Tag Archives: Ela Wolny

8 Dziewczyna pod pokładem

el502

Nie tylko na północnych, mocno ocienionych brzegach pola, tuż pod lasem, zalegały wielkie, nierówne połacie zmrożonego śniegu. Zima trzymała jak trza i nie puszczała jeszcze ze swych objęć fioletowych łebków krokusów. Słońce, które operowało coraz wyżej i dłużej, lecz nie otwierało nawet pąków drzew, które strzelałyby bezgłośnie, a soki buzowałyby coraz szybciej, ziemia pachniałaby wilgocią, ptaki świergoliłyby, a gdzieniegdzie już widać byłoby nawet leśne fiołki… Przyroda po zimie nie budzi się jeszcze do życia.  To i Pszonkom nie mus jeszcze wyjść z domu do pola.

Waciaki grube, zbite od lat noszenia niczym przednia kamizelka kuloodporna, zżarte przez mole, gumowce zamiast zimowych gumofilców, na głowach lekkie berety, i spłowiałe chustki… Kopaczki, motyki bardziej do podpierania się zamiast laski, jedna ręka wolna by móc z czego robić daszek chroniący oczy przed słońcem. To będzie tylko rekonesans. Ale jeszcze nie dziś. Obejście obejścia, przedyskutowanie co i gdzie w tym roku posadzić. Czy cebulę czerwoną, tą świąteczną, dalej od doma a tą zwyczajną tu, by mieć doń bliżej na rwanie? Stary Pszonka po drodze zerwie witkę wierzbową, która już będzie miała miluchne kotki – w ich stronach bazie – miluchne jak jego ślubna.

Kiedy się znów pochyli, by zaczerpnąć niewielką garść czarnej, tłustej ziemi. Rozetrzeć ją w palcach – powąchać, posmakować, splunąć… Ech..

A tymczasem Pszonki siedziały se na ławeczce, co to ją jeszcze z uciągniętego lasem jednego kawałka drzewa, zbił praprapraprzodek Pszonka. Znudzone, ze zmrużonymi oczami wygrzewały swe zadowolone pyski w blasku palonych drew w piecu. Gdzieś tam cykały świerszcze, bzyczały muchy, pachniało wsią i markową gnojówką. Zapchlony kot wygrzewał nestorowi kolana, pies lizał se wyliniałe kulki, ogólnie panował nastrój konopielkowego spokoju:
- Kole wiosny trza by załatać dach słomą, bo przetarł się juści po zimie coś nieco – powoli rzekł Pszonka senior.
- A dyć do wiosny daleko, zdążym jak nic ociec – odrzekła Pszonka, gryząc przy tym bokiem gęby okrągłą, wielką cebulę, aż mu po oczach sokiem parzącym sikło.
- E tam, dach to plewa, drzewa by trza z lasu naściągać i zaś narąbać jak nic – dodał ziewając Pszonka, co to na przypiecku by legł na drzemkę, bo tak bardzo spraniony był ciepełka w swych bokach. I sięgając do kosza po cebulę mimochodem dodał:
- Zimno, choćta do wyrka już.
- Klepisko by trza było nowe udeptać, na Maćkówce mają takie jak lustro gładziuchne, bym utańcowała kiej byś naniósł kopkę gliny – rozmarzyła się Pszonka, znana estetka i elegantka, tym razem przeżuwając cebulę z zamkniętą gębusią. Aż miło było nań patrzeć tak po miastowemu ryjkiem w dziobek zakanszała, że hej!
- Ja bym rolady zrobiła, ale ni mam nici, trza by na rynek w sobotę po szpulkę podjechać – westchnęła jeszcze wyściubając z zębów źdźbłem trawy resztki cebuli, co to ją dopiero zjadła ady, zbyt nader jak na oną łapczywie.
- Nadrę ci nici z dziadkowych gaci – łasy, jak dojrzewający i rosnący, więc wiecznie głodny Pszonka, już przełykał czwartą juści, czerwoną cebulę, już myśląc, że to krwista, soczysta rolada.
- Kaz swoje głupi gnojku, se dryj – się wzburzyła i o mało nie zakrztusiła cebulą co to ją mamlała jak inni ciućki z odpustu – Zajadę kiedy na rynek i kupię. Potem zrobię. Mówię zrobię, jakem Pszonka, ale najsamprzód mi pobielicie z zewnątrz chałupę coby sąsiedzi widzieli. Środek nie. Środka nie trza, nie widzą przeca. Z zewnątrz mi się marzy bieluchna jak pierzyny Józefowej – tu matka Pszonka ziewnęła szeroko, na wspomnienie puszystej pierzyny.
- Najsamprzód to się wezmę i zrobię z tym dachem, słomę mam – podrapał się po tłustej łysinie ojciec Pszonka – A zanim, nową podbierem z młócki sołtysowej. Za rok jak nic będzie dach jak z kościoła – ojciec Pszonka przeciągnął się.
- Ja to bym, mówię wam, nowy zagon cebuli zasiała, ady skończy się na przednówku zaś, taka dobra je. Co będziem jeść? Rzemień gryźć? – Pszonka jak zwykle, myślała trójwymiarowo i perspektywicznie.
.
Cebule w zębach trzeszczały, słonko przypiekało, muszki bzyczały, świerszcze cykały, było bosko, błogo, spokojnie. Pan Bóg zatrzymał czas. Być może kiedyś rodzina dorwie tę nić na rolady i jak za zbawienną nicią Ariadny wyjdzie z letargu. Mroźna mgła tymczasem zamieniła się w szklaną watę. I bezlitośnie,  niczym voo doo, kując ciało milionem szpileczek sprawiała ból – z niewiedzy, że oto powraca krążenie.

Pszoniowa leżała pod wielką, grubą pierzyną. Stary Pszonka zadem do niej charczał jakby w agonii ostatecznej, deczko zwyczajna już była. Tela roków chrapy mieć w ucho, musi przywykła już do zwariowania. Tela razy se obiecywała, że mus wygnać starego z łoża nabitego sianem wprost do siana, ale ady tego na strych. Tak se leżąc leniwie myślała, co to z niego ma jak to obie nie dość, że stetryczałe to lewe ręce do roboty, a i nogi do potańcówki jakby krzywe i kulawe, lico co to żadna nie pozazdrości ślubnego, postura stracha na wróble, łeb nie dość, że łysawy jak rżysko na klepisku, to i pusty jak to sito, znaczy durszlak dziurawy, a najgorsze, że pod pierzyną tylko rzężenie, nic więcej… Ech skaranie.

Wysunęła nogi spod ciepluniej pierzynki co to miała od matuli nieboszczki ze 12 roków już jak kas nie patrzeć odeszła była z tego padołu. Obuła chodaki, zarzuciła na głowę i zarazem zgarbione plecy wielką, kwiecistą, ciepłą chustę, przycisnęła jej poły mocno do piersi i wyszła pochylając się poprzez drzewia w zimną sień.

Para z ust szła na mróz, ale czuła parcie na pęcherz i mus iść do wygódki z wyciętym gustownym serduszkiem. Miała swój kodeks moralny i nie sikała jak inne do wiadra w przyzbie. Pochylona wybiegła między dwoje zwały odgarniętego śniegu, niczym szczur przesmykając się wąską drużynką:
- Cie choroba, kas dopiździło, że hej.
Zła była, bo to oznaczało, że stary cały dzień będzie się tłukł po chałupie, między nogami się plątał, nika nigdzie nie wyściubi swego obsmarkanego nosa. Co jej z tej zimy kas ino użerać się musi w czterech ścianach ze ślubnym najmilejszym co to z niego nika nic nie ma, nawet po bożemu, co to nakazane zachowywać tfu na psią jego juchę.

Raz Maciejowa sprzątająca w tydniu na plebanii jej opowiadała, kiej w jakim obcym kraju eskimoskim żyła, przynajmniej stary by dawał ją gościom do ogrzania, tzn częstował oną. Gość w dom – Bóg w dom albowiem – żona rada, gość rady, stary rady, żyć nie umierać. Ino bez całowania, samym noskiem eskimoskiem, bo po kiego się przywiązywać do gościa, wkładać weń uczucia, który dziś tu jutro tam. I nie ma mnie. Najgorsze, że póki lat nie za wiele, bo potem to starych ino na krę i heja w morze… A może i lepiej? Nie czekać na śmierć tylko wyjść jej na przeciw? A za to nie trza za starym chrustu na szałas nosić, gdy śniegu zbyt wiela przecież…

Gdybaniom Pszoniowej nie byłoby końca gdyby rzyć jej nie zmarzła i nie przypomniała o ciepłej pierzynie. Poczłapała szybko do dom a tam otrzepawszy z rannego puchu swe chodaki wbiegła do izby, zsunęła z ramion swą chustę i wskoczyła kole starego Pszonki pod puchową pierzynkę, aż ubity niczym asfalt, stary siennik jęknął:
- A posuń no się stary a ogrzej swą Pszonusię, no!
Przymilnie chytła go przy tym całą dłonią za jego chuderlawy pośladek, aż stary mlasnął bezzębnie przez sen co ją zemdliło odrzuciwszy aż pod ścianę.
I tyle jej było.

- Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec… – Pszonka senior pogwizdując ulubioną melodię ostatni raz spojrzał przez lewe ramię na swą starą furmankę, pięknie aż po same brzegi naładowaną gliną. Jednak stara znalazła mu na dziś zajęcie. O dziwo, jego ulubione. Celinka w słońcu pobłyskiwała niczym spocone piersi młodej dziewczyny, prawie że widział fachowo nań odciśnięty, cechowy znak CYC. Gdzieniegdzie nawet na krudach z niej, widział jeszcze odbicie swych dłoni po wgryzaniu się weń, gdy namiętnie wyrywał ją niczym piersiaczki ze stanika. Lubieżnie uśmiechnął się do swego skojarzenia – cały ja! Wyliniały wąs mu drgnął i nie tylko. Przez pożółkłe resztki zębów strzyknął na bok zielonkawą śliną i strzelił energicznie z bata:
- Wio! Gniady, wioo!

