Tag Archives: J. Kroplewski

Walentynkowo – „Krótki film o miłości”

Wzrok kusi napis „Konkurs walentynkowy! Opowiedz nam o swoich walentynkach i wygraj Kosmetyki AA”. Ale co tu opowiadać? Skoro wszystko na to wskazuje, że wysłanie drugiemu serduszka to nie jest wyraz uczuć, a modna komercja. Zatem serduszka z głębi serca nie dostaję, za to kanadyjski mail od licealnego kolegi „Happy V Day chickie!! ♥”. Serduszko od osoby, po której mogłabym się  wszystkiego spodziewać, ale nie tego znaczka.. Zaściankowy prowincjonalizm trawi me samotne trzewia.

Dlatego jak co roku zimny prysznic stawiający w pion – „Krótki film o miłości”. Tak bardzo pasujący w ten walentynkowy czas, że chyba warto go w tym właśnie dniu,  ponownie razem obejrzeć.

W 2007 roku  zdarzyło się tak, że zostało mi kilka ukraińskich zdjęć, ze spływu Dniestrem brata Jarka. I jakby nie bardzo wiedziałam jak je pokazać. Niby niespójne, bez wspólnej osi, czekały na bingla, który nagle zaświecił  i… napisałam scenariusz. Uwaga – film z napisami w języku polskim. Zapraszam – ew

„Miłe złego początki” – Poznali się i nagle niebo spadło im na głowy, a  swym zapachem  odurzył księżyc. Krew się zagotowała w naczynkach,  jej uderzając do głowy, aż przestała trzeźwo myśleć, jemu wręcz przeciwnie – spłynęła całkiem w dół, aż do „mózgu”:

„Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą” – Zdarzyło się im drwa rąbać nie raz, aż miło, zatem na świat przyszły niebawem dzieci:

„Proza życia zastała ją w kuchni” – Z radością spozierała tęsknie za nim w okno, śliniąc 156 pieróg. Jak nie pierogi, to  gotowanie wory kartofli. On stale był głodny. Ona nie nadanżała, ale starała się,  i uwijała jak w ukropie, by mu jakoś dogodzić:

„A tak w przerwie” – W przerwie między jedną kuchnią a drugą, biegła truchtem, aby zarobić kilka kopiejek do marnie płatnej pracy:

„Jestem kobietą” – Za te kopiejki on kupował benzynę i czasami litościwie brał ją na przejażdżkę, wtedy ona czuła się naprawdę prawdziwą kobietą, lubiła te dni:

„Miłość” – Kochała go za to i cieszyła się, że jej trud w rychtowaniu pierogów i kartofli nie idzie na daremno, przecież tak bardzo podniecał ją swym wielkim brzuchem. Z tej radości, aż przebierała nogami a potem biegła szybko do kapliczki, by się pomodlić za jego dobre zdrowie:

„Modlitwa” – By jak najdłużej jej żył i by mogła nadal gotować wielkie gary tylko dla niego, a potem namiętnie prać nad rzeką, jego bardzo brudne gacie:

„Meritum” – A nade wszystko, gdy już przyjdzie  kres żywota, aby mieć przed czym przestrzegać swą wnuczkę…


Fine – ewolny
fot. J. Kroplewski Ukraina

 

Cerkwie, cerkiewki

Cerkwie, inaczej niż kościoły katolickie, budowane są na końcu wsi – to bardzo istotne wyróżnienie. A może to zawsze na początku wsi jest?

Pierwsze pionowe i poziome zdjęcia to Narew – cerkiew Podwyższenia Krzyża Świętego, drugie w pionie to już Puchły i cerkiew Opieki Matki Bożej. Kolejno, błękitna cerkiew na poziomej fotografii to Kamieniec Podolski na Ukrainie, a tam gdzie jakiś  gościu :) w czarnym kapeluszu to Ordynki. Pierwszą cerkiewkę fotografowałem leżąc w namiocie, a ostatnią z kajaka – czy widzicie te gęsi w locie na tle uświęconego błękitu?




fot. Kroplewski Jarek
www.kronikaoptymisty.blox.pl

Ukraińskie chaty Kropli

Z takiej chałupy jak ta pierwsza, pochodzi moja mama. Nic zatem dziwnego, że mimo iż urodzona i wychowana w mieście, marzę aby na starość, choćby tylko tych kilka ostatnich lat, posiedzieć na kamieniu przed takim domem jak ten, z Ulowa. Klepisko, miednica, piec, malwy, bzykanie świerszczy, czosnek, cebula, słoiczki… cisza i leniwy spokój.

