza – Jose Ruiz Blasco. Był on bowiem znanym lokalnie malarzem gołębi i to właśnie od malowania tych ptaków, stawiał swe pierwsze malarskie kroki młody Picasso. Także wielość odrębnych od siebie tematów na tym rysunku, pokazuje rodzącą się umiejętność Picassa, do wielowątkowego patrzenia na to, co przedstawiał na swych płótnach. Picasso w wieku 9 lat i 23:

Myślę że te obrazy, są bardzo dobrym dodatkiem do ecodniowych rozważań, na temat czasów  wczesnodziecięcych,  kiedy to w dziecku formuje się wrażliwość i sposób patrzenia na świat,  pozostający właściwie niezmienny w życiu dorosłym – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Pszczyna cz. 1 – miasto, Stare Miasto

w Pscynie
na synie
psejechało mys
as zgzytło

Bo Pszczyna to nie tylko pszczyńskie lasy i ich pobocza, z zapracowanymi po łokcie beżowymi panienkami. Pszczyna to nie tylko zniechęcający do odwiedzenia zniszczony dworzec. Pszczyna to przede wszystkim Stare Miasto, Zamek Pszczyński, wspaniały, monumentalny Zabytkowy Park Zamkowy, skansen,  żubry oraz… Wszechobecny zapach historii pozostawiony prawdopodobnie już w XI lub XII wieku przez pierwszych budowniczych zamku, książąt piastowskich.

Neorenesansowy ratusz z 1658, odkupiony w 1716 od Anny Marii, wdowy po Mateuszu Janiku za 110 złotych reńskich. Codziennie w południe rozbrzmiewa zeń hejnał, stworzony na kanwie miejscowej pieśni ludowej:

Ejże, ejże, dziołchom dziubka dejże dziadu, dziadu, dziaduleńku dziołchom dziubka dejże
Ejże, ejże synkom kryjom dejże
dziadu, dziadu, dziaduleńku synkom kryjom dejże

Zabytkowe kamienice:

Brama Wybrańców z 1687 roku, najstarsza zachowana w niezmienionej formie część kompleksu zamkowego:

I wreszcie Zamek Pszczyński, dawna rezydencja książąt Hochberg von Pless, dziś Muzeum Zamkowe, które „jako jedyne już w 1946 zamieniono w muzeum, stąd w przeciwieństwie do wielu innych zamków i pałaców na Śląsku, zniszczonych na skutek działań II wojny światowej i bezpośrednio po niej, zachowało swe oryginalne wyposażenie i meble i dlatego jest  obecnie jednym z najcenniejszych zabytków architektury rezydencjonalnej w Polsce”:

Daisy Hochberg von Pless z czerwonym serduszkiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w równie wielkim zadumaniu  na Rynku Starego Miasta:

Również na rynku Studnia, w której tle  Brama Wybrańców prowadząca na zamkowy dziedziniec:

I tylko trzy, z naprawdę wielu zabytkowych budynków:

Galeria „Weranda”:

Na koniec budynki Sądu Grodzkiego…

…i już, nie wstępujemy do Muzeum Prasy Śląskiej tylko udajemy się do Zabytkowego Parku Zamkowego, o którym niebawem – ewolny
fot. Ela Wolny Pszczyna
Grafika: Chris Miekina

Dziękuję


fot. Chris Miekina Round Lake Valley, USA

 


Dziękuję

Nie odmawiaj sobie tej wielkiej przyjemności,
bycia w stanie ciągłej i szczerej wdzięczności.
Nie potrafi wielu, tym stanem się bawić.
Przecież za nic w życiu, ciężko wdzięczność sprawić?!

To nawyki nasze ciągle wymawiają!
Coś za coś – normalne;  za nic odmawiają.
Jednak w dziękczynieniu tyle dobra tworzysz.
Gdy szczerze zapraszasz, własne szczęście mnożysz.

Idź nad strumień w parku, podziękuj mu szczerze.
On wypłucze kamień, ja w to święcie wierzę.
Weź kamień do ręki, schowaj do kieszeni.
Wiedz, że w tym momencie, twoje życie zmieni.

