Tag Archives: Chris Miekina

Sandomierz zaprasza… po 2020 roku

- Dzień dobry, poproszę bilet na pociąg pośpieszny do Sandomierza.

- Najbliższy pociąg do Sandomierza odjeżdża po 2020 roku. – Taką odpowiedź usłyszymy jeśli zaplanujemy podróż do Sandomierza pociągiem. W tym 27 tysięcznym miasteczku nie ma od kilku lat stacji kolejowej dla ruchu pasażerskiego. Modernizacja tego odcinka kolejowego planowana jest dopiero po 2020 roku.

W ostatnim czasie Sandomierz przeżywa prawdziwy renesans. Tysiące turystów dostrzegło uroki tego malowniczego miasteczka za sprawą bijącego rekordy popularności serialu „Ojciec Mateusz”. Sandomierski PTTK organizuje wycieczki śladami filmowego bohatera – detektywa w sutannie.

Wzrost liczby turystów to także konieczność rozbudowy infrastruktury. Sandomierskie parkingi w weekendy są pełne samochodów, turyści wykorzystują każdy fragment pobocza aby zaparkować auto jak najbliżej Starego Miasta. A mogłoby być zupełnie inaczej gdyby do Sandomierza dojeżdżały pociągi pasażerskie. Niestety, z końcem roku 2006 zawieszono ostatnie regularne połączenie pasażerskie. Stacja PKP Sandomierz zniknęła z kolejowego rozkładu jazdy.

Sandomierska stacja kolejowa od dziesiątków lat była bardzo ważnym węzłem kolejowym, zarówno pasażerskim jak i towarowym. Zelektryfikowana, dwutorowa na całym odcinku. To tu jadące z północy na południe pociągi kierowane były na dwa rozwidlające się tory; na południowy-wschód przez Stalową Wolę do Przeworska i Przemyśla, oraz na południe do Tarnobrzega i dalej w stronę Rzeszowa. Patrząc na mapę kolejową Polski widać, że jest to najkrótsze połączenie między Warszawą, Skarżyskiem-Kamienną a południową częścią naszego kraju.

Przez długie lata Sandomierz miał regularne połączenia kolejowe z Warszawą, Przemyślem, Helem, Kielcami czy Rzeszowem. Pociągi osobowe jeździły regularnie do Przeworska na południu i Skarżyska na północy. Zanim zawieszono ostatnie połączenie pasażerskie, każdego miesiąca powoli zabierano po jednym, dwa pociągi. Na kilka miesięcy przed zamknięciem stacji kursował tylko jeden pociąg pośpieszny dziennie i jeden osobowy. Stacja ożywała tylko dwa razy dziennie. Zbyteczne było utrzymywanie kasy biletowej – otwierano ją tylko 30 minut przed odjazdem pociągu, a w ostatnich tygodniach okienko zamknięto całkowicie. Bilety kupowało się u konduktora.

Oficjalnym powodem zamknięcia stacji był fatalny stan torowiska pomiędzy Sandomierzem a Ostrowcem Świętokrzyskim. W wielu miejscach ograniczono prędkość do 20 km / h dla pociągów towarowych – fatalny stan torów uniemożliwił przewożenie nimi ludzi.

Dziś przez sandomierską stację przetacza się 2-3 składy towarowe dziennie. Większość jedzie bocznicą kolejową do sandomierskiej huty szkła. Przy tak małym ruchu bocznice kolejowe nie są w ogóle wykorzystywane. Stacja zarasta i niszczeje. Perony stacji pełne są porozbijanych butelek. Ściany dworca usiane są pamiątkami po bywających tu wandalach. Dawny budynek dworca został zamieniony na dyskotekę. Co weekend zjeżdżają tu rzesze młodych ludzi aby przy rytmach muzyki o wątpliwych walorach bawić się w najlepsze. Wejście na perony zostało odgrodzone metalową bramą – grube kraty chronią resztki i tak już zdewastowanych peronów.

Władze PKP nie uznały tego odcinka torów za ważny i priorytetowy dla infrastruktury kolejowej południowo-wschodniej Polski. Z informacji jakie można wyczytać z mapy zamieszczonej na stronie PKP wynika, iż modernizacja odcinka Skarżysko-Kamienna – Sandomierz nastąpi po 2020 roku. Nie wiem czy słowo „modernizacja” jest trafnym określeniem, bo za 11 lat odcinek ten trzeba będzie odbudowywać na nowo, gdyż praktycznie nie wykorzystywany podda się upływowi czasu – PK
www.mojesandomierskie.pl

***

A tymczasem między innymi…

Zamek królewski wzniesiony przez króla Kazimierza Wielkiego, siedziba Muzeum Okręgowego:

Ratusz z 1349, w którym m.in. najstarsze szachy w Europie:

Kawałek rynku:

Studnia na rynku:

I LO im.  Długosza, Collegium Gostomianum z 1602 – moja szkoła:

Kościół św. Pawła, jedna z najstarszych świątyń Sandomierza, z 1226 roku – moja parafia:

Bazylika katedralna Narodzenia NMP z XIV wieku:

Brama Opatowska – gotycka brama wjazdowa z XIV wieku, element murów obronnych:

Widok z Bramy Opatowskiej:

fot. Chris Miekina Sandomierz
www.nowaatlantyda.com

Nowy Świat

W 1492 r. Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę i jest to ważna data dla świata (tak czytamy w podręcznikach do historii), gdyż dała możliwość ekspansji i zasiedlenia nowego lądu. Od tego momentu świat zaczął nabierać właściwych proporcji, bowiem stał się cywilizacją globalną, której ton nadawała agresywna Europa.