Poniżej zdjęcia ukraińskich chat, przywiezionych przez Kroplewskiego ze spływu Dniestrem.  Niechronologicznie: chata z Horoszowej, w Hubinie, Trubczyniu.  Dostrzegacie podobieństwo do naszych? Klimat jakby ten sam i mimo, że zdecydowanie wolę naszą strzechę, jednak bez zastanowienia już dziś, zamieniłabym swoje mieszkanie nawet na takie błękitne cuś – ewolny

Dla ścisłości: to nie jest bulwar Czapajewa, a ulica – po ukraińsku: wulica (ale cyrylicą) i ta tabliczka, jak powiedziała babunia, już jest nie ważna, ale nowych jeszcze nie dowieźli. Teraz ta ulica się nazywa Pomarańczowa – !!!!
Jeszcze jedna ciekawostka: na przedostatnim zdjęciu widać logo audi – to nie jest przedstawicielstwo tego koncernu samochodowego – na Ukrainie przenikające się trzy koła symbolizują Trójcę Świętą.
Pozdrawiam
Jarek

fot. Kroplewski Jarek Ukraina

Grzyby sobie poradzą, czyli recepta na kryzys

Człowiek to dziwne stworzenie, chce żyć bliżej natury, ale tylko w granicach wyznaczonych przez swe wygodne jestestwo. Dlaczego z takim uwielbieniem cieszy się na widok traszki, udowadniającej czystość otoczenia jego nowego domu, a już nie bardzo podoba mu się inne żyjątko, które skądinąd tak bardzo przecież koreluje z kafelkami na glebie? – ewolny



Co do tych żyjątek, to to drugie trafiło do sądu, traszki się nikt nie czepia. A grzyby sobie w ogóle poradzą. To świat zdumiewający.  Przykłady?

Największy żywy organizm świata – opieńka w stanie Oregon, średnica 8 mil. Bo grzyb, to nie to co widzimy – widzimy kawalątek – owocnik. Grzyby, jak im źle, to potrafią się zamykać w formach przetrwalnikowych. Tak jakby człowiek, gdy go kryzys wpieni, zamknął się na kilka lat (cofnął właściwie) do zygoty i przeczekał tak ten kryzys. On tak może wiele lat czekać. Takie formy znajdowano na wulkanach, w lodowcach, a nawet w mumii Tutenhamona…

Inna sprawa, że bez grzybów nie byłoby życia na ziemi. Po krótkim czasie ziemskie życie by się zadusiło. To grzyby szatkują wszelką martwicę na związki proste, przez naturę na powrót przyswajalne. Posiadły one kilka umiejętności, których inne żyjątka nie są w stanie opanować. Choćby tzw chemiotropizm. Nawet zamknięte w butelkę wyczują drogę do wyjścia. Jak zostały zamknięte betonową zabudową metra warszawskiego w pierwszej wersji (lata pięćdziesiąte) to znalazły wyjście, porozwalały ściany żelbetowe, a w Polskę poszła wiadomość, że to sabotaż imperialistów.

Na wagę biorąc, to grzybów jest na świecie więcej niż zwierząt. I całe szczęście. A blisko mnie rosną takie grzyby, co jak je ususzę, pokruszę, z miodem zmieszam i kilka łyżeczek sobie zjem, to świat się robi całkiem inny. Może lepszy nawet – JK
fot. Kroplewski Jarek
www.kronikaoptymisty.blox.pl

Letnia kanikuła zimą


Jarek szybko zareagował na wpis, po naszym powrocie – Trójmiasto, czyli mój pierwszy raz – Gdynia. Leżą przede mną Jego zdjęcia i tak sobie myślę, że może „upalne” lato to dobry czas, by razem ochłodzić się widokami nadmorskiej zimy? Jeśli górale na resztę świata mówią Cepry, to Kaszubi jak? „Turystyczna stonka ziemniaczana”? :) Jak wygląda zimą letni, nadmorski kurort, gdy nie ma już w nim letników? Ten obraz raczej niedostępny dla turystycznych mas. Nie tak dawno, zdarzyło mi się spędzać Wielkanocne Święta nad morzem i pamiętam to zadziwienie bezludną pustką, brakiem letniego gwaru, wszechobecną, komercyjną ciszą. Zimą nad morzem nie byłam. A tu te zwały zlodowaciałego śniegu, zamiast ciepłego piasku na którym dopiero co drzemałam. Nieprawdopodobne:

Klif widziany przez sople:

Trasa W-zet:

U nas Z daszku świata, przez sople patrzy się na wierchy, a tu proszę, molo inaczej. Cudowne:

Na koniec moje ulubione zdjęcie. To na pewno nie Grenlandia? Przecież myśmy tam były, ale… jak zwykle latem. Człowiek powinien stawiać sobie wyzwania. Morze zimą? Dlaczego nie? – ew

fot. Kroplewski Jarek Gdynia Orłowo

Kroplewski The Best, czyli główna wygrana w konkursie Polityki!