Kiedy ostatni raz czuł w sobie tak ostro zagotowaną krew? Pszoniowa dobra żona, ale jeszcze coby tylko ciut obca była nie mógłby narzekać. Zresztą zarobiony był po pachy, a że do tego nie przyzwyczajon, więc nie w głowie mu zatem żadne małżeńskie figle. Casanovy w innej szufladzie, a on…

Fuchę dostał i mus się z niej dobrze wywiązać. A oną uwielbiał. Jak nic najbardziej na świecie ją wielbił. Pszoniowa od proboszcza przyniesła zamówienie, na ze dwa tysiące sztuk cegieł. Niby dla kolegi z seminarium co to na jeszcze głębszym niż on, a co za tym idzie biedniejszym, był wschodzie. Podmurówkę pod kaplicę dla swych parafian chciał stawiać. Ale… ale wszyscy wiedzieli, że to nie ady dla kolegi duchownego. Miał ci Pszonków wielebny jak nic na trzeciej wiosce wdowę, do której nazbyt często i chętnie jak do innych duszyczek zachodził. Pszonce nic do tego, zapłaci dobrze, to mu cegły zrobi i chuj.

A kas, bo w tej robocie nie było lepszego jak on. Miał to w genach po ojcu, po dziadku i po kim tam wie jeszcze. W niejednym piecu palił i z niejednego jadł chleb. Nikt tak dobrze nie wyduszał powietrza z gliny podczas formowania bloczków i nikt nie umiał tak ich poukładać, by zbudować z nich piec. Stawiał go zawsze na zawietrznej, na skraju swojego pastwiska. Nie za wysoki był, może mu sięgał jeno do ramion. Szeroki, rozłożysty wyglądał jak mały domek. Mokra cegła musiała być niezwyczajnie ułożona, miedzy nią zostawione takie jakie trza szparki i ani ciut więcej czy mniej. Wszystko miało swe proporcje jak u jego starej ciasto drożdżowe lub zakwas na wino. A potem rozpalał w nim ogień.

I to już cały ceremoniał był – odpowiednie drzewo, odpowiedni stos, odpowiednia wysokość słupa ognia i odpowiedni czas siedzenia na pniaczku i pilnowania by nie zagasło i wypaliło cegły jak trza. Zbyt wysoki ogień – zbyt duża temperatura i cegły spękają, wyschną na wiór. Zbyt mała – ledwo tlenie, to się i skleją jak źle zlepione pierogi i rozlezą w cieple jak nogi pijanej dziewczyny. Nie bał się tej roboty. Co rusz przecież słyszał, że w rozpalaniu do czerwoności jest ady najlepszy jak nikt. Czuł to w sobie od zawsze przy tej robocie, a najbardziej, gdy przyszło już one rozbierać. Cegiełkę po cegiełce, powolutku, rozgrzane, rumiane piękności, aż parzyły mu ręce, cieszyły oko, podnosiły ciśnienie, krew w nim szumiała i buzowało wsio. Aż tracił dech. Ktoś powiedziałby, że chuć swą czuł, bo z każdym kolejnym ruchem coraz bardziej od mamony pęczniała mu sakwa. A kas on! Był bogatszy zwyczajnie – po prostu żył.

Do ich przysiółka miał zatem zajechać wielebny. Jechał dalej na wschód z ceglanym darem, a u nich miał zjeść uroczysty obiad, pobierzmować młodych, starszym dać błogosławieństwo współżycia, obejść diecezjalne właścia, podpisać listę, że był, zabrać cegły i… wio.

A po jego odjeździe miała być zabawa. Młodzi naznosili z lasu choinek, dziewczyny pocięły kolorowe bibułki i obwiązywały te choje barwnymi kokardkami. Nad wejściem do ochotniczej straży pożarnej, zrobionej z najlepszej stodoły,  wywieszono kolorowy transparent – wymalowany farbkami na prześcieradle krzywy napis ” Witamy księrze probościu”. W każdej chałupie pieczono najlepsze placki. A to sernik z ciastem w kratkę, a to rolady makowe, a to sam makowiec, gruby na 4 palce z posypką z kruszonki, miodowe cacuszka, przekładane z wszelkimi kręconymi w makutrze masami, polane lukierem lub czekoladą – posypane tłuczonym orzechem. Dzieci oblizywały gałki po kręceniu jaj, lub ścianki makutry – do czysta. Sam obiad dla gościa, miał się składać z pieczystego w sosie, buraczków i rosołu z czerwonej kury z domowym makaronem z trzech jaj! Wieś nie należała do najbogatszych, ba, była na końcu diecezjalnych darczyńców. I tak cud, że mieszkańcy zebrali się w sobie by na głodnym, chłodnym przednówku uszczknąć z komory i to, i owo. Nie żal im było, bo wiedzieli, że co nie zjedzą na plebanii zostanie wyniesione do straży, na ich  zabawę. A taka gratka nie zdarzała się tu często. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętali takiej okazji by się móc razem zabawić.

I zabawa zbliżała się wielkimi krokami. Dziewczyny fiokowały już swe włosy, wdziewały wykrochmalone spódnice, wiązały wysokie trzewiki. Już głos niósł brzmienie gitar, fujar i akordeonu, wieczór zapadał, słońce chyliło się ku zachodowi, gdy pogwizdując, z beretem naciągniętym prawie na haczykowaty nos, to se kopiąc od niechcenia prawą nogą leżący po lewej stronie ścieżki kamień, to lewą stare zmrożone, leżące po prawej łajno, niczym Don Pedro z Krainy Deszczowców stary Pszonka zrobił skręt o sto osiemdziesiąt stopni. Furtka zaskrzypiała i Pszonka krzyknął:
- E! Eee, ty Jontek, cho no tu.
Jontek Maciejowej z wolna jakby czasu nie miał, bardziej zygzakiem, kiejby mu do Pszonki nie po drodze było, ale jednak wzion i podszedł:
- Co je? Ale  so chozi?
- Oblewamy?
- Oblewamy.
- To za stodołą parafialną po sumie, piersiówkę wezmę a Ty kiełbasę zakanszalną weź.
Po czym podali se sczerniałe, niedomyte dłonie, wymienili mocny, męski uścisk… bo to czas kiejby Wielkiej Nocy, kiedy nie tylko mus wymienić stare gazety w kredensie pod kieliszkami, wyprać firanki i umyć od oka okna, ale i a może nade wszystko pogodzić się z całorocznymi antagonistami.

Tak było i z Jontkiem od Maciejowej – rozmyślał Pszonka zadowolony z siebie wracając do domu. Cały rok nie gadali a jak już to wyzwiskami, magiczna siła nocą pod wpływem księżyca przesuwała im kamień graniczny to w prawo, to w lewo. Kiej Pszonka od dziecięcia wiedział kas ma ten kamień być. Ady zna tu każdą pędź ziemi, każdą krudę… Idąc dostrzegł średnią od Maciejowej z chłopakiem ze wsi. I niesiony dobrosąsiedzką wspólnotą we wrzask:
- A ty do domu szuraj, zbytków mi tu nie szukaj – zakrzyknął nie odpowiadając chłopakowi nawet na pochwalon.
- To jak, razem idemy do spowiedzi? – zapytał jeszcze szybko chłopak, zanim uciekł jak zbity pies.
- Możemy i razem, ale wiesz, że po spowiedzi, to ty już mnie nawet nie dotkniesz. Nie dam! – zachichotała szybko, zanim się sąsiad, odprowadzający ją świdrującym wzrokiem całkiem nie wkurzył.

W izbie zastał za swoim stołem swą Pszonkę, aż z trzema sąsiadkami. Dziwny to był widok, codziennie szły na wydry, a plotkowały, a obgadywały,  a jedna na drugą psy spuszczała, podjudzała, szpilki wbijała, żółć z zazdrości na plecy ulewała. Wiedzą sąsiedzi kto na czym siedzi – tu sprowadzało się do jeszcze głębszej doktryny. Wiedziały lepiej niż sam Pan Bócek – dokumentnie wsio. A tera? Pospołu pakowały ciasta, jedna przed drugą uginała się upinając onej warkocze, ściągając mocniej gorset, poprawiając w spódnicy, wykrochmalony na zabój  fałd. I nagle Pszonka po cichu rzekła:
- Nie idę.
Ku jej zdziwieniu, nikt nie zareagował:
- NIE IDĘ – powtórzyła głośniej. Odpowiedziała jej cisza. Kobiety jak zahipnotyzowane troską o swój wygląd, Pszonka zajęty zacieraniem rąk na hołubce z dziewczynami, na jakiś kieliszek zza węgła, lub może i uścisk z którąś w sianie…
- Nie idę – wyszeptała, zwijając się w kącie.
I nie poszła.

Straciła rachubę czasu. Pory dnia bez widocznej granicy tworzyły bowiem jedność, a pora czuwania nagle niepostrzeżenie przemieniała się w fazę snu. W zasadzie nie potrafiła już rozróżnić co jest jeszcze jawą a co snem. Czasami w przypływie zdrowego rozsądku marzyła o dekonspiracji – rozmyślała jakby to było gdyby mogła swobodnie poruszać się wśród ludzi, spędzać dnie na pokładzie nie ukrywając się. Szybko opuszczała ją wiara, że mogłoby się to udać i ponownie otulała się swym znajomym, przychylnym mrokiem.

Z czasem w ciemności zaostrzył się jej doskonale zmysł słuchu, potrafiła już zatem bezbłędnie rozróżniać różne odgłosy leniwego życia na pokładzie, czasami „nerwistrzego”  zwiastującego zmianę pogody. Wsłuchiwała się w stukanie butów nad głową starając się dopasować je do każdego męskiego pohukiwania komend. Bawiła się tą interpretacją, sama dla siebie nadając imiona poszczególnym krokom. Jedne lubiła, inne nie, ale wszystkie były jej nad wyraz obojętne oprócz jednych.

Ten  jako jeden jedyny pewnego razu zabłądził w najciemniejszy kąt podpokładowej czeluści by wyczuć tam jej obecność. Wstrzymała naturalnie nerwowo oddech, by przeszedł dalej, by nie zlokalizował bezczelnego pasażera na gapę, ale krok mimo to zatrzymał się… Chwila niepewności przeciągała się do granic absurdu, a po niej – jakby znali się wieki całe, ucięli sobie wielogodzinną pogawędkę.