Kiedy myśleć będziesz o czymś co wciąż boli.
Właśnie taki kamień poczuć nam pozwoli,
że w tej małej chwili, którą właśnie czujesz…
Dotknij go…  i poproś… powiedz mu DZIĘKUJĘ.
Ja Jestem

Kręgi zbożowe

Opinie na temat powstawania kręgów zbożowych są dziś mocno podzielone. Z jednej strony panuje opinia (lansowana zazwyczaj przez media), że kręgi są tworzone przez grupę niezwykle uzdolnionych artystów, którzy w bezksiężycową noc, bez użycia latarek są w stanie błyskawicznie stworzyć niezwykle efektowny geometryczny wzór w rosnącym zbożu. Inni uważają, że kręgi powstają poprzez zaaplikowanie silnego pola elektromagnetycznego, które kładąc na ziemi łodygi zboża tworzy interesujący wzór.

Ci drudzy dzielą się jeszcze na tych, którzy uważają, że kręgi są dziełem UFO i na tych, którzy wierzą, że są to tajne doświadczenia militarne z urządzeniami tworzącymi wyjątkowo silne pole elektromagnetyczne.

W Anglii przez wiele lat istniała instytucja, która zbierała zeznania naocznych świadków, którzy widzieli na własne oczy powstawanie takich kręgów. Ponad 40 osób spisało swoje zeznania i są one niepokojąco zbieżne. Niemalże wszyscy świadkowie określili czas powstania takiego kręgu na 6-7 sekund. Instytucję tą jednak zamknięto w latach 90-tych i później nie zanotowano innych zeznań naocznych świadków tego zjawiska.

Kręgi zbożowe najczęściej widziane są na polach, na których rośnie pszenica. Nie ma w tym fakcie nic szczególnego, bo najwięcej kręgów powstaje w Anglii, gdzie pszenica jest popularną uprawą a także najdłużej rośnie na polu. Drugą popularną uprawą, gdzie pojawiają się kręgi jest rzepak, a po nim jęczmień. Kręgi znajdowano także w trawie, w truskawkach, w fasolce szparagowej i dlatego krąg odciśnięty w ryżu nie powinien już nikogo dziwić.

Istnieje wiele dróg zrozumienia przesłania jakie niosą ze sobą kręgi zbożowe. Większość z nich zawiera w sobie ogromną ilość informacji. Często są to całe dzieła sztuki stworzone na bazie geometrii i matematyki. Nie wszystkie kręgi zbożowe da się wyjaśnić działalnością artystyczną. Co ciekawe, najlżejsza sugestia, że mogą to być przesłania od jakiejś innej niż ludzka inteligencji są natychmiast miażdżone i wyśmiewane.

A kręgi zbożowe nie są przecież zjawiskiem nowym – opisywano je już w Średniowieczu. Np. jedna z teorii mówi, że kamienne kręgi takie jak Stonehenge budowano w miejscu, gdzie zaobserwowano krąg zbożowy. Największa liczba kręgów zbożowych jakie powstały tylko w ciągu jednego roku wynosi 300. Wszystkie one powstały w Anglii, a było to jakieś 20 lat temu i można sobie łatwo wyobrazić, że jeśli zostały stworzone sztucznie to po Anglii musiała wtedy biegać cała armia tzw. „cropmakers” . Dziś średnio rocznie notuje się tylko 100-110 kręgów zbożowych i to na całym świecie. Wiele z nich jest oczywiście tworzona przez ludzi, ale są i takie, które nie sposób wytłumaczyć ludzką działalnością. Bo kręgi zbożowe były badane także przez instytucje naukowe i najczęściej odpowiedź na pytanie kto stworzył taki krąg jest niejasna i mętna. Niemalże wszystkie media traktują kręgi jak ściemę.