Kronika Optymisty, to ponad 200 stron maszynopisu. Na konkurs POLITYKI „Pamiętnik wielkiej zmiany” wystrzygłem z tej kroniki 20 stron – taki był regulamin. No i wygrałem. Jurorzy jednogłośnie… i tak dalej. W POLITYCE z 6 maja będą szczegóły. Spodziewam się wykupienia całego nakładu we wszystkich miastach, gminach i przysiółkach. Będzie też książka a tam wywiady ze znanymi politykami oraz fragmenty prac nadesłanych na ten konkurs.  Oczywiście jestem w stanie euforii… A zdjęcie z Tobą na rękach ma pokazać światu jak wyglądam w stanie euforii” – Jarek Kroplewski

Hmm, oczywiście dla mnie to nic dziwnego, że Wielcy zauważają Jego doskonałe pióro.  Jarek to literat, malarz, poeta, człowiek renesansu,  niepoprawny sportsmen, fotograf. Budowniczy budów, domu rodzinnego i przyjaźni.
Nie dane mi było mieć brata – Jarka traktuję tak właśnie. I jak w rodzinie „widzimy” się wirtualnie nadzwyczaj rzadko, wręcz wcale.  Niemniej zawsze możemy na siebie liczyć; przynajmniej tak było dotychczas. Nie wyobrażam sobie, żeby nie było go na ecodniu, jeśli nie ciałem to chociaż duchem,  pod postacią Jego prac, tekstów, zdjęć. Na marginesie wtrącę,  że Jarek w stanie euforii jest taki sam jak w stanie spoczynku. Niewątpliwie to Kaszub z nieleczonym ADHD, w którym krew kipi, energia rządzi, ikra rozsadza, tabaka nęci i kręci – po niej odloty i literackie wzloty. Charyzma zarażająca. Kochajmy ludzi z ADHD za odnoszone sukcesy!

Powyższe zdjęcia zrobił nam Debergerac, który pisze taką lirykę, takie limeryki, że wymiękam i klękam, zresztą w bardzo licznym gronie. Poniżej po inspiracji Kroplową tabaką, Jego 16 „tabaczych”  limeryków ad hot, wprost z Blip’a. Oczywiście Politykę kupię a Jarkowi przypominam Obiecuję: na tegorocznych mistrzostwach Polski w zażywaniu tabaki odczytam te wszystkie utwory wysławiając imię autora”. Gratulujemy Brat! – ew

Pewien Japończyk z Nagasaki
miał dziwną skłonność do tabaki
a że maniery miał jak tatar
kichał nią również gdy miał katar
zdobiąc podłogę w plamy khaki

Pracownik Sony pijąc sake
poczuł że chęć ma na tabakę
i mimo polityki firmy
tak pragnął był tabaki z Birmy
że zmienił firmę na OTAKE

Pewien dżentelman z Quebeku
tabakę wąchał na wieku
trumny, co jeszcze jakbyco
pachniała była żywicą
z racji młodego wieku.

Pewien francuz z wioski La Rocque
jeździł na TIRach cały rok
w terenie górskim. Podsumować
CV mu można w czterech słowach:
tabaka, paka, stek i stok

Przystojny kelner stracił pracę
bo szef go złapał na tabace
Szef potem krzyczał grożąc łomem:
Ten lokal świetną ma renomę!
Ja nie pozwolę kichać w tacę!

Izraelita robiąc macę
czasem zapomni o tabace
niestety księga Mojżeszowa
każe go wtedy kamienować.
No cóż – requiescat in pace…

Pewien samuraj spod Osaki
gdy raz nie dali mu tabaki
zaczesał kucyk, zrobił siku
napisał szybko trzy haiku
a potem wypruł sobie flaki.

Ponoć mieszkańcy miasta Macon
wprost przepadają za tabaką
a każdy brak w zaopatrzeniu
ma efekt w burdzie, podpaleniu
i kończy się okropną draką.

Podobno nawet Edward Gierek
używał złotych tabakierek.
Miało je zresztą całe plenum
na skutek błędu w zamówieniu
na tysiąc dwieście pięć ekierek.

