Tag Archives: evita_duarte

Nowojorskie graffiti, czyli Some walls are INVISIBLE

Byłam  na Red Hook i widziałam fajne graffiti. Robiłam fotki z myślą o Tobie, ale  telefonem a już robiło się szarawo, więc mogą być takie sobie. Przesyłam Ci bo wiem że lubisz.

Ten facet z kulą ziemską był namalowany już nad samą wodą, w dodatku na zagrodzonym terenie:

Napisz co chcesz, one są o niesprawiedliwości społecznej. Dla mnie brakuje tam kobiety, najlepiej Azjatki albo Meksykanki – przecież nie tylko czarni mężczyźni doświadczają uprzedzeń. Ten napis Some walls are ma jeszcze na dole dopisek INVISIBLE. I znaczy to, że niektóre mury są niewidzialne.  Ten żółty napis nad facetem z kulą ziemską, to z kolei Niesprawiedliwość gdziekolwiek (obojętnie gdzie?) jest, jest zagrożeniem dla sprawiedliwości w s z ę d z i e.

Myślę, że wystarczy jak napiszesz coś od siebie, coś co ci w sercu gra – może coś o tych łańcuchach w falach… może o feminizmie jako o formie szukania sprawiedliwości, może o rasizmie i polskich Cyganach, albo Koreańczykach z targów? A może po prostu o sztuce graffiti?
fot. evita_duarte NYC, USA
www.marzenkowonyc.blogspot.com

Pobawmy się w gwałt

Przy okazji ostrych dyskusji na temat Anders’a Breivika, otarliśmy się i o zły wpływ gier komputerowych. No właśnie – prawda to, czy fałsz? Poniższy tekst Evita napisała dla www.mojenyc.com. Niestety, z czasem ów artykuł… został zarchiwizowany, co na polski można przetłumaczyć zwyczajnie z n i k ł ! Zadałam sobie jednak  dziś trud, by go  odnaleźć,  i oto jest – dziękuję Evi! – ewolny

Tak, będzie o grze, o której ostatnio głośno. Wrze na tyle, że jak każdy rozgłos, tak i ten może tej obrzydliwej grze przysporzyć zwolenników. Dla tych, które nie wiedzą: RapeLay to gra, która ponoć w krajach azjatyckich i Wielkiej Brytanii cieszy się niesamowitym powodzeniem.

Gra to właściwie ohydny symulator gwałtu na uczennicy oraz jej matce i siostrze. Użytkownik- gwałciciel najpierw maca dziewczynę w pociągu, a później goni ją i gwałci. Może ją nawet według własnej woli zapłodnić, a później, czemu nie, ciążę usunąć i zgwałcić ponownie. Świetna zabawa po prostu. Ubaw po pachy, zwłaszcza, że gwałciciel nie przegrywa nigdy. Ofiary można gwałcić do woli, aż w końcu się przyzwyczają i nauczą czerpać z gwałtu przyjemność (sic!).

Niektóre sklepy już zbanowały produkt, te które tego nie zrobiły zapewne zrobią to pod naciskiem opinii publicznej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek oficjalnie poparł grę, co innego w prywatnych rozmowach pomiędzy facetami- neandertalczykami.

I tu rodzi się pytanie o wolność słowa. Jakie są jej granice? Czy zbanowanie gry nie jest już cenzurą, ingerencją w tę wolność, którą tak sobie wszyscy cenimy. W końcu znajdą się osoby, którym gra da zastrzyk adrenaliny, podnieci, niektórzy nie zobaczą w niej nic złego. Pewnie autor gry też nic złego nie widział w wirtualnym gwałcie wirtualnych kobiet i dziewczynek. Przecież to tylko gra. Czyżby? Tak samo można by powiedzieć o kreskówce z Posta, że to tylko rysunek. O co tyle hałasu, o co tyle zachodu. Dla mnie najdziwniejsze wydaje się, że gra (a także kreskówka) znalazła się w oficjalnym obiegu. Wiele jest dewiacji i to nie jest pierwsza tego typu gra, ale pierwsza dopuszczona do handlu przez międzynarodowy sklep. Wycofana szybciutko, ale jednak ktoś uznał najpierw, że jest do zaakceptowania.

