Nie tylko na północnych, mocno ocienionych brzegach pola, tuż pod lasem, zalegały wielkie, nierówne połacie zmrożonego śniegu. Zima trzymała jak trza i nie puszczała jeszcze ze swych objęć fioletowych łebków krokusów. Słońce, które operowało coraz wyżej i dłużej, lecz nie otwierało nawet pąków drzew, które strzelałyby bezgłośnie, a soki buzowałyby coraz szybciej, ziemia pachniałaby wilgocią, ptaki świergoliłyby, a gdzieniegdzie już widać byłoby nawet leśne fiołki… Przyroda po zimie nie budzi się jeszcze do życia. To i Pszonkom nie mus jeszcze wyjść z domu do pola.
Waciaki grube, zbite od lat noszenia niczym przednia kamizelka kuloodporna, zżarte przez mole, gumowce zamiast zimowych gumofilców, na głowach lekkie berety, i spłowiałe chustki… Kopaczki, motyki bardziej do podpierania się zamiast laski, jedna ręka wolna by móc z czego robić daszek chroniący oczy przed słońcem. To będzie tylko rekonesans. Ale jeszcze nie dziś. Obejście obejścia, przedyskutowanie co i gdzie w tym roku posadzić. Czy cebulę czerwoną, tą świąteczną, dalej od doma a tą zwyczajną tu, by mieć doń bliżej na rwanie? Stary Pszonka po drodze zerwie witkę wierzbową, która już będzie miała miluchne kotki – w ich stronach bazie – miluchne jak jego ślubna.
Kiedy się znów pochyli, by zaczerpnąć niewielką garść czarnej, tłustej ziemi. Rozetrzeć ją w palcach – powąchać, posmakować, splunąć… Ech..
A tymczasem Pszonki siedziały se na ławeczce, co to ją jeszcze z uciągniętego lasem jednego kawałka drzewa, zbił praprapraprzodek Pszonka. Znudzone, ze zmrużonymi oczami wygrzewały swe zadowolone pyski w blasku palonych drew w piecu. Gdzieś tam cykały świerszcze, bzyczały muchy, pachniało wsią i markową gnojówką. Zapchlony kot wygrzewał nestorowi kolana, pies lizał se wyliniałe kulki, ogólnie panował nastrój konopielkowego spokoju:
- Kole wiosny trza by załatać dach słomą, bo przetarł się juści po zimie coś nieco – powoli rzekł Pszonka senior.
- A dyć do wiosny daleko, zdążym jak nic ociec – odrzekła Pszonka, gryząc przy tym bokiem gęby okrągłą, wielką cebulę, aż mu po oczach sokiem parzącym sikło.
- E tam, dach to plewa, drzewa by trza z lasu naściągać i zaś narąbać jak nic – dodał ziewając Pszonka, co to na przypiecku by legł na drzemkę, bo tak bardzo spraniony był ciepełka w swych bokach. I sięgając do kosza po cebulę mimochodem dodał:
- Zimno, choćta do wyrka już.
- Klepisko by trza było nowe udeptać, na Maćkówce mają takie jak lustro gładziuchne, bym utańcowała kiej byś naniósł kopkę gliny – rozmarzyła się Pszonka, znana estetka i elegantka, tym razem przeżuwając cebulę z zamkniętą gębusią. Aż miło było nań patrzeć tak po miastowemu ryjkiem w dziobek zakanszała, że hej!
- Ja bym rolady zrobiła, ale ni mam nici, trza by na rynek w sobotę po szpulkę podjechać – westchnęła jeszcze wyściubając z zębów źdźbłem trawy resztki cebuli, co to ją dopiero zjadła ady, zbyt nader jak na oną łapczywie.
- Nadrę ci nici z dziadkowych gaci – łasy, jak dojrzewający i rosnący, więc wiecznie głodny Pszonka, już przełykał czwartą juści, czerwoną cebulę, już myśląc, że to krwista, soczysta rolada.