Zjazd ekologów z Górnej Ghany
uchwalił swój zdecydowany
protest przeciwko tabace
ostatnie naukowe prace podkreślają
jej wpływ na emisję gazów cieplarnianych.
a psik

Pewien górnik z kopalni Staszic
żeby nie pić postanowił się zaszic
w zamian za to wpadł na pomysł taki
by w robocie używać tabaki
i kolegów na przodku straszic

Poeta Alexander Pope
mawiał: „Tabaka? Oh I hope
nigdy mi się nie znudzi
choć znam też takich ludzi
którzy wolą operę soap”

Również papież Dziesiąty Pius
twierdził że duży to jest plus
(a miał już wiele wiosen)
wciągać używki nosem.
W każdym razie nie śmierdzi z ust.

Królowa Charlotte (żona Jerzego 3)
miewała po tabace ekstatyczne sny
że aż królewski małżonek
tyrpaniem budził żonę
„Ciszej trochę! Nie drzyj się żesz ty!”

Czasem Lord Nelson goniąc za Napoleonem
z tabakierą wychodził na stronę.
Gdy czynił to po kolacji
dostawał halucynacji
i wydawał się podwójnym Nelsonem.

Takoż sam Bonaparte
czuł zupełnie nieodparte
tabaki pragnienie.
Zwłaszcza na św. Helenie
dla tabaki stawiał los na jedną kartę.
Debergerac

Okopy Świętej Trójcy

Okopy Świętej Trójcy. Przedwojenny narożnik cywilizowanego świata – tam zbiegały się granice Polski, Rumunii i Rosji radzieckiej.


Dawniej, to wiesz: Konfederacja Barska, Kazimierz Pułaski rok opierał się wojskom carskim… To było bazą faktograficzną dla „Nieboskiej Komedii” Z. Krasińskiego. Dziś trochę ruin, wśród nich ten kościół. Wszystko się sypie, a w środku, tam gdzie stał ołtarz składują słomę na ściółkę dla bydła.

Jak tam byłem, to nadeszła wycieczka Polaków pilotowana przez księży i zakonnice. Weszli do środka i do tej kupy słomy zaczęli śpiewać „Boże coś Polskę”, co mnie, ateistę napełniło uczuciami mieszanymi.

Tam mieszka kilku Polaków, staruszków już. Jedna babulina, gdy do niej z żoną zaszliśmy, chwaliła się, że chodziła do polskiej szkoły przed wojną i że pamięta jedną polską piosenkę. Poprosiłem, żeby zaśpiewała, no to zaśpiewała „Zasiali Górale” – zaczęliśmy śpiewać razem, aż nas wzięło i zaczęliśmy tańczyć na środku podwórza – no wiesz przecież Niskopienna, jak to się tańczy. Babunia się od tego poryczała, ludzie się zatrzymywali, przypatrywali, jeszcze kilka babć się popłakało – jak się okazało, wszystkie Polki pod dziewięćdziesiątkę.
Jarosław Kroplewski

„Ciało do ciała”

7

Po spłynięciu w czerwcu Bugiem jego odcinka granicznego od Gołębia do Dorohuska w ramach I Ogólnopolskiego Spływu Kajakowego było nam tej rzeki jeszcze mało, więc postanowiliśmy wrócić. Tym razem indywidualnie: my dwoje i pies. Odcinek od Mielnika do Broku długości 140 km wydał się w sam raz na tygodniowy urlop. Aby płynąć od Niemirowa zabrakło nam czasu – żal. Do przygotowania logistycznego musiały nam wystarczyć „Przewodnik kajakowy Polska Północno –Wschodnia” Marka Śleszyńskiego i zwykła mapa samochodowa. W przewodniku odcinek za Drohiczynem jest potraktowany po macoszemu – może autor ten odcinek poznał mniej. Szkoda że tak malowniczy i oryginalny szlak nie jest wnikliwiej opisany w formie przydatnej dla wodniaków. Wart jest tego jak mało który. Najwyższy czas wydać mapę w serii szlaków wodnych PTTK. To niby drobiazg, ale brak informacji o tym, gdzie sklep, gdzie możliwość biwaku, gdzie wysiąść warto, żeby coś zobaczyć był bodaj jedyną niedogodnością organizacyjną. A o smoczej jamie za Nurem to się dowiedzieliśmy od Joasi – miłej gimnazjalistki, której baśnie o okolicy opowiadała pewna emerytowana bibliotekarka – odszukamy starszą panią, jak przyjedziemy następnym razem. Nas, obytych po wodach zrazić nie mógł brak informacji, ale szlak rozreklamowany, to więcej spływów, a więc i więcej turystów cichych, dobrze zaprzyjaźnionych z przyrodą i nie zostawiających po sobie śladów. Nie wdzierających się nad rzekę samochodami z grillami z krzesłami i stolikami, z butelkami, z puszkami reklamówkami i słoikami, z którymi potem nie wiadomo co zrobić, więc do rzeki. A jest co reklamować!