Jeszcze bardziej odstręcza fakt, że gra zaliczona została do gatunku: dating simulation, czyli randkowego. Nikt nie zauważył, że z randką nie ma to nic wspólnego? Dorośli faceci pewnie zauważą, gorzej z nastolatkami. Czego nauczy się taki dzieciak grając w to paskudztwo? Dowie się, że kobieta jest towarem. Rzeczą, z której można sobie dowolnie korzystać. Seks ma służyć do zaspokojenia jego zachcianek kiedy i z kim mu się podoba. Taka w końcu i tak się przyzwyczai i zacznie jej się podobać – evita_duarte
25 luty 2009
www.marzenkowonyc.blogspot.com

Raport CNN na ten temat (13 miesięcy po wpisie Evity!):
- www.articles.cnn.com

Polka w NYC

Zazwyczaj zaczyna się niewinnie. Wyjeżdżasz z kraju na wakacje, albo żeby dorobić parę groszy na nowe meble, wymianę okien, wesele córki. Przyjeżdżasz do Nowego Jorku i wsiąkasz. Bo jak tu nie pokochać Nowego Jorku! W tym mieście mieszają się wszystkie kolory, religie i poglądy. Każdy jest tu u siebie i każdy jest mile widziany.


zegar na Grand Central Terminal
Pamiętasz jeszcze z Polski, mówiono Ci: Trzymaj się z daleka od Polaków za granicą! I na początku próbujesz. Ale unikanie swoich rodaków jest niemożliwe nawet na prowincji. A co dopiero w Nowym Jorku, gdzie mieszka Nas więcej niż w każdym mieście Polskim, z wyjątkiem Warszawy. Już na samym początku poznajesz koleżanki i kolegów i nie są ani trochę tacy jak Cię ostrzegano! I jest Ci dobrze, bardzo wygodnie. Aż przychodzi w końcu takie dzień kiedy masz już tego wszystkiego dość. Tych przesympatycznych ludzi, tych wielkich budynków, zaczynasz tęsknić. Na początku myślisz, że tęsknisz za rodziną to normalne powtarzasz sobie.

W końcu zauważasz, że wyszukujesz wszędzie drobnostek, które przypominałyby Ci o Polsce. Idziesz na Rockefeller Center i wzrusza Cię polska flaga:


Jedziesz do Las Vegas i cieszysz się jak dziecko, bo spostrzegłaś polskie nazwisko:


I wtedy już wiesz, dopadło Cię. Tęsknisz za krajem, za Ojczyzną. Parada Pułaskiego staje się obowiązkiem co roku:


zdjęcia z parady Ola M. – dziękujemy!
I nie ma w tej tęsknocie patosu. Żaden z Ciebie wygnaniec, dokonałaś wyboru. Tu masz całe swoje życie. Ale żadne logiczne wytłumaczenia nie trafiają Ci do serca. Ono nie chce słuchać. I zastanawiasz się czy jeszcze gdziekolwiek będziesz czuć się u siebieevita
fot. evita_duarte NYC
www.marzenkowonyc.blogspot.com

Wielki Kanion – wielkie emocje, czyli na najwyższym balkonie świata

Parafrazując „kto z miłości nie umarł, nie potrafi żyć”, kto ze strachu nie umarł, nie potrafi żyć…

„Do Wielkiego Kanionu Kolorado (Grand Canyon of the Colorado) co roku przybywają 3 mln ludzi, a mimo to wyobraźnia człowieka nadal pozostaje wobec niego bezradna. Żadna fotografia, żadne dane statystyczne nie są w stanie przygotować na taki ogrom.
Gigantyczną „dziurę w ziemi”, głęboką na ponad milę i szeroką na 4-18 mil, wypełnia bezkresna, zdawałoby się, przestrzeń o oszałamiających kształtach i kolorach: od jaskrawych po najciemniejsze, od stromych cypli skalnych po strzeliste, niezdobyte wieżyce z piaskowca. Przyroda pokazuje tu taką potęgę i obojętność wobec krótkiego żywota ludzkiego, że człowiek czuje się nie tyle rozczarowany, ile mały i bezsilny. Żadne z serwowanych tu atrakcji nie są w stanie dorównać pierwszemu osłupieniu, w jakie wprawia ziejąca pod stopami otchłań. Widoki z krawędzi, chociaż na zdrowy rozum powinny być statyczne, zmieniają się jak zaczarowane, od świtu do zachodu słońca…”