I zawsze odnosi się wrażenie, gdy czyta się o odkrywaniu i zasiedlaniu Ameryki, że pierwsi osadnicy nie znaleźli tam nic innego jak kraj miodem i mlekiem płynący, porośnięty dziką puszczą przez którą płynęły krystalicznie czyste strumienie pełne ryb.  Spotyka się co prawda ludzi, ale są to wędrujący Indianie, którym obcy jest instynkt własności do ziemi, tym chętniej więc osadnicy biorą ją w posiadanie budując nową cywilizację. A tych Indian wcale nie było tak mało i nie byli aż tak dzicy jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

W XV – XVI wieku żyło w Europie około 80 mln. ludzi. W tym samym czasie w obu Amerykach żyło ich ponad 100 milionów!!! Czy  zatem wyrafinowaną cywilizację Inków i Azteków możemy nazwać dziką? Nie sadzę…

Kiedy pielgrzymi na statku „Mayflower” wylądowali na północnoamerykańskim wybrzeżu, na ich powitanie wyszli rdzenni mieszkańcy tej ziemi. Nie było ich zbyt wielu mimo że okolica pełna była opuszczonych indiańskich osiedli. Jedno z nich europejscy przybysze uczynili swoim pierwszym schronieniem. Gdzie więc podziali się ich poprzedni mieszkańcy? Co wydarzyło się na Wschodnim Wybrzeżu tuż przed przyjazdem pierwszych białych osadników?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Dwa lata wcześniej wybuchła tam epidemia żółtaczki, która zabiła aż 90% całej populacji! Ludzie  zamieszkujący Amerykę byli bezbronni wobec chorób przywiezionych zza oceanu i ginęli od nich jak muchy. Nie trzeba było ognia i miecza, aby podbić cały kontynent, śmiertelnie skuteczną bronią okazały się bakterie i wirusy. Kolumb odkrył Amerykę w sposób symboliczny, bowiem wiedza o jej istnieniu od setek lat głęboko zakorzeniona była w świadomości Europejczyków. Wikingowie, mnich Brendan, nawet baskijscy rybacy przez setki lat łowiący dorsze u ujścia rzeki Św. Wawrzyńca, dobrze znali nowy kontynent. I to oni przywlekli tam ze sobą choroby, które uśmierciły całą niemalże indiańską cywilizację. Wiele z tych chorób pochodziło od zwierząt i Europejczycy od wieków żyjący wśród nich, stali się na nie odporni lub znosili je znacznie lżej niż mieszkańcy Ameryki, którzy nie hodowali nawet… psów!

Podróżnik Fernando de Soto opisuje w swym dzienniku z podróży, tętniące życiem indiańskie osady w dorzeczu Mississippi.  Wraz z de Soto podróżują inni Hiszpanie, by zabezpieczyć sobie źródło żywności, wożą ze sobą żywe świnie. Grypa i wietrzna ospa przeniesiona ze świń na Indian wybija tych drugich do nogi i już kilka lat później kolejne odkrywcze wyprawy nie znajdują tam żadnego śladu życia, oprócz powoli niszczejących i pustych ludzkich osad. Zresztą to samo stało się z mieszkańcami wyspy Tainos na Karaibach, gdzie Kolumb zbudował swoją pierwszą bazę wypadową w Nowym Świecie. Na wyspie mieszkało około 100 tys. rdzennych mieszkańców, ale już 10 lat później nie został z nich ani jeden. Wszyscy zmarli od chorób i niewolniczej pracy jaką narzucili im Hiszpanie. Wietrzna ospa czyli small pox było okrutnym Pox Americana,  dzięki któremu nowy kontynent stanął otworem dla jego odkrywców a los jego rdzennych mieszkańców to jakby historia żywcem wzięta z książek Stephena Kinga i nie mieści się w głowie, że cywilizacje tak doskonale rozwinięte jak np. imperium Azteków padły tak szybko i niemalże bez oporu.

Mieszkańców Ameryki często nazywa się Indianami, bowiem Kolumb sądził, że dopłynął do Indii i tak nazwał napotkanych tam ludzi. Rząd amerykański starał się zmienić tą wprowadzającą w błąd nazwę i nazwał rdzennych mieszkańców tej ziemi Native American, co również jest niebyt fortunne, bo każdy kto urodził się w Ameryce  jest z tego tytułu jej rdzennym mieszkańcem. Sami zainteresowani wolą pierwszą nazwę: Indianie – i stała się ona uniwersalna dla Apaczów z Kolorado i Yonomani z nad Orinoko. Ta trudność w znalezieniu właściwej nazwy nie jest tak unikalna. Sami Europejczycy swą nazwę zawdzięczają… Amerykanom (sic!), którzy nazwali ich w ten sposób, by odróżnić od siebie ludzi stamtąd. :) Do tej pory bowiem wszyscy biali ludzie nazywali się solidarnie Chrześcijanami.