Na Bugu jest szerzej nieba. Wyjdźcie ze swoich domów w mieście, czy w miasteczku nocną porą i spójrzcie na gwiazdy, a zróbcie to na łąkach za Mężeninem, czy za Zuzelą. W mieście między obrysami dachów co widać? – łunę miasta i parę zduszonych gwiazdek nie układających się w żadne konstelacje, a Księżyc kaszląc nie może się wyplątać spomiędzy anten. A na łąkach? Na łąkach Kasjopeja, Perseusz, Byk.., a gdy będziecie tam jak my, w połowie sierpnia i przeczekacie aż rozgrzany do pomarańczu Księżyc się wyciszy, zesrebrzy, to spomiędzy Plejad spłyną na łąki łzy świętego Wawrzyńca – spadające gwiazdy! W czapkę łapać. A w dzień są dwa nieba: na niebie i odbite w rzece. Oba ogromne.

Na Bugu jest szerzej ziemi. Wyjdźcie ze swoich domów w mieście, czy w miasteczku w południe.., a wejdźcie na górę zamkową w Mielniku, lub stańcie na Skarpie Mołożewskiej. Tam są dowody że Ziemia jest okrągła: widać jak zakręca. Na horyzont się tu patrzy w dół, a nie w górę ile dachy pozwolą. Horyzont jest obrysowany dalekim lasem i łąkami, a nie rynną dachową.

Na Bugu jest więcej powietrza – wciągnijcie do płuc powietrze o świcie w Zajęcznikach, czy za Nurem. Spróbujcie przejrzeć mgłę co unosi całe wyspy i odpływa z nimi po budzącym się srebrze rzeki.

Na Bugu jest więcej rzek – odnajdźcie się między wyspami i łachami pod Małkinią gdy zachód tuż, a miejsca na biwak jeszcze szukać żal.

Wzdłuż Bugu jest większy czas. Czas głębszy. Kredowe dno praoceanu inkrustowane skorupiakami pod Mielnikiem, drogi wyrzeźbione stopami Jaćwingów nawróconych ogniem i mieczem, warstwy czasu jak słoje drzew w Drohiczynie. Gdzie jest wspanialsze „wypłynięcie” miasta zza zakola jak właśnie w Drohiczynie, gdy wyłaniają się kolejne wieże kościołów i cerkwi w otuleniu drzew. A po wsiach ciesiółka domów wyrafinowana przez pokolenia: geometria zrębów, płynne wycięcia płatwi i belek wieńczących, orientacja deskowań szczytów o rysunku nienaruszalnym jak rysy świętych bizantyńskich. Splecenie czasów i modlitw. Marsz krzyży od cerkwi w Mielniku, obok synagogi i kościoła Przemienienia Pańskiego na Grabarkę.

Z Mielnika właściwie uciekamy zwiedziwszy go ledwie po łebkach, przed narastającym festynem pseudoludowym, który pewnie i w zamierzeniu jest zbożny – Muzyczne Dialogi nad Bugiem, ale ten jarmark plastikowych cudeniek gwiezdnowojennych wokół, te kretyńskie nawijki konferansjerów jakby tu ludzie głupsi mieli być, ta zanosząca się dyskoteka z debilnym refrenem „Ciało do ciała…” – na wodę, byle dalej. Na wysokości promu już nic nie słychać. Cisza pielęgnowana przez wędkarzy. Mijamy mosty, mijamy Mężenin. Namiot rozbijamy naprzeciw Zajęczników. Jest doniośle cicho. Nagle. już gdy szaro, ktoś daleko strzela z karabinu. Nie ma pewnie nawet do czego i dlaczego o zmierzchu. Pewnie przyjechał tak sobie postrzelać. Po kilkunastu strzałach słychać odległy warkot silnika i dalej cisza. Rozpalamy malutkie ognisko, jedyne jak okiem sięgnąć, ale na miejscu, gdzie już kiedyś ognisko palono. Czekamy na spadające gwiazdy. Gdyby nie to, że idąc za potrzebą wpadam po ciemku na stertę blach od syrenki noc by była astralna, a tak, to bandaże, plastry. Rano oglądamy wszystko dokładnie: drzwi od syrenki, błotniki od moskwicza; są i stare opony, jest obudowa telewizora, no i puszki, puszki – kto to tu przywlókł? W miejscu gdzie strzelano rozprute poszycie traw i płożących się roślinek do samego piachu jak do krwi. Kółka i ósemki po oponach samochodów terenowych. Rany zadane po próżnicy. Płyniemy dalej.