Największym autorytetem w temacie kręgów zbożowych w Anglii jest Lucy Pringle, założycielka Centrum Studiów Kręgów Zbożowych, która od lat nie tylko kolekcjonuje zdjęcia tych niezwykłych, odciśniętych w zbożu obrazów, ale także stara się znaleźć w nich sens lub ukrytą informację. W przypadku kręgu pod Marlborough, Lucy Pringle odkryła, że zawiera on dwójkowy system liczbowy, który odczytywany od centrum kręgu ku jego brzegom nieoczekiwanie tworzy zapis twierdzenia Eulera: e^(i)pi+1=0

Znaczenie ideogramów odciśniętych w zbożu interpretuje się na wiele różnych sposobów. Jeden z nich używa do tego celu skali diatonicznej (złożonej z siedmiu dźwięków), możliwej do odtworzenia na klawiaturze fortepianu. W ten sposób stara się łączyć twierdzenie matematyczne z zapisem muzycznym, których połączenie być może jest kluczem do odczytania sensu kręgu zbożowego. Takie podejście ma jednak swoją zasadniczą wadę, bo zakłada chaotyczne podejście do znaczenia kręgów i gdy nie da się znaleźć w nim znaczenia matematycznego, szuka się muzycznego, a nawet astrologicznego, co powoduje, że przedmiot badań traci swoje naukowe podejście.

Pierwsze takie kręgi w Anglii zaczęły pojawiać się w latach 70-tych jako proste i nieskomplikowane odciski w zbożu. Dekadę później były to juź przepiękne i skomplikowane ideogramy – zapewne o ukrytym znaczeniu symbolicznym. Dzisiejsze kręgi zbożowe coraz częściej są zapisem skomplikowanych matematycznych równań i twierdzeń – jak np. krąg zbożowy niedaleko Barbury Castle, który symbolizował dziesięć pierwszych liczb tworzących Pi (3.141592654).

Kręgi zbożowe wzbudzają wiele zamieszania w świecie naukowym, bo o ile zawsze można powiedzieć, że są one tworem ekscentrycznych artystów, to niektóre dane naukowe, jakie przeprowadzono wewnątrz takich kręgów skłaniają już do o wiele głębszej refleksji. Np. ziarno ze zboża, które rosło wewnątrz takiego kręgu ma zawartość proteiny wyższą o 40% niż zboże na zewnątrz tego kręgu. Innym interesującym faktem jest to, że niemalże 99% takich kręgów powstaje na uprawach rosnących na glebach kredowych, bogatych w kalcyt (takie gleby można spotkać pod Zamościem). Tą zależność zaobserwowano w 54 krajach, gdzie powstały kręgi zbożowe. Lucy Pringle uważa, że ma to związek z podziemnymi ciekami wodnymi, często spotykanymi w glebach kredowych. Być może taki układ geologiczny powoduje, że plazma z naelektryzowanej jonosfery tworzy formę lejka i uderza w ziemię ładunkiem elektrycznym o sile tysięcy woltów. Wyładowanie trwa jednak zaledwie kilka nanosekund, dzięki czemu łodygi zboża kładąc się na ziemię nie łamią się i nie ulegają spaleniu. Czasami jednak spotyka się wyraźne ślady nadpalenia zboża – zazwyczaj w samym centrum kręgu. Pole elektromagnetyczne pod powierzchnią ziemi wraz z tym oddziałującym wprost z jonosfery, współpracują harmonijnie przy tym zjawisku, tworząc skomplikowane wzory geometryczne, które później badacze kręgów zbożowych starają się odcyfrować. Oczywiście jest to tylko teoria.

Nikt nigdy nie był świadkiem powstania takiego kręgu. Jednocześnie rozmaite grupy „performerskie” tworzą rurkami pcv własne kręgi, aby przez to udowodnić, że ich rzekome nadnaturalne pochodzenie jest jedną wielką ściemą. Jednak jeśli istnieje jakaś dobrze zakonspirowana grupa ludzi, którzy w niewidzialny dla innych sposób błąka się po angielskich polach Wiltshire, pracowicie tworząc wyrafinowane piktogramy – to jest to organizacja bardziej tajemnicza niż Templariusze, bo przez 40 lat działalności żaden z jej członków nie puścił nawet pary z ust na ten temat. Inna sprawa, że ludzie ci musieliby mieć dziś co najmniej po 70 lat i być w olimpijskiej kondycji fizycznej, aby tworzyć tak niewiarygodnie skomplikowane wzory – na dodatek w zupełnych ciemnościach.