Wygląda na to, że mówiąc o mieszkańcach Ameryki przed Kolumbem wszystko staramy się wygodnie uprościć. Uznaje się powszechnie, że pojawili się oni na kontynencie, kiedy po zamarzniętej cieśninie Beringa przewędrowali z Azji, ale wystarczy spojrzeć na Navajów czy Hopi, albo na rzeźby Olmeków o murzyńskich rysach twarzy, by zauważyć głębokie różnice antropologiczne pomiędzy nimi. To wskazuje, że Ameryka była odkrywana od tysięcy lat a ludzie napływali doń z różnych kierunków. Podobnie nie docenia się osiągnięć tych cywilizacji, uznając je za zacofane i prymitywne. Sam fakt, że np. Inkowie nie znali kola, wcale nie stawia ich w gorszej od nas pozycji. To co z naszego punktu widzenia jest oczywiste nie musi pokrywać się z tym samym punktem widzenia Inki. Inkowie koła po prostu nie potrzebowali. Ich cywilizacja oparta była na produkcji bawełnianych tkanin i do wszystkiego co potrzebne było im w życiu, używali lin i sznurów. Hiszpanie byli wstrząśnięci, widząc rozwieszone nad przepaściami mosty linowe, którymi bali się przejść, bo zasady ich działania długo nie mogli zrozumieć. Zresztą pismo Inków również oparte jest na sznurkach i do tej pory nie jesteśmy w stanie go przeczytać.

Inkowie kontaktowali się z całym zewnętrznym światem a zwłaszcza z Aztekami. U wybrzeży Panamy, Hiszpanie napotkali inkaski statek wyładowany bawełną. Ale to nie bawełna ich zainteresowała lecz złote ozdoby, którymi obwieszona była załoga. Za wszelką cenę postanowili dowiedzieć się, skąd pochodzą przybysze i już wkrótce o losie Inkaskiego imperium zdecydował niewielki oddział konkwistadorów pod wodzą Francisco Pisarro. Awanturnicza wyprawa Pisarro, omal nie skończyła się fiaskiem, kiedy jego zdziesiątkowany oddział oczekiwał ostatecznego miażdżącego uderzenia, ale przyniesione przez Hiszpanów choroby właśnie zaczęły zbierać swe żniwo, zabijając króla Inków wraz z całym dworem i elitą kraju. W ciągu zaledwie kilku lat mająca tysiąclecia za sobą, cywilizacja legła w gruzach.

Aztekowie doświadczyli dokładnie tego samego smutnego losu. Ten waleczny naród, doskonale orientujący się w zawiłych prawidłach astronomii i matematyki, potrafiący nawadniać swe pola i używać pługu, który w Europie zaczęto stosować dopiero w XVIII wieku, padł w kilka lat, kiedy 95% jego ludzi umarło na choroby przywiezione przez zdobywców.

W Północnej Ameryce na Wielkich Preriach, żyła jeszcze inna wyrafinowana indiańska cywilizacja do której choroby dotarły szybciej niż biały człowiek i wyginęła kompletnie niezauważona przez historie. Jej szczątki odkrywa się dopiero teraz i okazuje się, że ludzie ci żyli w niezwykle ścisłym związku z naturą,  starając się wycisnąć na niej jak najmniejsze piętno. Potrafili wytapiać metale, handlowali ze wszystkimi ludami dookoła siebie, docierając do Meksyku i Nowej Anglii. Wielkie Prerie nie są stepem, naturalnym tworem przyrody a rolniczą przestrzenią, którą po wycięciu tam lasów utworzyli ludzie, prowadząc na nich dziesiątki upraw. Pustkowia prerii tworzyły również specjalne strefy do polowań, gdzie łatwo było dopaść nieosłoniętego drzewami bizona czy antylopę. A wszystko tak, by równowaga w przyrodzie nie była niczym zachwiana.

Wszystko to zniknęło z powierzchni Ziemi zdmuchnięte przez cywilizację, którą my również reprezentujemy i ciekawe czy ujdzie nam to bezkarnie.

W leadzie, obraz Salvatora Dali, przedstawiający jego wizję odkrycia Ameryki. Obraz wisi w muzeum w St. Petersburgu na Florydzie (nie w Leningradzie). A oprócz tego moje zdjęcia z Sandy Hook na Wschodnim Wybrzeżu USA – Chris Miekina
www.nowaatlantyda.com

Między strofami, a kroplami deszczu


Ogród Bartrama

Kiedy George Washington po raz pierwszy odwiedził ogród Bartrama – jego wygląd nie zrobił na nim zbyt oszałamiającego wrażenia. Dla przyzwyczajonego do starannie utrzymanych arystokratycznych parków, amerykańskiego Ojca Narodu, sprawiał on wrażenie chaotycznego i zapuszczonego. Ale estetyka ogrodu wcale nie była celem przyrodnika Johna Bartrama, którego botaniczna pasja żyła w doskonałej symbiozie z pracą zarobkową.