Nie wydał jej. Ale nie umiała zdefiniować: czy to dobrze czy źle? Gdyby wydał, może nie byłaby tylko dla niego, a tak? Miał ją tylko dla siebie – bezbronną, zdaną na jego łaskę „dziewczynę pod pokładem”.

Od tej pory przemykał się do niej przynajmniej raz na kilka dni, by nakarmić, doglądnąć, porozmawiać a ona  zawsze czuła się wtedy mniej samotna i opuszczona. Bardzo lubiła gdy opowiadał. Snuł  długie opowieści o dalekich lądach i krajach, zmierzył już przecież tyle mil, i znał się na wszystkim. Wiatry i burze, ciężki marynarski żywot zahartowały go, był mężczyzną w sile, w każdym swym calu. Przymykała oczy i wsłuchiwała się w spokojny mimo tężyzny tembr jego głosu. Te rzadkie chwile sprawiały wrażenie, że wierzyła, iż są momenty gdy naprawdę myśli o niej, troszczy się i zabiega. W końcu przyszedł czas, gdy złapała się na tym, że czeka.

Statek przyjemnie bujał, ona drzemała i nie wiedziała czy rzeczywiście spotykają się już co dzień, czy to tylko jej rozmarzony, dziewczęcy sen. A te spotkania niepostrzeżenie dla niej samej, zamieniły się w przyjemne kochanie się. Kochali się co noc i to nie mogła być imaginacja. Czuła przecież na sobie męskie, głodne dłonie, smak niecierpliwych ust, przyjemny dotyk ciała. Jak wyczulona membrana odbierała każdą, najmniejszą, najdelikatniejszą nawet pieszczotę. Jego oddech, szept… przecież słyszała to, znała na pamięć. Czy to za sprawą bliskości maszynowni, czy gorących, wspólnych nocy oboje zawsze spoceni i ona czuła ten jego ostry, męski, drażniący jej zmysły zapach, szorstki policzek a ich zmęczone, zespolone ciała przylegały jak znaczek do pachnącej koperty – lubiła to.

Zmysły szalały, chciała go jeszcze bliżej, wyciągała dłonie natrafiając na pustą, nieprzychylną, zimną, ciemną i bezduszną przestrzeń…

Panicznie się bała. Wystraszona wołała jego imię lecz odpowiadała tylko złowroga cisza a ona jak topielec gorączkowo przebierała dłońmi w tych pustych ciemnościach, by go dosięgnąć. Bezskutecznie.

W tym momencie Pszonka najczęściej budziła się rzeczywiście zlana zimnym, wydyganym ze strachu potem mimo porządnej, puchowej  po matce nieboszczce pierzyny. Zerkała szybko w okno spodziewając się bulaja z wodą… po czym dziękowała siarczyście Bogu, że kurwa jego mać to tylko znów koszmarny sen.

Bo gdyby chcieć dotknąć kij kijem, mogłoby się okazać, że to miliony mrówek, wezbrana rzeka stale idąca do przodu, żaden kij.  A jeśli już – to wirtualny.

Bo na dachu świata jest zbyt mało miejsca, by pomieścić wszystkich chętnych. Występuje brutalna, naturalna selekcja. Niezdecydowani sami rezygnują. Mało odporni odrywają się od ściany i lecą w dół. Niezainteresowani widokami ze szczytu, sami  gaszą światło szukając innych podniet, niekoniecznie duchowych. Pod pokładem zostaje dziewczyna:

Pod ścianę podeszła zgarbiona staruszka.
Coś burknęła, jakby prośbę o zgodę.
I nie czekając na odpowiedź
przykucnęła tuż obok…

Kiwają się zgodnie wariatki
ich koło fortuny zatacza kręgi,
obnażając nowe połacie akwenu,

z którego skaczą Anioły…

- Pozwól mi kucać tuż obok.
To najlepsze miejsce
by pozbierać ich połamane pióra.

Elżbieta Wolny

Grafika: Dave M.

Gaiki

P1080676a

U olsa wyczytałam „Prawdziwym trollom zimno podwyższa IQ (Pratchett)” i coś w tym jest – 5 godzin w nogach, po daszku świata okrytym po kolana puchową kołderką – znów sama.  I nagle odkrywam, że już tak zostanie – dopóki nie podrośnie mi pies.  Do Hrobaczej Łąki nie dochodzę, ale nie szkodzi, mam to co chciałam – przetarte zwoje, ale i nowy szlak: Straconka Zakręt – droga p.poż. – czerwony szlak na Hrobaczą Łąkę – Gaiki 808 m n.p.m. – niebieski szlak na Przegibek – czarny szlak do Straconki Zakręt.

Za sobą nie tylko smutki, ale i znienawidzony industrial – Bielsko-Biała:

Czechowice? Raczej tak, nie mam bladego pojęcia. Jedno wiem, w stronę miast zasmogowana ciemność:

A obok jak latarnia morska, towarzyszące całą drogę  rozświetlone Skrzyczne:

Jak po kocim grzbiecie zwinnie przesmykam się,  zbyt często śladami tylko kozich „stóp”. Jednak tu szczyt masywu, za moment Gaiki (808) i o dziwo, ktoś tędy szedł. Po taką zimę wspinam się, miasto za plecami, a w sercu maj:

Zimą widoki najlepsze. Daszek świata? Jak go nie kochać, no jak:

I tylko ogromna samotność, ogromna tęsknota, ogromny żal – patrzę na te cudeńka sama…

… aż chce się wyć:

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- Gaiki 808 m n.p.m. film

Wilkowice

P1020271a

Beskidy mają swój urok m.in. dlatego, bo to połączone z sobą naczynia. Góry jako masywy – jakbyś niechcący zrolował  dywan. Możesz iść wiele razy na ten sam szczyt różną drogą, lub przez inne szczyty – co są prawie w linii prostej Twojego celu – skąd z kolei możesz schodzić za każdym razem gdzie indziej… I właśnie przez to, za każdym razem masz nową wycieczkę.  Że nie wspomnę o różnych porach roku i zróżnicowanej aurze, które przecież też tej różnorodności doznań się przyczyniają.

Magurka Wilkowicka 909 m n.p.m.

W Beskidach dojścia i zejścia na szczyty mają nieskończoną ilość możliwych wariantów,  i to jest piękne, za każdym razem inne, nowe, i ciekawe…

Na szlaku:

Zejście z Magurki W. do Wilkowic:


fot. Ela Wolny Wilkowice Górne

7 Sezon na cebule

Pszoniowa siedziała na ostatnim już chyba w tym dniu słonku za chałupą. Celowo wybrała tę południową, zawietrzną stronę. Ciepły, słoneczny dzień wyjątkowo mocno i przyjemnie lizał akurat tu, jej stare kości. Nogi miała rozstawione, między nimi stary taboret, a na wprost sterta cebul, ślicznie skrząca się złotymi refleksami w promieniach chłodnego słońca. Po prawej wiadro z cebulą, po lewej puste, na taborecie paląca się zwykła świeczka. Do prawej dłoni brała cebulę, opalała nad świeczką korzonki, przekładała do lewej ręki a ta zrzucała niczym automat opaloną już cebulę do wiadra. Tak zabezpieczone, nie wyrastały aż do przednówka, i można było się nimi dłużej nacieszyć. Ruchy automatyczne, można by rzec bezmyślnie powtarzane, a w głowie kłębowisko rozżalonych myśli.

Bo jak to jest, że zdana jest tylko na własne siły? Opierka, przepierka, ogarnięcie całości, napełnienie mis, statki do mycia, podwórze i zakrystia? Sadzić cebule jej sprawa, przerywać, okopywać, opalać, wnosić do komory, wynosić, podawać na stół i jeszcze zachęcać: zjedz, ady zdrowa je.

Chłop gdy się rodzi to ziemia mus jęczy z rozpaczy.

Taki to od urodzenia zmęczony i z górki. A gadane ma jak żadne inne stworzenie, jaki to on mądry. Co trza zrobić wie najlepiej, a do roboty zagnać nie zagna. No, mus juści mądry, że se tak radzi lawirować, a kobiety się z tym godzą. Siedzi se taki król jak na tronie na pniaczku, grzebie źdźbłem w resztkach zębów i gawędy snuje, a jak tylko dostrzeże Maciejowego od razu we dwóch gadane. I najlepiej przy dużej flaszce, bo przecież mała to nic – kas mocne głowy mają, tęgie te łby… A potem idą zygzakiem przez wieś, repertuar się echem niesie, odbija od domów tak, by każdy mógł zarejestrować, że Pszonka oto ady dziś fest
pił. To jak obsikanie kolejnych drzew przez psa. Mój teren, a wam od niego wara. Dobrze jak dojdzie do domu, gorzej jak tam w jakim rowie przytuli się do kamienia i do rana drzemką walnie… Wtedy nie tylko psy go obwąchają, a Pszoniowej mus prać po nim te brudne, cuchnące łachy.

Jakby tak Pszoniowa wzięła i pierdyknęła tą stertą cebul, ubrała się w świąteczne i poszła precz? Przymieraliby potem pospołu z głodu, chorowali z brudu, konsolidowali się z robactwem, a na niej wisiałaby łatka, że rozrywkowa aż zbyt.
Bo co wolno wojewodzie…
- Tylko dlaczego tak to urządzone nierówno? – pomyślała uderzając lewą ręką, jakby ciut mocniej cebulą w dno wiadra, a prawą ocierając łzę.
Z cebuli juści.
Bo prawdziwy mężczyzna przeca nie płacze.