- Kaz swoje głupi gnojku, se dryj – się wzburzyła i o mało nie zakrztusiła cebulą co to ją mamlała jak inni ciućki z odpustu – Zajadę kiedy na rynek i kupię. Potem zrobię. Mówię zrobię, jakem Pszonka, ale najsamprzód mi pobielicie z zewnątrz chałupę coby sąsiedzi widzieli. Środek nie. Środka nie trza, nie widzą przeca. Z zewnątrz mi się marzy bieluchna jak pierzyny Józefowej – tu matka Pszonka ziewnęła szeroko, na wspomnienie puszystej pierzyny.
- Najsamprzód to się wezmę i zrobię z tym dachem, słomę mam – podrapał się po tłustej łysinie ojciec Pszonka – A zanim, nową podbierem z młócki sołtysowej. Za rok jak nic będzie dach jak z kościoła – ojciec Pszonka przeciągnął się.
- Ja to bym, mówię wam, nowy zagon cebuli zasiała, ady skończy się na przednówku zaś, taka dobra je. Co będziem jeść? Rzemień gryźć? – Pszonka jak zwykle, myślała trójwymiarowo i perspektywicznie.
.
Cebule w zębach trzeszczały, słonko przypiekało, muszki bzyczały, świerszcze cykały, było bosko, błogo, spokojnie. Pan Bóg zatrzymał czas. Być może kiedyś rodzina dorwie tę nić na rolady i jak za zbawienną nicią Ariadny wyjdzie z letargu. Mroźna mgła tymczasem zamieniła się w szklaną watę. I bezlitośnie, niczym voo doo, kując ciało milionem szpileczek sprawiała ból – z niewiedzy, że oto powraca krążenie.

Pszoniowa leżała pod wielką, grubą pierzyną. Stary Pszonka zadem do niej charczał jakby w agonii ostatecznej, deczko zwyczajna już była. Tela roków chrapy mieć w ucho, musi przywykła już do zwariowania. Tela razy se obiecywała, że mus wygnać starego z łoża nabitego sianem wprost do siana, ale ady tego na strych. Tak se leżąc leniwie myślała, co to z niego ma jak to obie nie dość, że stetryczałe to lewe ręce do roboty, a i nogi do potańcówki jakby krzywe i kulawe, lico co to żadna nie pozazdrości ślubnego, postura stracha na wróble, łeb nie dość, że łysawy jak rżysko na klepisku, to i pusty jak to sito, znaczy durszlak dziurawy, a najgorsze, że pod pierzyną tylko rzężenie, nic więcej… Ech skaranie.
Wysunęła nogi spod ciepluniej pierzynki co to miała od matuli nieboszczki ze 12 roków już jak kas nie patrzeć odeszła była z tego padołu. Obuła chodaki, zarzuciła na głowę i zarazem zgarbione plecy wielką, kwiecistą, ciepłą chustę, przycisnęła jej poły mocno do piersi i wyszła pochylając się poprzez drzewia w zimną sień.
Para z ust szła na mróz, ale czuła parcie na pęcherz i mus iść do wygódki z wyciętym gustownym serduszkiem. Miała swój kodeks moralny i nie sikała jak inne do wiadra w przyzbie. Pochylona wybiegła między dwoje zwały odgarniętego śniegu, niczym szczur przesmykając się wąską drużynką:
- Cie choroba, kas dopiździło, że hej.
Zła była, bo to oznaczało, że stary cały dzień będzie się tłukł po chałupie, między nogami się plątał, nika nigdzie nie wyściubi swego obsmarkanego nosa. Co jej z tej zimy kas ino użerać się musi w czterech ścianach ze ślubnym najmilejszym co to z niego nika nic nie ma, nawet po bożemu, co to nakazane zachowywać tfu na psią jego juchę.