To z tych powodów żadna angielska uczelnia nie chce się podjąć przeprowadzenia głębszych badań nad prawdziwą naturą kręgów zbożowych, bojąc wystawić się na żer prześmiewców z innych ośrodków naukowych. Jedyne co wiadomo na pewno to fakt, że kręgi zbożowe są realne i można je zobaczyć na własne oczy – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Zobacz więcej:
- Kręgi zbożowe

Być motylem, być motylem…


Grafika: Chris Miekina Nikola

Motylem byłam

To zdarzyło się naprawdę
Czary-mary krótka chwila
Wróżka pomachała różdżką
I zmieniła mnie w motyla
Czuję – czułki mam na głowie
I unoszą mnie nad ziemią
Skrzydła siedmiokolorowe
Tkane najpiękniejszą tęczą

„Ach jak fajnie być motylem
Mówię wam, ach mówię wam
Choć na moment, choć na chwilę
Lecieć tu, polatać tam
Lekceważyć bramy, płoty
Kwiatek tu i kwiatek tam
I nic więcej do roboty”

Mówię wam, ach mówię wam
Motyl uczyć się nie musi
Fruwa piękny i swobodny
I nie słucha się mamusi
I je tylko kiedy głodny
Liże lody gdy jest chłodno
Bo to wcale mu nie szkodzi
Dzięki, dzięki, dobra wróżko
Dobrze, dobrze motylowi

„Ach jak fajnie być motylem…”

Nagle – co to, wieje chłodem
Chmury, z nieba lecą krople
Gdzie się podziać w tę pogodę
A psik! Katar! Skrzydła mokre
Wróżko ratuj! Hokus! pokus
I znów zmieniam się w dziewczynkę
Tylko kiedy słonko świeci
Warto, warto być motylkiem
Marek Sochacki

Globalne ocieplenie na Manhattanie

W Nowym Jorku Białe Boże Narodzenie nie zdarza się zbyt często. Śnieg lubi pojawić się najwcześniej  gdzieś w lutym. W tym roku było jednak inaczej. Spadł co prawda dopiero w drugi Dzień Świąt, ale zrobił to kompletnie bez umiaru, jakby trzeba było sypnąć za te wszystkie bezśnieżne Święta z przeszłości. Kilka godzin później już mało kto widział w białym szaleństwie cokolwiek romantycznego. Zaczęła się walka o przetrwanie, bo śniegu przybywało w oczach. Niemalże w ostatniej chwili udało się wrócić promem na Staten Island (rejsy promów odwołano później kompletnie), gdzie został samochód. A potem koszmarny powrót grząską od śniegu drogą, usianą na poboczach tu i ówdzie zakopanymi w śniegu pechowcami. Drogą, która jeszcze o świcie była trzypasmową autostradą. Nam szczęście do końca sprzyjało, jednak ten wielki śnieg będzie się jeszcze przez kilka lat pamiętać.

Kiedy płynęliśmy promem na Manhattan, burza śnieżna dopiero się zaczynała…

Na Time Square wysokie budynki osłaniały od wiatru i nagle zrobiło się zacisznie a nawet kameralnie:

Potężna chmura zawisła nad miastem i tylko krzykliwe kolory reklam jeszcze opierały się wszechobecnej szarości:

Aniołki pod Rockefeller Center. Podobne do tych z Bielska-Białej. Ciekawe kto komu podprowadził pomysł?

Pod choinką przy Rockefeler Center jest zawsze ślizgawka:

Choinka  mimo, że zawsze efektowna, jakoś wydaje się malutka, otoczona przez betonowe kolosy:

I jeszcze  drapanie chmur. Ten po lewej to właśnie Rockefeler Center:


fot. Chris Miekina NYC, USA
www.nowaatlantyda.com

Manhattan

Spacerując ulicami Manhattanu, ma się wrażenie bycia częścią gigantycznej termitiery, która szczelnie wypełniła przestrzeń pomiędzy obiema odnogami Hudson River. W cienistych korytarzach ulic tłoczą się ludzie  przemieszani z samochodami, podążając w sobie tylko znanym kierunku. Dookoła strzelają w górę wieżowce jakby naśladując świat roślin w odwiecznym wyścigu ku słońcu. Ich elewacje – żółte, brunatne, czasem szare przypominają kolor skał, inne jednak z pogardą odrzuciły te materie powierzając swą wysokość tonom szkła i metalu.