Zatrzymujemy się w Drohiczynie, zwiedzamy. Dalej kręcimy wśród wysp, pozdrawiamy wędkarzy, szukamy miejsca na biwak. Brzegi wysokie powiercone przez żołny i jaskółki. Duże stado czubatych czajek, na łasze trzy większe ptaki z dość długimi dziobami – odlatują nierozpoznane – może to wodniki, może słonki, może bekasy. Nareszcie miejsce dogodne do postawienia namiotu. Po szczegółowej analizie mapy i przewodnika wychodzi nam, że to Wydma Mołożewska – rezerwat. Zachowujemy się dyskretnie. Z Putkowic leżących po drugiej stronie przez całą noc dudni dyskoteka. Jak długo można wytrzymać piosenkę „Ciało do ciała, usta do ust” i jeszcze gorszych. Disco-polo powinno być ścigane prawem. W nocy rozbudza nas bliski gwar i warkot starego samochodu. Wychylam głowę z namiotu, trochę mi straszno – widzę przemykające cienie, w dali polonez bez świateł ryjący wydmę w koła i ósemki, kilku wchodzi do wody, prawie nie rozmawiają. Biorę saperkę, będę bronił w razie czego żony, psa i całego dobytku. Pies nie wytrzymuje napięcia i zaczyna ujadać – jesteśmy zauważeni. Podchodzi trzech, przyglądają się. Oni, że nie można tu biwakować, że rezerwat, ja, że nie wiedziałem, że nie oznakowano, że brak informacji. Odchodzą w zgodzie. Oddychamy z ulgą. A z drugiego brzegu: „Ciało do ciała, usta do ust…” Tajemniczy goście wracają za pół godziny i przynoszą sześć ryb. Okazuje się że to kłusownicy. Robi się to tak: jeden brzegiem idzie i trzyma jeden koniec sieci, a drugi środkiem rzeki (tak tu płytko) ciągnie drugi koniec sieci. Jedno stumetrowe przejście, to około sto ryb różnej wielkości. Oglądam darowane ryby – trzy to bolenie, jeden chyba leszcz, ale coś za duże łuski jak na leszcza, a dwie zupełnie nie znane: grzbiet prosty, pysk bardzo zadarty, drobna łuska. Co robić. Tamci siedzą i popalają papierosy, obserwują czy nie wzgardzimy. Rozpalam ognisko patroszę ryby, doprawiam solą cytryną i pieprzem. Pyszności. „Ciało do ciała” nie daje spać – oglądamy łzy świętego Wawrzyńca – płacze że tak głośno w tym rezerwacie ptaków. Bladym, mglistym świtem odkrywamy trzy dzikie wysypiska śmieci: stare tapicerki, blacharki, piecyki żeliwne, rower, pralka, puszki, butelki plastikowe, gruz – komu się chciało to wszystko tu przynosić? A przy wejściu do wsi jest kontener na śmieci. Jeden. Zasypany, że go nie widać. Płyniemy dalej.

Polujemy zenitem z teleobiektywem na czaple. Czaple siwe, ale są i dwie białe – ależ to czujne ptaki: z polowania nici. Zatrzymujemy się w Grannych – trzeba uzupełnić zapasy: chleb, mleko, pomidory. Idziemy wzdłuż malowniczych wierzb rozsypanych jak nuty na plakacie festiwalu szopenowskiego. Cała droga usłana puszkami po piwie i plastikowymi butelkami. Ileż tu tego. Mieszkańców tu jest na pewno mniej. W sklepie chleba nie ma, mleka nie ma, pomidorów nie ma. Jest kilkanaście gatunków piwa. Kupujemy puszkowe i puszki rzucamy na drogę – może to tutejszy zwyczaj. Namiot rozbijamy w Nurze. Idziemy ścieżką pokazaną przez tutejszych. Dróżka do ulicy prowadzi wzdłuż wysypiska śmieci: stare miski plastikowe, puszki, worki foliowe, gruz – smród aż do zaduchu. W nocy obok młodzież miejscowa rozpala ognisko. Ubaw trwa całą noc. Podziw wzbudza umiejętność budowy zdań z użyciem pięciu wyrazów, z czego cztery są powszechnie uznawane za wulgarne. To przeczy badaniom Naoma Chomskiego. Zdania są wykrzykiwane na całe gardło do samego świtu. Obserwujemy bogactwo znaczeń i swobodę wypowiedzi, bo spać nie można, bo z przenośnego magnetofonu leci nieśmiertelne „Ciało do ciała, usta do ust”. Na przykład „zapierdalać” znaczyć może: pracować, iść, kraść, tańczyć, a „wpierdolić” może znaczyć: zjeść, włożyć, pobić, wpaść. Mało było czasu żeby to wszystko usystematyzować – sprawa warta poważnych studiów. Rano idziemy zwiedzić miejscowość. Pytamy o inne dojście, żeby uniknąć smrodu wysypiska. Droga wskazana jest ułożona z płyt i biegnie wzdłuż drugiego wysypiska. Na końcu jest tablica: „Zabrania się wysypywania…”. Zwiedzamy miejscowość. Urzekająca stara architektura drewniana. Zamożniejsi obili ją sidingiem – co za zbrodnia estetyczna. I to na terenia Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Przy dzisiejszych możliwościach w zakresie impregnacji i malowania drewna. Czy tu się nie zatwierdza modernizacji jak każe prawo budowlane? Plastikowe deski, drewniane kamienie – kicz. I jeszcze te wysypiska co sto metrów prosto do rzeki. Gmina wystawiła kontener na śmieci. Jeden. W święto niewidoczny spod zwałów odpadów. Na prywatnych działkach też małe wysypiska, co doskonale widać od strony rzeki. Może to hobby takie. Uciekamy.