Pszonki coraz mniej czasu spędzały w domu. Nieodwołalnie kończyła się pora, która nastrajała do siedzenia na zapiecku, leżenia odłogiem i drapania się poniżej pleców. Teraz i dzień był dłuższy, o wiele cieplejszy, więc i ławeczka przed domem oblegana jak nigdy. Siedząc tak pospołu z resztką zeszłorocznej cebuli w garściach, familia jak zwykle leniuchowała, co było prastarą tradycją rodzinną.
- A kas, by trza było w końcu ruszyć się z doma – ni stąd, ni zowąd nagle rzekł był Pszonka senior przeciągając się. Wzrok wszystkich skierował się na zoraną bruzdami twarz seniora, zęby przestały z trzaskiem gryźć cebulę, gęby pootwierane w nagłym zdziwieniu zamarły.
- Nie może być – westchnęła Pszoniowa, której od zawsze wrzdy marzyło się to i owo.
- Może, ady mówię, jak trza to trza – Pszonka zarechotał pod wyliniałym wąsem, widząc osłupienie swej kobiałki.
- Ja mam wsyćko obcykane, jeszcze ze cztery sumy ino i jademy.
- A kas? – starej Pszonkowej mowę puściło.
- A w las, ino inszy niż ten, ludzi tam najdziemy, przyjaźniejszych sercu niż te powsinogi od Maciejowej co to psia jucha tfu… – Nie chciał wspominać nawet Pszonuś przesuwanego non stop kamienia granicznego.

Zęby zaczęły na nowo gryźć swoje okrągłe cebule, trzask jakby inny był, tym razem radośniejszy, smak lepszy a sok jakby z zagramanicznych owoców. Wzrok rodziny jakby na komendę jednocześnie odwrócił się był od zoranej bruzdami twarzy seniora Pszonki, oczy parami wbiły się w nieznaną dal, nieodkrytą a wymarzoną, wyśnioną i inne twarze ludzkie.

A kas tak naprawdę, to ojciec Pszonka nie był, za nijakimi w swym życiu nagłymi zmianami. Praojce nie nauczyli go ady żadnych zmian wnosić w swe proste, zwyczajnie poukładane życie. Przeto przychodziły mu one z nazbytnim jak dla niego, siarczystym wprost trudem. Leżał se teraz  na complu, w trawie wysokiej tak, że ani od wieki wieków znanej przez się drogi, ani od pradziejów zdeptanego bosu podwórza – nika nik go nijak nigdy tu nie dojrzy. Ładny był dzień. Jeden z takich w roku, coby się przed wszystkimi tak jak zaś, znów na chwilkę, na podumanie gdzieś kajsik uchować. A słonko prażyło tak, ale to tak, że aż gumioki nawet co to je świtem jeszcze obuł, mus teraz zdjon, I co rusz poruszał spoconymi nad wyraz palcami, kas ino poczuł nazbyt liżące ciepło na swych nagich, ubrudzonych od klepiska odnóżach.

No bo to jest tak, jak ma się ojcowską chałupę to nawet po ćmoku się wie, gdzie co i jak od lat wielu je: tu chodaki, ale można i bosu nocą do cebrzyka po wody chochlę, tam haczyk w drzwiach i na pole wprost pod płot Maciejowej na siku, pod okapem w palcu od skórzanej rękawiczki ukruszona machorka, by se kas ze dwa razy gryzącym dymem w płuca pyknąć, że hej. A niżej pod drewutnią, flaszeczka z okowitą mocną, na dobry łyk przed snem, i potem już ino ze dwa długie skoki nazad, do swej ślubnej, ciepłej, cieplutkiej, cieplusieńkiej… co to ją ady dopiero całą, calutką, calusienieńką tak dobrze zna jak nika nikt, ino on.

Uśmiechnął się zagryzając mocniej, po męsku, z fasonem resztkami swych zębów, ssane dotychczas źdźbło zeszłorocznych traw. Bo tak prawdę powiedziawszy nie tylko robić, ale nawet myśleć mu się dziś o niczym, ady wcale, ale to wcale ni krztyny, ni chuja nie chciało. Przykrył twarz granatowym beretem zżartym przez mole, przymknął oko i leniwie słuchał odgłosów życia swej rodzimej wsi. Bzykania ożartych na szambie bydlęcym much, porykiwania niewydojonej jak rusz Maciejowej Mućki, stuk rąbania drwa przez nadgorliwego skądś cieciowego sąsiada, trele ptactwa co to je ino mietłą pognać w troki – dobrze mu było…

- A pójdź ty niemoto jedna, chrapie jeden przebrzydły do Mućki! – Pszoniowa rozdarła się swym mocnym, trzecim głosem hen w pole. Pszonka senior piłował pod lasem konary zwalonego nocą drzewa, by wyłożyć nimi półeczki w komorze. Zdadzą się jak nic do pieca na podpałkę, więc trza było się spieszyć zanim inni się o tym wiatrołomie zwiedzą. Granatowy beret na uszach nie pozwalał mu słyszeć nawoływania ślubnej, czy lata praktyki, by żyć jakoś mimo żoninych wrzasków?
- Staryyyyy, wariatki ty ze mnie nie rób!
Uśmiechnął się był pod wyliniałym wąsem „heheh nie rób nic co dawno zostało zrobione”, stara zasada leniwego rodu – miał to po dziadku Antonim.
- Bo jak pójdę przypierdolę! – Pszoniowej nerw już popuszczał, gdy stary dźwignął głowę i jakby od niechcenia cienkim głosem zapiszczał:
- Coo?
- A gówno! – Pszoniowa zamaszyście wbiegła do izby, przesunęła nogą wiadro z wodą, chochla zachybotała, aż chlupnęło na klepisko. Otworzyła z impetem drzwiczki pieca, aż se paluch mimochodem sparzyła, dorzuciła drwa do i tak za dużego już ognia. W garnku zamieszała wielką łychą masę mączną i wylała na rozżarzoną do czerwoności blachę. Zasyczało, zaskwierczało, podpłomykowy placuszek zatrzeszczał wysychając szybko aż biała dykta dostała czarnych, nadpalonych, okrągłych ciapków, niczym jej ukochana Mućka. Pszoniowa zgrabnie podważyła go i odrzuciła na metalowy talerz obok. Sterta placuszków szybko rosła. Potrzebne jej były. Zaraz przyjść miały dzieci od Maciejowej, z najmłodszą Pszoniową co to pilnować się ich zobowiązała – zgłodniałe, zziębnięte to i nakarmi je kukurydzianym i ciepłym jeszcze rarytasem. Maciejowa do miasta za desą jechała. Ikonę mus próbować sprzedać, by mieć za co spaloną stodołę postawić. Pszoniowej spieszno zatem. Jeszcze trza spódnicę przebrać i warkocz nowy zapleść, by z dziećmi z traumą po pożarze, ciutek na spokojnie pogadać, pobrykać. By poczuły spokój i bezpieczeństwo, a nade wszystko oparcie w starej ciotce.

A tu Mućka tak żałośnie się drze o dojenie prosząc, świeże mleko by się dzieciom zdało, a stary jak to stary – głuchy jak pień i nika z nikąd żadnej pomocy. Skaranie z tymi chłopami! Nie tylko placków dziś nie dostanie. Oj, nie! Nie tylko placków. Uśmiechnęła się pod nosem stara Pszoniowa i już z lepszym humorem bestyja, zaczęła się szybko krzątać po izbie czekając na przyjście małych gości.

Stary ojciec Pszonka, senior rodziny, usiadł na ławeczce zbitej z dwóch desek. Świerszcze za kominem cykały niczym cykady – jak na cykladach się czuł. Zapatrzony w czerwoną łunę na niebie leniwie myślał o tym, który to już zachód słońca w jego życiu i ile jeszcze będzie ich miał. Zmrużył spłowiałe oczy i westchnął. Kiej tu żyć z tego ugoru cebulowego. Czerwona byle co kot napłakał, a złota to do przednówka nie starcza. A ziemia jaka podła jest. Rodzi ino same kamienie. Na krudy je zbiera, żmije latem się nań wylegują, a wystarczy mu ady jedna i to ślubna w domu. Już nie wie co z tymi głazami robić: a to płot zgrabny podmurował, a to podmurówkę w domu uszykował jak ta lala, cembrowinę po wierzchu w studni podglansował, dukt koci ułożył a onych jak było tak jest. Za rzeźbę w gumie ma się wziąć, czy ki huj? (stary Pszonka senior był bowiem dyslektykiem-analfabetą). Szlag, by to trafił.

Pszonka splunął siarczyście dumny, że mimo wieku nadal osiąga tak daleki spluw. Ma się tę krzepę a to ino z cebuli jak nic, tyle w niej witamin, że hej. Obejrzał się niespokojnie za siebie. A co to stara nie woła nic jeść? Zesłabło się starej kutwie czy co? Słońce ino patrzeć jak zajdzie, zmrok po nim i szkoda ogarków, by na daremno je kurzyć a w brzuchu aż burczy. Trochę się podniósł jednocześnie drapiąc po suchym zadzie i krzyknął cherlawym, stetryczałym głosem:
- Ej Stefaniaaaa! A co to dziś do Maciejowej mam iść, by jutro też śniadać u onej? – stary Pszonka senior dał ze swych płuc ile mógł, śmiejąc się pod wyliniałym wąsem, by Maciejowa, najbliższa sąsiadka zza płota mogła też to słyszeć. Lecz odpowiedziało mu echo. Co jest do kurzej mordy – na poważnie się wpienił.

A miał o co, bo w rodzinie Pszonków mimo, że bieda dusiła pustym żołądkiem znającym na przednówku tylko cebulę, przywiązywało się wielką wagę do pewnego święta. Gdyby nie szczęśliwe narodziny nie byłoby człowieka, rodziny, ciągłości, życia. Nie byłoby nika nic. Zatem moment narodzin każdego zdarzenia, jest cudem samym w sobie, danym przez stwórcę, do którego na klęczkach modlić się ino – dziękować za każdy kolejny dzień, prosić o następny w zdrowiu i jako takiej pomyślności. Modlić się o ciągłość bytu. Jeśli zatem kolejny świt był witany „dziękuję Ci Panie, że się obudziłem” nic dziwnego, że wypada dziękować za to, że jest się jeszcze z kimś.