Raz Maciejowa sprzątająca w tydniu na plebanii jej opowiadała, kiej w jakim obcym kraju eskimoskim żyła, przynajmniej stary by dawał ją gościom do ogrzania, tzn częstował oną. Gość w dom – Bóg w dom albowiem – żona rada, gość rady, stary rady, żyć nie umierać. Ino bez całowania, samym noskiem eskimoskiem, bo po kiego się przywiązywać do gościa, wkładać weń uczucia, który dziś tu jutro tam. I nie ma mnie. Najgorsze, że póki lat nie za wiele, bo potem to starych ino na krę i heja w morze… A może i lepiej? Nie czekać na śmierć tylko wyjść jej na przeciw? A za to nie trza za starym chrustu na szałas nosić, gdy śniegu zbyt wiela przecież…
Gdybaniom Pszoniowej nie byłoby końca gdyby rzyć jej nie zmarzła i nie przypomniała o ciepłej pierzynie. Poczłapała szybko do dom a tam otrzepawszy z rannego puchu swe chodaki wbiegła do izby, zsunęła z ramion swą chustę i wskoczyła kole starego Pszonki pod puchową pierzynkę, aż ubity niczym asfalt, stary siennik jęknął:
- A posuń no się stary a ogrzej swą Pszonusię, no!
Przymilnie chytła go przy tym całą dłonią za jego chuderlawy pośladek, aż stary mlasnął bezzębnie przez sen co ją zemdliło odrzuciwszy aż pod ścianę.
I tyle jej było.
- Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec… – Pszonka senior pogwizdując ulubioną melodię ostatni raz spojrzał przez lewe ramię na swą starą furmankę, pięknie aż po same brzegi naładowaną gliną. Jednak stara znalazła mu na dziś zajęcie. O dziwo, jego ulubione. Celinka w słońcu pobłyskiwała niczym spocone piersi młodej dziewczyny, prawie że widział fachowo nań odciśnięty, cechowy znak CYC. Gdzieniegdzie nawet na krudach z niej, widział jeszcze odbicie swych dłoni po wgryzaniu się weń, gdy namiętnie wyrywał ją niczym piersiaczki ze stanika. Lubieżnie uśmiechnął się do swego skojarzenia – cały ja! Wyliniały wąs mu drgnął i nie tylko. Przez pożółkłe resztki zębów strzyknął na bok zielonkawą śliną i strzelił energicznie z bata:
- Wio! Gniady, wioo!
Kiedy ostatni raz czuł w sobie tak ostro zagotowaną krew? Pszoniowa dobra żona, ale jeszcze coby tylko ciut obca była nie mógłby narzekać. Zresztą zarobiony był po pachy, a że do tego nie przyzwyczajon, więc nie w głowie mu zatem żadne małżeńskie figle. Casanovy w innej szufladzie, a on…
Fuchę dostał i mus się z niej dobrze wywiązać. A oną uwielbiał. Jak nic najbardziej na świecie ją wielbił. Pszoniowa od proboszcza przyniesła zamówienie, na ze dwa tysiące sztuk cegieł. Niby dla kolegi z seminarium co to na jeszcze głębszym niż on, a co za tym idzie biedniejszym, był wschodzie. Podmurówkę pod kaplicę dla swych parafian chciał stawiać. Ale… ale wszyscy wiedzieli, że to nie ady dla kolegi duchownego. Miał ci Pszonków wielebny jak nic na trzeciej wiosce wdowę, do której nazbyt często i chętnie jak do innych duszyczek zachodził. Pszonce nic do tego, zapłaci dobrze, to mu cegły zrobi i chuj.
A kas, bo w tej robocie nie było lepszego jak on. Miał to w genach po ojcu, po dziadku i po kim tam wie jeszcze. W niejednym piecu palił i z niejednego jadł chleb. Nikt tak dobrze nie wyduszał powietrza z gliny podczas formowania bloczków i nikt nie umiał tak ich poukładać, by zbudować z nich piec. Stawiał go zawsze na zawietrznej, na skraju swojego pastwiska. Nie za wysoki był, może mu sięgał jeno do ramion. Szeroki, rozłożysty wyglądał jak mały domek. Mokra cegła musiała być niezwyczajnie ułożona, miedzy nią zostawione takie jakie trza szparki i ani ciut więcej czy mniej. Wszystko miało swe proporcje jak u jego starej ciasto drożdżowe lub zakwas na wino. A potem rozpalał w nim ogień.