Tyle za przewodnikiem onetu… Gdy 28 marca 2007 roku otworzono platformę Skywalk, by zwiedzający Grand Canyon mogli dostąpić zaszczytu próby ogarnięcia wzrokiem całości, popełniłam wpis. Wpis, pod którym napisaliśmy aż 83 komentarze. Słownie: osiemdziesiąt trzy! Chcieliśmy, marzyliśmy, umawialiśmy się… Evita napisała, że pojedzie na pewno w lato. No i jest w lato!  Nie napisała przecież w które.
Platforma w Grand Canyon, zbudowana została dla turystów z silnymi nerwach i mających niezłą sumkę wolnych dolarów na wstęp. Dla nich to bowiem, przygotowano niezwykły, bo szklany taras widokowy – konstrukcja przypięta do pionowych ścian kanionu, a pod nią głęboka na 1220 m (sic!) przepaść i zapierające dech widoki – niewątpliwie to tylko dla ludzi bez lęku wysokości. Dość powiedzieć, że przeciętny wieżowiec ma 30 m, czyli? 40 wieżowców! Przemawia to do mnie dogłębnie…
Bo mimo, że z gór, rozkochana w górach, takowy lęk wysokości mam.  Nie ja jedna. Nie podejdziemy do brzegu tamy, na balkon w wieżowcu, na ostrych zakrętach górskich szlaków, gdy jedna ze ścian schodzi pionowo w dół, paraliżuje i obezwładnia nas strach. Nogi stają się ołowiane lub z galarety, pulsuje w skroniach, serce wyskakuje z ram,  jest pocenie i trzęsawka. Coś, jakaś niewidzialna siła ciągnie okropnie w dół… Jest też lęk, że podmuch wiatru zmiecie nas jak piórko. Jeśli podziwiać widoki, to owszem z każdego wysoka, ale z perspektywą w dal, nie bezpośrednio w dół. Z pewnością to byłoby nieprawdopodobne wyzwanie zmierzyć się z samym sobą, by poczuć czy da się znieść tę masę adrenaliny, zawrót głowy i zapierającą dech niemoc, mając pod stopami takie oto obłoki. Poczuć i być może wygrać ze swoimi słabościami.
Niewykonalne! Sprawdziłam na tej samej wysokości na własnej skórze.  Góra Barania (1220)… na niej wieża i totalna porażka. Zakończona łzami.
Pozostaje zatem tylko napawać się  zdjęciami. Już po drodze widzimy stale cudowny horyzont, cudowne, niespotykane  drzewa Jozuego (jukka krótkolistna), cudowną tamę Hoovera, wkomponowaną tak mimochodem w tą niepowtarzalną topografię terenu no i wreszcie sam cel – majestatyczny kanion, będący najwyższym balkonem świata… Oglądam te MMS, czytam „Babo, popłakałam się, życzę Ci ze szczerego serca, byś tego doznała” i nagle okazuje się, że nie tylko poprzez swe dzieci realizujemy „niespełnione marzenia”. Zapraszam – ewolny





fot. evita_duarte USA, Arizona
www.marzenkowonyc.wordpress.com

Key West, czyli moje letnie wakacje zimą

Zima w tym roku była dość chłodna, prawie taka jak obecne lato :) Na Florydzie również nie było upałów. W Miami zaledwie 25 stopni Celsjusza, zatem wyruszyliśmy na południe szukać ciepła i słońca. Na Key West jedzie się przez ocean drogą, czyli mostem siedmiomilowym – Seven Miles Bridge. Przez ocean, bo Key West to wyspa:


Nie ma to jak kąpiel w gorącym oceanie zimą i kiełbaska z grilla pod koniec roku na plaży. Tylko powrót do Nowego Yorku jest potem zawsze bardzo ciężki. Zdjęcia pokazują wspaniałe łódki bogaczy, bo obok był port, gdzie można coś zjeść.  Jak są pieniądze, to jest i zabawa, w niej Jarek i ja, w naszych latach dwudziestych, mocno zaniżaliśmy średnią wieku współbiesiadników. Nasze mamy, szykowne Polki, też  młodo wyglądały na tle innych, dość mocno po 50-tce, pijących piwko i bawiących się tu na całego:

Na Key West szuka się nie tylko zabawy, ale przede wszystkim ciepła i słońca, bo to  najbardziej wysunięty punkt na południe w Stanach Zjednoczonych. Na tym znaku widać jak daleko jest do Miami, Paryża,  Honolulu i innych miast… Na Key West jest też dom Hemingwaya, ale nie pojechaliśmy. Kto zgadnie dlaczego?