Już kilka dni naprzód obmyślano czym tu zaskoczyć partnera na szczęście. Skoro komora pusta, kiebza też a i pod siennikiem jak nic nie było tak nie ma, mus było coś wykonać ręcznie. Rodzina Pszonków mimo swego najważniejszego atrybuta jakim było lenistwo, należała do rodzin artystycznych. Od pokoleń umiano w niej wszystko, inna sprawa, że nie korzystano z tych umiejętności w sposób, który mógł przynieść wymierne efekty. Szyto, dziergano na drutach, haftowano, malowano, rzeźbiono, układano wiersze, kochano muzykę, pleciono z łyka, wystukiwano patelnie. Budowa nowego domu to plewa lub krycie dachu, stawianie ogrodzenia, szczepienie drzewek i opieka nad zwierzętami. Pszonki miały rękę do wszystkiego. Ba, miały też jak na artystów przystało zbyt bujną wyobraźnię, zatem wymyślić prezent i wykonać go nie było dla nich żadnym jakimś problemem. Bo o dziwo, jeśli chodzi o zrobienie komuś przyjemności, ciężar lenistwa pryskał niczym bańka mydlana.

Dziewczętom haftowano nowe, ozdobne chusty na głowę, szyto z patchworka kolorowe kołdry, z rzemieni robiono sandały, strugano drewniane chodaki lub wyplatano nowy koszyk z łyka, nizano błyszczące korale i wypalano broszki. Chłopakom było prościej, bo to i laseczkę można było wystrugać, flecik, fujareczkę lub bardziej zasłużonym z dobrze wyprawionej skóry barana, uszyć nową kamizelkę. Starszyzna dostawała najbogatsze prezenty – senior pudełeczko na machorkę kupione na targu, czarne, inkrustowane bordem w jakieś liście, łodygi z blaszanym zameczkiem. Dziadek Pszonka druciane okularki, co to niewiele pomagały tym bardziej, że niepiśmienny był, ale za to wyśmienicie dodawały powagi, tak potrzebnej nestorowi rodu. Matce malowano nowy, święty obraz na deseczce lub kupowano pachnącą książkę – uwielbiała to, kochała. Ale i tak jako żywo wolała coś do kuchni: nowe garnki, cebrzyk na wodę lub załatany dach.

Myślała zawsze kompleksowo o innych, nigdy o sobie. To ona była sprawczynią większości prezentów dla młodszych. Cieszył ją smak doznawanej radości obdarowującego. Chłonęła to jak gąbka, napawała się i to wystarczało, by móc mieć znów pozytywną energię, być zadowolonym z siebie, z poczucia, że się jest sprawiedliwym człowiekiem. A skoro się żyje dla innych to i Pan da tego życia jak najwięcej. Może.

Bo bywało, że robiło jej się nieprzeciętnie i przejmująco smutno, gdy w roześmianej gromadce popiskującej z przejęcia kogoś zabrakło. Ogarniała wzrokiem kolejno i jak kwoka swe pisklęta otulała skrzydłami, głaskała, całowała i… płakała. Jeśli ręce mogły opaść na widok wielkiego serca świętujących razem z nią, to i miękły nogi na myśl jak brak serca niektórym, gdy bawią się trzy domy dalej, nie reagując na poruszenie w domu Pszonków. Odbierało to wiarę w drugiego człowieka i radość z samego święta.

I obiecywała sobie, że wyciągnie surowe konsekwencje dobrze wiedząc, że jest zbyt miękka i są to kolejne, puste obietnice. Jak mantrę zatem powtarzała poprawiając wrzynające się koronkowe stringi, których i tak nikt nie zobaczy – życie babo smaga po plecach batami, batami smaga i nie wybiera dnia, okoliczności i osób do smagnięcia ani samych smagających tym bolesnym batem. Temu twardym trza być, nie jojczeć nad rozlanym mlekiem, tylko zetrzeć i jeszcze trzepnąć porządnie bez pysk szmatą.

I tak jej dopomóż Bóg. Amen – Elżbieta Wolny

Pogranicza

P1070917

Zazdroszczę zawsze tym, którzy nie mają wątpliwości, jakże wszystko wydaje im się łatwe, ale nie zamieniłbym się z nimi. Pogranicza są trudne, lecz pełne niespodzianek. Raz cofają mnie w inny czas, to znów przenoszą w inne miejsce, łączą się lub zderzają, przeobrażają z przeciwności w nową rzeczywistość. To kolejny fragment najnowszej książki, który zwyczajnie mnie zelektryzował. Uniwersalna, ponadczasowa prawda. Oczywista oczywistość, którą i ja mam,  o zgrozo! Lecz kto jest bez winy niech pierwszy… A zaczytywane przeze mnie  Góry mojego życia w ogóle  udowadniają, że każde z nich – bezpośredni kontakt z nimi – nieprawdopodobnie wzbogacają. Uwrażliwiając uczłowieczają. Podczas wielogodzinnych górskich wspinaczek, wentyluje się bowiem nie tylko dolne partie płuc, wyciskając z mięśni, niczym sok z cytryny, hektolitry toksyn – idzie się tak naprawdę „sam na sam”, co doskonale umożliwia sięgnięcie do dna zastanych i skamieniałych  przemyśleń – rozwijając swą samoświadomość – ew


Bielsko-Biała fot. Ela Wolny

Zarzuciłem na ramiona mój plecak, z którym jeszcze wyszedłem z Polski i który wbrew zakazom Lagerkommando miałem zawieszony w widocznym miejscu na łóżku (dzięki temu właśnie nie zauważono go w czasie wielu rewizji), i ruszyłem w górę doliny Anzasca. Trzydzieści jeden kilometrów do Macugnaga to dokładnie tyle, ile d Morskiego Oka przez Capowski Las bez skrótów. Tylko, że co krok to dla mnie niespodzianka.

Nie idą ze mną lasy, lecz południowe sady, pinie, kasztany, orzechy i Bóg wie co jeszcze, potem pełne narcyzów łąki, a właściwie hale, jeszcze wyżej bajeczne stoki rozdarte wąwozami, a potem tunel śniegu i góry rażące światłem i zapachem lodów.

Ale przedtem niekończąca się pogwarka z potokiem, nad którym skrzypią młyny i rozpryskuje się piana wodospadów. Na kamiennym moście ktoś wielkimi literami napisał: No piange picina mia cuando io vado via – ritornero (Nie płacz, maleńka, kiedy odjadę – powrócę). A więc i tu ludzie czują tak samo, jak u nas, kochają się i rozstają, łudzą się i znów wierzą. Mieszkają w domach z kamienia pod dachami krytymi łupkiem, rodzą się i umierają tak samo jak u nas. Z dachów sterczą kominy, a że są z kamienia, więc trwają od paru wieków. Na jednym z nich wyraźna data budowy 1675. Takich domów u nas we wsiach pod górami nie ma. (…) Bo tu wokoło wszystko śpiewa – potok młyny, ludzkie głosy i ptactwo. Zdaje mi się, że w Ceppo Morelli usłyszałem klekotanie owczych dzwonków. Hale leciały w dół i jakby kołysały się w słońcu i chmurach, bo górą, gdzieś bardzo wysoko, wiał chyba szybki wiatr i hale mieniły się to światłem, to cieniem. Stada owiec raz widziałem wyraźnie, gdy były w cieniu, to znów jakby we mgle utkanej ze słońca. Brzęk był inny niż u nas, ale ten nasz słyszałem na tle tamtego. Byłem więc znowu na dziwnym pograniczu, i w naszych górach, i w Alpach włoskich. Wcale mnie to nie dziwiło, bo zawsze czułem w sobie rozdwojenie, zawsze błąkałem się na pograniczu.

Gdy już w coś wierzyłem, zaczynałem wątpić i roztrząsałem w sobie przeciwieństwa i kontrasty. Gdy przekonałem się do jakiejś prawdy, wynajdywałem ostateczne niepewności. Zazdroszczę zawsze tym, którzy nie mają wątpliwości, jakże wszystko wydaje im się łatwe, ale nie zamieniłbym się z nimi. Pogranicza są trudne, lecz pełne niespodzianek. Raz cofają mnie w inny czas, to znów przenoszą w inne miejsce, łączą się lub zderzają, przeobrażają z przeciwności w nową rzeczywistość.
Wł. Krygowski „Góry mojego życia”
1987

Skrzyczne, czyli życie nie po to by bezczynnie trwać…

P1080448

„Dlaczego nie mówimy o tym co nas boli otwarcie
Budować ściany wokół siebie marna sztuka
Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczą
Czasami tylko tego pragnę, tego szukam…
…Życie nie tylko po to jest by brać

Zycie nie po to by bezczynnie trwać
i aby żyć siebie samego trzeba dać”

„Zycie nie po to by bezczynnie trwać” dlatego Skrzyczne – najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego 1257 m n.p.m.  Ale dostać się tam, jest doprawdy bardzo prosto – wystarczy pokonać lęk wysokości, uporczywe zimno, porywisty wiatr i wyciąg krzesełkowy istniejący od 1956, za jedyne 12 zł, wywiezie nas na sam szczyt. Podróż składa się z dwóch części, pierwsza Szczyrk-Hala Jaworzyna o długości 1592 m, a druga Jaworzyna – Skrzyczne z długością 1181 m i różnicą wysokości aż 296 m. Wyciąg ten, jest czynny codziennie od 8.30 do godz. 17.15 (ostatni zjazd ze Skrzycznego) przez cały rok. Przez cały rok, zatem wielka szkoda, że o warunkach na szczycie, nie ma żadnych informacji przy  kasie na dole. Szczególnie zimą:



pierwszy odcinek 1592 m

Bowiem na przykład dziś, po dotarciu na szczyt okazało się, że strach jest nie tylko wejść na jakikolwiek szlak, strach jest w ogóle natychmiast wracać… tą samą drogą.  W sytuacji gdy nie ma drogi alternatywnej (brak nart).  Zatem kolej linowa przedzierająca się w scenerii fest oszronionej, dawno nie rozmrażanej lodówki:


drugi odcinek 1181 m

W pełnej krasie swojej zimowej ekstremy szybko opuszczane  Skrzyczne. W przeciwieństwie do ludzi gawronów brak – w locie pozamarzały z trzaskiem rozbijając się niczym szklanki o ziemię:


Skrzyczne 1257 m n.p.m.