Filadelfia
W swoim ogrodzie Bartram kolekcjonował i rozmnażał najrozmaitsze rośliny Nowego Świata i zaopatrywał w nasiona i sadzonki najpiękniejsze parki Europy.  Ich właściciele – zazwyczaj ludzie zamożni – gotowi byli płacić duże pieniądze by zaspokoić swą ciekawość i chęć posiadania roślin Europie nieznanych. Bartram łącząc wiedzę biologiczną z biznesową, stawał na głowie by zaspokajać te zachcianki. Amerykańskie sykomory czy tulipanowce a także azalie i rododendrony miały tą zaletę, że żyjąc w podobnym do europejskiego klimacie, doskonale aklimatyzowały się w nowych warunkach i szybko stawały się – przez swą unikalność  – dumą swych właścicieli.

Sykomora

Figa

Geranium
Bartram jednak nie poprzestawał tylko na okazach, które rosły w okolicy Filadelfii. Prowadził bogatą korespondencję z wieloma przyrodnikami i jeśli tylko nadarzała się możliwość, wymieniał się z nimi okazami roślin. W ten sposób do jego ogrodu  trafił strączyn żółty - prezent od botanika Michaux i przywiezione z Chin drzewo ginko biloba – oba drzewa rosną do dziś. Jako botanik pasjonat John Bartram interesował się także właściwościami leczniczymi  roślin i oprócz pięknych i potężnych drzew sadził także zioła.

Ginko Biloba
Największym jednak sukcesem Bartrama, był niepozorny krzew, który znalazł  na brzegu rzeki w Georgii w czasie jednej ze swoich licznych podróży badawczych w poszukiwaniu nowych gatunków roślin. Krzew nie przypominał mu żadnej rośliny z jaką miał do tej pory do czynienia. Wziął ze sobą jej zaszczepki, by próbować  z nich wyhodować roślinę, już po powrocie do Filadelfii. Kilka lat trwało zanim ostatecznie jego próby zakończyły się sukcesem i roślina w końcu zakwitła  wydając owoce. Bartram zdał sobie sprawę, że stał się odkrywcą, nowego, nieznanego nauce gatunku. Krzew nazwał Franklinia – na cześć swojego przyjaciela Benjamina Franklina i ogromnie zaciekawiony rośliną udał się raz jeszcze do Georgii, aby obserwować ją w jej naturalnym środowisku. Już na miejscu okazało się, że właściciel ziemi na której rosła Franklinia kazał wykarczować krzewy i zasadził w tym miejscu tytoń. Mimo poszukiwań nie udało się Bartramowi odnaleźć innego naturalnego stanowiska Franklinii. To na które natrafił za pierwszym razem  było jedynym takim na świecie  na dodatek na zawsze utraconym. Franklinia w ogrodzie Bartrama przyjęła się nad wyraz dobrze i powoli znajduje  miejsce w innych parkach i ogrodach botanicznych Ameryki. Wciąż jednak jej los nie jest pewny,  bo genetycznie jest ona słaba i nie mogąc krzyżować się z innymi roślinami swojego gatunku może być łatwo zniszczona przez chorobę, na którą nie będzie się w stanie uodpornić.

Franklinia
Dziś ogród Bartrama nadal wygląda podobnie jak za czasów swego właściciela ponad 200 lat temu. Może tylko drzewa są dużo większe, ale cała reszta – zioła i krzewy – utrzymywane są w formie  w jakiej rosły kiedyś. Wciąż owocuje grusza, której owoce bardzo lubił Washington. Co prawda drzewo gruszkowe nie żyje zbyt długo, ale opiekunowie ogrodu z jej szczepek sadzą  kolejne drzewa, tak że ciągłość pokoleń jest zachowana i wciąż można zjeść dokładnie tą samą gruszkę co legendarny prezydent.

Bartram był quakrem, Chrześcijaninem, którego religia nakłada  obowiązek życia w skromności i prostocie. Picie wina i piwa było surowo zabronione. Pogodnie usposobiony Bartram, aby pogodzić religię  z ochotą na wypicie kieliszka czegoś mocniejszego, zbudował kamienny młyn, w którym mielił jabłka i produkował z nich cydr, o którym nie wspominała purytańska Biblia. Miał jednak nieco dziwne upodobania, bo jego ulubionym drinkiem była mieszanka cydru z…  zsiadłym mlekiem. Jego dom wielokrotnie przebudowywany i ulepszany przez samego właściciela, ma w swoje ściany wkomponowane kamienie z wyrzeźbionymi na nich roślinnymi ornamentami. Bartram rzeźbił je osobiście uważając taką czynność za doskonały środek na wyciszenie umysłu i uspokojenie nerwów.