fot. evita_duarte USA
www.marzenkowonyc.wordpress.com

Spacerkiem przez Manhattan

Tak, tak kochani zabieram Was dziś na spacer po Manhattanie. Spacer krótki, ale ile można wytrzymać przy stu stopniach… Manhattan jak zwykle fotogeniczny. Tym razem widok z Liberty Island:


Stoiska z pamiątkami, jak to poniżej, znajdują się właściwie w każdym miejscu Manhattanu:

Acha, 100 stopni to jakieś 38 w Celsjuszu… czyli po polskiemu :) Zatem trochę ochłody na Rockefeller Center:

Kościółek, też Rockefeller Center:


Widok na Wall Street. Budynek giełdy:

Pomnik ku pamięci ofiar ataku, ta kula kiedyś stała przy WTC, to była… fontanna:

Ściemnia się… Hard Rock Cafe na Times Square:

Empire State Building… Jest od 11 września 2001 roku najwyższym budynkiem w Nowym Jorku. Warto się tam wybrać, żeby zobaczyć niepowtarzalną panoramę miasta:

W czwartą rocznicę zamachu terrorystycznego na WTC, sfotografowałam światła w miejscu wież. Światła te było widać z każdego zakątka miasta. Przypominały wszystkim o tym ponurym wydarzeniu…

fot. evita_duarte NYC
www.marzenkowonyc.wordpress.com

Spacerkiem po NYC

Zaproszenie na piwo zostało bezwzględnie przez Was odsunięte na “kiedy indziej, może wcale”, a ja do cierpliwych nie należę.


Zabieram wiec Was bez ceregieli na krótką wycieczkę, żebyście chociaż mogli posmakować co tracicie nie odwiedzając koleżanki za wielką kałużą. Ode mnie wyruszamy przed południem, żeby metro nie było jeszcze załadowane, wsiadamy na Brooklynie i czeka nas ponad półgodziny jazdy. Lepiej usiądźcie, bo na następnych stacjach zrobi się tłok.


Wysiadamy nadal na Brooklynie i idziemy na Most Brooklynski. Jeszcze wszyscy są żwawi i pełni życia to trzeba to wykorzystać. Most mimo, że jest jednym z najstarszych mostów wiszących na świecie, tętni życiem. Niczym nie przypomina typowych zabytków architektonicznych

Mamy do przejścia 1835 metrów samego mostu, ale uwierzcie mi, warto i nie będzie się dłużyło nawet przez chwilę. Spacerując jednym z chodników możemy widzieć po bokach Hudson i widok na Manhattan, a po prawej dodatkowo kolejny Most, tym razem Manhattan Bridge.

Przechadzając się ulicami Manhattanu mamy okazję widzieć, cudaczne rzeczy, które po jakimś czasie stają się normalnością. Mówi się, że ludzie albo kochają albo nienawidzą Nowego Jorku, bo pozostać obojętnym jest niemożliwe. Jest coś w tym powiedzeniu, bo ja na pewno obojętna nie jestem. Można nienawidzieć za wieczny tłum, za przepychanie się, za zatłoczone ulice chociażby Chinatown, gdzie przechodzenie chodnikiem jest niemożliwe ze względu na brak miejsca, a prowadzenie samochodu to udręka każdego kierowcy, bo piesi nie patrzą wchodząc Ci prosto pod koła.

Można jednocześnie kochać ten tłum, gwar, nawet smród, a zwłaszcza to, że tutaj nie można się nudzić. Każdy dzień jest inny, ludzie są tak różni, że tworzy to niesamowitą mozaikę kultur, kolorów skóry, przekonań, stylów. A pośród tego my – kobiety i mężczyźni z małych i dużych miast Polski. Też jakże inni od wszystkich, jakże egzotyczni z naszymi rozpuszczonymi włosami, jasnymi oczami i ciekawością świata.

Spacerując po tutejszych parkach, skwerach, czy nawet stacjach metra można zobaczyć wiele amatorskich przedstawień. A to muzyka grającego tak pięknie, że serce frunie gdzieś daleko. A to kobietę gumę, czy grupę młodych akrobatów. Zawsze zatrzymuję się przy takich widowiskach i podziwiam umiejętności tych ludzi, którzy z talentu uczynili swój sposób na życie

Znużeni całym dniem wrażeń wracamy do domu. Jurto zabiorę Was na Coney Island i cały dzień przeleżymy na plaży zatłoczonej tak samo jak to miasto.


fot. evita_duarte NYC, USA
www.marzenkowonyc.wordpress.com