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- Skrzyczne film

6 Pogo na strychu

el502

Miała kolce. Ostre, długie, twarde pilnujące od lat doń dostępu. I nie sądziła, że może być kiedyś zgoła inaczej. Ostry język, czupurna postawa, kąśliwe, złośliwe, pyskate, rosochate – z widłami w ręce. Musiała tak, bo wewnątrz zbyt miękka, ustępliwa, spolegliwa a taką naprawdę bardzo łatwo skrzywdzić.

Aż znalazł się ktoś, kto w  swe dłonie włożył tyle ciepła, że energia ta zmieniła się w niezgorszy żel lub balsam do sierści. Nie bał się ukłuć i krwawień. Nie zrażał się, tylko sumiennie, rzetelnie, systematycznie nakładał miksturę, by zmiękczyć  granitowy pancerz, by zrobić dostęp do słońca, świata, powietrza. Kocha go. Sama siebie nie poznaje. Kolce zmiękczone niczym delikatny jedwab gładko przylegają do ciała. Pachną olejkiem, błyszczą  w słońcu jak markowa brylantyna – skrzą się. Jest leniwie bezwolna, spolegliwa, ustępliwa. I dobrze jej z tym… Pszonuś na końcu wszedł do chałupy. Porządnie otrzepał chodaki na progu, po czym zdjął je i ostatnie kroki do izby przeszedł już czując chłód desek pod gołymi stopami. Z namaszczeniem odłożył drewniaki pod skrzynią, a drugą ręką otworzył jej trzeszczące wieko. Zdjął kamizelkę i w pół ją złożywszy położył na dnie skrzyni, rozpiął guziki odświętnej koszuli, złożył we czworo i umieścił na kamizelce. Podrapał się chwilkę po wyliniałej, starej piersi, szybkim ruchem zanim chłód go ogarnął narzucił na się kraciastą koszulę. Ciężko se siadł. Zdejmując spodnie, co to na guziki się spinały a nie kawałek sznurka uśmiechnął się bezzębnie, po  czym szybko zrobiwszy tylko znak krzyża, wprawnym ruchem zanurkował do swej chrapiącej już Pszonusi…

Stary Pszonka zacisnął ze złości bezzębne dziąsła. ” Szlaken duner weter fafluter ” zamantrował w myślach, kurwica  go brała, jeszcze dwa razy kapnie i musi wstać. Nie mógł już znieść kapania z dziurawej powały wprost na pysk. A by to w dzień chocia lało i tak wtedy siedzi nic nie robiąc na zapiecku, ale w nocy? Dychnąć by chciał by strawić zeżartą cebulę, a tu psia jucha nie da. Kap, kap…
- Kas jego mać! – zaklął pod nosem, pchnął starą Pszonkę stetryczałą nogą by se zrobić przejście na zejście z małżeńskiego łoża.
- Ta to ma zawsze wszystko w dupie, a człowiek musi myśleć za trzech. Same darmozjady, trutnie cholera jasna, robić nie ma komu – mamrotał pod nosem nasuwając na żylaste stopy chodaki, co je jeszcze jego dziadek nieboszczyk wystrugał z jednego kawałka łyka.

Przeciągnął się i zerknął przez okienko. Ściana deszczu. Nawet dobry ten deszcz, odpocznie se deczko, stara nie będzie go gnać do roboty. Uśmiechnął się pod żółtym wąsem i poczłapał w stronę pieca; drapiąc się po chudej rzyci pochylił się aż spod przykrótkiej dobrze wykrochmalonej koszuli wyszły mu wszystkie żylaki. Miał to po babce ze strony matki, z tej to dopiero żyła była, poskręcana na wszystkie strony. Pole przepisała stryjecznemu siostrzeńcowi, czy ki cholera mu było. Nieważne od tego dnia wyklął go, więc nie wie nawet jakie kiej było pokrewieństwo. Najlepsze zagony cebuli tam stoją. Tfu. Sięgnął po wielką chochlę, zaczerpnął z cynowego wiadra wody i łyknął. Ha, nie ma lepszej wody na całym Skotniku. Nogą podsunął drewniany cebrzyk w stronę łoża. Zaparł się mocno o skrzynię i pchnął Pszonkę razem z łożem lekko po skosie, żyły mu jeszcze bardziej wyszły i aż z wielką ulgą se siadł.

Kap, kap tym razem do cebrzyka. Jeszcze raz splunął w dłonie, wprawnie poprawił skos łoża. Weźmie  towarzystwo w obroty i w końcu załata się dach, słomy ci ady pod dostatkiem i przednia. Znosił ją stary Pszonka z sołtysowej stodoły, wiela jej tam było a sołtys jak to sołtys ino do puczenia z pannami ze wsi jej używał. Pszonka chadzał tam patrzeć na sołtysowe harce przez szpary w deskach. Ckniło mu się do panien, ady nie był jeszcze tak stary by nie pokazać, że w jego żyłach chłop płynie. Wypuczona słoma nawet lepszejsza była niźli całkiem czysta, pachniało wielkomiejskim seksem i nie raz, nie dwa, a nawet nie trzy stary Pszonka z zadowoleniem ześlizgiwał się po niej z Pszonusi. Aromat słomy uderzał do głowy poprzez rozchylone nozdrza, przez nakłucia rzyci stara Pszonusia ruszała się sama od siebie i to było takie sołtysowe. Wspomniał se tera te sołtysowe juchy, że hej. Zatarł swe długie palce, chlipnął jeszcze ciut wody, mokrą dłonią przetarł się po łysinie i:
- Pszonuś, a chodźże tu do swego Pszonusia – zamruczał po czym żwawo poczłapał w stronę łoża. A tam…

Stara Pszonka matka stała w jakiś gumkach kolorowych ubrana, koronki dziwnie sterczały, brzuch opięty, piersi nabrzmiałe, nogi jak pęciny u konia, pupcia  wrzdy niemowlaka, a włosy spuszczone do kolan… Pszonka schylił się, zgarbił i poczuł bardzo starym człowiekiem.  Nie znał takiej onej, czort ją okiełznał, ady mówił jej nie raz, że miłuje ją i w tych barchanach ciepłych co to matula na wyprawkę uszykowała, wstecz ze dwadzieścia parę roków:
- Kas stary idioto, teraz takie casy tępaku, że ino koronki i gumka w pasie, dookoła pasa i w dupci. Jak ci się nie ckni to nie.  Z Maćkówki tu był dziś kuzyn Maciejowej i mówił, że pikne. Widły dostałam w bonusie. Tortille upiekłam weź se z piekarnika a mnie ostaw,  bo widzę, że inny świat cię niemoto fascynuje – tu zatańczyła. Można powiedzieć, że nawet  dość  zgrabnie, a stary Pszonka senior już całkiem schylony jak Tofik z Ani Mru Mru, podszedł krok bliżej:
- Widły? Tą swoją psychologią ona mnie kiedyś zajebie – mruknął jeszcze spod wąsa, zanim  założył swej Pszonce podwójnego nelsona, po którym  zwinęła się w pół, a na całą wieś rozległ się krzyk.

A z dachu jak kapało, tak kapało, ale staremu Pszonce najzwyczajniej już to zwisało. Do czasu:

- A dyć idźże dziewucho wreszcie a przynieś w końcu ciut słomy ze strychu. Chochoła mus zrobić jak nic dziś jeszcze do dziury na dachu – rozdarł się swym mocnym trzecim głosem:
- A idę, idę, nie trza pyska dryć, bo widzicie chyba, że idę – wstała markotna ze swego siennika, odgarnęła ze złością grubą pierzynę, wsunęła bose stopy w stare chodaki i poszła kaszląc niemiłosiernie. W sieni splunęła za siebie:
- Kas na psią juchę tylko ja, i ja, nikogo do roboty ino mnie, ady do góry rzycią leży jeszcze – szemrała pod nosem, pochylając się by uchwycić w poły swą kieckę, skręcić zgrabnie niczym linę okrętową, przełożyć między nogi i zasunąć za pas w eleganckim suple. Tak to teraz niczym Sindbad żeglarz, w swych pampersach w bycze kwiatki, mogła zacząć wspinać się po zmurszałej drabinie.

Miała zaciśnięte zęby. W oczach kurwiki, ale z wkurwienia. Mięśnie twarzy drgały, po skroniach spływał nerwowy pot. Nabrzmiałe, pulsujące żyły wskazywały na podniesione ciśnienie. Zacisnęła mocno swe piąstki, kostki zbielały, a paznokcie wbiły się w dłoń. Nie czuła bólu. Pochyliła się w stronę ściany i powoli wybrała najdorodniejszy jej zdaniem, największy, najlepszy. Z takim to góry przenosić, nie tylko te z żyta. Wisiały w jednym rzędzie jakby czekały na taniec, niczym panny na przyjęciu pod ścianą – na swego kawalera. Objęła oburącz gładką, drewnianą rękojeść. Kilkakrotnie przesunęła dłoń po obuchu, poprawiła uchwyt, stanęła szerzej w pewnym rozkroku, wzięła obszerny zamach i jak nie przypierdoliła z hukiem o glebę. Jaskółki z furkotem podniosły pisk pod sklepieniem, tumany kurzu wzbiły się i zabłyszczały w promieniach słońca, cep odbił i zrobił kolisty nawrót na kawałku starego, skórzanego paska. Ledwo utrzymała go tak wyrywał stawy z nadgarstka. Z tym, że co jak co, ale siłę to ona miała. Po ojcu. Poprawiła z impetem, sycząc przy tym:
- Już ja ci zadam śruty na chlebek – znów rękojeść odbiła się tak, że tylko milimetry uratowały ją i dostałaby rykoszetem w głowę. Musi zacząć myśleć, starannie dobierać ruchy, panować nad emocjami, płynnie przechodzić z jednego uderzenia w drugi. Inaczej się unicestwi, zanim oddzieli ziarno od plew, szlag ją dosięgnie. Tym razem uderzenia były płynne, jak mantrę zaczęła powtarzać:
- A masz ty, ty powsinogo… – brakowało jej inwektyw, tyle się uzbierało niepewności, żali, pretensji, targanych uczuć. Głupia była, jak reszta innych we wsi. Tylko ją ta głupota dopadła na końcu. Próba łamania charakterów powiodła się. Tym razem przypierdoli ale sobie:
- A masz ty stara, głupia idiotko – opadła z sił. Przyjemne fizyczne zmęczenie zniemogło ją i poczuła wreszcie ogromną ulgę. I tylko cepy jak wisiały tak wiszą, jeden drugiego nadal pogania, cepem rzecz jasna. Cepem…