I to już cały ceremoniał był – odpowiednie drzewo, odpowiedni stos, odpowiednia wysokość słupa ognia i odpowiedni czas siedzenia na pniaczku i pilnowania by nie zagasło i wypaliło cegły jak trza. Zbyt wysoki ogień – zbyt duża temperatura i cegły spękają, wyschną na wiór. Zbyt mała – ledwo tlenie, to się i skleją jak źle zlepione pierogi i rozlezą w cieple jak nogi pijanej dziewczyny. Nie bał się tej roboty. Co rusz przecież słyszał, że w rozpalaniu do czerwoności jest ady najlepszy jak nikt. Czuł to w sobie od zawsze przy tej robocie, a najbardziej, gdy przyszło już one rozbierać. Cegiełkę po cegiełce, powolutku, rozgrzane, rumiane piękności, aż parzyły mu ręce, cieszyły oko, podnosiły ciśnienie, krew w nim szumiała i buzowało wsio. Aż tracił dech. Ktoś powiedziałby, że chuć swą czuł, bo z każdym kolejnym ruchem coraz bardziej od mamony pęczniała mu sakwa. A kas on! Był bogatszy zwyczajnie – po prostu żył.
Do ich przysiółka miał zatem zajechać wielebny. Jechał dalej na wschód z ceglanym darem, a u nich miał zjeść uroczysty obiad, pobierzmować młodych, starszym dać błogosławieństwo współżycia, obejść diecezjalne właścia, podpisać listę, że był, zabrać cegły i… wio.
A po jego odjeździe miała być zabawa. Młodzi naznosili z lasu choinek, dziewczyny pocięły kolorowe bibułki i obwiązywały te choje barwnymi kokardkami. Nad wejściem do ochotniczej straży pożarnej, zrobionej z najlepszej stodoły, wywieszono kolorowy transparent – wymalowany farbkami na prześcieradle krzywy napis ” Witamy księrze probościu”. W każdej chałupie pieczono najlepsze placki. A to sernik z ciastem w kratkę, a to rolady makowe, a to sam makowiec, gruby na 4 palce z posypką z kruszonki, miodowe cacuszka, przekładane z wszelkimi kręconymi w makutrze masami, polane lukierem lub czekoladą – posypane tłuczonym orzechem. Dzieci oblizywały gałki po kręceniu jaj, lub ścianki makutry – do czysta. Sam obiad dla gościa, miał się składać z pieczystego w sosie, buraczków i rosołu z czerwonej kury z domowym makaronem z trzech jaj! Wieś nie należała do najbogatszych, ba, była na końcu diecezjalnych darczyńców. I tak cud, że mieszkańcy zebrali się w sobie by na głodnym, chłodnym przednówku uszczknąć z komory i to, i owo. Nie żal im było, bo wiedzieli, że co nie zjedzą na plebanii zostanie wyniesione do straży, na ich zabawę. A taka gratka nie zdarzała się tu często. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętali takiej okazji by się móc razem zabawić.
I zabawa zbliżała się wielkimi krokami. Dziewczyny fiokowały już swe włosy, wdziewały wykrochmalone spódnice, wiązały wysokie trzewiki. Już głos niósł brzmienie gitar, fujar i akordeonu, wieczór zapadał, słońce chyliło się ku zachodowi, gdy pogwizdując, z beretem naciągniętym prawie na haczykowaty nos, to se kopiąc od niechcenia prawą nogą leżący po lewej stronie ścieżki kamień, to lewą stare zmrożone, leżące po prawej łajno, niczym Don Pedro z Krainy Deszczowców stary Pszonka zrobił skręt o sto osiemdziesiąt stopni. Furtka zaskrzypiała i Pszonka krzyknął:
- E! Eee, ty Jontek, cho no tu.
Jontek Maciejowej z wolna jakby czasu nie miał, bardziej zygzakiem, kiejby mu do Pszonki nie po drodze było, ale jednak wzion i podszedł:
- Co je? Ale so chozi?
- Oblewamy?
- Oblewamy.
- To za stodołą parafialną po sumie, piersiówkę wezmę a Ty kiełbasę zakanszalną weź.