Aby utrzymać taki ogród dla zwiedzających, postanowiono, że dla uczczenia zasad pierwszego właściciela, ogród powinien  utrzymać się sam. Wolontariusze sadzą i zbierają nasiona roślin i sprzedają je tak jak robiono to dwa wieki temu. Sprzedaje się także miód z pasieki jaka mieści się w ogrodzie. Wreszcie w każdy niemalże letni weekend stodoła Bartrama wynajmowana jest na  weselne biesiady.  Dlatego ten najstarszy ogród botaniczny kipi życiem i nic nie wskazuje, żeby w najbliższej przyszłości utracił swoją wyjątkową pozycję – Chris Miekina
fot. Chris Miekina Filadelfia, USA
www.nowaatlantyda.com

Kovalam – kokosowy zagajnik

Każdy z nas, będąc w jakimkolwiek miejscu na świecie, zastanowi się prędzej czy później, jak było tam kiedyś. I to nie dziwi, bowiem historia to jak człowieczy pomost między „skąd” i „dokąd”. I otóż stała się rzecz przedziwna, gdyż poznane przez nas na Ecodniu miejsce (dzięki archiwalnym zdjęciom i wspomnieniom udostępnionym przez Psiego Zęba), oto odkrywa ono dziś swój obecny wizerunek. Kovalam – oznaczający kokosowy zagajnik.



Chciałabym widzieć minę człowieka, gdy serfując leniwie po necie napotkał na wspomniany wpis Indyjskie Kovalam Beach, czyli z kłódką na plażę. W nim zobaczył owszem tekst, w nic nie mówiącym mu polskim języku, ale i piękne, bo archiwalne zdjęcia, widziane  zapewne pierwszy raz w życiu. Dzięki Camowi, który z kolei poserfował po tego naszego gościa stronce: India Guide, oto przed nami całkiem spora garść cennych informacji, które mam nadzieję, pozwolą zobaczyć minę Psiego Zęba :) I to nie tylko podczas czytania, lecz szczególnie, gdy zobaczy wybrane przez Cama aktualne zdjęcia. Okazuje się, że Kovalam dziś, jest nie tylko ulubionym miejscem rybaków, ale i… hippisów.  Są jeszcze tacy? Niestety, spokojne dni z dawnych lat już dawno minęły i teraz na plażę przyjeżdża wielu nie tylko hinduskich turystów. Ta popularność sprawiła, że plaże Kovalam z całą pewnością utraciły dziś, swój uwodzicielski wizerunek.

Plaża Kovalam znana jest jako „Raj Południa”. Kovalam łączy ze sobą trzy przylegające do siebie i wygięte w sierp plaże, z najbardziej wysuniętą na południe sławną i znaną również przez nas, Plażą Latarni Morskiej.
Oprócz plaży w Kovalam w okolicy znajdują się także inne plaże takie jak Varkala, Shanghumugham i inne. Varkala jest tu szczególnie godna uwagi, bo to jedyna plaża w południowej Kerali, gdzie można zobaczyć klify przylegające do Morza Arabskiego. Podobno jeżeli Goa jest dla wędrowców,  to Kovalam jest dla tych, którzy szukają spokojnego odpoczynku w naturalnym rytmie. Niemniej o ten naturalny rytm, coraz tu trudniej. Piękne plaże są coraz bardziej zatłoczone, bo miejsce to, jest coraz bardziej popularną turystyczną atrakcją dla? Chyba jednak już tylko tych bogatszych turystów. Powtarzające się slogany „doskonale  warunki zamieszkania; odpowiedni tropikalny klimat; wspaniale smakujące owoce morza; ajurwedyczne masaże, płytkie i spokojne morze idealne do pływania;  baza do uprawiania surfingu i innych sportów wodnych”, po których znacząca informacja, że ludzie tutaj mówią po malajsku, angielsku i tamilsku – hindi nie jest tu już popularny.

Podróżując  po południowej Kerali większość  turystów doradza, aby szukać kwatery w Kovalam a nie w mieście Trivandrum. I tak zrobił również  Psi Ząb. Zawsze można podjechać do Trivandrum na zwiedzanie, bowiem wyprawa do Kovalam, to mieszanka wypoczynku na plaży i propozycja zwiedzania pomników i świątyń w Trivandrum.  A teraz najlepsze „Wieczorki w Jalatharangam Seaside są organizowane przez biuro turystyczne  w Kerali, w każdy piątek, sobotę i niedzielę od połowy grudnia do polowy marca” szkoda, bo byśmy poszli. Festiwal Taneczny Nishagandhi z Trivadrum, odbywa sie pod gołym niebem co roku w lutym.  Zresztą Trivandrum znane jest nie tylko z tego. To również rękodzieło, wyrób masek, tkanin, rzeźb i wyrobów  z brązu.Typowe sari z Kerali, białe ze złotym obszyciem, można nabyć właśnie w Trivandrum. Trivandrum to również Muzeum Napier i Kuthiramalika, które mają w swoich zbiorach eksponaty z Kerali. Pałac Padmanabhapuram znajdujący się 52 km od Trivandrum, który został zbudowany przez władców Trivandrum, a świątynia Ananthapadmanabhaswamy… ufff, jest największą budowlą w Trivandrum.

W Kovalam można wynająć prywatną kwaterę, w której znajduje się nowoczesne wyposażenie. Nie jest to może, to samo co hotel, ale daje poczucie prywatności i oddaje charakter miejsca, które się zwiedza. Z drugiej strony ludzie zamożni mogą  wynająć pokój w luksusowym hotelu prowadzonym przez Lile Kempinski. Pocieszającym jest jednak najbardziej Ponmudi, który jest górską stacją w odległości 60 km od Trivandrum. Znajduje się tam bowiem hotel  KTDC, gdzie można wynająć pokój w cenie 5-8 $ za noc. Jak dla mnie to chyba niedrogo? Znajduje się tam także bar, a taksówka zabierze nas do hotelu i będzie czekać nawet całą noc, aby znów zawieźć na plażę, za  jedyne 15-20 $. Taksówkarz będzie spał w samochodzie i nie trzeba się czuć zobligowanym do wynajęcia mu pokoju.