Strych. Jej ulubione miejsce, czarodziejskie, z duszą. Usiadła szybko opierając plecy o nieszczelne deski. Powoli wyrównywała oddech rozglądając się na boki. Strych rekompensował jej ciągłe poniewieranie. Czego tu nie było? Na ścianach z desek pozawieszane koła od roweru, jakieś narzędzia ogrodnicze typu widły, grabie, cep, porządne skórzane paski do spodni, kawałki zwiniętego w obręcz druta a obok susząca się machorka. Siano, siano, siano, a w nim jabłka na zimę, gruszki o konsystencji porządnego kamienia, orzechy a między nimi stare skrzynie, z których przelewało się wszystko, począwszy od spraw przyziemnych jakimi są groch, fasola lub suszki a skończywszy na tych ponadmaterialnych, nieprzeliczalnych na żadną walutę czyli zapach historii i wielkiego świata. Wycofane z obiegu a wyjęte za późno z siennika, wielkie kolorowe banknoty, stara biblia, z której kartki szły na tutki do machorki, jakieś medale, odznaczenia, moździerze, pożółkłe fotografie, kawałki ślubnej porcelany, welon w kolorze ecru, bukiet z zaschniętych kwiatów a nade wszystko zwinięte w kokardkę listy z Kanady – pocztówki żywcem wyjęte z baśni o dalekim edenie. Wielki świat a w nim wuj, rodzony brat ojca Pszonki. Jeszcze pamięta o korzeniach, póki żyje wysyła paczki a w nich wyczytane czasopisma, jakieś pojedyncze książki i garderoba, która nijak nie nadaje się na Skotnik, na pastwisko. Piórkowy kapelusz z wielkim rondem, niekompletne części garderoby, połamane kolorowe parasolki, gipiurowe kamizelki, spódnice z jedwabiu, wstążki. Optymizm, śmiech, postawa w pion. Czas Titanica z happy endem…

Wtuliła twarz w kawałek muślinu… Zamyślona, rozmarzona przymknęła oczy i zapatrzyła się w laserowy promień złotej słonecznej poświaty świecącej przez szczelinę w deskach. W nich to, jak w świetle latarki lub snopie światła reflektorów,  tańczyło milion maleńkich drobinek kurzu. Przyciągały się z magnetyczną siłą, po czym odbijały od siebie, by znów ponownie połączyć w pary – niezmiennie, z niespożytą energią, w swym zapamiętałym tańcu, tańczyły swe pogo, jak my – Elżbieta Wolny

Grafika: Dave M.

cz.2 Zima w górach, czyli cisza jak ta

DSC07897

„Wszechświat wyłonił się ze słowa
i do słowa też powraca
w samym centrum Sykstyny
artysta ten niewidzialny kres wyraził
w widzialnym dramacie sądu
i ten niewidzialny kres stał się widzialny
tak by szczyt przejrzystości”

Omnia nuda et aperta sunt ante oculos Eius”. Taa, jeśli po ciszę to tylko w góry. I zimą. Szlaki puste a wokół sterylna,  nieskończona wręcz przestrzeń:

Mija 4 godzina marszu. Niebieskim szlakiem zbliżam się w stronę Czupla. Po drodze zmrożone na szklankę krzewy i drzewa zastygłe w swych pozach niczym dotknięte różdżką przez Królową Śniegu. Brak tylko Kaja i Gerdy:

Zima wymraża nie tylko powietrze, czyniąc je bardziej przejrzystym – przyjaznym obserwacjom widoków. Zima, niczym na mrozie pierzynę, wymraża z nas wszelkie myślowe bakterie i zarazki. Naprawdę ciężko przejść szlak, ale człowiek wraca prawdziwie zresetowany i o c z y s z c z o n y ze wszelkich wątpliwości, pozbawiony myślowych złogów:

I wreszcie Czupel, cel mojej wycieczki. Wspiąć się na koci grzbiet i zachłystnąć nim, po brzegi:

Czy tylko ja odnoszę  wrażenie, że będąc tu, przyszliśmy jakby w gości, do… Pana Boga?

Powrót nadal niebieskim szlakiem, przez Rogacz, Suchy Wierch…

… do Czernichowa. Skąd tradycyjnie nic w stronę Bielska, więc nadal pieszo do Międzybrodzia B. Pomni zasadzie, że co nas nie zabije to wzmocni. I tak nam dopomóż…

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- cz.1 Zima w górach, czyli cisza jak ta
- cz.1 Przegibek-Magurka film
- cz.2 Magurka-Czupel-Czernichów film

cz.1 Zima w górach, czyli cisza jak ta

DSC07886

„tak cię uczyli od lat
tylko krzykiem zdobywa się świat
a to nie tak
nie tak…
szaa cicho szaa
czas na ciszę”

Ze Straconki Zakręt czarnym szlakiem na Przegibek. Nic spektakularnego, wchodzę w las i chyba to się liczy najbardziej. Wreszcie Przegibek, skąd szosą tylko żabi skok, na drugą stronę masywu, do Międzybrodzia. Ale ja nie idę na skróty, idę wyżej, niebieskim szlakiem wspinam się na Magurkę:

Po drodze mijając zapierające dech w piersiach widoki. Szlak surowy, nieprzetarty, nikogo nie spotykam – chociaż, już ktoś dziś tędy szedł, są ślady i nawet… z listkiem figowym świeży bałwan. :)

Krok przed Magurką W. telefon,  o dziwo jest zasięg -  „gdzie jesteś mamo?” – chwila nieuwagi i lód spod śniegu, podrywa ziemię spod stóp. Ręka rozcięta i mocno krwawi – w górach trzeba mieć zawsze oczy i uszy szeroko otwarte, a nogi solidnie wsparte o ziemię.

Szczyt Magurki rekompensatą, jak kameleon, zawsze inny, zawsze porywający, zawsze piękny:

Niebieskim szlakiem idę dalej, na Czupel. To  najwyższy szczyt Beskidu Małego, ale nie tylko – jest to chyba naprawdę jedno z  bardziej widokowych miejsc jakie znam. Jak Guliwer grzbietem gór, w dole zapory, w dali kolejne pasma gór – żyć nie umierać!

A Panią Zimą najpiękniej – Kanada jest w nas! CDN

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- cz.1 Przegibek-Magurka Wilkowicka – film
- cz.2 Zima w górach, czyli cisza jak ta
- cz.2 Magurka W.-Czupel-Czernichów film

5 A co ty myślisz droga panno, że Paul był głupi?

el502

A tymczasem nie tylko na zastajennym szambie…

Siedział leniwie obserwując ją. Jego ruchy, przy ostrzeniu noża osełką, cyklicznie zwalniały. W sumie nie był głodny. Tyle tłustych, wypasionych much włazi mu codziennie do sieci. W zasadzie od jakiegoś czasu już robi ich selekcję. Końskie odrzuca od razu, kojarzą mu się z końskimi zalotami a tego nie lubi. Te najgłośniejsze, najbardziej rzucające się od razu zabija. Denerwują go, nie lubi hałasu a poza tym rwą mu sieć. Smakują mu za to muszki owocówki – spokojne, delikatne, zwiewne, kobiece – ale nimi przecież nie poje. Za małe i za mało, zresztą są tylko w sezonie. Ta była inna. Ani owocówka, ani końska. Mała – więc jej rzucanie się w sieci, nie drażniło go aż tak bardzo. Spolegliwości w niej niewiele, buntu szczypta – ot taki smaczek, bzyczenie za to jak celtycka muzyka, skrzydełka pięknie lśnią, przypominają połoniny, wysoką trawę, słońce, ciszę, przestrzeń i wypoczynek – aż miło się na nią patrzy…

A gdyby tak? A gdyby tak ją sobie zostawić? Ale nie jak inne, na których mu nie zależało, na pewną śmierć głodową w samotności. Zostawić sobie, dla siebie. Dbać o nią, karmić, doglądać, pielęgnować… od dawna doskwierała mu samotność, ostatnimi czasy samotności miał absolutnie po dziurki w nosie. Gdzieś już to widział. Chyba Misery tak zatrzymała sobie pisarza Paula Sheldona? Postanowił. Zdecydowanym ruchem, odłożył na bok ostrzone sztućce. Odchrząknął, splunął i wysnuł nić. Jeszcze nigdy nie wysnuł tak pięknej, cienkiej, srebrzystozłotej nici. Podszedł do niej wprawnym krokiem akrobaty cyrkowego, poczekał aż batut się uspokoi i dotknął jej nogi… Gdyby mógł robiłby to wszystkimi swoimi sześcioma odnóżami, szybko śmigały w powietrzu jego owłosione szydełka. Odsunął się kilka kroków dalej, by ocenić swą pracę, wysunął język, kiwnął z dezaprobatą głową i jeszcze wziął się za poprawki. Piękna, koronkowa, szeroka podwiązka spoczęła na jej szczupłym udzie. Linia splotu to był prawdziwy majstersztyk, czego tam nie było? I łąka, i kwiaty, wschód i zachód słońca, morze i góry, wspomnienie i utęsknienie…

Teraz już poszło szybko.

W dół od podwiązki, wykonał zwykłe oczka kabaretek. Mocny, końcowy supeł i robota zakończona. Jeszcze tylko zgrabny łańcuszek prawymi oczkami, biegnący od nogi na wysokości kostki, na podobieństwo smyczy. Łapy pająka, wprawne niczym dłonie koniakowskich koronczarek, poradziły sobie i z tym w mig… Starannie wymierzył długość. Musi być bowiem odpowiednia w dwie strony: od kuchni do drzwi salonu lub od kuchni do łoża w sypialni, tylko na takie ruchy może pozwolić ten łańcuch. Uśmiechnął się swym zadowolonym gębojadem. Roześmiał się. Zaczął wiercić otwór w ścianie wiertarką udarową, wiertłem widiowym pociskał tak długo aż wywiercił, śmiał się wkręcając kołek rozporowy z hakiem, śmiał się nadal rubasznie przywiązując doń koniec łańcucha. Jeszcze tylko potrząsnął nim sprawdzając czy dobrze trzyma. Szybko, kilkoma podskokami, zbliżył się do niej. Delikatnie pogładził ją po twarzy, chowając jej jeden z niesfornych kosmyków za ucho i – nie bój się – powiedział.