Po czym podali se sczerniałe, niedomyte dłonie, wymienili mocny, męski uścisk… bo to czas kiejby Wielkiej Nocy, kiedy nie tylko mus wymienić stare gazety w kredensie pod kieliszkami, wyprać firanki i umyć od oka okna, ale i a może nade wszystko pogodzić się z całorocznymi antagonistami.
Tak było i z Jontkiem od Maciejowej – rozmyślał Pszonka zadowolony z siebie wracając do domu. Cały rok nie gadali a jak już to wyzwiskami, magiczna siła nocą pod wpływem księżyca przesuwała im kamień graniczny to w prawo, to w lewo. Kiej Pszonka od dziecięcia wiedział kas ma ten kamień być. Ady zna tu każdą pędź ziemi, każdą krudę… Idąc dostrzegł średnią od Maciejowej z chłopakiem ze wsi. I niesiony dobrosąsiedzką wspólnotą we wrzask:
- A ty do domu szuraj, zbytków mi tu nie szukaj – zakrzyknął nie odpowiadając chłopakowi nawet na pochwalon.
- To jak, razem idemy do spowiedzi? – zapytał jeszcze szybko chłopak, zanim uciekł jak zbity pies.
- Możemy i razem, ale wiesz, że po spowiedzi, to ty już mnie nawet nie dotkniesz. Nie dam! – zachichotała szybko, zanim się sąsiad, odprowadzający ją świdrującym wzrokiem całkiem nie wkurzył.
W izbie zastał za swoim stołem swą Pszonkę, aż z trzema sąsiadkami. Dziwny to był widok, codziennie szły na wydry, a plotkowały, a obgadywały, a jedna na drugą psy spuszczała, podjudzała, szpilki wbijała, żółć z zazdrości na plecy ulewała. Wiedzą sąsiedzi kto na czym siedzi – tu sprowadzało się do jeszcze głębszej doktryny. Wiedziały lepiej niż sam Pan Bócek – dokumentnie wsio. A tera? Pospołu pakowały ciasta, jedna przed drugą uginała się upinając onej warkocze, ściągając mocniej gorset, poprawiając w spódnicy, wykrochmalony na zabój fałd. I nagle Pszonka po cichu rzekła:
- Nie idę.
Ku jej zdziwieniu, nikt nie zareagował:
- NIE IDĘ – powtórzyła głośniej. Odpowiedziała jej cisza. Kobiety jak zahipnotyzowane troską o swój wygląd, Pszonka zajęty zacieraniem rąk na hołubce z dziewczynami, na jakiś kieliszek zza węgła, lub może i uścisk z którąś w sianie…
- Nie idę – wyszeptała, zwijając się w kącie.
I nie poszła.
Straciła rachubę czasu. Pory dnia bez widocznej granicy tworzyły bowiem jedność, a pora czuwania nagle niepostrzeżenie przemieniała się w fazę snu. W zasadzie nie potrafiła już rozróżnić co jest jeszcze jawą a co snem. Czasami w przypływie zdrowego rozsądku marzyła o dekonspiracji – rozmyślała jakby to było gdyby mogła swobodnie poruszać się wśród ludzi, spędzać dnie na pokładzie nie ukrywając się. Szybko opuszczała ją wiara, że mogłoby się to udać i ponownie otulała się swym znajomym, przychylnym mrokiem.
Z czasem w ciemności zaostrzył się jej doskonale zmysł słuchu, potrafiła już zatem bezbłędnie rozróżniać różne odgłosy leniwego życia na pokładzie, czasami „nerwistrzego” zwiastującego zmianę pogody. Wsłuchiwała się w stukanie butów nad głową starając się dopasować je do każdego męskiego pohukiwania komend. Bawiła się tą interpretacją, sama dla siebie nadając imiona poszczególnym krokom. Jedne lubiła, inne nie, ale wszystkie były jej nad wyraz obojętne oprócz jednych.
Ten jako jeden jedyny pewnego razu zabłądził w najciemniejszy kąt podpokładowej czeluści by wyczuć tam jej obecność. Wstrzymała naturalnie nerwowo oddech, by przeszedł dalej, by nie zlokalizował bezczelnego pasażera na gapę, ale krok mimo to zatrzymał się… Chwila niepewności przeciągała się do granic absurdu, a po niej – jakby znali się wieki całe, ucięli sobie wielogodzinną pogawędkę.