Manhattan jak na dżunglę przystało nie jest jednolity. Jest pełen bogactwa form i niezwykłych czasem kształtów, gdzie tuż obok siebie stoją 3 piętrowy domek z czasów kolonialnych i szklano-aluminiowy kolos AEtny.
Największa jednak niespodzianka czeka w samym centrum wyspy, w jej zielonym sercu, którym jest Central Park. To niezwykła oaza i wytchnienie dla wszystkich zmysłów, zmęczonych walką z potęgą molocha. Central Park to luksus, coś co mogło przyjść do głowy tylko najbardziej ekstrawaganckiemu urbaniście, który nagle, w centrum ściśniętego do granic wytrzymałości miasta, pozostawił wolną i niezakłóconą żadną architekturą przestrzeń.

To dookoła Parku, otaczając go szczelnym wianuszkiem rezydencji, zamieszkali najznamienitsi, najbardziej wpływowi i wreszcie najbardziej majętni obywatele miasta. 5 Aleja jest osią i liczy się tylko ten, kto mieszka w jej pobliżu, gdzie tumult miasta ginie skutecznie tłumiony przez soczystą zieleń Parku.

Przystanąłem na jego skraju, vis-a-vis 70-tej ulicy. Przeglądam książki rozłożone bezładnie na zaimprowizowanym straganie. Wszystkie niemalże dotyczyły sztuki. Powoli przekładam więc kolejne tomy wyłapując w nich reprodukcje El Greco, Bosha, Caravaggia i wreszcie mojego ulubionego Vermeera. Nie ma nic wyjątkowego w tym, że lubi się prace właśnie tego malarza, z dalekiego jak droga na księżyc holenderskiego Delft. Docenił go, cały wrażliwy na sztukę świat, snobując się w egzaltowanej kontemplacji otaczającej artystę rzeczywistości, której symbolika tak uniwersalna, pozostała nienaruszona i aktualna do dziś. Powoli kartkuję  solidny tom, wydany przez szacowne wydawnictwo Taschen i w tym samym tempie rośnie we mnie pragnienie posiadania choćby takiej właśnie namiastki dzieł malarza, bo o oryginałach wiszących nad moim łóżkiem nie mógłbym chyba zamarzyć, nawet w najbardziej szalonych snach. Szukam wzrokiem sprzedawcy, który nie musi wcale się wysilać, żeby udowodnić, że w całym swoim życiu nie otworzył jakiejkolwiek ze  sprzedawanych na straganie książek. Cena jaką mam do zapłacenia jest raczej skromna i jej uiszczenie nie podlega najmniejszej dyskusji, bądź rozterce. Szybko odliczam więc potrzebną ilość banknotów i po chwili  siadam na pierwszej napotkanej w parku ławce, zanurzając się w lekturze.

Po raz wtóry tego dnia ostrożnie przekładam stronice albumu, ciesząc oczy widokiem tak dobrze znanych mi obrazów. Kiedy wreszcie zamykam opasły tom, mój wzrok bezwiednie odpływa gdzieś przed siebie, by zatrzymać się na chłodnych murach neogotyckiego pałacyku po drugiej stronie ulicy. Był to kiedyś dom jednego z najbardziej możnych ludzi amerykańskiego świata, stalowego magnata, Henry’ego Fricka. Jego pasją było nie tyle zdobywanie pieniędzy, co wydawanie ich na najwspanialsze dzieła światowej sztuki, by w ten właśnie sposób, zaspokoić swoją próżność. Jego surowo i ascetycznie wyglądająca rezydencja kryje do dziś w swych murach setki dzieł, z których każde z osobna, mogłoby być główną atrakcją najlepszych galerii na świecie. To tam znalazły dla siebie dom obrazy Vermeera, których reprodukcje oglądałem w albumie. Wystarczyło przekroczyć hałaśliwą i ruchliwą ulicę, by znaleźć się w miejscu po brzegi wypełnionym skarbami, przy których bladły te odnalezione w Sezamie przez Alibabę – Chris Miekina
fot. Chris Miekina Nowy Jork, USA
www.nowaatlantyda.com