Za dziesięć kilometrów wieś Zgleczewo – tu się rozbijamy. Nareszcie cicho, nareszcie czysto. Rano, do sklepu idziemy tak: Zgleczewo, Zakrzewo Słoma i Zuzela. Idziemy skrajem szosy wzdłuż lasu. Takich ilości śmieci w przydrożnym rowie na całej długości to nie widzieliśmy nigdzie indziej w Polsce. Puszki, butelki, worki foliowe. To trzeba umieścić w przewodnikach! Horror. Zwiedzamy muzeum Kardynała Stefana Wyszyńskiego, kościół. Robimy zakupy, wchodzimy do zagrody po wodę. Wszędzie schludnie, czysto, ludzie przemili, życzliwi. Budynek muzeum imponująco zrekonstruowany i zakonserwowany – można i bez sidingu. Od gospodarza kupujemy mleko – wszędzie otwarte serca. Sypią nam jabłka i śliwki. Zostajemy na cały dzień. Do lasu na linii od Zgleczewa do Zuzeli się nie zbliżamy.

Ostatni odcinek do Broku. Kluczymy wśród wysepek i łach. Przecudownie. Cisza, zieleń, ptaki. Wędkarze machają do nas serdecznie, choć z rybą coś słabo. Na wysokości Małkini (pamiętamy z „Rejsu” kto się tam urodził), po przeciwnej stronie wysiadamy. Mamy zamiar zwiedzić muzeum Treblinka. Brak informacji .Idziemy na czuja jedynym dobrze i nowo wyasfaltowanym odcinkiem szosy, bo w innych kierunkach, to porozwalane płyty żelbetowe, jakby miały prowadzić na koniec świata. Taka wystawna droga, to pewnie do mauzoleum, do grobu Janusza Korczaka. Ubraliśmy się mniej pstrokato, nazbieraliśmy polnych kwiatów. Idziemy. Droga prowadzi w pole i tam się kończy. Co jest – pytamy okolicznych. A nie, tą drogę, to gmina zbudowała radnemu. Do mauzoleum to tamtędy, starą drogą. Parę kilometrów jeszcze. Rezygnujemy. Może tym krajem powinien rządzić król MaciuśI?!

Koniec spływu. Żegna nas gwałtowna burza nad Brokiem. Pioruny na do widzenia. Niebo nad Polesiem drży. Błyskawice rozrywają chmury i dogasają gdzieś nad Węgrowem, nad Sokołowem Podlaskim za Lasami Międzyńskimi. Wracamy do Gdyni. Wrócimy tu, bo jest tu pięknie. Już wiemy gdzie są wysypiska i jak je omijać, wiemy gdzie ułożono siding – gdzie nie wysiadać, żeby nie gwałcić tego kawałka mózgu, co estetyką zawiaduje. Zorganizujemy sobie lepsze mapy i wrócimy. Wrócimy, bo warto. Do tego nieba, do tej ziemi i wody, do tych uśmiechniętych ludzi.
Jarosław Kroplewski
fot. Wiesław Czapski Bug