Prawie dostała ścierką przez łeb. Szybko wrzuciła piąty bieg i pięknym ślizgiem zmieniła tor lotu. Udało się. Jeszcze raz udało się nie dostać piorunem. Zapikowała w stronę otwartego okna i wyleciała w wolną przestrzeń. To lubi, rozwinąć skrzydła, poczuć, że świat należy do niej. Żadnych ograniczeń, ścian, szyb, niepotrzebnych sprzętów. Gdyby nie chęć przeżycia w dobrobycie, nie ryzykowałaby ponownych eskapad do ludzi. Ale te ich kromeczki, dżemiki, wędlinki porozkładane i czekające nań. Z pełnym brzuchem i rozwianym włosem leciała sobie w stronę słońca bzz, bzz, bzzz…

Chwila beztroskiej nieuwagi i nagle poczuła ostre uderzenie. Żołądek i serce zamieniły się miejscami, a flaki otarły o mózg. Jak na lotniskowcu coś złapało ją w pół i nie pozwoliło lecieć dalej. Odrzuciło w tył, szarpnęło rykoszetem do przodu, zatrzęsło niemiłosiernie i wreszcie zatrzymało. Pajęcza sieć!

Serce biło jak oszalałe. Jakże zrobiła się wielkomiejska. Żówna  jej były, ścieki, kanały, ubikacje i śmietniki. Zapomniała tylko, że w pachnących jaśminem krzakach żerują one – Pająki! Sieć, a na niej kilka błyszczących, jak diamenty w słońcu, kropli porannej rosy i ona. Unieruchomiona, zniewolona, czekająca na powrót właściciela. Całe życie przebiegło przed oczami. Czy śmierć boli? Samotna mucha w tłumie ludzi. Rozpłakała się siadając na stopniach pajęczyny. Bez pożegnania, bez wyjaśnienia zatrzaśnie drzwi, nie pozwoli zagnieździć się symbiozie, żyć i dać żyć innym… Teraz pewnie wszedł gdzieś w zakamarek, obserwuje ją, ostrzy swe sztućce i pewnie nawet go nie ujrzy, będzie czujny, nie wystawi się na jej spojrzenie, zrobi to incognito, z zaskoczenia – nienażarty gentleman z  obślinioną brodą. A ona nie zdąży nikomu powiedzieć, że umiera. Sparaliżował ją strach, strach przed zapomnieniem, nicością, niebytem, opuszczeniem na zawsze. Nie chce tracić tej nici, tego mostu precyzyjnie zbudowanego z pajęczej nici, i łączącego ją  tak delikatnie z resztką ulubionego życia.  Misternego pomostu narażonego na zbyt gwałtowne ruchy jak ten… a wszystko właśnie przez ten strach. Głupi, niezrozumiały, irracjonalny. Bo co mógłby jej zrobić? Jest wielka lecz w zetknięciu ze wstydem i swą muszą kobiecością – malutki muszy robaczek, przebierający bezradnie nóżkami, skrzydełkami, by uciec stąd jak najszybciej do swej kryjówki. O ironio opuściła ją, opuściła przyjazny dom, by być wolną, a teraz w tej pajęczej sieci, może tylko czekać. Nastawiła się na odbiór drgań fal łącza. Zamknęła oczy, by wyostrzyć swe zmysły. I czekać.

Lecz nawet ona miała już dość. Ta ręka odganiająca, ta packa wyrzucana w powietrze jak z katapulty. Zryw, szybkość, refleks, przylepiony uśmiech na pysku pomagał dotychczas, przymykanie oczu, udawanie, że się nie dostrzega tego, iż się jest niepotrzebnym, niechcianym, niepożądanym towarzyszem – zbędnym sprzętem. Malkontenctwo ukrywające nieudolnie życiową nieporadność prędzej czy później wychodzi bokiem nawet takim gzom jak nieustępliwa mucha. Dziwi i to, że mamałyga na brudnych paluchach, która odzyskała wolność, chyba wcale jej nie oczekiwała, nie chciała i nie potrafi z niej tak naprawdę skorzystać. Bo co to jest wolność? Czyż wolnością nie jest umiejętność dozowania sobie spraw, które dotychczas przynosiły przyjemność? Mucha uważa, że tak – samokontrola i umiejętność cieszenia z życia, optymizm i nie umartwianie  na siłę. A pajęcze kontakty rajcują chyba jedynie kogoś, kto na inne kontakty nie jest otwarty i nie otworzy się, bo może właz, zamurowany jest już dawno skapaną, spierdołowaciałą woskowiną. Wolność w rozumieniu tego słowa, przez statystycznego  strusia, to zawieszanie lepa pod sufitem – swoiste zakaz wjazdu. Niby czyściutko, ale ucho odbiera przecież powolne, obumierające bzyczenie zniewolonych. A i oko od czasu do czasu zerknie i przyprawi wnętrzności o mdłości…

A wolność to otwarte okno na świat, na życie, na ludzi, na mimochodem wlatujące i wylatujące swobodnie muchy. Obcowanie z nimi, z przyrodą, ze światem. Czystość czystego, przepływającego swobodnie powietrza.

Zrozumienie, że każdy ma w życiu swoje miejsce: ma pan, ma jego pies, żona pana, ale i inne stworzenia np pchła na psie lub wsza na panu, ale i kochanek na pani. Kto tego nie rozumie zamyka się. Po otwarciu krat klatki mówi „nie chcę”, kryje się w kącie, zamyka oczy i jak małe dziecko udaje, że go nie ma – więc nie ma problemu. A problem jest, bo okazuje się, że mucha  jest tylko afrodyzjakiem pomocnym w istnieniu. Dozowana porcjami pomaga funkcjonować coraz to lepiej, ale nie na zewnątrz klatki. Wewnątrz. W środku dusznego, ciemnego, półmrocznego, zakłamanego pomieszczenia pełnego obcych sobie ludzi – tak, tu jest potrzebna.

Hiszpanka wyfrunęła, zabierając z sobą pamięć linii papilarnych swego ulubionego pisarza. King, by się nie powstydził, bo już się czerwieni ze wstydu… za Misery. Paul Shelton pisał, żeby zarobić na życie, potem pisał, by pozostać przy życiu. Mucha wyleciała, by skorzystać z życia, po drodze tracąc kontakt z Paulem. A ten  pozostał  w zamknięciu swej samoświadomości wymyślając coraz to nowe wcielenia Misery i obarczając ją swym ubezwłasnowolnieniem. Mucha była zbyt małym robaczkiem, by mu uświadomić, że jest wolny, że ma wolną wolę i może, ba! powinien, robić co chce bez lęku wyjść na zewnątrz i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić. Wyjść i wrócić…

A co ty myślisz droga panno… Że Paul był głupi? Przecież Stephen King ma rację! Gdybyś tak ty siedziała całą noc za kierownicą w ciężkich warunkach pogodowych i umęczona, już  prawie na granicy jawy i snu, godzinami błądziła po obcym terenie? I gdybyś to ty nagle straciła panowanie nad samochodem i wpadła poślizgiem w ciemną noc, ciemną głusz, na  nieznanym sobie zadupiu i zatrzymała jazdę na jedynym, krzywym drzewie ledwo widocznym przy opuszczonej drodze?

Znikąd ratunku. Za to czujesz, że nie możesz się ruszyć i w samochodzie coś jakby miejsca  nagle za mało – jeszcze nie wiesz, że to karoseria zwinęła się w trąbkę. Coś kuje cię w boku, jakby nóż głęboko osadzony z każdym oddechem dźga ci  swym ostrzem serce. Nóg za to nie czujesz, bo wtopiły się w jedność z maską samochodu. Gdybyś chciała czuć  swoje nogi, musiałabyś czuć całym swoim starym oplem.

Pić ci się chce. Ale w ustach nie masz wcale sucho – czujesz słodki smak krwi, którą nerwowo przełykasz i spuchniętym do granic wytrzymałości okiem starasz się zerknąć za swoją komórką. Niestety torebkę walnęłaś gdzieś w tył, a nie ma mowy, żebyś była w stanie zrobić jakikolwiek skręt tułowiem. Nie ma też szans, żebyś wysunęła się z tymi żelaznymi nogami ciut do góry. Ołów to ołów.

Zamknęłaś oczy…

Zemdlałaś z bólu, którego jeszcze tak do końca nie ogarniasz? Czy po prostu zasnęłaś po nieprzespanej nocy? Jesteś w szoku powypadkowym i twój instynkt samozachowawczy  nastawia się teraz na szukanie wariantów przeżycia.

Może to wtedy twoja jaźń wysłała akurat tą drogą Misery, może tylko w ten sposób poprzez kogoś, kto tu, na tym właśnie zadupiu mieszkał, wymyśliłaś sobie szansę przeżycia. Nic to, że słowa od tej chwili ważne są jak u Sheldona, by nie popełnić błędu. Błąd – to zniknięcie Misery i pewna śmierć. A może… A może warto ułożyć słowa tak, by Misery zrobiła to za Naturę?

Myślisz droga panno, że gdybyś leżała u Gerarda po miłosnym uniesieniu spięta kajdankami  patrząc jak pies posila się zwłokami twojego partnera, czy myślisz, że nie wzywałabyś i tam Misery? Czy robiłabyś karkołomne wygibasy ze szklanką, by ściąć sobie ścięgna, zedrzeć skórę i po kilku dniach życia w malignie wyczołgać się w końcu do reala – gdybyś miała tam swoją Misery?

Czy Gerard, gdy wymyślał swą grę nie ustawił tej szklanki tak, by jak w szklanej kuli można było w niej dostrzec  jakieś wybawienie? – Elżbieta Wolny