Zobacz również:
- Krajobraz po bitwie

Kreatywna matematyka

Matematyka to nauka oparta na liczbach, a ich konkretność i wymierność, często uważana jest jako ostateczny dowód naukowy w wielu spornych kwestiach. W końcu jakby nie było   2+2=4. Wierzymy więc, że liczby reprezentują absolutną prawdę. Ale istnieje także drugie oblicze liczb, to znacznie ciemniejsze, bo dzięki nim można także tą rzeczywistość kompletnie zafałszować.

Charles Seife napisał właśnie książkę o takim wykorzystaniu liczb pt. „Proofiness: Dark Art of Mathematical  Deception”. Seife jest z wykształcenia matematykiem, swój dyplom zdobył na słynnym Yale, a obecnie jest profesorem na wydziale dziennikarskim NYU.

Prof. Seife nie ma wątpliwości, że oszustwa dokonywane za pomocą cyfr są codzienną rutyną. Tytułowe słowo „proofiness” oznacza, że nawet jak czegoś nie można logicznie udowodnić to do przekonania samego siebie wystarczy silne przeświadczenie, że tak właśnie jest i w przypadku cyfr manipuluje się nimi dotąd, aż znajdzie się oczekiwany dowód. Politycy, korporacje ale także i my sami dokonujemy takich kalkulacji często nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Jeśli w coś silnie wierzymy, to wybieramy  tylko te elementy, które to potwierdzają a odrzucamy te, które poddają naszą wiarę w wątpliwość. Liczby którymi operujemy działają w identyczny sposób i akceptujemy tylko te, które potwierdzają nasze stanowisko w jakiejś sprawie, odrzucając automatycznie wszystkie inne. Manipulujemy liczbami niemalże za każdym razem, kiedy  mamy z nimi do czynienia. Wystarczy zapytać kogoś o wiek, albo o to ile waży  i natychmiast możemy się spodziewać liczb, które niekoniecznie odpowiadają prawdzie. Podobnie jest z instytucjami zbierającymi dane na temat tzw. opinii publicznej, gdzie wielu pytanych o swoją opinię kłamie z premedytacją mimo, że nie musi i nie ma z tego kłamstwa żadnej korzyści. Podobnie ma się rzecz w rozmowach na temat seksu, gdzie mężczyźni mają tendencję do podkreślania swoich sukcesów z płcią przeciwną na tym polu, a kobiety wręcz przeciwnie – starają się wykazać, że ich zainteresowanie seksem jest niewielkie. W liczbach ma się to tak, że typowy facet sypiał w swoim życiu z co najmniej 12 kobietami,  a typowa kobieta  była w łóżku z najwyżej  5 mężczyznami. :)   Rożnica w tych oświadczeniach szybko kurczy się jeśli pytanych podłączyć do wykrywaczy kłamstwa i wówczas okazuje się, że kobiety mają większą tendencję do przesady i mijania się z prawdą niż mężczyźni. Liczba podana przez mężczyzn lekko spada, ale liczba podana przez kobiety w sposób znaczący rośnie.