Zanim całkiem zapatrzymy się w te jakże inne zdjęcia, od tych, które znamy, jeszcze tylko garść ostatnich informacji. Czy i dziś w Kovalam można zjeść na liściu banana? Otóż okazuje się, że w „Lonely planet” oferuje  się w ogóle wegetariańskie jedzenie.  Z kolei na Plaży Latarni Morskiej, można wypróbować takie miejsca jak „Rock Cafe”, „Coconut Grove” i „Fusion”. „Lobster Pod” ma dobre owoce morza. A jeśli  chce się zjeść wystawniej, należy odwiedzić restaurację „Taj Green Cove”.  Jak dojechać do Kovalam? Samolotem – najbliższy port lotniczy znajduje sie Trivandrum – 20 km od Kovalam, pociągiem – Trivandrum Central  jest najbliższą stacją kolejową, lub samochodem – z Trivandrum to 16 km. Za taxi trzeba zapłacić 400-500 rupii… Które Kovalam lepsze? -  Ela Wolny
tłum. Chris Miekina

Zagubione symbole

To pierwsza moja mini wyprawa szlakiem najnowszej książki Dana Browna – „Zagubione symbole”. Stany Zjednoczone są krajem, który jest unikalny pod wieloma względami. Powstał on bez tradycji i bez udziału rdzennej ludności. Uniknął wojen religijnych, które wylały rzeki krwi w Europie i Azji. Został scementowany ideą, której sens nawet dziś jest trudny do odnalezienia. Trudny, ale nie niemożliwy. Książka Browna to doskonały pretekst, aby wyruszyć na ten tajemniczy szlak szukając symboli pozwalających zrozumieć czym była ta wielka idea, aby powołać do życia kraj, który dziś pełni w świecie  jedną z najważniejszych ról.

Ojcami założycielami Stanów Zjednoczonych byli w znakomitej większości ludzie należący do tajnych masońskich stowarzyszeń. George Waszyngton – legendarny pierwszy amerykański prezydent – był jednym z nich – co łatwo rozpoznać, gdy na wielu swych podobiznach prezentuje się w masońskim, murarskim fartuszku. Nie dziwi więc, że poświecono mu olbrzymią świątynię, którą zbudowano w miejscowości Alexandria. Dziś właściwie to waszyngtońskie przedmieścia -  elegancka, nisko zabudowana dzielnica, gdzie mieszka elita amerykańskiej władzy:

Alexandria, w dali po prawej Waszyngton
Olbrzymi cyrkiel i ekierka nie pozostawiają wątpliwości co do przeznaczenia budynku:

Świątynia
Masoni to ludzie wierzący i bogobojni, ale każdy z nich ma prawo do wyznawania własnej religii. Tak więc świątynia jest miejscem uniwersalnym i Bóg każdej religii powinien czuć się tu dobrze. Patrząc z wieży, widać na horyzoncie majaczący obelisk i kopułę Kapitolu:

Miejsca te przyciągają jak magnes, więc będąc tak blisko nie odmówiłem sobie krótkiego spaceru po stolicy.

Kapitol, w nim senat. Poniżej obelisk

Po drodze  wpadłem do Smithsonian Institute, organizacji zbliżonej działalnością do National Geographic, lecz poświęcającej większość swej uwagi sprawom amerykańskim. Jest to jedyna organizacja  do jakiej należę. :)

Wewnątrz  Smithsonian Institute
Ma taki przepych zbiorów, że absolutnie unikalny posąg z Rapa Nui – chyba z braku miejsca – ustawiono przy drzwiach…..

Tuż obok znajduje się Galeria Narodowa olśniewająca kolekcją i przepychem wnętrz:

Dzień był niezwykle upalny i w maju trzeba się liczyć w Waszyngtonie z temperaturami powyżej 30 Cº. Na szczęście wielka ilość fontann w mieście doskonale poprawia atmosferę (w sensie dosłownym):

Fontanny są również doskonałą okazją, aby pokazać jakąś sztukę nowoczesną. Jeden z takich nowoczesnych artystów postanowił zaspawać uschnięte drzewo w… nierdzewkę:

Waszyngton to miasto bardzo rozległe. Można schodzić nogi do kolan i nadal nie zobaczy się wszystkiego. Nowoczesne wycieczki używają żyroskopowego rydwanu zwanego segway. Następnym razem też sobie taki pożyczę…

fot. Chris Miekina Waszyngton, USA
www.nowaatlantyda.com

Wczesna wiosna nad Jeziorem Champlain

Jadąc w gości do Monsieura na Wielkanoc, zgłodniałem trochę po drodze i zacząłem coraz bardziej niecierpliwie rozglądać się za jakąś restauracją czy przydrożnym barem. Łatwiej powiedzieć niż znaleźć. Apallachy dookoła wysokie i dzikie a śladów cywilizacji jak na lekarstwo. Z pomocą przyszła moja najlepsza w podróży przyjaciółka – Garmina (bo w taki nieskomplikowany sposób nazywam mojego GPS-a) i po kilku chwilach pokazała listę miejsc, gdzie można było wrzucić coś na ząb.