Nie wydał jej. Ale nie umiała zdefiniować: czy to dobrze czy źle? Gdyby wydał, może nie byłaby tylko dla niego, a tak? Miał ją tylko dla siebie – bezbronną, zdaną na jego łaskę „dziewczynę pod pokładem”.
Od tej pory przemykał się do niej przynajmniej raz na kilka dni, by nakarmić, doglądnąć, porozmawiać a ona zawsze czuła się wtedy mniej samotna i opuszczona. Bardzo lubiła gdy opowiadał. Snuł długie opowieści o dalekich lądach i krajach, zmierzył już przecież tyle mil, i znał się na wszystkim. Wiatry i burze, ciężki marynarski żywot zahartowały go, był mężczyzną w sile, w każdym swym calu. Przymykała oczy i wsłuchiwała się w spokojny mimo tężyzny tembr jego głosu. Te rzadkie chwile sprawiały wrażenie, że wierzyła, iż są momenty gdy naprawdę myśli o niej, troszczy się i zabiega. W końcu przyszedł czas, gdy złapała się na tym, że czeka.
Statek przyjemnie bujał, ona drzemała i nie wiedziała czy rzeczywiście spotykają się już co dzień, czy to tylko jej rozmarzony, dziewczęcy sen. A te spotkania niepostrzeżenie dla niej samej, zamieniły się w przyjemne kochanie się. Kochali się co noc i to nie mogła być imaginacja. Czuła przecież na sobie męskie, głodne dłonie, smak niecierpliwych ust, przyjemny dotyk ciała. Jak wyczulona membrana odbierała każdą, najmniejszą, najdelikatniejszą nawet pieszczotę. Jego oddech, szept… przecież słyszała to, znała na pamięć. Czy to za sprawą bliskości maszynowni, czy gorących, wspólnych nocy oboje zawsze spoceni i ona czuła ten jego ostry, męski, drażniący jej zmysły zapach, szorstki policzek a ich zmęczone, zespolone ciała przylegały jak znaczek do pachnącej koperty – lubiła to.
Zmysły szalały, chciała go jeszcze bliżej, wyciągała dłonie natrafiając na pustą, nieprzychylną, zimną, ciemną i bezduszną przestrzeń…
Panicznie się bała. Wystraszona wołała jego imię lecz odpowiadała tylko złowroga cisza a ona jak topielec gorączkowo przebierała dłońmi w tych pustych ciemnościach, by go dosięgnąć. Bezskutecznie.
W tym momencie Pszonka najczęściej budziła się rzeczywiście zlana zimnym, wydyganym ze strachu potem mimo porządnej, puchowej po matce nieboszczce pierzyny. Zerkała szybko w okno spodziewając się bulaja z wodą… po czym dziękowała siarczyście Bogu, że kurwa jego mać to tylko znów koszmarny sen.
Bo gdyby chcieć dotknąć kij kijem, mogłoby się okazać, że to miliony mrówek, wezbrana rzeka stale idąca do przodu, żaden kij. A jeśli już – to wirtualny.
Bo na dachu świata jest zbyt mało miejsca, by pomieścić wszystkich chętnych. Występuje brutalna, naturalna selekcja. Niezdecydowani sami rezygnują. Mało odporni odrywają się od ściany i lecą w dół. Niezainteresowani widokami ze szczytu, sami gaszą światło szukając innych podniet, niekoniecznie duchowych. Pod pokładem zostaje dziewczyna:
Pod ścianę podeszła zgarbiona staruszka.
Coś burknęła, jakby prośbę o zgodę.
I nie czekając na odpowiedź
przykucnęła tuż obok…
Kiwają się zgodnie wariatki
ich koło fortuny zatacza kręgi,
obnażając nowe połacie akwenu,
z którego skaczą Anioły…
- Pozwól mi kucać tuż obok.
To najlepsze miejsce
by pozbierać ich połamane pióra.
Elżbieta Wolny
Grafika: Dave M.