Manipulacje numerami wykorzystuje się przede wszystkim w handlu, gdzie często dla osiągnięcia lepszej sprzedaży używa się liczb mających potwierdzić skuteczność produktu Np. widać to w sytuacji gdy jeden producent pasty do zębów utrzymuje, że jego pasta wybiela zęby trzy razy bardziej niż pasta konkurencji. Nie trzeba być ekspertem, by wiedzieć, że niezmiernie trudno  jest określić  białość zębów w naukowy sposób (biel zębów  zależy od wielu innych czynników niezależnych od jakości pasty, jak kształt szczęki, karnacja skóry, uroda, naturalny kolor emalii itd…). Mimo to, ludzie jednak wierzą, że jedna pasta wybiela zęby bardziej niż druga. Podobnie jest z balsamami do ciała, gdy jeden z producentów utrzymuje, że jego balsam dostarcza  o 70% więcej efektu nawilżającego, ale nie mówi w stosunku do czego. Tego typu numery tak naprawdę nic nie znaczą i niczego nie udowadniają, ale pomagają lepiej sprzedać produkt. Podobnej manipulacji liczbami dokonuje się ilustrując coś na osi współrzędnych. Wówczas zmieniając skalę, można pokazać dramatyczny efekt jaki mają te same liczby mimo, że w rzeczywistości niewiele to znaczy (np. jeśli coś wczoraj kosztowało złotówkę a dziś 1.50 daje to aż 50% wzrostu!). Tej techniki używają często politycy, aby wykazać swoje wątpliwe osiągnięcia lub obiecać wyborcom gruszki na wierzbie.

Prof. Seife pokazuje manipulowanie liczbami po to, by osiągnąć określony cel na przykładzie  senatora McCarthy’ego, (tego od makkartyzmu). Na początku lat 50-tych McCarthy był praktycznie znany tylko wąskiej grupie wyborców. Podczas jednego z przemówień, Mc Carthy podniósł do góry kartkę papieru i powiedział, że ma na niej 205 nazwisk ludzi, którzy pracują dla rządu i jednocześnie są dobrze zakonspirowanymi  komunistami. Oświadczenie to wywołało natychmiastową burzę, bo liczba jaką podał budziła  zdumienie, ale i zgrozę. Okazało się później, że na liście nie było nawet 50 nazwisk i kiedy powołano specjalną komisję do zbadania tej sprawy, ludzie McCarthy’ego w panice przetrząsali gazety w poszukiwaniu  jakichkolwiek nazwisk związanych nawet luźno z działalnością komunistyczną by potwierdzić wersję senatora. Magiczna  liczba 205 wykonała swoje zadanie i sprawiła, że natychmiast zwrócono uwagę na osobę senatora, promując najbardziej kontrowersyjnego polityka w USA w tamtych czasach. Trudno dziś wytłumaczyć skąd senator wiedział, że należy użyć właśnie takiej liczby i podejrzewa się, że senator  działał instynktownie i swoją niezwykłą popularność osiągnął przypadkowo. Także okoliczności jakie temu towarzyszyły a przede wszystkim jądrowy wyścig zbrojeń z Rosjanami spowodowały, że wystarczyła iskra, aby temat komunizmu  w USA eksplodował z ogromną siłą i katapultował McCarthy’ego do wielkiej, choć trwającej niezbyt długo kariery. Wielu prominentnych polityków amerykańskich w tamtych czasach wierzyło, że zagrożenie komunizmem jest realne i trzeba mu  za wszelką cenę zapobiec. Edward Teller np wierzył, że jeśli Ameryka nie stworzy superbomby to w kilka lat Amerykanie będą musieli mówić po rosyjsku. Wierzył, że Związek Radziecki dokona inwazji na Amerykę i wprowadzi swój bezwzględny i okrutny system stalinowski w życie. Po latach okazało się, że Teller niekoniecznie mijał się z prawdą, bo w tamtych czasach ZSRR agresywnie szukało konfrontacji z wrogami klasowymi (zdławienie rewolucji na Węgrzech a także inwazja Czechosłowacji i konflikt kubański).

Innym przykładem manipulacji liczbami jest oczywiście globalne ocieplenie w prezentacji Ala Gore. W swoim niesławnym filmie pokazał on animacje, w której zatopieniu ulegają wybrzeża na wielu kontynentach, na skutek topnienia lodowców pod wpływem globalnego ocieplenia. Poziom wody wg. obliczeń Ala Gore wzrosnąć miał o 6 m i nawet naukowcy wspierający ideę globalnego ocieplenia kręcili głową z niedowierzaniem. Tak więc Gore definitywnie kłamał wierząc, że wspiera poprzez to ogólną ideę jaką promował.