Niemalże wszystkie z miejsc na liście były mi zupełnie nieznane oprócz jednego o dźwięcznej nazwie „Ponderosa”. Podróż do niej miała zająć 20 minut i zapowiadała się scenicznie, bo restauracja była po drugiej stronie Jeziora Champlain, w stanie Vermont. Dotrzeć tam można było niewielkim samochodowym promem. Tych stron zupełnie nie znałem, więc z góry cieszyłem się nie tylko na dobrą strawę w „Ponderosie”, ale i ucztę duchową podczas przekraczania jeziora. Prom odpływał z maleńkiej  mieściny Essex, przycupniętej na skraju jeziora, ale zanim tam dotarłem nieoczekiwanie zza zakrętu wyłoniły się wodospady Wadham na górskiej rzece Buquet. Nie sposób było obojętnie przejechać obok tej dzikiej siły natury, zmagającej się mozolnie ze skałą, by w końcu wyżłobić w niej sobie drogę jeziora. Widok spienionej rzeki okazał  się być jednak jedyną atrakcją tego dnia. Prom w Essex miał awarię, a że zbliżały się Święta nie było nadziei na rychłą naprawę. Restauracja stojąca obok zamknięta na cztery spusty, bo wciąż było przed sezonem a żołądek skutecznie tłumił majestat górskiego jeziora.

Kilka fotek później znów zatopiłem się w dyskusję z Garminą, która  niezbyt pewnie czuła się na tym odludziu. W końcu, w zupełnej desperacji zatrzymałem się przed czymś co było skrzyżowaniem sklepu spożywczego z barem przekąskowym, gdzie zamówiłem jakieś niesmaczne  kanapki i sałatkę z  baaaaardzo symbolicznym tuńczykiem. Żując kanapkę przyglądałem się z nudów miejscowym. Oni też mi się przyglądali, zapewne zdziwieni tym, że wciąż  jeszcze żyję po tym co sobie zaserwowałem. Sami nie zamawiali nic do jedzenia, ale za to wynosili ze sklepu wielkie pudła piwa. Hmmmm… Widocznie byli spragnieni :)

Nie próbowałem nawet zapamiętać nazwy miejsca w którym byłem, bo zapewne nigdy tam nie wrócę. Wsiadłem do auta, poszukałem w radio francuskojęzycznej stacji z muzyką i tak świątecznie nastrojony ruszyłem w dalszą drogę  do  Montrealu.

Wodospady Wadham na rzece Bouquet:


Rzeka Bouquet:


Brzeg Jeziora Champlain w Essex:

Vermont po drugiej stronie jeziora:


fot. Chris Miekina USA, okolice granicy z Kanadą
www.nowaatlantyda.com

Ocean jak na dłoni

Małże kojarzą mi się z latem, oceanem i plażą, do której już tęsknię. Na niej znajduję nie tylko spokój, ale przede wszystkim wchłaniam energię bez której ciężko żyć:

Lada chwila na plaży pojawią się zadziwiające i groźnie wyglądające zwierzęta. To łagodne i właściwie bezbronne skrzypłocza, które zagapiły się trochę w  ewolucji nie zmieniając się od Ordowiku, czyli od co najmniej 488 lat. Nie mają one hemoglobiny we krwi i dlatego ich krew  jest prawdziwie… błękitna. Żyją  tylko w kilku miejscach na świecie, w tym w moim NJ, gdzie  w maju zaczną masowo wyłazić na plażę, by na niej przedłużyć istnienie swojego gatunku:

Czarna muszelka, czyli omułek, do którego jeszcze wrócę:

Szara, jakby wykuta z kamienia, taka nierówna,  to ostryga:

Klasyczna białawo-żółtawa małża, to venus:

I jeszcze morski  wodorost  – sargassa:

Morze Sargassowe to jedyne morze na świecie, które nie ma wybrzeża. Za brzegi  służą mu prądy morskie, które powodują wielkie nagromadzenie wodorostów  zwanych właśnie sargassami. Do tych sargassów każdego roku płyną  węgorze, żeby złożyć tam ikrę. Małe węgorze – po wykluciu – żyją przez jakiś czas w tym morzu, ale kiedy podrosną  płyną tam skąd pochodzili ich rodzice, czyli np. do Polski. Kiedy jednak staną się dojrzałe – poczują zew Natury i znów popłyną do Morza Sargassowego, aby jak ich rodzice przed nim złożyć tam ikrę.  Z Monsieurem – wielkim smakoszem owoców morza  – nigdy wspólnie węgorza nie jedliśmy na zakąskę. Wolimy raczej małże i skorupiaki gęsto zapijane czerwonym winem, mimo powszechnie panującej opinii, że do owoców  morza najlepsze jest białe, to my jednak wolimy czerwone. Białego nawet nasze dzieci pić nie chcą.