Historia Timofieja

5

Przybył tu z ukraińskim wojskiem – chyba armią Własowa, albo coś takiego. W Związku Radzieckim miał żonę w ciąży (ana astłas briemiennaja), i dorastającego syna, z tym że z tą brzemiennością, to nie było nic pewnego, bo w tej historii istotną rolę odegrał sekretarz partii w kołchozie, i to było powodem zmiany orientacji politycznej Timofieja i przez to przyłączył się do Germańców. Dotarł wreszcie do Monachium i wszystko szło w rozsypkę. Krążył po rozpadającym się świecie, aż w końcu postanowił się urządzić przy wysypisku śmieci, bo gdzie jest pewniejsza aprowizacja.
Zbudował z resztek rozmaitych chatynkę i już pierwszej nocy pokazała mu się „niebiańskaja carica”:
- Tiebie nada mnie cerkwiu pastawit!
- Kak mienia – ja maleńkij czieławiek.
- Ty pouczisz od mienia żenszczinu…
- Nu u mienia doma astała adna, ja dołżen wratit…
- Tiebie nada mnie cerkwiu pastawit zdies! A żena twaja uże niet twaja.
I gadaj z taką. Uparta, że do rana nie chciała ustąpić na krok.
Timofiej nie uwierzył w swoje możliwości i zwiał do Austrii. Założył tam ogrodnictwo – wprawdzie jeden sezon tylko, ale dorodna papryka, wspaniałe pomidory… Pojawiły się jakieś problemy własnościowe co do ziemi i postanowił pojechać do Włoch, bo taką rajzę organizowali właśnie. W nocy podjechało kilka autokarów. Wlazł do jednego z nich – usiadł koło młodej dziewczyny i zasnął. Obudził się w… Monachium. A dziewczyna zdała się całkiem na niego nie wiedzieć czemu. Natasza jej było. No jo, ale jak się tu teraz urządzić. Nie było innego wyjścia jak spróbować przy tym wysypisku, co tam był rok temu. Chatynka w jeden dzień zbudowana stała jak stała, choć niedokończona była.

Parę blach na dachu, kamienie, drewno, skrzynki… No a w nocy oczywiście znowu ta caryca:
- Tiebie nada mnie cerkwiu pastawit!
- Kak mienia – ja maleńkij czeławiek.
- Ty uże dwiewoczku poucził ad mienia – tiebie nada utra naczinat!
No i tak to się zaczęło. Po dwóch miesiącach była cerkiewka, chatę rozbudował i zakończył i tak to stoi do dziś. Ogródek założyli, ogrodzili. Po roku były maliny. Ukraińcy, co osiedlili się niedaleko (to ci koło MAN-a) grosza podrzucili czasem, a jak jaki wędrowiec zabłądził, to też sypnął do puszki. Natasza się najmowała do sprzątania. Żyli w czystości. Timofiej to bardzo mocno kilka razy w różnych miejscach swojej opowieści zaznaczał. W końcu Natasza poszła za kierowcę Zajaca. Zajac, bywało, że podrzucał coś przydatnego, bo jeździł w różnych firmach: a to budowlanych, a to drobnicę rozmaitą woził, a rok, to nawet ciastka. Naftę miał zawsze od Ukraińców. I tak jakoś szło, aż w końcu świat umyślił tu właśnie olimpiadę zorganizować, i powstał plan zakrycia wysypiska i pobudowania tam stadionów, basenów, jeziora nawet (Olympiasee) i wielkiej góry (Olympiaberg). Któregoś dnia do Timofieja zapukały buldożery, że niby welodrom tu ma być. Tak się wydało, że w największym mieście Niemiec jest pustelnia i pustelnik, i nikt nie umiał tak do końca rozstrzygnąć, czy to dobrze, czy źle. Ruszyły gazety przeciw spychaczom i koparkom. A tu plany, harmonogramy, dotacje, kredyty, projekty, a z drugiej łagodne oczy Timofieja, jego biała broda i „Bild” – brukowiec, a tu taka misja. Pokazał mi Timofiej wycinki z gazet i całe gazety. Bój był wielki, i aż niewiarygodne, ale welodrom przesunęli o kilkaset metrów. Mało tego – prąd doprowadzili i na koszt miasta może sobie Timofiej herbatę parzyć, lampę zapalić i zimą izbę ogrzać, bo licznika nie założyli. Ale ponieważ to Niemcy, to zabezpieczenie dali takie, że jak grzałka, to tak, ale już z piecem, to nie, a jak piec tylko, to na jedynce, ale już z grzałką, to też nie. No bo darmocha – owszem – ale bez eskalacji.
Teraz opowiada Timofiej o swoim ulubionym bohaterze biblijnym Noem, i historia tego Noego jest całkiem inna niż w biblii – tam potop, tu cywilizacja – ale równie budująca – Kroplewski Jarek
fot. Kroplewski Jarek & Timofiej