Manipulacja numerami następuje również wtedy, gdy zamiast ceny 100 zł wstawia się cenę 99.99 zł. Taka cena wygląda znaczne lepiej, bo jest poniżej psychologicznej bariery wydania stówy i sprzedawcy wykorzystują to bezwzględnie. Podobnych  psychologicznych uwarunkowań jest znacznie więcej. Jeśli ktoś nam mówi, że kupił auto za 20 tys. zł. automatycznie  nie daje się mu wiary uznając, że osoba ta zapłaciła znacznie mniej niż utrzymuje. Kiedy jednak ta sama osoba powie nam, że zapłaciła za auto 20 200 zł. wówczas jesteśmy bardziej skłonni uwierzyć w taką liczbę, bo jest ona bardziej konkretna. Dlatego zazwyczaj dla osiągnięcia określonego efektu przedstawia się liczby w odpowiednim formacie – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Nadzieja, która sięga poza kres

Nadzieja, która sięga poza kres

Nadzieja dźwiga się w porę ze wszystkich miejsc,
jakie poddane są śmierci -
nadzieja jest jej przeciwwagą,
w niej świat, który umiera, na nowo odsłania swe życie.
Ulicami przechodnie w krótkich bluzach, z włosami, które opadają na kark,
przecinają ostrzem swoich kroków
przestrzeń wielkiej tajemnicy,
jaka rozciąga się w każdym z nich między śmiercią własną i nadzieją:
przestrzeń biegnącą w górę jak głaz słonecznej plamy
odwalony od drzwi grobowych.

W przestrzeni tej, w najpełniejszym świata wymiarze,
JESTEŚ
i wtedy ja mam sens i moje w grób opadanie
i przechodzenie w śmierć -
a rozpad, który mnie czyni prochem niepowtarzalnych atomów,
jest cząstką Twojej Paschy.

Wędruję więc po wąskim tej ziemi trotuarze,
środkiem biegną pojazdy, odrywają się kosmiczne rakiety…
w tym wszystkim jest ruch odśrodkowy
(człowiek… fragment świata uruchomiony inaczej…)
ruch ten nie dociera do jądra nieśmiertelności,
nie wyzwala od śmierci -
(człowiek… fragment świata inaczej uruchomiony…)
wędruję więc po wąskim tej ziemi trotuarze,
nie odwracając uwagi od Twego oblicza,
którego nie odsłania mi świat.

Śmierć jest jednak doświadczeniem kresu
i ma w sobie coś z unicestwienia -
nadzieją odrywam moje JA , muszę oderwać,
aby stanąć nad unicestwieniem…
a wtedy zewsząd wołają i nadal wołać będą:
„szalejesz, Pawle, szalejesz!”
- oto zmagam się z sobą samym
i zmagam się z tylu ludźmi o mą nadzieję -
mej nadziei nie potwierdza we mnie
żadne złoże własnej tylko pamięci,
nadziei w zwierciadle mijania nie odtwarza nic,
tylko Twoje Przejście paschalne
zespolone z zapisem najgłębszym mego bytu.

I tak jestem wpisany w Ciebie nadzieją,
poza Tobą istnieć nie mogę -
jeśli własne me JA stawiam poza śmiercią
i wydzieram z gruntu zniszczenia,
to dlatego,
że wpisane jest w Ciebie
jak w Ciało,
które swoją wypełnia moc nad każdym ludzkim ciałem,
by zbudować na nowo me JA podjęte na gruncie mej śmierci
konturem tak bardzo odmiennym a przecież najwierniejszym,
w którym ciało mej duszy i dusza ciała zespala się na nowo,
by swój byt – dotąd oparty o ziemię – ostatecznie oprzeć o Słowo
i zapomnieć wszelkiego bólu jak serce uderzone nagłym Wichrem,
którego nie udźwignie żaden na ziemi człowiek
- a lasy pękają w konarach lub nisko u korzeni.
Ten Wicher pchnięty Twą dłonią staje się oto Milczeniem.

Atomy dawnego człowieka wiążą prastarą glebę
świata, którego dotykam moją śmiercią,
i ostatecznie przeszczepiam w siebie,
by stały się wszystkie Twą Paschą – czyli PRZEJŚCIEM.

Karol Wojtyła 1975

Substytut


fot. Chris Miekina Filadelfia, USA