Wszystkie te małże, które miałem w ręku, są jadalne. Kiedy w gości przyjeżdża do mnie Monsieur, to obowiązkowo robię na jego cześć wiadro omułków  na białym winie z ziołami. A na drugi dzień jemy ostrygi, które też  lubimy – najbardziej na żywca. Na omułki mam taką  wielką misę, w którą  wchodzi właśnie całe  wiadro tych małży. Stoi ona na środku stołu i zajadamy je z grzankami, siorpiąc sos wprost z muszli i wydłubując widelcem delikatne mięsko. Wszyscy to lubią, ale surowe ostrygi jemy tylko my dwaj. Z venus robię zimą clam chowder z ziemniakami. To gęsta zupa rybna, która bardzo rozgrzewa i poprawia samopoczucie. A latem –  z mniejszej venus  zwanej  krótką szyjką   – robię Bouillabaisse. To z kolei marsylska zupa rybna. Zawsze należy pamiętać o tym, że małże  to afrodyzjaki… więc trzeba  uważać. :)
Z małży lubię także przegrzebki, które mają muszle w kształcie wahlarza, ale nie znalazlem tego dnia taiej muszli na plaży. Czasem robię też coś, co się nazywa „clam bake”. Rozmaite gatunki małży  - takie jakie akurat mam – razem z krewetkami, paroma żeberekami selerów i gałązką tymianku mieszam  ze soba. Polewam to wszystko winem, zawijam  w folię aluminiową i kładę na grilla. W ten sposób są pyszne.

Na zdjęciu wszechobecne piaskowce… Ale moja plaża, to nie tylko ptasi raj… – Chris Miekina
fot. Chris Miekina NJ, USA
www.nowaatlantyda.com

Sępik

Nazywa się sępnik różowogłowy i należy do rodziny kondorowatych. W Stanach mówią na niego sęp indyczy, bo przez łysą głowę przypomina (chciałoby się powiedzieć Bruce’a Willisa) nieco dzikiego indyka. Poza nazwą oba ptaki jednak łączy niewiele.

Trzy gatunki takiego sępnika żyją w Ameryce Północnej i są ptakami wędrującymi. Tak jak polskie bociany sępniki również odlatują do ciepłych krajów na zimę i także przed odlotem tworzą kongregację. Wówczas wielka ilość tych ptaków krąży w potężnym słupie ciepłego powietrza, zapewne prowadząc w ten sposób dyskusję nad celem podróży. A podróżować sępnik naprawdę potrafi. Niektóre z nich przemierzają oba kontynenty pokonując trasę od Kanady po Argentynę.

Sępnika trudno jest sobie hodować w mieszkaniu tak jak np. papużkę. To przede wszystkim sporych rozmiarów ptak (rozpiętość skrzydeł do 2 m) i jego klatka czy raczej volarium musiałaby być wielkości średniego M-4. Trudno też sępnika posądzić o słowiczy głos. Natura w ogóle poskąpiła mu aparatury do śpiewania i wydaje on z siebie postękiwania i syki. Nie jest też on zbyt przyjaźnie nastawiony do ludzi. Jeśli się go zaczepia a nie daj boże spoufala – ptak rzuca wtedy innym ptakiem, zwanym powszechnie… pawiem. Można sobie tylko wyobrazić aromat takiej zawartości żołądka, zwłaszcza gdy wiadomo, że sępnik żywi się padliną.

Padlina to podstawowe i jedyne źródło pożywienia sępnika. Współczesna cywilizacja służy mu do tego celu lepiej niż kiedykolwiek, bo przy autostradach zawsze znajdzie on coś interesującego na „ząb” (mam nadzieję, że Psi Ząb wybaczy mi to określenie). Co prawda ma on sporą konkurencję w postaci lisów i szopów praczy, ale patrzy na  nich jak na ewentualny przyszły obiad, gdy nieuważny drapieżnik któregoś dnia sam wpadnie pod samochód. Sępnik byłby milionerem, gdyby wiedział jaką przysługę robi służbom porządkującym teren wzdłuż autostrad. No ale nie wie i robi wszystko za friko.

Doceniono go w ten sposób, że umieszczono go na liście ptaków chronionych, mimo, że tak naprawdę nie posiada naturalnych wrogów.

Nie ma jednoznacznej opinii w świecie ornitologów na temat kategorii taksonomicznej, w której można by umieścić sępnika a także amerykańskie kondory. Chodzi głównie o to, że ich przodkowie nie mieli zbyt dużo wspólnego z np. afrykańskimi sępami. Niektórzy ornitolodzy twierdzą, że sępnikom i kondorom jest znacznie bliżej do bocianów, ale wywołuje to żywiołowy opór ze strony przeciwników  tej teorii.

Sam sępnik nie wydaje się być zainteresowanym tym sporem szybując po amerykańskim niebie w nieustannym poszukiwaniu kolejnego obiadu. Dzięki bardzo silnemu zmysłowi powonienia, padlinę znajduje bardzo szybko, dlatego inne ptaki padlinożerne uważnie obserwują lot sępnika. Tak więc o los tego gatunku ptaków, można być na razie zupełnie spokojnym – Chris Miekina



fot. Chris Miekina Wawayanda, USA
www.nowaatlantyda.com